Sunday, 27 November 2022

Polakom na Białorusi grozi rusyfikacja


 

W czasie gdy działania wojenne na Ukrainie dominują w mediach światowych, świat zachodni zapomniał o kontynuujących się represjach na Białorusi. Obecnie przeszło 1400 więźniów politycznych tkwi wciąż w więzieniach białoruskich w bardzo ciężkich i nie sanitarnych warunkach. Wciąż dochodzą informacje o torturach w czasie przesłuchań. Od czasu do czasu odbywają się tajemnicze śmierci w więzieniach w podejrzanych okolicznościach. Inni działacze opozycji, jak Svetlana Cichanouska, była kandydatka na prezydenta, zmuszeni są do działalności zagranicą. Aleksandr Łukaszenka konsoliduje swoją władzę po oszukańczych wyborach prezydenckich w roku 2020, i teraz pomaga Putinowi w rozszerzeniu wojny groźbą inwazji północnej Ukrainy.

Łukaszenka nie liczy się już z opinią publiczną swoich zachodnich sąsiadów, jak Polska, i obrócił się przeciw mniejszościom pochodzących z tych narodów sąsiednich. Szczególnie znęca się nad mniejszością polską zamieszkałą na zachodnich terenach Białorusi, a szczególnie na Grodzieńsczyźnie, gdzie Polacy mieszkają już od XV wieku. Według podejrzanych oficjalnych statystyk Białorusi ze spisu ludności z roku 2009 mieszka tam zaledwie 295,000 osób polskiego pochodzenia. Lecz 20 lat wcześniej statystyki jeszcze sowieckie wykazywały 413,000 osób narodowości polskiej, a polskie MSZ oblicza właściwą ilość etnicznych Polaków na Białorusi na 1,100,000. W każdym razie jest drugą największą grupą etniczną na Białorusi po Rosjanach. Do roku 2020 przeszło 162,000 polskich mieszkańców Białorusi złożyło podania na Kartę Polaka. Było przeszło 200 parafii rzymsko-katolickich na Białorusi, prowadzonych głównie przez księży polskojęzycznych. W roku 2007, na 470 katolickich księży, aż 181 posiadało obywatelstwo polskie. W Białorusi kościół katolicki zwany był potocznie „polską wiarą”.

Od czasów terroru stalinowskiego w roku 1937 Białoruś przeżyła intensywną rusyfikację, na skutek którego zabroniono publicznego posługiwania sią wszelkim językiem obcym, nawet językiem białoruskim. Po upadku Związku Sowieckiego w roku 1991 nastąpiło odrodzenie polskiego poczucia tożsamości z możliwością użycia języka polskiego. Rozkwitła się polska kultura. Zgodnie z umową polsko-białoruską w roku 1992, powstało szereg niezależnych polskich organizacji jak Związek Polaków na Białorusi posiadający 20,000 członków, Polska Macierz Szkolna, Polski Instytut w Mińsku, Muzeum Adama Mickiewicza w Nowogródku i szereg Domów Polskich w Lidze, Mohylewie, Iwieńcu, Baranowiczach, i innych miastach Białorusi. Powstały cztery dzienne szkoły polskie, dwie państwowe (Grodno i Wołkowysk) i dwie społeczne (Brześć i Mohylew). Największa szkoła, ta w Grodnie, posiadała 620 uczniów, którzy mogli później korzystać z polskich stypendiów aby ukończyć studia na polskich uniwersytetach.

Łukaszenka już interweniował parokrotnie w sprawach Związku Polaków, w próbie podzielenia polskiej wspólnoty. W roku 2005 wkroczył w wewnętrzne wybory demokratyczne na władze Związku. Skonfiskował majątek Związku gdy wybrali „nieodpowiedniego” kandydata na prezesa w osobie nauczycielki Andżeliki Borys, przekazując majątek w ręce innemu „oficjalnemu” Związku, kierowanego przez jego nominantów. W czasie wyborów prezydenckich w roku 2020, członkowie władz obecnego Związku wyraźnie zidentyfikowali się z ruchem demokratycznym mającym na celu wybór prezydenta szanującego normy demokratyczne. Niestety wyniki tych wyborów zostały sfałszowane, Łukaszenka ogłosił siebie ponownie prezydentem, a demonstracje oburzonych obywateli stłumił wprowadzając zakaz nieoficjalnym zebraniom politycznym.

W marcu ub. roku, po corocznych obchodach Kaziuka, czyli celebracji św. Kazimierza, władze białoruskie aresztowały czterech działaczy Związku, oskarżając ich o organizowanie nielegalnego spotkania mającego na celu obalenie władz. Po miesiącu, dwóch z tych działaczy zwolniono i odesłano do Polski wraz z ich rodzinami, ale pozostali działacze, czyli prezes Związku, Andżelika Borys, i wiceprezes, dziennikarz Andrzej Poczobut, pozostali w więzieniu. Oskarżono ich pod artykułem 130, para 3, Kodeksu Kryminalnego Republiki Białoruskiej  o „inicjowanie narodowej i religijnej nienawiści i rozszerzenia zamętu na bazie narodowej, religijnej i językowej, jak również rehabilitacji Nazizmu wykonanej przez grupę osób”. Panią Borys wypuszczono z więzienia w marcu br. z powodu zdrowia, ale dalej oczekuje sprawę sądową, będąc w areszcie domowym. Zaś Andrzej Poczobut, który jest również korespondentem „Gazety Wyborczej”, jest już w więzieniu przeszło 600 dni, oczekując sąd który w ostatnim tygodniu został ponownie odroczony. Według dziennikarza Philipp Fritz z „Die Welt”, może spodziewać sie kary dwunastu lat więzienia, a nawet kary śmierci. Poza rzekomą próbą „rehabilitacji Nazizmu” jest również oskarżony o namawianie do sankcji „której celem byłoby podważenie narodowego bezpieczeństwa”. Znajduje się na białoruskim narodowym rejestrze terrorystów.

Po rozwiązaniu Związku Polaków, reżym zabrał się do wykorzenienia języka polskiego w szkołach. Robiąc to łamał umowę polsko-białoruską i podważał paragraf 50 konstytucji białoruskiej tolerującej uczenie w językach mniejszości narodowych. Mimo protestów rodziców, wszystkie cztery szkoły polskie zostały przeobrażone na szkoły z językiem rosyjskim, zgodnie z nową ustawą oświatową, wprowadzoną jeszcze w zeszłym roku, która nie zezwala na uczenie w języku mniejszości narodowych. Dyrektorka szkoły w Brześciu, Anna Paniszewa, została aresztowana w zeszłym roku za wykład z uczniami na temat polskiego oporu antyniemieckiego i antysowieckie. Wydalona została do Polski. W tym samym czasie zamknięto również dwie szkoły litewskie i dwie szkoły ukraińskie. Zezwolono na lekcje z literatury polskiej w języku polskim, ale tylko na jedną godzinę w tygodniu, i przy zezwoleniu lokalnych władz. We wrześniu br. Najwyższy Sąd w Białorusi rozwiązał Polską Macierz Szkolną i przejął ich siedzibę w Grodnie. W tym samym okresie pozamykano Domy Polskie, jedne po drugim, i przejęto ich majątek, który był ufundowany przez organizacje społeczne i rządowe w Polsce. W opinii pełnomocnika rządu polskiego ds. Polonii i Polaków za granicą Jana Dziedziczaka „prześladowania doprowadziły do sparaliżowania działalności większości polskich organizacji. Polaków się zastrasza. Na przesłuchania wzywani są aktywiści, dziennikarze, kombatanci, nauczyciele, uczniowie i ich rodzice. Powód jest jeden: są Polakami.”

Rząd stara się również zniszczyć wszelkie historyczne poszlaki polskie. Lokalne władze w Lidze planują zamknąć i zmienić lokalny cmentarz katolicki, który otworzono w roku 1797. Na cmentarzu znajdują się pomniki polskich lotników i żołnierzy którzy zginęli w wojnie polsko-bolszewickiej czy w  wojennym ruchu oporu. W sierpniu władze lokalne zrównały z ziemią cmentarz żołnierzy Armii Krajowej w Surkontach, łącznie z grobowcem legendarnego przywódcy, płk Macieja Kalenkiewicza. Zniszczono od czerwca br. cmentarze wojenne z wojny polsko-bolszewickiej i z drugiej wojny światowej w Plebaniszkach, Jodkiewiczach Wielkich, Stryjówce, Bogdanach, Mikuliszkach, Oszmianie, Bobrowiczach, Kaczycach, Oszmianie, Dyndyliszkach, Iwiach, Feliksowie i Wołkowysku. Nawiązując do zniszczeń w Mikuliszkach, Paweł Latuszka, były ambasador białoruski w Polsce, oskarżył władze o chęci zemsty przeciw Polsce za ich poparcie dla demokratycznej opozycji i wystąpieniu przeciw inwazji Ukrainy.

Kościoły katolickie i seminarium w Grodnie na razie pozostają otwarte. Łukaszenka miał spotkanie z Papieżem Franciszkiem w Watykanie w roku 2016 i zezwolił na budowę siedziby dla nuncjatury papieskiej. Ale niemal wszystkich księży z polskim obywatelstwem wydalono i obawa przed represjami utrudnia użytek kościołów na polskie uroczystości i występy artystyczne. Polskie inicjatywy kulturalne, jak tańce czy śpiewy, mogą odbywać się tylko w pomieszczeniach prywatnych. Arcybiskup miński Tadeusz Kondrusiewicz, obywatel białoruski pochodzenia polskiego, nie wpuszczony został z powrotem do Białorusi po wizycie w Polsce, za to że modlił się publicznie za ofiarami represji i za więźniów politycznych. Po protestach i cichej dyplomacji Watykanu pozwolono Arcybiskupowi wrócić ale podał się do dymisji. Na jego miejsce nowy arcybiskup, Iosif Stanieuski, unikał jawnej konfrontacji z reżimem, ale w sierpniu porównywał zajścia na Białorusi do bratobójstwa Abla przez Kaina. We wrześniu, w wyniku lekkiego pożaru w XIX wiecznym zabytkowym kościele katolickim w Mińsku (tzw. „czerwony kościół”), władze zamknęły świątynię bezterminowo i kazały władzom katolickim usunąć wszystkie swoje dokumenty i dewocjonalia.

