Saturday, 3 April 2021

Globalizacja w Odwrocie

 



Wiara w dobroczynną skuteczność globalizacji była konwencjonalną mądrością, a nawet kultem elit, zarówno w świecie gospodarczym, naukowym i kulturalnym. Już od lat 60 ych Marcuse wmawiał nam że mieszkamy w „globalnej wiosce”. Wewnętrzne ścieżki tej wioski składały się z sieci elektronicznych łańcuszków przez które bezustannie przepływały informacje w języku angielskim o nowościach w kulturze, technice i w świecie giełd i kapitału. W wyniku tego powstawała kultura powszechna i splot przedsiębiorstw które kreowały naszą świadomość i zapewniały nam dochód.

Można było wskoczyć do supermarketu w Tokyo czy w Durbanie i kupić te same puszki CocaColi, trampki Nike i te same koszulki ze zdjęciem Justin Bieber, leczyć się tym samym Paracetamolem, czy zamówić samochód Mercedesa albo kosiarkę Hondy za pośrednictwem tego samego smartfonu Samsunga, wyprodukowanego lokalnie za tę samą licencję. Czuło się że się jest obywatelem świata. Te globalne ikony kamuflowały zjawisko w którym coraz więcej instytucji, organizacji, przedsiębiorstw czy mediów działało na obszarze całego świata, zapewniając podobną jakość produkcji i podobną obniżoną cenę. A w tle mieliśmy otwarty przepływ płynnego kapitału i towarów z minimalnymi restrykcjami  celnymi omijającymi suwerenne instytuzcje i tradycyjne lokalne rzemiosła. Rządy, banki, instytucje i media, które chciały wypłynąć w tej zglobalizowanej wiosce, podzielały te same wartości i te same cele. Wierzono w skuteczność wolnego rynku, ale przy uregulowanych standardach nie tylko towarów, ale nawet wspólnych standardów wartości jak bezpieczeństwo w pracy, prawa konsumenckie, równouprawnienie kobiet czy innych grup etnicznych, czy troskę o klimat i zanieczyszczenia w morzu i powietrzu.

Właśnie w takiej atmosferze optymistycznego globalnego rozwoju, mógł brytyjski rząd Tony Blair w roku 2004 przykładowo przyjąć bezboleśnie, tak poważny napływ Polaków i innych wschodnioeuropejskich pracowników po wejściu tych krajów do Unii; a Stany Zjednoczone podpisywały umowy międzynarodowe redukujące kontrole celne z sąsiadami które nie zawsze były w interesie  amerykańskich robotników czy rolników, podważając konkurencyjność ich pracy, ale szły na rękę inwestorom czy międzynarodowym korporacjom.

Ten niby wygodny, co raz bardziej zabezpieczony, świat, został nagle poddany szeregowi szoków które ustanowiły wezwanie wobec tych wartości i celów którymi kierowały się dotychczas ówczesne elity polityczne, gospodarcze i kulturalne. Tym samym zmieniły kierunek rozwoju gospodarki światowej.

Pierwszym szokiem był kryzys finansowy w roku 2008, spowodowany nadmiarem błędnych inwestycji amerykańskich i innych zachodnich banków, na skutek którego cały zachodni świat został poddany głębokiej recesji i rosnącemu bezrobociu. To z kolei spowodowało poczucie niepewności, a nawet paniki, wśród elektoratów zagrożonych utratą pracy, czy zmniejszeniem świadczeń społecznych. Obróciło się to przeciw rosnącej ilości imigrantów i narastającego braku zaufania do instytucji które uzasadniały te otwarte granice dla pracowników i tańszych towarów zagranicznych. Szczególnie znienawidzone były instytucje bankowe, które uważano jako źródło karygodnych nadużyć powodujących ten kryzys, ale które, ostatecznie, były głównym beneficjentem tego kryzysu. Kongres amerykański uchwalił przydział 814 mld dolarów od podatnika amerykańskiego na ustabilizowanie gospodarki, po czym tę sumę prezydent Bush przekazał w całości tym samym bankom do rozprowadzenia. Banki europejskie, również zakażone tymi samymi spekulacyjnymi rozgrywkami co ich amerykańscy partnerzy, też wymusiły od rządów unijnych podobny haracz, ale już pod ściślejszą kontrolą ich zachowań.

Drugim szokiem wynikającym z powyższego kryzysu było ożywienie ruchów nacjonalistycznych w Ameryce Północnej i Europie. Charakterystyką tych nacjonalizmów była rosnąca krytyka otwartych granic dla imigrantów i większy nacisk na ratowanie lokalnych przedsiębiorstw przez inwestycje  ochronne a nawet przez ich nacjonalizację. Wtórowała tu bardziej zachowawcza polityka społeczna kwestionująca ogólnie przyjęte zliberalizowane obyczaje i zarządzenia, np. odnośnie aborcji czy małżeństw homoseksualnych. Powstawał jakby nowy globalizm nacjonalizmu, wspierany nie tylko przez niepowodzenia gospodarcze w poszczególnych krajach, ale również przez antydemokratyczne i zachowawcze modele Chin i Rosji. Przez następne lata świat liberalnej demokracji znalazł się w odwrocie, jak również wiara w pozytywne efekty globalnej liberalizacji w kulturze i w handlu.

Po kryzysie finansowym i wzroście ruchów nacjonalistycznych nastąpiły dalsze ciosy. Polska, która była przed rokiem 2015 wzorowym przykładem skutecznej gospodarki wolnorynkowej i otwarcia na kulturę zachodnioeuropejską, uwalniając się od przytłaczającej konserwatywnej obyczajowości PRL, przemieniła się dramatycznie, w wyniku rewolucji PiSowskiej, w kraj stawiający na pierwszy plan interes czysto polski. Poważne rezerwy finansowe odziedziczone od poprzedników rozprowadzała w serii różnych świadczeń „plus”, które miały na celu rolę kiełbasy wyborczej i zachęty do dalszej prokreacji rodzin polskich, ale praktycznie rozruszyły jeszcze bardziej gospodarkę przez wzrost konsumpcji u tej części społeczeństwa która poprzednio miała ograniczony dostęp do źródeł finansowych. Polska odwróciła się kulturowo od Europy wdrażając model monopolu władzy w  gospodarce, w prawodawstwie, i w mediach.

Następny cios. Brexit. Cyniczna eksploatacja przez Boris Johnsona nacjonalizmu angielskiego i rosnących urazów wobec legalnym imigrantom wschodnioeuropejskim doprowadziła do zerwania z członkostwem Unii Europejskiej w imię suwerenności brytyjskiej. Przeprowadzono odejście mimo groźby secesji Szkocji, zaburzeń narodowościowych w północnej Irlandii i nagłej zapaści w handlu z kontynentem europejskim.  

A po Brexicie na scenę wkroczył prezydent Trump ze swoim hasłem „America First”. Powoli i systematycznie rozbierał umowy zagraniczne dotyczące nie tylko wolnego handlu, ale także  ograniczeń zbrojeniowych i umów sojuszniczych z aliantami o obliczu liberalnym i demokratycznym. Zbliżał się do przywódców antyliberalnych jak Rosja, Turcja, Arabia Saudyjska, Polska, Brazylia,  a nawet, w pewnym momencie dość groteskowym, do Korei Północnej, co świadczyło o zmierzchu ery kiedy Stany Zjednoczone odgrywały rolę czempiona wartości demokratycznych w świecie. Dalszymi konsekwencjami jego prezydentury był charakterystyczny odwrót od szanowania praw mniejszości, potępienie wszelkiej poprawności politycznej, wywołanie wojen handlowych z Chinami i Europą i próba wybudowania muru na granicy meksykańskiej. Ale na koniec, jego największym ciosem wobec wygodnego świata demokracji był jego sprzeciw przed przyjęciem wyników wyborów demokratycznych które przegrał ale które traktował jako sfałszowane. Będzie to prawdopodobnie wzorem  naśladowanym w przyszłości w innych krajach, w pół, a nawet w pełni, demokratycznych, gdzie zasadniczy element liberalnej demokracji, jakim jest uszanowanie wyników wyborów, będzie się ścierał z rosnącą niecierpliwością fal nacjonalizmu. Już w państwach afrykańskich każde wybory traktowane są jako sfałszowane przez stronę przegraną.