„Białoriś jest pod rosyjską okupacją, i władze w Mińsku wykonują zlecenia ideologii Kremlu,” mówi Andrzej Pisalnik, też działacz Związku Polaków i redaktor polskiej strony internetowej „znadniemna.pl”. Aresztowany wraz z żoną, zmuszony został do stałego opuszczenia Białorusi gdy zagrożono im obydwu długim więzieniem, a ich dziecku sierocińcem. Svetlana Cichanouska, przywódca opozycji na emigracji, określiła zamknięcie szkół polskich na Grodzieńszczyźnie jako akt zemsty przeciw Polsce.  Choć odbyły się protesty w Polsce i na Litwie przeciw tej polityce wynaradawiania, zachodnie państwa nie podjęły w tej sprawie akcji, uogólniając tą sprawę z innymi przypadkami represji w Białorusi. Natomiast 24go listopada br. parlament europejski, w uchwale o braku wolności na Białorusi, potępił represje antypolskie, i określił stan obecny w tym kraju jako „okupacja rosyjska”. Rada Polonii Świata, na wniosek Zjednoczenia Polskiego w Wielkiej Brytanii, podjęła w październiku br. w Wilnie uchwałę potępiającąj represje Polaków na Białorusi, ale sprawy te nie ukazały się dotychczas w prasie brytyjskiej. Watykan też raczej ogranicza się do not dyplomatycznych i jest niemal jedynym rządem zachodnim który uznaje Łukaszenkę jako prawowitowego prezydenta Białorusi.

Nie tylko polska kultura w Białorusi jest zagrożona rusyfikacją. Według wiodącego działacza opozycji białoruskiej Aleksandra Milinkiewicza „Białoruś jest poddana obecnie sowieckiej polityce niszczenia narodowej tożsamości i zakończeniem nauki w językach innych niż rosyjski”. Nawet język białoruski zanika w szkołach na Białorusi. Odzwierciedleniem tej polityki rusyfikacyjnej jest działalność niszczenia zabytków kultury ukraińskiej przez rosyjskie władze okupacyjne na Ukrainie i grozi ono w przyszłości wszystkim mniej odpornym sąsiednim państwom Rosji, zarówno w Europie, jak i w Azji. Sam Łukaszenka, jako sojusznik Putina, jest już elementem rusyfikacji tego terenu, i dlatego sytuacja Polaków i demokracji na Białorusi może się poprawić dopiero po zwycięstwie Ukrainy w obecnej wojnie.

Wiktor Moszczyński     Tydzień Polski  2 grudzień 2022. 

Tuesday, 11 October 2022

Sprawa reparacji niemieckich zmarnowana

 

                                     

W ostatnim tygodniu, polski minister spraw zagranicznych, Zbigniew Rau, przekazał oficjalną notę dyplomatyczną rządowi niemieckiemu w której domagał się dla państwa polskiego reparacji za zbrodnie wojenne. Nota miała ogłaszać ocenę strat wojennych z powodu niemieckiej okupacji na 6,2 biliony złotych, albo 1,5 bilion dolarów.(1) Choć sprawa została poruszona w długotrwałej wewnętrznej debacie w mediach polskich i w Sejmie, nota zgłoszona została w ostatniej chwili, tuż przed przybyciem do Polski ministra niemieckiego Annaleny Baerbock. Nie było żadnej konsultacji poprzedniej z rządem niemieckim, i brakowało jakiejkolwiek debaty z niemieckimi mediami czy naukowcami historycznymi. Nic dziwnego że rzecznik rządu niemieckiego oświadczył że sprawa odzkodowań została rozwiązana w 1953 r., gdy Polska odmówiła przyjęcia jakichkolwiek płatności z Niemiec.

Sposób przekazania noty był wyjątkowo lekceważący dla nowoczesnego demokratycznego państwa niemieckiego, które dawno temu przyznało się do zbrodni popełnionych wobec Polski. Polska strona tak działała jakby nie chciała uzyskać pozytywnej odpowiedzi. Sposób przekazania noty, bez opublikoania jej treści, był tak tajemniczy że Gazeta Wyborcza poprosiła o opublikowanie tekstu aby udowodnić że naprawdę była złożona. Media opozycyjne podejrzewały że rząd nie zwracał uwagi na efekty przekazania takiej noty na rząd czy opinię publiczną w Niemczech (nawet bagatelizując możliwość ponownego zakwestionowania odszkodowań za stratę ziemi zachodnich Polski), dlatego że prawdziwym celem sprawy reparacji mogła być próba pogłębiania wewnętrznej polaryzacji politycznej w państwie i rozbudzenia społecznych emocji, aby wygrać następne wybory parlamentarne. Tak w sondażach uważa 68% społeczeństwa.

Oczywiście każdy obywatel Polski w czasie drugiej wojny światowej był w jakimś stopniu ofiarą bestialskiego okrucieństwa ze strony hitlerowskich Niemiec, albo bezpośrednio, albo przez doświadczenia rodziny czy przyjaciół. Po wojnie, przez wiele lat, straty i cierpienia z Drugiej Wojny przeżywali zarówno pozostali przy życiu, jak i następne pokolenia ofiar, pozbawione możliwości rozwoju wynikającego z wojennych zniszczeń materialnych i psychicznych. Nic dziwnego że w sondażach 64% społeczeństwa popierało teraz żądania reparacji ze strony Niemiec, mimo cynicznej interpretacji powodu podnoszenia teraz tej sprawy. W końcu nawet opozycja przyjęła że dotychczasowe rozwiązanie sprawy odszkodowań i reparacji wojennych było zupełnie nieadekwatne. Wskazywała na to jednogłośnie przegłosowana uchwała sejmowa jeszcze z roku 2004 jako reakcja na działania ówczesnego niemieckiego Związku Wypędzonych i Powiernictwa Pruskiego, gdy premierem był Marian Belka. Teraz ponowną uchwałę przegłosował Sejm we wrześniu, mimo przypomnienia opozycji aby nie ominąć podobnego żądania odszkodowań ze strony Rosji.

Znamy z grubsza rachunek ludzki za zbrodnie wykonane nad narodem polskim w czasie okupacji niemieckiej. W wyniku eksterminacyjnej polityki okupanta hitlerowskiego było 5,3 miliony zamordowanych i 640 tysięcy poległych, w czasie działań wojennych, żołnierzy czy cywilów, a więc w sumie 6 milionów polskich obywateli. W tym nieco więcej niż połowa była narodowości żydowskiej. (Każdą śmierć w wyniku wojny czy okupacji oszacowano w ocenie rządu na 800 tys. zł.) Natomiast według polskich historyków szacunkowe straty materialne wynosiły w przybliżeniu ok. 258 mld złotych przedwojennych, co w przeliczeniu daje aż 50 mld dolarów. Stracono blisko 2 mln koni, 4 mln bydła rogatego, 5 mln trzody chlewnej i 755 tys. owiec. Zniszczeniu uległo 63% taboru, 6000 km torów kolejowych, 1920 mostów drogowych, 15 tys. km dróg. Straty w rolnictwie sięgały 50% stanu przedwojennego, w przemyśle chemicznym sięgały 64%, w przemyśle spożywczym sięgały 53%, a straty w przemyśle metalowym sięgały 48% stanu przedwojennego. Blisko 43% dorobku kulturalnego na ziemiach polskich zostało zniszczone w wyniku celowej działalności okupanta. Same straty w bibliotekach polskich szacowano na 66% stanu przedwojennego, a zburzeniu uległo 25 muzeów, 35 teatrów, 665 kin i 323 domy kultury i domy ludowe. Powinno się Niemcom przypominać od czasu do czasu te straszne statystyki.

Niezależnie od metod obliczenia, żaden Polak nie mógł kwestionować że Polsce jako państwu, jak i indywidualnym Polakom i Polkom, należały się wcześniej reparacje i osobiste odzszkodowania za te wojenne straty. Niestety w roku 1953 rząd PRL, pod naciskiem Związku Radzieckiego, ogłosił, że jednostronnie zrzeknie się prawa do reparacji wojennych od Niemiec, a Niemcy Wschodnie musiały z kolei zaakceptować granicę na Odrze i Nysie Łużyckiej, co powodowało przekazanie Polsce około 1/4 Niemiec w granicach z 1937 r.. Zgodnie z uchwałami poczdamskimi, Polska miała otrzymywać odszkodowania niemieckie tylko za pośrednictwem Rosji Sowieckiej. Kreml orzekł jeszcze że z sum należnych Polsce trzeba odliczyć 6 mld dolarów jako różnicę w wartości majątku nabytego przez Polskę na zachodzie i utraconego na wschodzie. Kreml zgodził się odstąpić Polsce ze swej części reparacji 15 proc. wszystkich dostaw z radzieckiej strefy okupacyjnej i 15 proc. majątku z zachodnich stref okupacyjnych Niemiec. Polskę po prostu oszukano. Tylko Polacy zamieszkali na Zachodzie mogli skorzystać osobiście z odszkodowań niemieckich

Co prawda, nie był to koniec sprawy odszkodowań. W 1972 roku zachodnie Niemcy, uznane przez ówczesny reżym PRL, wypłaciły odszkodowanie Polakom, którzy przeżyli eksperymenty pseudomedyczne podczas uwięzienia w nazistowskich obozach koncentracyjnych. Następnie, umowa Gierek-Schmidt podpisana w 1975 r. w Warszawie przewidywała, że zostanie wypłacone 1,3 mld marek Polakom, którzy podczas okupacji niemieckiej, wpłacali do niemieckiego systemu ubezpieczeń społecznych, bez możliwości pobierania emerytury. Po zjednoczeniu Niemiec w 1990 r. Polska ponownie zażądała reparacji od zjednoczonego państwa niemieckiego, reagując na roszczenia przeciwko Polsce zgłoszone przez niemieckie organizacje wypędzonych żądające odszkodowań za mienie i grunty przejęte przez państwo polskie. W 1992 r. rządy Polski i Niemiec założyły Fundację „Polsko-Niemieckie Pojednanie”, w wyniku czego Niemcy zapłacili poszczególnym polskim obywatelom ok. 4,7 mld zł.

Od tego czasu wśród polskich ekspertów prawa międzynarodowego trwa debata, czy Polska ma prawo żądać odszkodowań wojennych. Niektórzy twierdzą, że deklaracja z 1953 r. nie była legalna, i nie obowiązuje dzisiejszą Polskę. Dlaczego więc nie pchano sprawę odszkodowań po roku 1992, gdy Polska odzyskała swoją suwerenność? Słusznie czy niesłusznie, pierwsze rządy ustaliły że w nowym porządku europejskim, Polska może najlepiej odgrywać swoją rolę jako państwo niezależne nie mające żadnych ambicji rewizjonistycznych i nie szukających dalszych rozliczeń z przeszłości. Uważały że Polska najlepiej będzie się rozwijać gospodarczo jeżeli będzie widziana jako kraj długotrwały na którym można polegać i w którym warto inwestować gospodarczo, militarnie i politycznie. Uznając trwałość istniejących granic ze wschodnimi sąsiadami, Polska zabezpieczała w ten sposób swoje granice zachodnie na Odrze i Nysie. Pamięć o przeszłości jednak pielęgnowano i na obchody bolesnych rocznic zapraszano wszystkie kraje sąsiedzkie, łącznie z rządami Rosji i Nemiec.

Nawet jeżeli przyjmuje się prawo Polski do wznowienia tych roszczeń na podstawie że PRL nie było suwerennym państwem, trzeba przyznać że synchronizacja tych żądań jest wyjątkowo niekorzystna w momencie konfrontacji Niemiec i Polski z Rosją w sprawie Ukrainy. W końcu kraje te wspólnie wzmagają sie w przetrwaniu wojny gospodarczej wobec odmowy dostawy gazu z Rosji. Potrzebna jest solidarność państw demokratycznych w obronie Ukrainy. Polska ma już zastępczą dostawę z gazociągu Baltic Pipe z Norwegii, ale Niemcy znajdują się w wyjątkowej trudnej sytuacji gdy nowy kanclerz niemiecki Olaf Scholz stara się odkręcić błędy poprzednika w uzależnieniu się od dostaw z Rosji, i wspiera kosztowną dla wszystkich politykę sankcji wobec Rosji. Dyplomatycznie Polska powinna wspierać kanclerza wobec opinii niemieckiej by przetrwali ten okres maksymalnego zagrożenia dla gospodarki niemieckiej, a nie szukać powodu aby jeszcze bardziej zniechęcić podatnika niemieckiego od wspólnego udziału w konfrontacji z Niemcami.

Na Forum Rady Polonii Świata w Wilnie we wrześniu dyrektor do spraw Polonii z Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, Jan Badowski, oświadczył że polonia powinna poprzeć roszczenia rządu polskiego w sprawie reparacji od Niemiec na tej samej skali działań lobbystycznych, co poprzednio wykonywali w sprawie przyłączenia Polski do Nato czy do Wspólnoty Europejskiej. Pierwszą reakcją przedstawicieli polonii niemieckiej na zjeździe było retoryczne pytanie, dlaczego 1 milion polskich podatników żyjących w Niemczech ma spłacać teraz rozszczenia z Polski? A po drugie, jak swoim sąsiadom niemieckim z trzeciego pokolenia po wojnie mają uzasadnić taki nagły nowy koszt w obecnym kryzysie gospodarczym? Nikt z MSZ tej sprawy z nimi poprzednio nie konsultował. 

Poza tym nie powinno się porównywać tak kluczową kwestię strategiczną dla przyszłego bezpieczeństwa i dobrobytu Polski jakim była, i dalej jest, NATO i Unia Europejska, z kwestią reparacji niemieckimi które dotyczą nie przyszłość, a przeszłość, Polski. Do jakiego stopnia powinna obecna polityka zagraniczna Polski być kierowana upiorami przeszłości jeżeli takie żądania wprowadzają zasadniczy konflikt z obecną polską racją stanu? Można argumentować że trauma okupacji i terroru niemieckiego na Polskę nie została odpowiednio wyleczona przez 75 lat powojennego współistnienia pokojowego z Niemcami. Dla wielu Polaków, jak i Żydów, ta trauma wciąż kieruje ich codziennym zachowaniem. Na pewno dotyczy to prezesa Kaczyńskiego, który wciąż ocenia Niemców emocjonalnie, tak jakby historia zakończyła się na roku 1945. Ale pielęgnowanie traumy jest mimo wszystko upośledzeniem które tamuje normalny zdrowy rozwój psychiczny pacjenta. Tym bardziej pielęgnowanie traumy na skali państwowej świadczy o upośledzeniu w zachowaniu państwa wobec rzeczywistości i wobec swoich właściwych interesów. Co innego obliczać straty wojenne i przekazywać je do wiadomości Niemcom, a co innego uzależniać od zbrodni przeszłości obecne bezpieczeństwo i kierunek polityki zagranicznej Polski, i w tak frywolny i cyniczny sposób marnować moralne znaczenie rachunku za zbrodnie niemieckie w Polsce.

W końcu wrogiem Polski przez ostatnie 20 lat jest Rosja Putina, a nie Niemcy. Czemu podobny rachunek Polska nie wystawia rządowi rosyjskiemu za zbrodnie choćby z okupacji sowieckiej z lat 1939-1941, jak Katyń, czy zbrodnie ze zniszczeń lat powojennych? Prezes Kaczyński argumentuje że domaganie reparacji od Rosji będzie możliwe dopiero, gdy "Rosja dołączy do kręgu krajów cywilizowanych", ale dla opinii światowej nie warto tego odkładać. Jeżeli Polska autentycznie chce wystawić obydwu najeźdźcom rachunek za zbrodnie wojenne to niech robi to sprawiedliwie i godnie, opierając to na dialogu, a nie kompromitując moralnych argumentów o reparacji prawnym niechlujstwem i politycznym samookaleczeniem.

(1) Przypominam czytelnikom w Anglii że bilion polski (po angielsku "trillion") równa się milion milionów, w odróżnieniu od "billiona" brytyjskiego (po polski miliard) który równa się „tylko” tysiąca milionów.




Wednesday, 28 September 2022

Czy Karol przetrwa jako Król?

 

                                    

Przeznaczono mi 5 minut. Czekałem więc w napięciu w galerii POSKu, otoczony plakatami NSZZ „Solidarności”, a ściślej, z afiszami wyborczymi Komitetu Obywatelskiego przy Lechu Wałęsie, pochodzących z okresu wyborów kontraktowych do Sejmu i Senatu w roku 1989. W auli wstępnej POSKu kłębi się od ludzi witających się z niecodziennymi goścmi. W około mnie stoi jeszcze parę zaciekawionych gapiów, proszących abym ich przedstawił nadchodzącym dystyngowanym gościom. Ich obecność nieco krępowała mnie. Ale wparował nagle do galerii jakiś adiutant brytyjski z marsową miną i wszystkich, poza mną, wygonił.

Jeszcze minuta i z głębi zgromadzonego towarzystwa wyłoniła się elegancka para w sile wieku. Zwróciła się krokami w kierunku galerii. Karol, książe Walii, i Camilla, księżna Kornwalii, skierowani zostali do mojej osoby. Akompaniują im prezes POSKu, Olgierd Lalko; prezes Zjednoczenia Polskiego, Helena Miziniak; i ówczesny ambasador RP, Barbara Tuge-Erecińska. Para książęca podchodzi do mnie i oboje podają mi kolejno rękę. Kłaniam się lekko i witam ich na wystawie plakatów. Przez następne 5 minut są moimi więźniami. Wiem że Książe jest normalnie dobrze poinformowany, więc staram się streszczać, opisując rolę plakatów w historii Polski i ich charakterystykę propagandową, opartą przede wszystkim na wartościach moralnych. Podkreślam ich skuteczność jako główne źródło informacji dla wyborców gdy są reprodukowane i rozklejone we wszystkich zakątkach kraju, w momencie gdy media krajowe były jeszcze w rękach reżimu. Opisuję ostateczny wynik, gdy każdy kandydat solidarnościowy (z jednym wyjątkiem) został wybrany do sejmu kontraktowego czy do nowego senatu. Para książęca słucha uważnie, Książe od czasu do czasu komentując. Odczuwam podświadomie zdenerwowanie kamerzysty z TVP, bo moja osoba rzekomo zasłania widok gości. 

Przeszedłem więc na drugą stronę galerii i zwracam Karolowi uwagę na zdjęcie jednego z kandydatów. „Jest tu nieco jeszcze młodszy,” zażartowałem, „ale ‘Your Highness’ ma spotkać się z nim w czasie swojej nadchodzącej wizyty w naszym kraju. To jest obecny prezydent Polski, Lech Kaczyński.” „A czy wtedy też wygrał mandat?” „Tak, jak wszyscy,” odpowiedziałem, „ale póżniej był bliższym doradcą prezydenta Wałęsy, a jeszcze później prezydentem Warszawy i dość wybitnym ministrem sprawiedliwości.”

„Ale ile ma lat?” nagle zapytał. Zdębiałem, bo nie miałem pojęcia. Szybko podeszła pani Ambasador i dała natychmiastową odpowiedź. Ale widać że Książe miał już chochlika w oczach. „A to kto jest?” pokazał na zdjęcie nieznanego mi kandydata. Ani ja, ani pani Ambasador, nie mogliśmy go rozpoznać. Wyczuwałem że może lekko już znudzony książe zaczyna się bawić. Odpowiedziałem więc „Że tak, też ważny działacz rejonowy z Pomorza, i też wygrał.” Karol uśmiechnął się, zadowolony że mógł zadać mi pytanie na które nie byłem przygotowany. Ja szybko odwróciłem jego uwagę na inną gablotkę gdzie znajdowały się artefakty z tych czasów, jak odznaki „Solidarności” i kartki żywnościowe, które go zainteresowały. Po paru minutach dalszego oprowadzania wizyta się skończyła. Para książęca mi podziękowała, poczem wyprowadzono ich z galerii i cała świta prysła. Zostałem w galerii kompletnie sam. A za chwilę wpadł jeszcze raz ten sam srogi adjutant i w imieniu pary książęcej jeszcze raz uprzejmie mi podziękował. I tyle.

Chcę wyjaśnić że to był rok 2010. Książe Karol miał właśnie odwiedzić Polskę i chciał się przygotować przez wizytę do POSKu, aby zapoznać się z polskim społeczeństwem i ich nastrojami, i pochwalić się prezydentowi Kaczyńskiemu jak bardzo docenione w Wielkiej Brytanii jest polskie społeczeństwo. Pamiętajmy że wtedy były dość negatywne opinie o Polakach w prawicowych brukowcach brytyjskich, a rządowi brytyjskiemu zależało na tym aby zapewnić rząd Polski że jesteśmy tu doceniani i bezpieczni. Wizyta w POSKu była udana, Książe słuchał opinii naszych działaczy, kombatantów, nauczycieli, artystów. Rozmawiał z prezydentem Kaczorowskim. Wszędzie słuchał uważnie, zadawał pytania, podziwiał stroje ludowe, i, jak to on, sporo żartował. Ale ta wizyta miała już potem bardziej tragiczne następstwo. Książe Karol rzeczywiście odwiedził prezydenta Kaczyńskiego w Polsce, ale zaledwie parę tygodni później nastąpiła katastrofa smoleńska. Po raz drugi Książe Karol przybył do POSKu, ale tym razem bez uśmiechów, aby podpisać księgę kondolencyjną.

Teraz Karol jest królem. Po 70 latach czekania, doczekał się. Wyobrażam sobie jak często musiał się rano budzić, przerażony myślą że przez cały życie musi nosić na swoich barkach obowiązek, jako następca tronu, a w końcu jako król, za utrzymanie tego mitu panującej monarchii która nie panuje, ale która otacza nie pisaną brytyjską konstytucję aurą swojej tajemniczości i dworskiego splendoru. Oczywiście nikt tego nie robił tak efektywnie jak jego matka Królowa Elżbieta II. Poświęciła całe swoje życie na utrzymanie tego mitu o ciągłości brytyjskiej państwowości, posługując się przed wszystkim tym tajemniczym milczeniem na temat swoich własnych opinii, personalnych czy publicznych. Wiecznie fotografowana w pastelowych kostiumach, mówiąca tylko to co dla niej napisano na setce spotkań rocznie, sięgających od corocznego otwarcia parlamentu, do otwierania nowych osiedli, czy przyjmowania setki gości w ogrodach swojego pałacu. Każdy myślał że ją zna, bo ją widział w wiecznie na zdjęciach, a gazety plotkowały swoje, o niej i o jej rodzinie. Ale tak naprawdę, nikt nie znał jej myśli, i w tym leżała jej siła. Bo spotykała się regularnie z premierem i ministrami, przyjmowała lub odwiedzała głowy państw z całego świata, wysłuchiwały ich dyskretne uwagi. Każdy jej rozmówca przyznał że była świetnie poinformowana. Ale treść tych rozmów pozostawała w tajemnicy. Była najlepszym przykładem brytyjskiego „soft power”. 