Kolejno, konsolidacja władzy prezydenta Xí Jìnpíng w Chinach wprowadza agresywną alternatywę do światowego porządku. Oparta jest na tzw. Pasie i Drogi, według której Chiny stają się opoką gospodarczą dla coraz więcej krajów trzeciego świata. Co Chiny nie dokonują inwestycjami gospodarczymi, dopełniają brutalną agresją i dyplomacją „wilczo-wojowniczą” wobec sąsiadów bliskich i dalekich, poczynając od Hong Kongu i Tajwanu. A ich obecny sojusz partnerski z Rosją zapowiada poważną konfrontację z Zachodem, na którą wiele państw, szczególnie w Unii Europejskiej, nie będzie w stanie stawić należyte czoło. Wiedząc że muszą z Chinami współpracować w zakresie zmian klimatycznych i będąc też świadomi swojego uzależnienia zarówno od chińskiej technologii i dostawy surowców, jak i zapotrzebowania na chiński rynek zbytu, kraje zachodnie mają nieco związane ręce. Przykładem tego była tzw. grudniowa Wszechstronna Umowa Inwestycyjna Unii Europejskiej z Chinami, skrytykowana przez Stany Zjednoczone, a potem podważona przez nowe sankcje przeciw Chinom za prześladowanie Ujgurów, na co Chiny odpowiedziały kolejno swoimi sankcjami wobec przedsiębiorstwom i politykom europejskim. Jednym ze skutków tej konfrontacji jest dążność wielu państw do porzucenia handlu na skali globalnej, aby oprzeć się bardziej na handlu regionalnym, mniej zdatnym na sankcje czy presje polityczne. Globalizm już się wyraźnie kurczył.

Ale największym szokiem dla globalizacji jest obecna pandemia. Jest odpowiedzialna za przeszło 2 miliony przedterminowych zgonów na świecie, i za katastrofalne kurczenie się o 9,2% w ilości globalnego handlu towarem w roku 2020. W tym samym roku spadek  globalnego PKB wynosił 4,9%. Mimo prób wspólnej akcji w produkowaniu odpowiednich szczepionek anty-covidowych i rozwinięciu ambitnych międzynarodowych antykryzysowych projektów uruchomienia gospodarki, wkroczyliśmy jednak w świat zażartej konkurencji, szczególnie w ostrym zatargu wokół rozprowadzenia szczepionek. Indie i Unia Europejska starają się powstrzymać eksport szczepionek dopóki nie zadowolą swój rynek wewnętrzny, i to mimo istnienia obowiązujących umów eksportowych; a Chiny i Rosja, odwrotnie, wykorzystują eksport swoich szczepionek jako element polityki zagranicznej, mimo ich braku dla własnych obywateli.

Teraz następuje okres rosnącej autarkii, gdzie państwa post demokratyczne zmierzają do osiągnięcia samowystarczalności gospodarczej, a, co z tym również idzie, niezależności, czyli raczej, izolacji informatycznej i kulturalnej. Polska Kaczyńskiego jest tego tylko jednym przykładem, a widać w polityce sąsiednich państw że ta pokusa wzrasta coraz bardziej w krajobrazie post-covidowym. Pod coraz większym naciskiem rządów i sojuszów regionalnych, wielkie giganty amerykańskiej informatyki  jak Facebook, Apple czy Microsoft, tracą swoją samodzielność i swój globalny monopol.. 

Choć globalizacja miała wiele ujemnych cech, to jednak jej zanik nie wróży wiele dobrego. Przypomina świat konfliktów i roszczeń nacjonalistycznych z przed Drugiej Wojny Światowej. A przecież do tego nie chcemy wracać.

Wiktor Moszczynski    Tydzień Polski   9 kwiecień 2021

Tuesday, 16 March 2021

I znowu cenzus

 



Pamiętam mój pierwszy spis ludności jeszcze w roku 1961. Miałem wówczas 15 lat. Podjąłem się wypełnienia formularzu dostarczonym do naszego domu na Ealingu przez listonosza. Mimo długiego już pobytu w Anglii, rodzice nie czuli się na siłach, aby podjąć się odpowiedzi na wszystkie pytania zadane angielskim językiem urzędniczym. Mój ojciec, kochany człowiek, pracował w polskiej firmie wysyłającej paczki do Polski, czytał codziennie „Daily Telegraph” (jak przystało polskiemu socjalistę), a w weekendy „Economist’a”, ale miał problemy z dogadaniem się z mleczarzem. Zabrałem się do dzieła, poradziłem się ze wszystkimi pytaniami personalnymi i tymi związanymi z ich dochodem. Najtrudniej było z krajem urodzenia. Ojciec z Mławy mógł śmiało podać „Poland”, mimo że był urodzony jeszcze w kraju nadwiślańskim pod panowaniem cara w roku 1899. Natomiast Mama była urodzona we Lwowie jeszcze za panowania cesarza Franciszka Józefa. Co więc? Austria-Węgry? Wówczas już ZSRR, lub może Ukraina? Nie do pomyślenia. Oczywiście też podałem „Poland”. 

Ale nie na tym koniec. Po rodzicach przyszło wypełnienie formularzy wszystkim sześciu polskich lokatorom, zaczynając na panu Frankowskim, rolniku z Żydaczowa, który był czołgistą w Normandii, a kończąc na Generale Rayskim z małżonką. Następnie pomagałem partnerom brydżowym Mamy i kolegów Ojca ze stołu brydżowego z „Ogniska” (dopilnowałem że rodzice nie grali już nigdy razem bo nie wytrzymywałem tych awantur), gdy się pochwalili synem w domu, który umiał wypełniać druki po angielsku. Dziś jest inaczej. Teraz trzyma się dzieci w domu, aby ktoś mógł obsługiwać komputer.

Jak wiemy, podobne spisy ludności odbywały się w Anglii i Walii od czasów wojen napoleońskich, a ścislej od roku 1801, kiedy rząd brytyjski chciał uzyskać informacje o ilości ludności nadającej się do służby wojskowej i żeby ocenić zasoby gospodarcze kraju. Obliczono wówczas że Wielka Brytania posiada przeszło 10 milionów mieszkańców, ale niestety wroga sąsiednia Francja posiadała trzy razy więcej. Ale już w jedenastym wieku, Wilhelm Zdobywca przeprowadził podobną inspekcję zasobów gospodarczych kraju, opublikowaną w tzw „Domesday Book”, aby ocenić jak wysoki podatek można było nałożyć na podbity kraj.

Cenzus kojarzy się historycznie z rozwiniętą cywilizacją ze stabilną scentralizowaną administracją. Spisy ludności pojawiają się w starożytnym Egipcie, w republic rzymskiej, a potem w cesarstwie. Pamiętamy o spisie ludności Kwiryniusza w Palestynie który spowodował opóźnionego przeniesienia się Józefa i Marii z Nazaretu do Betlejem. W tym samym czasie podobny spis przeprowadzano już w Chinach po konsolidacji władzy przez dynastię Han, a w siódmym wieku stosowano cenzus w nowo nawróconym na Islam Kalifacie. Hiszpanie wprowadzili spis mienia w podbitych terenach Ameryki ale byli zdziwieni gdy okazało się że nawet podbici przez nich Inkowie już przeprowadzili liczenie swoich domostw, mimo że nie posiadali pisanych liter ani numerów. Ich władcy zbierali dane o swoich poddanych na sznurkach z włosów alpaki lub lamy skręcone po dziesięć w węzełkach.