Jej całkowite poświęcenie tej roli jako okno wystawowe brytyjskiego narodu budziło zachwyt i lojalność społeczeństwa. I to ujawniło się w czasie pogrzebu przez 5 milowe ogonki osób przechodzących koło jej katafalku. Każdy przyznaje że istnieje tu anachronizm, ale jest to anachronizm który obecne społeczeństwo przyjmuje jako symbol trwałości kraju, pozostawiając prawdziwą władzę wykonawczą demokratycznym rządom, zmieniającym się co parę lat, ale mających tylko uboczną rolę w ceremoniale. Pogrzeb był własnością rodziny królewskiej i całego narodu, a osoby posiadające prawdziwą władzę na świecie, czyli prezydenci, królowie, premierzy, szejkowie, musieli zadowolić się tylko miejscem w autokarze, i na bocznych ławkach Opactwa Westminsterskiego. A już nikt nie dorówna dworowi brytyjskiemu w organizowania spektaklu trwającego niemal tydzień, pełnego historycznej symboliki, który jednak nie zanudza uczestników czy widzów, lecz hipnotyzuje ich rytuałem i kolorystyką strojów i sztandarów.

Ale Karolowi będzie trudniej niż matce odegrać taką rolę. Posiada inteligencję, poświęcenie, pracowitość, poczucie humoru. Ma ogromne zasługi w swojej pracy charytatywnej dla rozwoju kultury, rzemiosła, a szczególnie dla finansowanego wsparcia utalentowanej młodzieży z niezamożnych środowisk, w ramach jego charytatywnego Princes’ Trust. Ale wokół Karola nie ma już żadnej aury tajemniczości. Znamy jego poglądy i obsesje, często kontrowersyjne, na temat architektury, przyrody, rolnictwa, zmian klimatycznych, czy homeopatii. Niestety czasem wybucha gniewem, poirytowany, na przykład, cieknącym piórem, czy nużącym go dziennikarzem. Przyrzekł publicznie że nie będzie już ogłaszał swoich opinii, lecz, cóż z tego, kiedy te opinie już znamy. Publiczność nie darzyła go tą samą sympatią co jego matkę. Sondaże wskazywały jego popularność na poziomie 54%, gdy jego matkę darzono 81%. Jego pierwsza żona, piękna Diana, którą zdradzał jako mąż, publicznie zakwestionowała czy nadaje się na rolę króla. Argumentowano że lepiej byłoby dla monarchii aby przeskoczono jedno pokolenie po śmierci Elżbiety, i wprowadzić na tron jego bardziej popularnego syna Williama.

Karol jednak postawił na swoim i został królem, a jego druga żona, Camilla, zostaje królową. Na razie społeczeństwo daje mu wotum zaufania. Lecz nadchodzą burzliwe czasy. Wojna na Ukrainie, kryzys gospodarczy, dramatycznie rosnące koszty paliwa i żywności, zapowiadają okres ostrych konfliktów politycznych i społecznych, szczególnie przy nagłej niepopularności obecnego nowego rządu Liz Truss. Ponadto, pewne kraje należące do Wspólnoty mają rosnące pretensje o reparacje prawne za swoją niewolniczą przeszłość, a zarówno w wypadku Szkocji, jak i Północnej Irlandii, grozi widmo demokratycznej secesji, które podważą pojęcie Zjednoczonego Królestwa. Rola monarchii w tym okresie będzie szczególnie delikatna aby zachować neutralność polityczną, a nie wzmocnić nastroje republikańskie.

Karol zapowiada koronację na następny rok, ale skromniejszą niż jego matki 73 lata temu. Tu tkwi dylemat dla ciągłości monarchii, któremu grozi z jednej strony niezadowolenie z nadmiaru kosztownego splendoru w czasie kryzysu gospodarczego, a, z drugiej strony, potencjalnego niedosytu z powodu skromności i braku należytego spektaklu oczekiwanego przez turystów.

Dotychczas tradycyjną rolą monarcha brytyjskiego było zwierzchnictwo nad oficjalną religią kraju, czyli kościoła anglikańskiego, i to mimo rosnącej laicyzacji brytyjskiego społeczeństwa. Chyba najlepszą szansę na przetrwanie popularności monarchii pod panowaniem Karola leży w promowaniu nieoficjalnej nowej religii świeckiej, którą mógłby patronować jako jej Wielki Kapłan. Tą religią jest ekologia i ochrona środowiska, której Książe Karol był przez całe życie wierny, nawet kiedy te sprawy nie były jeszcze powszechnie przyjęte. Dla Karola rola monarchii leży w wywołaniu wewnętrznej harmonii jego instytucji z codziennym życiem społecznym mieszkańców kraju i z codziennym życiem przyrody. Właśnie w poszukiwaniu tej harmonii leży możliwość przywrócenia tej magii i tajemniczości która ponosi nie tylko społeczeństwo brytyjskie, ale i społeczeństwa Wspólnoty Narodów, na czele której również stoi Król Zjednoczonego Królestwa.     

Wiktor Moszczyński                                          Sami Swoi Goniec Polski 3 październik 2022





Thursday, 8 September 2022

Promocja spraw polskich w Wielkiej Brytanii

 

                            

W ostatnim roku przysłano mi egzemplarz książki pisanej przez byłego polskiego Ambasadora pod ambitnym tytułem „Wprowadzenie do analizy polskiej polityki zagranicznej”. Książka nie stanowiła lekką lekturę, pełna przypisów i aneksów. Dla mnie ciekawe były rozdziały które ujawniały te czynniki które faktycznie prowadziły politykę zagraniczną w obronie polskiej racji stanu, poczynając od Rady Ministrów. Autor analizuje potem po kolei wkład w prowadzeniu tej polityki przez Prezydenta, ministra spraw zagranicznych, ministra do spraw Unii Europejskiej, ministra obrony narodowej, a potem przez służby zagraniczne z ambasadorami na czele, przez służby wywiadu, organy międzyrządowe, a wreszcie przez ponadgraniczne organy samorządowe i komisje sejmowe. Natomiast brakuje tu zupełnie czynnika powszechnego, obecnego w niemal każdym państwie obcym na świecie, a więc udziału polonii w tym procesie.

Bardzo często słyszało się od polskich premierów i ministrów w latach posolidarnościowych o tym że każdy Polak za granicą jest „ambasadorem sprawy polskiej na swoim terenie”. Ciekawe wyzwanie, które wiele indywidualnych Polaków i polonijnych organizacji brało na serio. Trzeba też pamiętać że w okresie zimnowojennym, głównym rzecznikiem autentycznej polskiej racji stanu byli Polacy za granicą, albo z pokoleń wojennych i powojennych, łącznie z tymi którzy tworzyli polski rząd na uchodźstwie, ale również emigracji posolidarnościowej. Apele od czynników rządowych aby tworzyć, szczególnie w Ameryce i Europe Zachodniej, „polskiego lobby”, nie brało pod uwagę że to lobby istniało. Inna rzecz, że ten lobby był często improwizowany, i oparty na odruchowym odczuciu Polaków za granicą czym jest interes Polski, bez koordynowania tego koniecznie z czynnikami rządowymi. W Wielkiej Brytanii na przykład w okresie wczesnych lat 90 ych, konieczność przyjęcia Polski do NATO i do Unii Europejskiej było czymś tak oczywistym, że wyprzedzało bardziej ostrożne wypowiedzi polskich ministrów i ambasadorów w tej sprawie. Dyskutując o możliwościach akcesu do Unii, ministrowie byli zaskoczeni gdy tłumaczyliśmy im że wejście np. do Unii było już w naszym programie działania od czasów Edwarda Raczyńskiego i Kultury Paryskiej.

Aby to prowadzić skutecznie trzeba pamiętać o fundamentalnych elementach dobrego lobby.

A więc

1/ Mieć jasne cele działania

Gdy przygotowaliśmy naszą działalność lobbistyczną po roku 1990, działając w organizacji Zjednoczenie Polskie w Wielkiej Brytanii i jej organizacjach członkowskich, jak Stowarzyszenie Polskich Kombatantów czy Macierz Szkolna, wyliczyliśmy najpierw nasze cele działania, obejmujące interesy nie tylko Polski, ale również polskiej diaspory. Wśród nich na pierwszym planie było wspieranie w Wielkiej Brytanii przez akcję „Poland comes Home” aby przyspieszyć akces Polski do Wspólnoty Europejskiej i do NATO, i również nacisk przez nasze kontakty w City of London na udostępnienie długoletnich kredytów bankowych dla Polski. Braliśmy też udział indywidualny w kierwoaniu funduszów pomocy dla polskiej transformacji, czyli inicjatyw w rodzaju „Know How Fund”. Ale inne cele, bardziej już polonijne, wymagająły równie tyle wysiłku, jak na przykład zniesienie wiz dla Polaków, ochrona mniejszości polskich na Wschodzie i wspieranie pomocy charytatywnej dla Polaków na Wschodzie. Innym priorytetem była obrona dobrego imienia Polski wobec polonofobijnych napaści  na polską historię czy na Polaków zamieszkałych w Wielkiej Brytanii.

Z czasem cele się zmieniały, szczególnie gdy te wcześniejsze zostały już osiągnięte. Obecnie interesuje nas, np. sprawiedliwe traktowanie Polaków którzy mają trudności w uzyskaniu prawa pobytu po Brexicie, czy wspaniała inicjatywa wielu polskich ośrodków w pomocy dla uchodźców z Ukrainy. Ale zasada postawienia sobie jasnych celów dalej obowiązuje każdą organizację polonijną która ma ambicje prowadzenia polskiego lobby, czy na szczeblu społecznym, czy gospodarczym, czy politycznym. Stałym elementem tych celów byłaby promocja wizerunku Polski i Polaków w kraju zamieszkania, i wsparcie dla polskiej racji stanu, szczególnie w zakresie bezpieczeństwa Polski i ochrony polskiej suwerenności, dobrobytu i demokracji.

2/ Działalność na wielu płaszczyznach, ale pod wspólnym kierownictwem.

Zjednoczenie Polskie nie musi wszystko wykonywać centralnie. Walczymy o utrzymanie egzaminów języka polskiego przez Polską Macierz Szkolną, puszczamy filmiki w języku polskim o szczepieniach na covid, czy o potrzebie udziału w spisie ludności, reagujemy na kłopoty z policją czy hejtem antypolskim przy kontaktach z organizacją polskich policjantów, stawiamy tablice pamięci wybitnym generałom polskim przez Polish Heritage Society, koordynujemy z indywidualnymi organizacjami od opieki społecznej czy grupy nacisku jak the3million w sprawie sytuacji bytowej czy prawnej polskich rodzin, dostarczamy w Londynie opiekę pierwszej pomocy przez St John Ambulance, a we wszystkim staramy się te sprawy koordynować czy monitorować przez Zjednoczenie Polskie i reklamować jako dobre przykłady pracy przez prasę polską. Obecnie mamy tu też świetną współpracę a konsulatem i grupą koordynującą przy Ambasadzie RP, która z kolei koordynuje przy organizowaniu Polish Heritage Day w okresie trzeciomajowym przy lokalnych polskich organizacjach współpracujących z lokalnymi samorządami. 

3/ Stabilna baza finansowa.

Na wielu akcjach, jak monitorowanie prasy brytyjskiej o Polsce, czy wydanie broszurki o stronniczym podejściu BBC do roli Niemców w czasie okupacji, potrzebny jest stały fundusz, stałe biuro i stronę internetową na odpowiednim poziomie i regularnie unowocześnioną. Gdy Polacy ogłosili oświadczenie w tygodniku parlamentarnym sprzeciwiające się Brexitowi, koszt wynosił £4500. Musieliśmy liczyć się z kosztami gdy zwracaliśmy się do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w sprawie znieważenia Polaków użyciem określenia ujemnego „polack” przez felietonisty brytyjskiego. W roku 2004, nasza działalność wydawnicza w publikowaniu broszury „Jak żyć i pracować w Wielkiej Brytanii” dała tam odpowiedni wysoki profil aby doprowadzić do konsultacji z nami przez Home Office w sprawie powszechnej rejestracji Polaków dający dostęp do rynku pracy w Wielkiej Brytanii. Musiałem wtedy uczestniczyć w programie BBC jako komentator na żywo w parlamencie przemówienia ministra wprowadzającego te nowe przepisy. Ostatnio Zjednoczenie zorganizowało szkolenie dla działaczy różnych organizacji jak prowadzić lobby, jak przygotować oświadczenie prasowe i jak brać udział w występie w radiu czy telewizji brytyjskiej.  Podobne szkolenie przygotowano dla działaczy w sprawie zdobywania społecznych funduszów brytysjkich. Lobby nieudolnie i amatorsko prowadzone gorzej świadczy o interesie polskim, niż brak lobby w ogóle.

4/ Wyjście z getta polskiego.

Aby działać efektywnie trzeba działać w języku angielskim, pisać do brytyjskiej prasy, uczestniczyć w lokalnych samorządach czy radach szkolnych, organizować petycje lokalne lub narodowe. Muszę przyznać że w dziedzinie wyboru polskich posłów czy radnych nieco kulejemy. Doświadczenie uczy że aby znaleźć się w wpływowej roli w polityce brytyjskiej, nie można działać tylko jako przedstawiciel polskiego społeczeństwa, bo takie próby już były, ale kończyły się kompromitacją wyborczą. Trzeba zanurzyć sie w działalność partyjną danego stronnictwa, interesować tym czym oni się interesują, i wypowiadać się w sprawach polskich już z tytułu swojej funkcji w stronnictwie. To jest już działalność dla wybitnych indywidualnych Polaków. Natomiast Zjednoczenie Polskie i inne organizacje polonijne muszą zachować pełną neutralność wobec brytyjskich partii demokratycznych, i unikać kontaktu ze skrajnymi organizacjami polskimi czy brytyjskimi które mają cele niezgodne z brytyjską demokracją. Innym ważnym elementem skutecznego lobby jest stabilność demograficzna. Trudno jest prowadzić działalność promocyjną jeżeli główni działacze i duży procent polonii po paru miesiącach czy latach wracają do Polski czy do innych krajów.

5/ Utożsamienie interesów polskich i brytyjskich.

Ta współpraca była oczywiście prostsza gdy Wielka Brytania była członkiem Unii Europejskiej. Mogliśmy na przykład wspólnie działać w celu zatwierdzenia traktatu nicejskiego, gdy nasze oświadczenie poparcia dla tej umowy rozprowadzone zostało wszystkim posłom brytyjskim w parlamencie i poruszone zostało przez brytyjskiego ministra spraw zagranicznych w debacie parlamentarnej. Mimo wszystko, nawet przy obecnym niefortunnym konflikcie brytyjsko-unijnym, mamy wciąż wspólne interesy polsko-brytyjskie gdy podkreślamy wciąż potrzebę wsparcia dla Ukrainy i utrzymania sankcji wobec Rosji.  

6/ Trzeba podejmować inicjatywę a nie tylko biernie reagować

Dobrym przykładem takiej działalności była jeszcze nasza akcja w roku 1992 aby znieść wizy dla Polaków w okresie gdy wizy były już zniesione dla naszych wschodnio-europejskich sąsiadów. Najpierw przygotowano materiały dla prasy, dla organizacji przemysłowców i dla Home Office. Brytyjski MSZ okazał się tu naszym tajnym sojusznikiem. Ale oficjalnie rząd brytyjski odmówił poparcia. Gdy nastąpiły wybory parlamentarne rozesłaliśmy nasze ulotki i kwestionariusze do polskich parafii i lokalnych kół kombatanckich aby naciskali na lokalnych kandydatów ze wszystkich partii politycznych. Przygotowaliśmy również petycję na skalę krajową. Z czasem widać było że partie polityczne miały już szablonową odpowiedź na nasze naciski. To był dobry znak, bo byliśmy zauważeni. Wówczas nawiązano bezpośredni kontakt z główną partią opozycyjną i po spotkaniu z ich rzecznikiem przy obiedzie w klubie Ognisko, Partia Labour oświadczyła że po wyborach poprą nasz wniosek. W parę dni później nasi przyjaciele z konserwatywnej partii rządzącej zapewniali nas że w wypadku wygrania wyborów, wizy dla Polaków będą zniesione. Konserwatyści wygrali, i rzeczywiście po sześciu miesiącach, premier brytyjski, w czasie wizyty w Warszawie, ogłosił że wizy będą zniesione.

7/ Trzeba trzymać się prawa w kraju zamieszkania.

Ostatnio coraz więcej polskich organizacji w Wielkiej Brytanii  przerzuca się na status charytatywny, unikając w ten sposób opodatkowanie swoich transakcji. Jest to krok wzbudzający zaufanie do tych organizacji w społeczeństwie brytyjskim , ale ma to ten mankament że taka organizacja charytatywna nie może juz partycypować w działalności politycznej. Wówczas ich działalność lobbistyczna musi być bardziej subtelna, oparta głównie na bronieniu praw Polaków w Wielkiej Brytanii. Mimo tego nie przeszkodziło to nam w pisaniu protestów do zagranicznych ambasad, jak np. do niemieckiej w sprawie filmu „Nasze matki, nasi ojcowie” który fałszywie podkreślał zbrodniczy antysemityzm w Armii Krajowej w terenie, czy do białoruskiej w sprawie uwięzienia Andżeliki Borys i Andrzeja Poczobuta, czy do rosyjskiej w sprawie usuwania tablic pamiątkowych po zamordowanych oficerach polskich w Twerze. To nie przeszkodziło czynnemu udziałowi przedstawicieli Zjednoczenia w protestach  przeciw inwazji Ukrainy. I dało nam szczególne prawo do prowadzenia skutecznej akcji przeciw całej serii obraźliwych artykułów o Polakach w Wielkiej Brytanii na szpaltach i stronie internetowej dziennika Daily Mail, które zmuszeni zostali do usunięcia przez naszą interwencję w brytyjskiej komisji zażaleń prasowych, czyli Press Complaints Commission.

8/ Trzeba być wierzytelnym

Aby być skutecznym w lobbingu trzeba strzec się przed przesadą w emocjonalnej reakcji czy podawaniu nieprawdziwych informacji. Potrzebny jest umiar w wypowiedzeniu się. Trzeba znać poziom wiedzy czytelników czy słuchaczy do których się zwraca. Na przykład, w wypadku dyskusji nad zachowaniem Polaków wobec Żydów w okresie wojennym, trzeba podkreślać rolę podziemnej Żegoty i polskiego rządu w Londynie w ratowaniu Żydów, i przypominać skalę terroru niemieckiego w czasie okupacji, ale nie można udawać że nie było zbrodni popełnionych przez indywidualnych Polaków. Wszystkie nasze argumenty i uzasadnienia muszą być wierzytelne i sprawdzane przez rzetelnych historyków.  Muszą też być odzwierciedleniem postawy patriotycznej naszego społeczeństwa w Wielkiej Brytanii, która jest oparta, zgodnie z nauką Ojca Świętego Jana Pawła II, na miłości do swojego kraju pochodzenia i na poszanowaniu wartości i tradycji kraju zamieszkania i innych narodów świata.

Wiktor Moszczyński 

Wyklad 16 wrzesnia na Zjezdzie Rady Polonii Swiata w Wilnie



Wednesday, 31 August 2022

Instytut a Studium

 

                                                     

Ile jest muzeów w Londynie? Według Wikipedii jest ich aż 144. Zalicza się do tej  listy również przynajmniej jedna polska placówka. Chodzi tu o Instytut Polski i Muzeum im gen. Sikorskiego, najczęściej znany po prostu jako Instytut Sikorskiego.

Lecz wśród nowoprzyjezdnych i zwiedzających Polaków w Londynie, mało kto o tej instytucji wie. Instytut znany jest głównie w świecie naukowym, i to z powodu swoich archiwów  wojskowych z okresu Drugiej Wojny Światowej. W okresie przed pandemią, przeszło 350 badaczy historycznych, Polaków, Brytyjczyków i innych, przybywało tu rocznie aby czerpać informacje z archiwów pod czujną opieką głównego archiwisty, dr Andrzeja Suchcica. Jest też bogata sekcja filmów która znajduje się już obecnie pod ochroną British Film Institute, ale jest poważnym źródłem dochodów dla Instytutu z powodu udostępnienia praw filmowych. Instytut jest również częstym miejscem pielgrzymki nie tylko dla historyków, lub członków rodzin wojskowych szukających informacji o swoich krewnych czy przodkach, ale również dla polskich dygnitarzy odwiedzających Wielką Brytanię. Przy okazji oprowadza się ich również po muzeum, które jest często dla nich rewelacją. Pamiętam jeszcze pierwszy przyjazd Lecha Wałęsy do Londynu w grudniu 1989, kiedy odwiedzanie muzeum i pozowanie na zdjęciu przy posągu misia Wojtka, było konieczną dla niego atrakcją przed spotkaniem się z panią premier Thatcher.

Muzeum i archiwa mieszczą się w pięknym zabytkowym gmachu, w zamożnej dzielnicy Kensington, wśród ambasad i instytutów naukowych, a naprzeciw rozległego Hyde Parku. Sam budynek zakupiony został w roku 1947 przez nowo utworzoną organizację charytatywną pod patronatem prezydenta Raczkiewicza, aby zachować wszelką dokumentację i pamiątki z walki Polaków na Zachodzie, i uniemożliwić przekazanie tych skarbów władzom komunistycznym w Polsce. Ta chęć zachowania wszelkich archiw i zabytków na terenie Wielkiej Brytanii pozostaje nadrzędnym celem obecnego zarządu powierników Instytutu do dziś.