W Polsce spis ludności kojarzono z początku ze wszystkimi trzema zaborcami. Znów chodziło o zasoby gospodarcze i ilość młodych mężczyzn zdolnych do służby wojskowej. Rodziny polskie niechętnie ujawniały swoje majątki zaborcom, tym bardziej że zaborcy nie zadawali pytania o narodowość, a tylko o wyznanie. Tradycja przekorności w wypełnieniu podobnych spisów ludności przeniknęła wyraźnie do naszych rodaków w Wielkiej Brytanii, gdy co 10 lat wraca obowiązek wypełnienia tutejszego spisu ludności.

W niedzielę 21 marca przypada obowiązek każdego mieszkańca Anglii i Walii (ale nie Szkocji) wypełnienia formularza Census 2021. Ten żmudny obowiązek, który przeciętnie zajmuje około pół godziny, uzasadniony jest uzyskaniem szczegółowych danych do określenia poziomu usług dla społeczeństwa w skali krajowej i lokalnej. Dodatkowym „bodźcem” dla nich jest wisząca groźba grzywny £1000 za odmowę wypełnienia kwestionariusza czy za podanie fałszywych informacji. Nowym zjawiskiem jest możliwość wypełnienia formularza poprzez internet. Po prostu trzeba wejść  na portal www.census.gov.uk, wpisać kod podany ręcznie poprzedniego tygodnia każdemu domostwu, i wypełnić odpowiednio kolejne pytania. Na końcu naciska się guzik „submit”, i......po wszystkim.

Osobiście uważam że obowiązkiem każdej polskiej rodziny i każdego indywidualnego Polaka czy Polki jest wypełnienie i wysłanie kwestionariusza. Z tego powodu Zjednoczenie Polskie w Wielkiej Brytanii i Konsulaty alarmują polskie organizacje i ośrodki na tym terenie. Wiele polskich organizacji w terenie dołączyło się w szeregi lokalnych Census Support Service, a wielu ochotników zgłosiło się jako  tymczasowi lokalni urzędnicy czy wolontariusze, do pomocy Polakom w wypełnieniu wszystkich danych. A szczególnie chodzi tu o wypełnienie pięciu pytań, czyli pytanie 10 o kraj urodzenia, pytanie 14 o narodową tożsamość, 15A o grupę etniczną, 18 o główny język i pytanie 20 o posiadany paszport. Przy każdym będzie można, zgodnie z okolicznościami, odpowiedzieć stanowczo „Poland” albo „Polish”.

Bo tylko w ten sposób możemy dać świadectwo naszej tożsamości, ujawnić ilu nas jest i w ten sposób w oczach władz lokalnych, przedsiębiorstw i organizacji polskich, uzasadnić wszelkie inwestycje i usługi zdrowotne, edukacyjne, komercyjne, religijne czy społeczne dla Polaków na terenie Wielkiej Brytanii. Szczególnie chodzi tu o uzupełnienie istniejącego już podawania zasadniczych informacji urzędowych w języku polskim i szeroki dostęp do lokalnych infolinii w naszym języku, jak i zatrudnieniu polskojęzycznych urzędników i tłumaczy.

A jakie mogą być obiekcje?

1/ Nie mam dostępu do internetu? Proszę wtedy dzwonić na 0800 141 2021 i zamówić pisemny kwestionariusz.

2/ Nie znam języka angielskiego?. Proszę wejść na link https://census.gov.uk/help/languages-and-accessibility/languages/polish/completing-your-census-online  gdzie jest pełna instrukcja w języku polskim jak wypełnić formularz, pytanie po pytaniu. Również można poradzić się pod telefonem 0800 587 2021 w języku polskim. Na pewno pomogą też lokalne polskie organizacje.

3/ Boję się że mogę mieć prawne konsekwencje, bo np. nie mam jeszcze prawa pobytu, czy unikam znęcającego się partnera, czy nie płacę pełnego podatku z dochodu, itd? Organizatorzy spisu ludności zapewniają że Informacje zawarte w kwestionariuszu pozostają anonimowe. Wasze dane osobiste nie mogą być przekazane jakiejkolwiek instytucji państwowej czy prywatnej. Informacja wykorzystana jest wyłącznie dla bezimiennych statystyk na naszą korzyść i korzyść naszej wspólnoty. Pewne informacje mogą być udostępnione naszym potomkom, ale nie wcześniej niż za 100 lat. Zapewniam że przyszli historycy będą Wam za to wdzięczni.

4/ Nie będę w domu 21 marca? Nie szkodzi. Termin na wypełnienie formularza może potrwać parę tygodni.

5/ Akurat tego dnia mam w mieszkaniu gości na parę dni? Zaleca się wprowadzenie ich danych również, chyba że sami będą się rejestrować gdzie indziej.

6/ Są tam bardzo prywatne pytania dotyczące intymnych spraw personalnych? Tak. Są dwa takie pytania, czyli 26 o orientacji seksualnej, i 27 o konflikcie w identyfikacji płci. Ale odpowiedzi na nie są nieobowiązkowe, więc można je zignorować.

7/ Nie chcę ujawnić się? Może mnie nie znajdą? To bardzo ryzykowne, bo będą sprawdzać ile jest mieszkańców w każdym domu od którego nie uzyskają odpowiedzi. A kara jest wysoka, szczególnie dla gospodarzy domu.

8/ Jestem patriotycznym Polakiem i nie chcę obcym władzom donosić na siebie i na innych domowników? W ten sposób właśnie szkodzisz swojej rodzinie i bliskim. Ukierunkuj swój patriotyzm właśnie na do ujawnienie swojej polskiej obecności w tym kraju,  jako świadectwo potrzeby użycia  naszego języka i pomocy naszym emerytom, naszym chorym, naszym dzieciom. Im się należą te same środki społeczne i to samo wsparcie co innym mniejszościom w tym kraju. Niech wiedzą że jest nas tu wciąż jeden milion i że nasza obecność, nasz głos i nasz język ma się liczyć. Udowodnij że „a niechaj narodowie wżdy postronni znają, iż Polacy nie gęsi, iż swój język mają.”

A więc do dzieła. Wypełniajmy Census 2021 i wysyłajmy jak najszybciej.

Wiktor Moszczyński        Tydzień Polski        19 marzec 2021

Tuesday, 2 March 2021

Nie bądź frajerem, szczep się



Czy należysz do tych poprawnych Polaków w Wielkiej Brytanii którzy słuchają porad brytyjskich i polskich lekarzy? Czy dałeś się już zaszczepić przeciw Covidowi, albo zamierzasz się szczepić kiedy będziesz wezwany przez NHS?

Jeśli tak, to nie czytaj już więcej. Ten felieton nie jest skierowany do Ciebie.

Jest skierowany do tych którzy, może pod stresem brexitu, pandemii, groźby bezrobocia czy nadchodzącego terminu zarejestrowania się na „settled status”, poddali się sensacyjnym sugestiom aby odrzucić darmowe szczepienia na Covid-19. Zamiast bać się potencjalnie śmiertelnego koronawirusa, boją się przyjąć szczepionkę która ich i ich rodzinę przed tym wirusem uchroni.

Tak jak większość osób potępiających obecne szczepionki przeciw Covidowi, ja też nie jestem ani lekarzem ani naukowcem. Jestem zwykłym Polakiem, urodzonym w Londynie, aktywnym członkiem polskiej społeczności na Wyspach, byłym uczniem polskiej szkoły sobotniej i harcerzem, autorem książki „Polak Londyńczyk” i (po angielsku) „Hello, I’m Your Polish Neighbour”. Jestem, jak wszyscy tu Polacy, poddany codziennym stresom życia i podzielam często tą polską przekorność aby nie wierzyć wszystkiemu co nam wmawiają.  