Choć muzeum jest dostępny dla wszystkich i wstęp jest darmowy, zwiedzać go można jednak tylko na dwie godziny popołudniowe, od wtorku do piątku, i jeszcze w ciągu dnia w pierwszą (ale tylko pierwszą} sobotę każdego miesiąca. W tych ograniczonych godzinach dostępu proponuje się zadzwonić z góry i upewnić się że kurator czy jeden z oddanych wolontariuszy będzie mógł oprowadzić po wystawie. Wyobrażam że wynika to z powodów ostrożności i bezpieczeństwa, i nie krytykuje tego. Lecz nie daje to zachęcającego poczucia dostępności dla nieśmiałego przypadkowego gościa z ulicy.

Natomiast, jest co zobaczyć. Mundury generała Sikorskiego i jego córki w czasie katastrofy w Gibraltarze; sztandar polski który zawisł nad zdobytym klasztorem na Monte Cassino; obrazy Wojciecha Kossaka i szkice z frontu Mariana Walentynowicza; urny z ziemi słynnych bitew we Włoszech; szczątki zestrzelonego samolotu niemieckiego; historyczne zbroje; portrety królów; modele okrętów wojennych; niezliczone mundury, medale, monety, dyplomy; a pod sufitem każdej sali sztandary, sztandary i sztandary. Można dać się sfotografować siedząc przy biurku generała Sikorskiego czy generała Andersa. Zaskakująca jest duża gablota wynalazków, jak peryskop dla czołgów, czy „odkurzacz” anty-minowy, świadczący o zdolności do improwizacji polskich inżynierów wojskowych. Ofiarowany jest dostęp do zdjęć i filmów z czasów wojny i emigracji powojennej. Ekspozycje i wystawy znajdują sie na trzech kolejnych piętrach, dostępne tylko schodami, i dają poczucie bogatej, lecz nie unowocześnionej, kolekcji zabytków. Z punktu widzenia narracyjnego wydaje mi się że mogłyby sale być ustawione bardziej w kolejności historycznej, bo mimo pięknych zabytków przedrozbiorowych, szczególnie z lat napoleońskich, eksponaty leżą wmieszane z przedmiotami bardziej nowoczesnymi.  Jest tu mało okazji do prezentacji multimedialnej czy interaktywnej, jak dotykowe ekrany czy podcasty na zamówienie guzika. Ciekawym wyjątkiem jest jednak improwizowany system światełek wskazujący linię frontu i główne obiekty walki na wzgórzach Monte Cassino. Oby więcej tego, i śmielej.

Instytut obecnie posiada już bardziej nowoczesną i dostępną stronę internetową. Szczególnie cenna jest strona podająca instytucje, brytyjskie i inne, gdzie można uzyskać wstępne źródła informacji o swoich najbliższych czy o przodkach. Ale brakuje na przykład dostępu wirtualnego do bogatszych zabytków muzeum, które normalnie udostępniają nowocześniejsze londyńskie muzea dla osób zamieszkałych z dala od Londynu, czy dla szkół. Mam nadzieję że, przy ostatniej kwietniowej zmianie dyrekcji, i powołaniu nowych powierników, Instytut będzie mógł skoncentrować się nad unowocześnieniem swoich ekspozycji i otworzy wreszcie drzwi szerzej na bardziej dostępną wystawę, której odwiedzenie będzie traktowane jako atrakcyjną jednodniową wycieczkę dla polskich czy angielskich rodzin. Dyrektorzy mówią o braku wolontariuszy. Czy może udałoby się wzmocnić usługę oprowadzania etatami profesjonalnymi?

Myślę też że przy ostatnim przyjęciu nowych powierników władze Instytutu mogłyby wreszcie uniknąć jarzący się od szeregu lat niepotrzebny spór ze swoją siostrzaną siedzibą w Studium Polski Podziemnej na Ealingu. Właśnie czytałem w Tygodniu Polskim szczegóły przemówienia p. Eugenii Maresch, przewodniczącej komitetu Studium, w której wyrażała obawy wynikające z „rozbieżnej decyzji” Rady Studium w roku 1988, aby wykonać amalgamacji Studium z Instytutem Sikorskiego.

Studium specjalizuje sie w archiwach dotyczących przede wszystkim całokształtu polskiego państwa podziemnego pod niemiecką i sowiecką okupacją. Tworzy osobną kolekcję archiw oficjalnych i personalnych, równoległych w czasie, lecz niezależnych, wobec kolekcji w Instytucie. Po amalgamacji, budynek Studium wraz z archiwami stał się prawnie własnością i odpowiedzialnością Instytutu. Poprzednia rada powierników Studium stała się już tylko komitetem z ograniczoną władzą i bez statusu prawnego. Mimo tego Studium zatrudnia zawodowego archiwistę i wydaje własne publikacje, a Instytut pokrywa tylko koszty utrzymania domu. Pod energicznym kierownictwem śp. Krzysztofa Stolińskiego, oraz pani Eugenii, Studium rozwijał się dynamicznie, przy wspólpracy kilkunastu wolontariuszy o różnym wieku i doświadczeniu. W roku 2008 Studium wprowadziło, jeszcze przed Instytutem, modernizację archiwów, używając najnowszej technologii, tzw. digitilizacji. System ten jest kosztowny ale ułatwia dostęp dla badaczy i ratuje cenne informacje leżące dotychczas w swoich oryginalnych kruszących się papierowych zapiskach.

Studium chce się teraz przerzucić na działalność informacyjną i edukacyjną dla szerszego społeczeństwa, a szczególnie dla polskiej młodzieży i dla polskich szkół sobotnich. Organizuje seminaria i konferencje naukowe. Według obecnych członków Komitetu Studium, zarząd Instytutu nie zawsze doceniał tamte inicjatywy i nie pomagał w ich dofinansowaniu. Nastąpiły animozje. Powiedziano mi że jeden z dyrektorów Instytutu nawet chwalił się tym że „nigdy moja noga nie stanie w budynku Studium”, a dyrekcja Instytutu regularnie przez szereg lat nie odpisywała na listy.

Od paru lat Studium starał się przystąpić, poprzez krajowe Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, do programu „Wspieranie Archiwów, Bibliotek i Muzeów poza Krajem”. Chciał złożyć oddzielne podanie o dotację przeszło £200tys. do Ministerstwa. Niestety Instytut wówczas to zablokował. Wobec tego, komitet Studium zaproponował w zeszłym roku ponowną separację obu instytucji, łącznie nawet z podziałem majątku. Z początku nie było reakcji, ale po kilku miesiącach doszło do spotkania w której Instytut odrzucił pełną seperację. Studium przedstawił wtedy bardziej kompromisowe rozwiązanie, oparte na odzyskaniu osobowości prawnej dla Studium w ramach nowej konstytucji Instytutu, coś na zasadzie „jedno państwo, dwa systemy”. W międzyczasie Studium zarejestrował oddzielną organizację charytatywną,  aby być w stanie przyjmowania dotacji od innych organizacji charytatywnych.

W odpowiedzi Instytut przedstawił listę sześciu swoich własnych nominantów do objęcia kontroli nad Komitetem Studium, a zostawiając Studium tylko jednego własnego przedstawiciela w osobie pani Eugenii Maresch. Członkowie Komitetu Studium zaalarmowani zostali tą propozycją, i trwa obecnie okres wielkiego napięcia.

Myślę że ten spór jest nie tylko szkodliwy, ale iniepotrzebny. Wyczuwam że Instytut, który chwali się swoją niezależnością wobec władz krajowych, ma obawy że dotacja z Polski dla Studium mogłaby doprowadzić do ewentualnego uzależnienia własności zbiorów od instytucji poza brytyjskiej.  Jednak  nowi dyrektorzy Instytutu z którymi byłem w kontakcie doceniają dwutorową odrębność działania obu instytucji, która dobrze służy ich strukturze i powołaniu. Wyrażają chęć aby ostateczna umowa wyszła na korzyść obydwu instytucjom. Instytut Sikorskiego winien koncentrować się nad unowocześnieniem swojego muzeum i swoich własnych archiwów. A Studium powinien uzyskać ponownie osobowość prawną i możliwość dalszego dotlenienia swojego profesjonalnego systemu archiwizacji, i do rozwinięcia ambitnego programu informacyjnego i edukacyjnego. Obydwie instytucje są dla nas, i dla przyszłych pokoleń, za bardzo cenne, aby miały się miotać obecnie w niepotrzebnym konflikcie. 

 Wiktor Moszczyński     Tydzień Polski                                                    2 wrzesień 2022

 

 



Friday, 12 August 2022

Omerta w sprawie Domu Polskiego w Kirkcaldy




 W marcu tego roku powiernicy Bennochy Community Hub SCIO (Kirkcaldy Polish Club), złożyli ofertę w wysokości £300,000 na zakup byłego Domu Kombatanta w Kirkcaldy. Organizacja ta wynajmowała dotychczas budynek ale tym razem chciała go wykupić, wiedząc że obecny właściciel chciałby się jego pozbyć i sprzedać na rynku. Poziom oferty jest zgodny z oceną niezależnego szkockiego zakładu mierniczego DM Hall Ltd, która ostatnio przeprowadziła przegląd wartości tego komercyjnego budynku.

Właścicielem obecnym budynku jest PCA Ltd, która była kiedyś gospodarczym ramieniem starego Stowarzyszenia Polskich Kombatantów w Wielkiej Brytanii, dopóki SPK WB nie zostało rozwiązane w roku 2012. Obecnie spełnia tą samą rolę dla Stowarzyszenia Polskich Kombatantów w Wielkiej Brytanii Trust Fund, zwanej potocznie w polskim świecie jako Fundacja SPK. Czołowi powiernicy i dyrektorzy obu instytucji są te same osoby które były poprzednio członkami zarządu SPK WB w czasie jej dość kontrowersyjnego rozwiązania w roku 2012.  

Oferta ma tą zasługę że, po pierwsze, prawnie pozostawia budynek w rękach doświadczonych osób które zatwierdzają jej obecny charakter komercyjny i społeczny, zgodny z wymogiem lokalnych władz; po drugie, finansowo jest korzystna bo odpowiada ocenom firmy mierniczej; a po trzecie, zapewnia ciągły poważny historyczny polski element w zarządzaniu tej posiadłości, tym samym gwarantując odpowiednie uszanowanie dla najbardziej historycznie cennego obiektu przy tym  budynku, a mianowicie pomnika katyńskiego. Pomnik stoi na ziemi poświęconej która została przeniesiona szereg lat temu z terenu cmentarza w Katyniu przez lokalny zarząd Koła SPK



Właściwie, oferta Bennochy Community Hub wynika z unikalnego zestawienia czynników, którą nie mogłaby zaoferować jakakolwiek inna organizacja komercyjna czy społeczna w przyszłości, nawet gdyby składała bardziej hojną ofertę niż obecna. Przy tej ofercie, nie trzeba będzie uzyskiwać zmian w „planning permission”, i nie trzeba będzie tłumaczyć polskiemu społeczeństwu i polskim władzom dlaczego rezygnuje się z polskiego charakteru tak rzadkiego cennego ośrodka w Szkocji. W ten sposób gwarantuje się utrzymania tamtejszej polskiej szkoły sobotniej i drużyny harcerskiej i nie trzeba będzie nic zmieniać przy budynku czy w ogrodzie. Oferta ta zapewnia też przetrwanie obiektów sportowych i rekreacyjnych oraz możliwość organizowania odpowiednich zajęć rekreacyjnych i kulturalnych dla lokalnego społeczeństwa. Co roku, przy pomocy lokalnej młodzieży klub spiera uroczystość pamięci dla żołnierzy Cichociemnych przy niedalekim ich pomniku w miasteczku Leven. Pozostanie też dotychczasowa pomoc opieki społecznej dla potrzebującym z powodu wieku, trudności finansowych, złego stanu zdrowia, czy niepełnosprawności. Najważniejsze że nie trzeba będzie się martwić logistyką i administracyjną złożonością przeniesienia historycznego pomnika i przylegającej ziemi, na inny teren.

Bennochy Community Hub jest charytatywną organizacją szkocką (charity number SCO 49737) składającą się zarówno z Polaków i lokalnych Szkotów. Powstała w roku 2018 po ustnej umowie z zarządem PCA Ltd aby w ten sposób zgodnie z prawem przekazać posiadłość z jednej organizacji do drugiej. Przewodniczącym klubu jest geodeta morski, John Hamilton, a zastępcą przewodniczącego jest Renata Łopatowska, kierowniczka klubu i córka zasłużonej lokalnej działaczki ruchu kombatanckiego. Organizacja uzyskała poważną dotację od Scottish Land Fund aby pomóc przy zakupie tego obiektu. Współ kierownictwo nowego ośrodka w Kirkcaldy pozostanie w rękach doświadczonych i sprawdzonych polskich działaczy społecznych wychowanych w patriotycznej tradycji powojennych emigracyjnych polskich organizacji kombatanckich.

Pod obecnym kierownictwem Polski Klub pozostał miejscem, w którym mieszają się dwie kultury: polska i szkocka. Jest ideowym spadkobiercą Koła nr 50 im. gen. S.Maczka założonym jeszcze w roku 1947. W budynku kombatanci 2nd Battalion The Parachute Regiment - Fife Branch organizują swoje spotkania, wspólnie z Polakami świętują Remembrance Sunday i Święto Niepodległości, oraz inne ważne daty wspólnej historii. Znajdują się tu również organizacje jak Kirkcaldy Acoustic Music, klub wędkarzy i drużyny sportowe które służą wszystkim narodowościom. .

Wydawałoby się że trudno o bardziej pozytywną ofertę o zakup tej zasłużonej polskiej placówki. Jest to sprawa również zupełnie praktyczna, bo przy takiej sprzedaży zarówno komercyjne interesy PCA Ltd, jak i tradycyjne wartości społeczne i narodowe Fundacji Stowarzyszenia Polskich Kombatantów byłyby jednoznacznie zabezpieczone. 

Niestety, PCA Ltd nie spieszy się ze sprzedażą budynku. Prezes Hamilton na czerwcowym spotkaniu z całym zarządem powierników PCA Ltd, ponownie nie uzyskał żadnej odpowiedzi. PCA Ltd nie raczyła pisemnie odmówić kupna. Mimo braku innych ofert komercyjnych, nie odpowiadała zupełnie na prośby pana Hamiltona i na apele od szkockiego ministra Środowiska i Reformy Rolnej, pani Mairi Mcallan, aby utrzymać przez tą sprzedaż polski i społeczny charakter budynku. To tak, jakby oferta, i ludzie którzy ją składają, nie istniały. Cisza.

Po rozmowie z konsulatem w Edynburgu, z którym ośrodek utrzymywał dobrą współpracę, pan Hamilton i pani Łopatowska apelowali w desperacji do Prezydenta Dudy o pomoc, aby jego Kancelaria mogła przekonać SPK do sprzedaży im domu i do kontynuowania obecnej roli wychowawczej i towarzyskiej tej placówki. Niestety nie było nawet potwierdzenia odbioru listu od Kancelarii Prezydenta. Też cisza.

Pisali również do Ministra Obrony, ale znów nie było odpowiedzi. Pisali jeszcze do ministra Dziedziczaka, odpowiedzialnego za współpracę z polonią. Dalej cisza. Czy to jakaś omerta?

W końcu odwiedził ich nowy Ambasador RP Piotr Wilczek i zgodził się jeszcze sprawę omówić z władzami PCA Ltd.

Tymczasem, w zeszłym tygodniu, rzecznik PCA Ltd uchylił wreszcie rąbek tajemniczego milczenia. Osoba ta oświadczyła że Fundacja stara się o pozwolenie na zmiany planów z komercji na prywatną rezydencję. Okazuje się że jeszcze w ubiegłym roku agencja nieruchomości oceniła wartość domu na £600,000, ale ta ocena oparta była na mylnej informacji że jest to dom mieszkalny. PCA Ltd dobrze wie że gdyby na to zgodził się lokalny Fife Council, to istniejący klub byłby automatycznie uśmiercony, stracilby szkocka dotacje, a pomnik katyński bylby wykopany i przeniesiony gdzie indziej.

Oczywiście Fife Council nie zgodzi się na taką zmianę bo obiekt jest za dobrze znany i ceniony na terenie Szkocji i jest nawet używany przez lokalnych radnych i przez posła jako ich biuro porad. Stąd ta opcja zmiany jest nierealna dla PCA Ltd i niezgodna z misją dziejową siostrzanej Fundacji SPK.

Dlaczego PCA i Fundacja take negatywnie reagują? Jedni argumentują że odnowiony niezależny polski klub w Kirkcaldy byłby komercyjnym rywalem dla nowo utworzonego Klubu SPK w Edynburgu w którego Fundacja władowała wielkie inwestycje. Ale role domów są inne, a geograficznie oddzielone są od siebie szerokim ujściem rzeki Forth.

Nie jest też chyba prawdą że pewni powiernicy Fundacji SPK i PCA Ltd mają jakby osobiste porachunki z obecnym kierownictwem klubu jeszcze z czasu rozwiązania SPK w roku 2012. Trudno uwierzyć aby czymś tak osobistym mogłaby się kierować tak ważna instytucja jak Fundacja SPK.

Parokrotnie w latach ostatnich poszczególni powiernicy Fundacji wyrażali brak zaufania co do patriotyzmu nowoprzybyłych Polaków, posądzając ich o materializm i niechęć do pracy społecznej. Zauważono że przy sprzedaży przeszło 30 Domów Kombatanta przez PCA Ltd w ostatnich latach, ani jeden nie znalazł się w rękach polskiego społeczeństwa, mimo starań polskich organizacji w czasie ówczesnego masowego napływu Polaków. Ważne jest aby powiernicy jednak docenili patriotyzm i ofiarność obecnego i przyszłego pokolenia Polaków w tym kraju, np. przy utrzymywaniu szkół sobotnich w przeszło stu ośrodkach polskich w Wielkej Brytanii, czy przez pomoc wykazaną uchodźcom z Ukrainy. Poza tym organizacja charytatywna jak Bennlochy kierowana jest zgodnie z ostrymi przepisami prawa szkockiego i nie może sprzeniewierzyć majątek prywatnym interesom.

Natomiast ta cisza jest mniej zrozumiała w wypadku czynników państwowych jak Kancelaria Prezydenta czy Ministerstwo Obrony Narodowej. Czy to wynika z jakiegoś poczucia lojalności wobec Fundacji SPK? Wiadomo że Fundacja SPK jest hojna w wsparciu różnych inicjatyw krajowych jak np. Świątynia Opatrzności Bożej w Warszawie, gdzie leży teraz grób prezydenta Kaczorowskiego i jego małżonki. Wspierała inicjatywę ulokowania rzeźby Tadeusza Zielińskiego w atrium w POSKu, i utrzymuje Kościół św Andrzeja Boboli koło Hammersmith w Londynie. Fundacja SPK uzyskuje dotacje na tą działalność od PCA Ltd, zaś, według bilansu ogłoszonego przez Companies House w marcu roku 2021, PCA Ltd posiadało £1,377,776 w rzeczowych aktywach trwałych. Ale ta wzgledna zasobność i hojność charytatywna nie powinne być powodem aby urzędy rządowe miały zapomnieć o losie polskiego społeczeństwa, polskiej kultury, polskiego pomnika i polskich dzieci na ziemi szkockiej. Serce boli na samą myśl że ten unikalny w Szkocji polski ośrodek i pomnik katyński mógł być z takiego powodu zaprzepaszczony.

Obecnie klub polski w Kirkcaldy wyraża nadzieję że, dzięki interwencji Ambasadora, ta zmowa milczenia będzie niebawem przerwana i że nastąpi wreszcie pozytywna decyzja w sprawie sprzedaży tego obiektu zasłużonym powiernikom Bennochy Community Hub SCIO (Kirkcaldy Polish Club).

Wiktor Moszczyński                Tydzień Polski       19 sierpień 2022

 


Monday, 1 August 2022

Akolici Brexitu walczą o władzę

 


6 września Zjednoczone Królestwo uzyska nowego premiera, mianowanego przez Królową. Nie uzyska go w wyniku wyborów powszechnych, ale na wniosek ustępującego premiera. Dla Królowej będzie to 15a z kolei osoba pełniąca tą funkcję, poczynając od Churchilla. Natomiast dla Wielkiej Brytanii będzie to osoba narzucona przez ciasny elektorat składający się z zaledwie 140 tysięcu osób, posiadających członkostwo rządzącej konserwatywnej partii politycznej.

Ten osobliwy elektorat konserwatywny tworzy zaledwie 0,3% obecnego elektoratu brytyjskiego. Ponadto wcale nie odzwierciedla ani stanu majątkowego, ani aspiracji pozostałej części społeczeństwa. Na przykład, 58% ma powyżej 50 lat, 80% członków pochodzi z klasy średniej, niemal 70% posiada białą skórę, 64% mieszka w południowej Anglii, 76% głosowało za wyjściem z Wielkiej Brytanii. Tradycyjnie partia konserwatywna tworzyła szeroką pragmatyczną wielkobrytyjską koalicją prawicową, ale obecnie przemieniła się w narodową partią wyłącznie angielską. W normalnym państwie taki elektorat byłby zbyt wąski aby mieć prawo wyznaczenia nowego premiera i tworzenia nowego rządu.