Ale nigdy nie słyszałem takiego steku bezpodstawnych komentarzy ukazujący się w polskich mediach społecznych jak właśnie w sprawie szczepienia przeciw Covidowi. Czasem te wątpliwości wydają się być teoriami czy przesądami wyssanymi z palca, a potem powtarzonymi w sposób siejący panikę i niewiedzę wśród naszych rodaków w Wielkiej Brytanii. Inne rzeczywiście wymagają wyjaśnienia. Postaram się je wyliczyć po kolei, choć w większości one same sobie przeczą.

Wątpliwość numer jeden. „Epidemia Covid-19 jest mitem. Nikt tak naprawdę nie choruje czy umiera.” W Polsce słyszało się tę bzdurę częściej, bo mniej osób zaraziło się niż w Anglii, i można było przetrwać w niewiedzy, nie znając żadnych bliskich osób, które ciężko zachorowali. A przecież do TVP czy TVN nie każdy ma zaufanie. Tu na Wyspach jest inaczej. Do końca lutego aż 4,170,159 zaraziło się od Covidu, a zmarło na tą straszną chorobę 122,705. Niemal każdy tu zna kogoś kto ciężko chorował w szpitalu, albo umarł. Media mogłyby kłamać, ale zwykli ludzie znają  te sprawy z doświadczenia.

Wątpliwość numer dwa, nieco poważniejsza. „Szczepienia przygotowywane były w terminie zaledwie 9 miesięcy, a więc nie były testowane tak precyzyjnie jak dotychczasowe inne szczepienia które przygotowywano przez wiele lat.” Otóż to prawda, że były przyspieszone. Stało się tak dlatego że stan zagrożenia dla świata, szczególnie dla świata bardziej rozwiniętego, w Europie i Ameryce Północnej, był tak poważny że państwa zachodnie gotowe były zainwestować ogromne środki finansowe i naukowe aby doprowadzić badania do skutku. Najpotężniejsze firmy farmaceutyczne oferowały z góry infrastruktury do produkcji. Natomiast we wszystkich wypadkach, standardowe trzy poszczególne fazy wypróbowania i klinicznego testowania szczepionki w laboratoriach obejmowały więcej niż normalną wymaganą ilość badanych wolontariuszy – 44tys. dla Pfizera, a 23tys. dla Astrazeneci. Z tą tylko różnicą że tym razem druga i trzecia faza badań klinicznych była wykonana, nie kolejno, jak normalnie, ale równocześnie. W tym samym czasie nastąpiła normalna ewaluacja efektywności i bezpieczeństwa szczepionki, najpierw przez producenta, a potem przez niezależne naukowe organizacje, jak Światowa Organizacja Zdrowia (WHO), unijna Europejska Agencja Medyczna (uznawana przez Polskę), i brytyjski odpowiednik, Medicines and Healthcare products Regulatory Agency (MRHA). Dopiero wtedy rządy poszczególnych państw mogły udostępnić nam szczepionki.  

Wątpliwość numer trzy. „Szczepienia zawierają części dziecięcych, lub zwierzęcych, embryo”. To brzmi jak wyjątkowa paranoia, ale faktem jest że 40 lat używano dla szczepionek błonkę od zwierzęcych embryo. Ale nie teraz. Obydwa szczepienia nie zawierają żadnego ludzkiego czy zwierzęcego składnika. Szczepionka uniwersytetu oxfordzkiego, produkowana przez anglo-szwedzką firmę Astrazeneca, składa się z innego unieszkodliwionego wirusa, niegroźnego dla ludzkości, pokrytego kolcami podobnymi do koronawirusa Covid-19. W przypadku amerykańskiego Pfizera, szczepionka zawiera mRNA, czyli kod genetyczny z instrukcjami, jak nasze komórki mają wyprodukować kolce do szkolenia układu odpornościowego. W obydwu wypadkach szczepionka pokryta kolcem daje sygnał naszemu organizmowi aby wyprodukował przeciwciała do skutecznej obrony przed kolcami koronawirusa Covid-19.  

Wątpliwość numer cztery. „Szczepienia prowadzą do depopulacji Polski, czy Polaków”. To często powtarzane mantra, są kompletnym pomieszaniem pojęć. To choroba Covid-19, a nie szczepionka, doprowadza do śmierci 43 tys. Polaków w kraju, ale również wiele więcej u innych narodów na całym świecie. Dotychczas Covid-19 uśmiercił na świecie dwa i pół miliona istot ludzkich; szczepionka nie uśmierciła dotychczas nikogo.

Wątpliwość numer pięć. „Szczepienie podważa płodność kobiet.” Zmyślone bajki. Nie ma żadnego dotychczas dowodu na to stwierdzenie, mimo szczegółowych obserwacji ostatnio na ten temat. Tak samo nie ma dotychczas dowodu bezpłodności dla mężczyzn. Możemy się rozmnażać.

Wątpliwość numer sześć. „Szczepienia doprowadzają do zachorowań i wysokiej temperatury.” Tak. Można jeszcze dodać że nawet producenci ostrzegają że szczepienie może doprowadzić do bólu głowy czy mięśni, wysokiej temperatury, nagłego przemęczenia. Sam miałem po szczepieniu dwudniową gorączkę. Nie wszyscy to odczuwają, a jak poczują się źle to tylko na maksimum 72 godzin. Jest to normalna reakcja wielu osób na każde szczepienie. W czasie sesji przyjmowania pierwszej dawki szczepienia doktorzy dokładnie wypytują każdego indywidualnie o ich stan zdrowia i możliwości reakcji alergicznych.

Wątpliwość numer siedem. „Producenci szczepień Astrazeneca i Pfizer umywają ręce od odpowiedzialności za bezpieczność ich produktu.” W pouczeniu rozesłanym do odbiorców szczepienia zastrzegają że nie biorą prawnej odpowiedzialności za efekt ich szczepionek. Tak. Bo zgodnie z umową z producentem, odpowiedzialność za bezpieczeństwo szczepionki bierze na siebie państwo brytyjskie i NHS, gdzie istnieją dobrze sprawdzone procedury aplikacji o kompensację za błędne stosowanie wszelkich zabiegów lekarskich.

Wątpliwość numer osiem jest wielowymiarowa. „Szczepienie właduje do organizmu chip który doprowadza do uzależnienia ciała i mózgu od impulsów elektronicznych”. Albo „Szczepienie zmienia nasze DNA” czy ” Szczepienie jest inkubatorem innych przyszłych zachorowań.” Nie, nie i nie.Dla innych znowu szczepienie ma być to biblijne „znamię na prawą rękę”. Jeszcze raz nie. Powtarzanie tych bezpodstawnych orzeczeń, bezsensownych bzdur, każdy bardziej koszmarny od poprzedniego, jest chyba wynikiem oglądania za wielu sensacyjnych filmów czy wczytaniu się w sensacyjne powieści które nie mają żadnego podkładu w nauce czy rzeczywistości. Przekaźnik każdej takiej bzdury nie jest ani lekarz, ani epidemiolog. Jeszcze bardziej niż wirus Covid-19 zatruwa nas paniczny strach niewiedzy.

A Jednak dużo wiemy. W oparciu o badań nad pierwszymi 1,4 milionów szczepionych okazuje się że po trzech tygodniach pierwsza dawka Pfizera jest w 85% skuteczna, a Astrazeneci – w 94% skuteczna w unikaniu hospitalizacji na Covid. Co prawda, polskie media trąbiły na początku lutego o wypadku śmierci 9 emerytów w domu starców w Puławach i zachorowaniu pozostałych w ten sam tydzień w którym byli szczepieni. To bardzo smutne. Ale trzeba pamiętać że pierwsza dawka szczepionki oddziaływuje dopiero po dwóch tygodniach.  Niestety ci mieszkańcy byli już prawdopodobnie zarażeni w momencie otrzymania zastrzyku. Natomiast wcześniejsze próby kliniczne wykazały że po drugiej dawce szczepienia Pfizer w 95% wypadkach , a Astrazeneca w 70  % wypadkach, immunizują nasz organizm całkowicie na wszelkie objawy Covidu-19. Wiemy że efekt szczepienia będzie długotrwały ale wciąż nie wiemy na ile miesięcy.  Jak powiedział mi mój kolega weterynarz „biologia nie jest stałą wartością jak matematyka, tylko wciąż się ewoluuje. I jeśli ludzie tego nie zrozumieja, nie przyjmą to jako prawdę, a tylko wykręt, to będzie wciąż zamieszanie, niechęć, brak  zaufania.” Obecnie rząd brytyjski przygotowuje program ponownego szczepienia na jesień, który będzie w stanie pokonać nowsze mutacje wirusa. W przyszłych latach może nawet połączy szczepienie przeciw Covidowi z regularnym corocznym szczepieniem przeciwko grypie.

Wątpliwość numer dziewięć. Według ostatnich mediów epidemia w Anglii zaczyna już opadać. To prawda. „Po co więc mamy się szczepić, kiedy będziemy bezpieczni, gdy tylko większość społeczeństwa brytyjskiego zostanie zaszczepiona.” Niestety to błędne rozumowanie bo Covidu nie wybije się w całości. Powstają ciągle nowe odmiany Covidu, tu i za granicą, które mogą być bardziej zakaźne niż poprzednie, i które mogą przeciągnąć trwałość epidemii. A więc indywidualne szczepienie dla każdego osobiście pozostaje najlepszą ochroną.

Wątpliwość numer dziesięć. „Niech się Anglicy szczepią, ale my Polacy nie musimy podejmować takiego ryzyka.” A tymczasem rząd brytyjski rozważa wprowadzenie „paszportów dla zaszczepionych” bez którego mogą być trudności w wyjeździe za granicę czy w dostępie do pracy, sklepów, restauracji czy siłowni. Poza tym jeżeli w przyszłości okaże się że poważny procent osób roznoszących nowe zabójcze odmiany Covidu to są niezaszczepieni tutejsi Polacy, to może to rzucić ciemne światło na nasz status w tym kraju; pojawią się trudności dla nas w miejscach pracy, dla naszych dzieci w szkołach, a dla nas wszystkich w angielskich brukowcach i złośliwych komentarzach w mediach społecznych. 

Więc nie bądź frajerem. Sprawdzaj kto roznosi te sensacyjne informacje. Czy naprawdę wiedzą o czym mówią? Pomyśl o swojej rodzinie, o przyszłości swoich dzieci w bezpiecznym środowisku. Dla przykładu, oglądnij filmik o potrzebie zaszczepienia na stronie Facebooku czy YouTube pt. „Merseyside Polonia: Szczepionki przeciwko Covid: konferencja naukowa z pytaniami”.

Idź za radą lekarzy i zaszczep się gdy będziesz do tego zaproszony. A bajki i bzdury pozostaw tym prawdziwym frajerom.

Wiktor Moszczyński  

Monday, 15 February 2021

Dręczący Gazociąg



 

Prezydent Niemiec Franz-Walter Steinmeier zbulwersował ostatnio opinię publiczną w Polsce swoim niespodziewanym usprawiedliwieniem decyzji wsparcia zakończenia budowy Gazociągu Północy, tzw. Nord Stream-2. Otóż,  oświadczył, że popiera ten kontrowersyjny projekt dalszego uzależnienia gospodarki niemieckiej od dostaw rosyjskiego gazu, jako zadośćuczynienie za niemieckie zbrodnie wojenne wobec państwa rosyjskiego.

 

Niemcy otworzyli tu puszkę Pandory. Po pierwsze, oficjalnie, już w umowie poczdamskiej w roku 1947, ZSRR dostało odszkodowania wojenne. Teraz prezydent Niemiec oficjalnie, i dobrowolnie,  daje do zrozumienia, że jeszcze odczuwa dalsze poczucie długu moralnego, a więc Rosja mogłaby spodziewać się dalszych ustępstw w tym zakresie. Po drugie, gdyby nawet Niemcy w końcu zdecydowały się wycofać z tej decyzji pod naciskiem sąsiadów czy USA, Rosja mogłaby już zaszantazować Niemcy moralnym argumentem zadeklarowanego niespłaconego długu. A po trzecie, Niemcy powinni czuć się wobec Polski i jej sąsiadów tak samo dłużni za zbrodnie wojenne jak wobec Rosji, mimo że sami traktowali te długi jako oficjalnie spłacone. Obecny rząd polski parokrotnie już poruszał powojenne odszkodowania niemieckie jako sprawę niezałatwioną. Teraz Niemcy sami otworzyli tę furtkę.

 

Uzasadanienie Steinmeiera było jakby moralnym wsparciem dla płochych dotychczasowych argumentów za projektem budowy gazociągu, który ma dostarczać rosyjski gaz bezpośrednio z Wyborga do niemieckiego portu Greiswald. Projekt ten dręczy Polskę już od 15 lat. Mimo obiekcji polskich, ukraińskich i europejskich parlamentarzystów, pierwszy gazociąg zwany Nord Stream-1 zakończono i oddano do użytku w roku 2011. Ma 1224 km długości i ciągnie się pod wodą wzdłuż basenu Morza Bałtyckiego. Właściciel większości udziałów, rosyjski Gazprom, zapewnił sobie promesy wsparcia z 24 banków zachodnich. W ten sposób zapewniając sobie udział inwestorów zachodnich Rosjanie mogli śmiało postąpić z budową. W sumie, bezpośrednio czy pośrednio, aż 10 państw było zaangażowanych w finansowanie, konstrukcję i zarządzanie pierwszego gazociągu. Wszyscy, ale nie Polska.

 

Po zakończeniu tzw. pierwszej „nitki” już w roku 2012, uruchomiono pracę nad drugą „nitką”, równoległą do pierwszej. Ale koniunktura polityczna zmieniła się nieco, gdy nastąpiła inwazja Krymu. Rosja została obarczona wówczas sankcjami finansowymi. Po należytej przerwie, pracę wszczęto ponownie i konstrukcja dobiega już końca. Jest już w 94% gotowa.

 

Głównym motorem gospodarczym budowy tego gazociągu był rosnący popyt w Europie na gaz z trudno dostępnych, ale tanich złóż rosyjskich. Nie kwestionowano potrzeby utrwalenia dostaw tego gazu, dopóki nie znalazły by się równie cenne dostawy z innych żródeł mniej politycznie kompromitujących. Natomiast naukowcy zachodni wspólnie twierdzili, że projekt Nord Stream powinien był być zaniechany i to z dwóch powodów . Projekt okazał się szkodliwy z punktu widzenia zarówno ochrony środowiska, jak i braku ekonomicznego uzasadnienia, z powodu istniejącej tańszej alternatywy gazociągu prowadzonego drogą lądową przez Polskę i Ukrainę.

 

Trudno nie rozpoznać tu elementu geopolitycznego przy podjęciu decyzji o budowie obydwu faz gazociągu. Tym elementem jest światopogląd rosyjski widzący państwa słowiańskie we wschodniej i centralnej Europie jako tereny które powinny podlegać wpływom i interesom rosyjskim, a nie zachodnim. Szczególnie dotyczy to Ukrainy, Białorusi i państw bałtyckich, które historycznie należały przez trzysta lat do imperium rosyjskiego (a później jej czerwonego sowieckiego spadkobiercy). Kompleks paliwowo-energetyczny zawsze był ważnym narządziem rosyjskiej polityki zagranicznej. Świadczy o tym rola rosyjskiej Floty Bałtyckiej w budowie instalacji i ochrony całości rurociągu po jej zakończeniu, co zagraża bezpieczeństwu wszystkich państw bałtyckich. Już parokrotnie Rosja wykorzystała uzależnienie Ukrainy od surowców rosyjskich szantażując jej rząd przez groźby odcięcia dostawy. Wówczas, w roku 2008, problem leżał w tym że, czyniąc to, Rosja mimochodem odcinała te same dostawy Niemcom i Europie Zachodniej, stwarzając Rosji niepotrzebne dodatkowe konflikty gospodarcze i kryzysy dyplomatyczne.