Niestety, Zjednoczone Królestwo Wielkiej Brytanii i Północnej Irlandii nie jest obecnie normalnym państwem. Istnieje co prawda „Królestwo”, pod berłem 95-letniej staruszki, ale słowo „Zjednoczone” jest jak najbardziej pod znakiem zapytania. Zagrożone jest nie tylko zjednoczenie Wielkiej Brytanii z Północną Irlandią, ale również między głownymi składnikami samej  rzekomo „Wielkiej” Brytanii, czyli Anglii, Szkocji, a nawet Walii. Te rosnące podziały stały się co raz bardziej realne w wyniku Brexitu, czyli decyzji społeczeństwa w referendum w roku 2016 opuszczenia Unii Europejskiej.

W czasie referendum, kraj był podzielony niemal na równo między tymi którzy chcieli pozostać („Remainers”), a tymi którzy chcieli odejść („Leavers”). Ci ostatni wygrali referendum minimalną przewagą głosów, ale przez przeszło trzy lata trwała walka polityczna nad kształtem Brexitu i ułożeniem przyszłych stosunków z Unią. Ostatecznie, po wykruszeniu innych opcji bardziej umiarkowanych, zwyciężyło rozwiązanie oparte na jak najbardziej jaskrawej interpretacji narodowej suwerenności, kosztem stabilności gospodarczej, politycznej i dyplomatycznej. Partia konserwatywna, pod nowym kierownictwem tryskającego energią Boris Johnsona, pozbyła się pozostałych sympatyków Unii, przejęła hasło Brexitu już jako „dzieło dokonane”, i uwieńczyła to zwycięstwem wyborczym nad słabym przeciwnikiem.

Niby konfliktu na ten temat teraz nie ma. Szef opozycji, Keir Starmer, uważa że decyzja Brexitu jest nieodwracalna przy obecnym pokoleniu, a wszelkie instytucje naukowe, czy przedsiębiorstwa, które oponowały Brexitowi, nie zwalczają tej decyzji, a po prostu starają się do niej dopasować, licząc na to że stosunki z Europą w końcu poprawią się.

Mimo tego, konserwatywna hierarchia rządowa, z Johnsonem na czele, robi wszystko aby konflikt o Brexicie trwał dalej, aby rana wewnętrzna wynikająca z Brexitu nie zagoiła się. Uważają że jeśli dotychczasowy Brexit nie jest wystarczająco doceniony to trzeba będzie go jeszcze bardziej eksploatować i pogłębić. Brexit widziany jest przez nich nie jako status quo, ale jako ideologiczna podstawa do utrzymania się przy władzy, i tym się kierują aby pokonać obecny kryzys w państwie. 

A Wielka Brytania rzeczywiście brnie w wielkim kryzysie gospodarczym. Posiada galopującą inflację, zahamowany wzrost w gospodarce, rozszerzoną rzeszę osób żyjących w granicach ubóstwa, groźby rosnącej ilości strajków, rozkład w służbie zdrowia i opiece społecznej, blokady ruchu na granicach, szalejący wciąż covid i niezałatwioną kwestię uregulowania nielegalnych uchodźców przybywających przez Kanał. Infrastruktura państwa kruszy się z dnia na dzień. Istnieje też rosnąca obawa że postępują katastrofalne zaburzenia klimatyczne. Do tego nadchodzi głębokie zaangażowanie w konflikcie gospodarczym i militarnym z Rosją, rosnące parcie Szkotów do niepodległości i walka z Unią Europejską o przyszłość tzw. Protokołu Północo-Irlandzkiego. Natomiast sama sprawa Brexitu jest obecnie dla społeczeństwa zupełnie obojętna. Konserwatyści zaczęli tracić kontrolę a zarazem poparcie w lokalnych wyborach i sondażach. Po osobistej kompromitacji moralnej Johnsona, poslówie konserwatywni wymusili jego rezygnację i otworzyli pole na wybór jego następcy, który efektowniej ma rozegrać te wyzwania.

Z początku, z szerokiej puli 10 kandydatów, w której wszyscy byli wyznawcami dogłębnego dokończenia dzieła Brexitu, posłowie konserwatywni wyznaczyli dwóch ostatecznych kandydatów, z których pozostali członkowie partii mają ostatecznie wybrać premiera. Były minister finansów Rishi Sunak uzyskał 137 głosów wśród posłów, a minister spraw zagranicznych Liz Truss 113 głosów. Lecz wobec wyżej wymienionych problemów ciasny elektorat członków partii konserwatywnej wymagał od tych kandydatów bardziej radykalne, a nawet konfliktowe, rozwiązania, niż wymagali posłowie.

Na czoło wysuwa się Liz Truss. Posiada obecnie 62% poparcia w sondażach członków partii, wobec tylko 38% dla Sunaka.  Wzmacnia poparcie wśród członków Partii Konserwatywnej, przez utrwalanie mitycznych „zdobyczy Brexitu” i przez ideologiczny powrót do wcześniejsej legendarnej przywódczyni Partii.  Naśladuje we wszystkim Margaret Thatcher, czyli jej ubiór, jej aforyzmy, jej postawę i sposób chodzenia. Pozuje, jak jej poprzedniczka, w czołgu, czy w futrzanej czapce na Kremlu. Dziennikarze pokpiwali z jej stałego akt hołdu dla pani Thatcher („Margaret Thatcher tribute act”), przeciwnicy przezywają ją „ludzkim granatem ręcznym”, i pytają kiedy wreszcie wystąpi z pod tego kamuflażu, jako niezależna osobowość. „Jestem taka jaką widzicie,” odpowiada. Oczywiście każdy widzi co innego. Zależy czy patrzy realnie, czy przez pryzmat Brexitu.

Bo nad wszystkim rozpościera się, jak ponury cień, mit Brexitu. Niby jest już dokonany i utrwalony przez Borisa Johnsona, ale faktycznie wciąż wymaga dogłębienia, przez, jak mówi Truss, „spalenie wszelkich niepotrzebnych ustaw europejskich”, przez dalszą deregulację, przez likwidację umowy opartej o Protokół Północno-Irlandzki, i przez zerwanie z Europejskim Trybunałem Praw Człowieka, co z kolei ma umożliwić zreformowanie obecnych praw człowieka, aby bardziej reprezentowały, nie prawa obywateli, ale interesy rządu.

Ani Liz Truss, ani Rishi Sunak, nie przyjmują do wiadomości że trudności z ruchem granicznym są wynikiem Brexitu. Jest to przykład zwycięstwa pobożnego życzenia nad prawdą empiryczną. A ostateczną kropkę nad „i” pozostaje, zgodnie z umową wyjściową, brak rozumnego rozwiązania najbardziej palącego problemu przyszłości Północnej Irlandii, która pozostaje zarazem w Zjednoczonym Królestwie, jak i w Unii Europejskiej. Tu premier Johnson podpisał umowę którą, albo nie zrozumiał, albo liczył się z tym że później wyprze się niej, nie przyjmując jej warunków kontroli ruchu towarów między Wielką Brytanią a Północną Irlandią. Oszustwo brytyjskie, czy ignorancja? Nie ważne. Ważne tylko że pod żadnym pozorem obecni kandydaci nie mogą przyznać się że decyzja ta była niesłuszna, czy szkodliwa dla brytyjskich interesów.

Kandydaci Liz Truss i Rishi Sunak są spadkobiercami tej mitomanii brexitowej. Muszą liczyć się też z prasą konserwatywną jak Daily Mail czy Daily Telegraph, która podgrzewa temperaturę w rozwinięciu efektów Brexitu. Kandydaci nie widzą ujemnych skutków Brexitu, nie boją się wywołać wojny celnej z Unią, chwalą się wciąż wyjątkowością swoich rzekomych sukcesów w zwalczaniu pandemii. Przekraczają normy przyzwoitości wobec uchodźców, grożąć wysłaniem ich bezpowrotnie do Rwandy, ignorując zarazem wszelkie międzynarodowe normy zachowania, których Wielka Brytania dotychczas była wzorem. W imieniu obrony Brexitu, rozgrzewają konflikty na tle obyczajowym z imigrantami, ze związkami zawodowymi, ze szkockimi narodowcami, z liberalnymi prawnikami i sędziami, z naukowcami, a przede wszystkim z Unią Europejską, która, w obecnym kryzysie agresji rosyjskiej i chińskiej, winna była być najbliższym sprzymierzeńcem Wielkiej Brytanii.

Liz Truss wygrywa ten wyścig, bo najbardziej bezwględnie trzyma się programu nieomylności i kontynuuje politykę mitomanii Boris Johnsona. Gotowa jest już od września zadłużyć budżet państwowy o dalsze £34mld przez natychmiastowe obniżenie podatków i powiększenie w budżecie obrony narodowej. W okresie niemal 10 procentowej inflacji i kurczącej się gospodarki, te propozycje są wyjątkowo szkodliwe, ale konserwatystom ofiarują optymizm i nadzieję.

Mankamentem jej przeciwnika, Rishi Sunaka, jest to że, mimo jego wiary w te same mity co Truss, stoi jeszcze jedną nogą w świecie realnym i tłumaczy że jej projekty pozbawione są wszelkiej logiki gospodarczej, zwiększają dług na następne pokolenia i podwyższą koszty kredytu hipotecznego. Torysi nie chcą tego słyszeć. Sunak pozostaje oskarżony przez prasę konserwatywną  jako „zdrajca” który „wbił nóż w plecy” uwielbionego przez nich premiera Johnsona. Bo mimo powszechnego potępienia społecznego, w oczach znacznej części Konserwatystów Johnson pozostaje nieskazitelnym bohaterem który przyniósł im zwycięstwo a teraz został zdradzony, jak kiedyś Margaret Thatcher, zdradzieckim puczem konserwatywnych ministrów i posłów. To jeszcze jeden mit.

Jak szerszy elektorat brytyjski  oceni zwycięstwo pani Truss i jej przyszłego gabinetu potencjalnych mitomanów? W tej chwili bardziej martwi się kosztem życia codziennego, rosnącym rozkładem w służbie zdrowia i obawą przed groźnymi zmianami klimatycznymi, a nie Brexitem. Debata o obniżeniu podatków, czy panika z powodu rosnącej ilości nielegalnych uchodźców, nie jest jeszcze dla niego priorytetem. Walka kandydatów toczy się więc w pewnej próżni. Według obecnych sondaży żaden z kandydatów nie wygra następne wybory w roku 2024. Ale to zależyć będzie od atrakcji laburzystowskiego przeciwnika, a Starmer, choć szanowany, nie daje żadnej wizji która mogłaby ponieść zmęczone społeczeństwo. Nadchodzi burzliwy okres strajków i dalsze przykłady rozkładającego się ładu społecznego, któremu pani Truss, po swoim prawdopodobnym zwycięstwie, będzie musiała jako premier stawić czoło. Prawdopodobnie pogłębi okres napięć społecznych i politycznych, nadbudowując te konflikty wewnętrzne z nieustającym konfliktem wojennym na Ukrainie. Nie wróży to dobrze najbliższej przyszłości Wielkiej Brytanii. 

Wiktor Moszczyński     5 sierpień 2022.