 

Omijając więc trasę lądową poprzez Ukrainę i Polskę przy konstrukcji podwodnego gazociągu, Rosja dokonuje trzech strategicznych celów: pierwszy, odizolowanie od Zachodniej Europy tych dwóch państw w wypadku przyszłych konfliktów z Rosją; drugi, zmniejszenie dochodu, szczególnie Ukrainy, z pobranych dopłat tranzytowych; trzeci, bezpośrednie uzależnienie Niemiec od dostaw ropy i gazu rosyjskiego; izolując je z kolei od innych państw europejskich i od USA, które są gotowe dostarczyć Niemcom alternatywny gaz płynny.     

 

Z punktu widzenia strategicznego Niemcy widzą to inaczej. Po katastrofie nuklearnej w Fukuszima w Japonii w roku 2011, rząd niemiecki podjął dramatyczną decyzję wycofania się z energetyki jądrowej. Nie mógł tego braku  zrekompensować przez modną teraz energetykę odnawialną. Wobec poprzedniego uzależnienia od dostaw z Bliskiego Wschodu, Niemcy zmuszone były dywersyfikować źródła energii, i oprzeć się o dostawy rosyjskie. Również chodzi tu w grę tradycja niemieckiej polityki zbliżenia do Rosji, która powtarza się, od XVIII wieku przy współpracy Fryderyka Wielkiego i Katarzyny Wielkiej, a potem Bismarcka i carskiej Rosji i polityki zagranicznej Weimaru z traktatem w Rapallo, a która przede wszystkim skierowana była przeciw Polsce i jej aspiracjom o niepodległość. Odziedziczył tę tradycję Hitler ze swoim paktem Ribbentrop-Mołotow. Oczywiście po roku 1990 zjednoczone Niemcy oficjalnie traktowały Polskę jako sprzymierzeńca i partnera, obecnie nieco trudnego do współżycia, ale nie widziały tu żadnego konfliktu z ich chęcią współpracy z Rosją. Uważają nawet za swoją obecną misją dziejową szukać dialogu z Rosją, aby przybliżyć ją bardziej do współpracy z Zachodem i zachęcić w ten sposób do odstąpienia od agresywnej polityki wobec sąsiadów.

 

Polska widzi projekt gazociągu jako próbę osłabienia politycznego i gospodarczego Polski i jej sąsiadów. Ukraiński wiceminister gospodarki, Taras Kachka, ocenia go znowu jako „100 procent anty-ukraiński”. Wobec takich posunięć polska dyplomacja była niezręczna, bo odczytywano ją jako jednowymiarową w swoim negatywnym stosunku do Rosji. Paraliżowana była też sytuacją gdzie cele geopolityczne Rosji i Niemiec kamuflowane były wystąpieniem, nie polityków czy dyplomatów, ale czynników gospodarczych, w formie „niezależnych” przedsiębiorstw energetycznych. A komercyjnie, Polska nie miała nic do zaoferowania w zamian. Była osłabiona pod tym względem, bo odrzuciła poprzednio (za rządów SLD) alternatywę dostaw norweskiego gazu, a dopiero teraz stara się odzyskać to źrodło przez wspólny z Danią projekt gazociągu Baltic Pipe. Również zaniechano wydobycia gazu łupkowego w Polsce, koncentrując się na wyeksploatowaniu metanu i rozbudowie gazoportu w Świnoujściu.  

 

Gdzie nie sięgnęła polska ofensywa dyplomatyczna, sięgnął w końcu mimochodem przywódca opozycji rosyjskiej, Aleksiej Nawalny. Pod koniec roku 2020, po próbie otrucia Nawalnego i po jego wyleczeniu w klinice niemieckiej, wzburzona opinia publiczna w Niemczech zaczęła oceniać  projekt Nord Stream bardziej negatywnie, Norbert Rὂttgen, przewodniczący Komisji Spraw Zagranicznych Bundestagu, orzekł: „Po zatruciu Nawalnego, potrzebujemy mocnego  europejskiego stanowiska, które Putin powinien zrozumieć, że Unia Europejska wspólnie podejmuje decyzję odrzucenia Nord Stream-2”. Sprawa jeszcze bardziej zaostrzyła się po powrocie Nawalnego do Rosji i ponownym jego aresztowaniu. Projekt Nord Stream-2 potępiony został w uchwale Parlamentu Europejskiego z powodów ekologicznych i humanitarnych. Rosyjski rząd nie przebiera w ostrych ripostach na wszelką krytykę, czego doświadczył rzecznik unijnej polityki zagranicznej, Josep Borrell, na spotkaniu w Moskwie w zeszłym tygodniu. Rosja nawet prowokacyjnie, w czasie tej wizyty, wydaliła trzech dyplomatów (z Niemiec, Polski i Szwecji) za rzekome uczestnictwo w protestach przeciw aresztowaniu Nawalnego. Po takim kompromitującym policzku,  wydawało się, że rząd niemiecki i komisja europejska wreszcie odwołają projekt. Nowy rząd Bidena też kontynuował politykę Trumpa w sprawie Nord Stream i sankcje amerykańskie objęły teraz rosyjską firmę armatorską, która właśnie kładła następne części do gazociągu. W styczniu, dyrektorzy Gazpromu przyznali, że liczą się z możliwością zaniechania ukończenia projektu.

 

I w tym newralgicznym momencie prezydent niemiecki wyciągnął swojego „emocjonalnego” asa. Stwierdził, że Niemcy są moralnie dłużne wobec Rosji. Nie mogą się teraz wycofać. Po takiej deklaracji rzeczywiście trudno widzieć jak mogliby to zrobić. Premier Morawiecki ostro potępił komentarz Steinmeiera przypominając, że Niemcy są również dłużni innym państwom. Warto dodać,  że argumentem Polski i Ukrainy powinno tu być przypomnienie o niemieckim długu wojennym wobec państw które, w odróżnieniu od Rosji, NIE grożą bezpieczeństwu Niemiec. Powinni inwestować na prykład w polskim gazoporcie czy w Baltic Pipe. Obawiam się jednak, że ten argument roszczeniowy pozostanie bezskuteczny. Tylko wzburzony elektorat niemiecki mógłby powstrzymać dokończenie projektu, ale po oświadczeniu ich prezydenta jest to teraz mało prawdopodobne. W ostatni czwartek oświadczenie dyrektorów Gazpromu potwierdziło, że projekt na pewno będzie teraz realizowany i to już w tym roku.

 

Wiktor Moszczyński    Tydzień Polski     19 luty 2021

 

 


Tuesday, 2 February 2021

Czy Morawiecki odejdzie?

Źle się dzieje w państwie polskim. Wiadomo. Pandemia. Do 1 lutego 2021 odnotowano 1 515 889 przypadków zakażenia; z czego zmarły 37 222 osoby. Polska zbliża się do granicy 1 tys. zgonów na 1 mln mieszkańców z powodu COVID-19 – powiedział w ubiegły piątek specjalista chorób zakaźnych dr Paweł Grzesiowski, a nowym poważnym zagrożeniem są kolejne warianty koronawirusa, jakie wciąż pojawiają się na świecie. Konsekwencją tego jest lockdown do 14 lutego, zastój gospodarczy, i, po raz pierwszy od roku 1990, spadek PKB. Restrykcje antywirusowe jeszcze trwają. Zrozpaczeni przedsiębiorcy buntują się. A zbawczy Narodowy Program Szczepień postępuje dotychczas dość nieudolnie. Częściowo jest to z winy Unii i jej dostawców, Pfizer i Astrazenica, bo ich dostawy są opóźnione. Ale w kluczowym dniu zgłoszenia osób na szczepionkę, zarówno państwowa strona internetowa, jak i oficjalna infolinia 989, były niedostępne, a osoby zgłaszające się osobiście na punkcie szczepień, czasem nawet o 4-tej rano, najczęściej znaleźli budynek zamknięty z wieścią że lista zgłoszeń jest zamknięta na parę tygodni naprzód. Nic dziwnego że panuje nastrój paniki i przygnębienia społecznego. 
Dodatkowym powodem przygnębienia, szczególnie w szeregach opinii niezależnej, pozostają wybryki słowne, a nawet ustawodawcze, rządzącej Zjednoczonej Prawicy i ich liderów. Dalej głównym decydentem pozostaje Jarosław Kaczyński, prezes i wicepremier, który systematycznie prowadzi polityką państwa w kierunku rozebrania liberalnej nadbudowy w prawodawstwie, edukacji i obyczajach Trzeciej Rzeczpospolitej, istniejącej od roku 1990, pozostawiając na miejscu tylko surowe namiastki demokracji, i zastępując to jakimś wyidealizowanym wzorem państwa konserwatywnego, narodowego i katolickiego. Polska ma też pozostać w strukturach Unii, wykonując zarazem ideologiczny Polexit. Nie można odmówić mu mandatu społecznego do wykonania takiego programu po dwukrotnych zwycięstwach w wyborach parlamentarnych, i dwukrotnych w wyborach prezydenckich. Ogólna strategia, wymagająca zasadnicze zmiany nie tylko w praworządności, ale i w kontroli opinii publicznej przez monopolizującą kontrolę nad mediami, postępuje powoli, ale skutecznie, mimo oporu znaczącej części (lecz nie większości) społeczeństwa. Lecz główną przeszkodą w systematycznym realizowaniu tego programu są wewnętrzne walki Kaczyńskiego i jego akolitów które powodują nagłe wstrząsy czy dramatyczne zmiany kierunku. Wynika to z taktyki wzajemnego zaskoczenia swoich partyjnych rywali, kosztem społeczeństwa, budżetu państwa i wizerunku naszego kraju w świecie. To ostatnie jest czymś co my na Zachodzie bardziej boleśnie odczuwamy niż zajęci swoją walką wewnętrzną decydenci w Polsce. 
Na tym tle można zrozumieć te ciągłe wewnętrzne konflikty spowodowane próbami prezesa Kaczyńskiego, premiera Morawieckiego i ministra sprawiedliwości Ziobry aby oskrydzlić rywali z prawej strony jeszcze ostrzejszą interpretacją swojej narodowo-katolickiej rewolucji pojęć. Na tym tle można zrozumieć te zaskakujące decyzje ostatnich miesięcy. Mamy więc nagłe wprowadzenie ustawy futerkowej, wynikającej częściowo z sympatii osobistych Prezesa wobec zwierząt, ale też częściowo z próby przywrócenia dyscypliny partyjnej w szeregach poselskich PiSu, lecz kosztem wielu protestujących przedsiębiorstw rolniczych, pozbawionych adekwatnej kompensacji. 
Następnie, decyzja Trybunału Konstytucyjnego zaostrzająca przepisy dotyczące możliwości aborcji w wypadku rodzenia nieuleczalnie chorego dziecka. To z kolei wywołało masowe i dramatyczne wielotysięczne manifestacje uliczne kobiet i powszechne potępienie w mediach na Zachodzie. Reakcja policji była brutalna. Nie pomógł tu komentarz prezydenta Dudy po wysłuchaniu skarg o zachowaniu policji. „Policję mamy dobrą, bo nikogo nie zabiła.....” i „gdzie drwa rąbią, tam drzazgi lecą.” Jest to o tyle logiczna odpowiedz, że w oczach rządu te pienące ze złości kobiety są tylko częścią przeszkody w wprowadzeniu „dobrej zmiany”. W oczach obecnego rządu, opozycję ”gorszego sortu” wcale nie trzeba przekonać, a tylko pokonać. 
Są następne dziwaczne przykłady. Obecnie krąży instrukcja MSZ aby nie przyjmować dokumentȯw unijnych zawierających słowo „gender”. Wszelkie mandaty drogowe mają teraz być płacone z góry, a tylko potem można odwoływać się do sądu, aby sprawę zakwestionować. Prokurator krajowy Bogdan Święczkowski degraduje niezależnie myślących prokuratorów, odsyłając ich do służby w prokuraturach rejonowych o kilkaset kilometrów od ich mieszkań i dotychczasowego miejsca pracy. I znów mamy cyniczny komentarz prezydenta Dudy, „Jeśli państwu prokuratorom jest tak źle, jest wiele innych zawodów prawniczych.” 
To znowu Ministerstwo Sprawiedliwości chce wprowadzić tzw. ustawę wolności słowa według ktȯrej upolityczniona Rada Wolności Słowa będzie mogła zastosować karę serwisom społecznościowym jak Facebook, które nie zastosują się jej nakazom aby przywrócić popzednio usunięte wpisy zawierające kłamliwe czy tendencyjne informacje. Ten projekt ustawy spowodowany był reakcją rządu na usunięcie wpisów byłego prezydenta Trumpa w Twitterze, YouTube i innych mediach społecznych. Kontruje to z kolei premier Morawiecki, proponując aby minister cyfryzacji (czyli on sam) miał prawo w momentach zagrożenia po prostu „wyłączyć” internet dla całego kraju. 
Każde powyższe posunięcie, zaskakujące kolejno społeczeństwo, wywołuje protesty naukowców, prawników, przedsiębiorców, niezależnych mediów polskich czy zagranicznych. Często te środki i propozycje wprowadzane są specyficznie po to aby prowokować oponentów, a zarazem podkreśłić że partia rządząca wszystko może przeprowadzić, zachłystując się gniewem i frustracją opozycji. Ale każdy taki krok ma swój koszt w stopniowym podważaniu zaufania społecznego. Z jednej strony mamy gospodarcze trzęsienie ziemi, z drugiej efekty pandemii, a z trzeciej, te zygzaki ustawodawcze. Mają ostatecznie swój ujemny efekt. Dla przykładu, według agencji IBRIS dnia 15 stycznia br., popularność rządu spada dramatycznie, a szczególnie notowania Dudy, Kaczyńskiego i Ziobry. Szefowie opozycji jak Hołownia czy Trzaskowski rosną, choć wciąż nieznacznie. 
Natomiast premier Mateusz Morawiecki cieszy się największym zaufaniem bo ma poparcie 43.7% Polaków (ale aż 49% przeciw). Nikt z opozycji jemu nie dorównuje. Elokwentny i zdolny w obracaniu się na spotkaniach międzynarodowych, a zarazem pobożny katolik, Morawiecki jest najlepszym atutem Kaczyńskiego, który do niedawna był zachwycony jego osiągnięciami i przewidywał go na swojego następce. Są osoby w opozycji które miały cichą nadzieję że po odejściu Kaczyńskiego zagra rolę podobną do króla Hiszpanii po śmierci Franc’a, i przywróci demokrację pluralistyczną. To gruszki na wierzbie. 
Morawiecki tłumaczy że sytuacja gospodarcza i walka z pandemią niewiele lepiej wygląda u europejskich sąsiadów Polski. Ekonomiści zagraniczni mówią o Polsce jako o kraju, który na tle innych krajów i gospodarek stosunkowo nieźle sobie radzi z tym kryzysem gospodarczym i ma szansę powrócić do stanu sprzed pandemii w około dwa lata. Niezależne prognozy w Money.pl przewidują przeszło 4% odbicia gospodarki. Co prawda OECD obawia się że walka rządu z niezależnym sądownictwem może pogorszyć przyszłe inwestycje zagraniczne w Polsce. W międzyczasie faktyczna skala deficytu w finansach państwa została wreszcie ujawniona i obecna ustawa budżetowa to uwzględnia, zakładając deficyt na koniec roku w wysokości 82,3 miliardów złotych. Zdobycze „dobrej zmiany”, z programem 500 plus i trzynastą emeryturą na czele , którymi PiS kupował poparcie polityczne od roku 2015 i które dotychczas chroniły społeczeństwo przed najgorszym zubożeniem w wyniku pandemii, są w budżecie zabezpieczone, ale mogą być w niedalekiej przyszłości zagrożone. Wobec czego zarówno premier Mateusz Morawiecki, jak i wicepremier Jarosław Gowin, szef koalicyjnego Porozumienia, odpowiedzialny teraz za departament rozwoju, pracy i technologii, chcą już teraz przekonać Jarosława Kaczyńskiego o potrzebie przygotowania społeczeństwa do tych drastycznych surowszych zmian. Szykuje się jego zapowiedziany „Nowy Ład”. 

Nie jest jednak jasne czy Kaczyński odbiera taki kierunek pozytywnie. Jeszcze w połowie grudnia, zapytany czy przewiduje wciąż kontynuację Morawieckiego jako szefa rządu do końca kadencji, Jarosław Kaczyński wyraził nadzieję, że tak się stanie. Brzmiało to pozytywnie, ale nie za bardzo przekonywująco. Tak samo wyrażał się kiedyś o premierze „matce sukcesów” Beacie Szydło, jeszcze wręczając jej bukiet kwiatów, zaledwie parę dni przed jej zdymisjowaniem. A bez poparcia Kaczyńskiego pozycja Morawieckiego w partii rządzącej, która wciąż widzi w nim kapitalistycznego bankiera, jest wyjątkowo krucha. Jest on w końcu kreacją Kaczyńskiego. 
Ale w minionym tygodniu Jarosław Kaczyński udzielił pasjonującego wywiadu o stanie Polski w którym ani razu nie wymienił Morawieckiego. Kaczyński mówił że Daniel Obajtek, prezes PKN Orlen, to "zupełnie niezwykły człowiek" oraz nadzieja "nie naszego obozu politycznego, nie jakiejś grupy partykularnej, tylko po prostu Polski, wszystkich Polaków, którzy chcą po prostu dobra naszego narodu, którzy chcą żyć w kraju silnym.” Obajtek to następna kreacja Kaczyńskiego, tym razem od samego początku. Wyróżniony jako wójt miasteczka Pcim, mianowany został na szefa Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa. Następnie jako szef największego upaństwowionego przedsiębiorstwa naftowego PKN Orlen, kupił dostawcę benzyny i właściciela rafinerii gdańskiej, Grupę Lotos, również sieć sklepów i wydawnictw Ruch, a ostatecznie, na gorącą prośbę Kaczyńskiego, Polska Press, który jest wydawcą 20 lokalnych dzienników, ponad stu regionalnych tygodników i 500 serwisów internetowych. Jest to sprytny prostak, nie znający żadnych języków obcych. Tak nadaje się na premiera jak kiedyś Nikodem Dyzma. 
 Opozycja i media spekulują że dni Morawieckiego są policzone, a Ziobro uważałby zastąpienie Morawieckiego Obajtkiem za swoje zwycięstwo. Osobiście myślę że Kaczyński aż takiej głupoty by nie popełnił.
 Wiktor Moszczyński Tydzień Polski 5 luty 2021

Tuesday, 26 January 2021

Wpierw SPK Manchester, potem SPK Paryż

Cieszę się że Tydzien Polski mógł zamieścić wzmiankę i choc jedno (tylko) zdjęcie ze żałosnego widoku, nagłośnienionego na Facebooku, albumu zdjęć z opuszczonego od roku 2001 domu polskiego w Manchesterze, pokazującego smutne pozostałości po godłach narodowych, portretach naszych generałów, i zniszczonych archiwów. Rozumiem ze z powodu delikatności sprawy Tydzien nie zamieścił też inne zdjęcia z wnętrza budynku. Cieszyliśmy się jednak dobrą nowiną że już tak szybko zainterweniował w tej sprawie Konsul Michał Mazurek w Manchesterze, szukając porozumienia z obecną właścicielką aby pamiątki i rekwizyty odzyskać i przy współpracy z Instytutem Polskim i Muzeum im gen Sikorskiego należycie ocenić. Archiwa z wielu lat działalności na pewno powinne trafić do Instytutu, a o dalszym losie pozostałych obiektów powinny decydować ośrodki polskie w Manchesterze. Cały szereg tych pamiątek należał do członków ówczesnego koła SPKnr 181, które zostało w skandaliczny sposób wyproszone w roku 2001 przez ówczesnych właścicieli budynku i mieli tylko jedną godzinę aby zebrać co się da i wyprowadzić sie przed zamknięciem opieczętowanego budynku. A ten budynek, zakupiony społecznymi funduszami jeszcze w roku 1949, służył od przeszło 50 lat jako miejsce spotkań, koncertow, przedstawień, szkoły polskiej i bylo ośrodkiem zycia kulturalnego i rekreacyjnego Polaków w Manchesterze. Ci pzostali członkowie Koła SPK, plus ich potomkowie, sa obecnie członkami Koła Stowarzyszenia Przyjaciół Polskich Weteranów i powinni być konsultowani co do dalszych losów pamiątek, po ocenie ich przez Instytut. Niestety oburzenie mediów i spoleczeństwa nie tu sie kończy. Jeszcze we wtorek 12 stycznia TV Polonia ponownie wróciła do sprawy pokazujący filmik tych porzuconych obiektów w ten sposób dalej jątrzyć sprawę i denerwować Polaków wszędzie. Nie chcę aby słuszny gniew był kierowany do Konsulatu który robi co może. Pamiatki sa juz zlozone w depozycie choc jeszcze u wlascicielki. Ale zarówno obecna właścicielka, która jest po prostu developerem z polskim nazwiskiem, i poprzedni właściciele polskiego domu którzy tak pospiesznie i chaotycznie sprzedali dom za śmieszną ceną £110,000, mimo protestów lokalnego Koła SPK i mimo oferty kupna ze strony polskiego konglomeratu, muszą ponieść odpowiedzialność za ten haniebny stan rzeczy.
Chciałbym zaoszczędzić wszystkim wstydu przez nie wymienianie osób odpowiedzialnych za tą nieforunna sprzedaż niemal 20 lat temu,jak i 30 paru onnuch domow, ale martwi mnie ze te same osoby, w porozumieniu z powiernikami Biblioteki Polskiej w Paryżu, teraz starają się pozbawić dachu nad głową wielu polskim organizacjom jak Koło SPK Paryż i Polskiej Misji Katolickiej, przez sprzedaż Domu Kombatanta im gen Andersa na rue Legendre w Paryżu, jakby paryskiego odpowiednika londyńskiego POSKu. Ta cenna nieruchomość służy Polakom we Francji od roku 1949, jeszcze duej ni dom w Manchesterze. Nie powinnysmy na to pozwolić.

Thursday, 21 January 2021

Inauguracja w Pokoju Paniki

W środę odbywa się inauguracja nowego prezydenta amerykańskiego wybranego większością 6 milionów głosów. Niby to ma być dzień radosny. Lecz 25,000 członków Narodowej Gwardii okupuje stolicę Washington, czyli więcej żołnierzy amerykańskich niż okupowało Afganistan za czasów prezydenta Obamy. Ich rola? Zapewnić bezpieczeństwo pokojowego przekazu władzy między jednym prezydentem a drugim, który ma odbyć się w ogrodzeniu tak ścisle ochronionym, że przypomina tzw. amerykańskie pokoje paniki (panic rooms) w których kryją się przerażeni własciciele mieszkań zdemolowanych przez uzbrojnych złodziei. 
 Już od tygodnia żołnierze śpią na podłodze Kapitolu, pod wielką kopułą, na klatkach schodowych,przy wielkim pomnikiem wolności. Senatorzy rozdają im pizze, i oprowadzają po salach tej kolebki wolności. FBI sprawdza lojalność każdego żołnierza. A wokoło góry Kapitolu i przed Białym Domem postawiono 2 i pół metrowe płoty metalowe pokryte drutami kolczastymi aby zapewnić że dalsze debaty w Senacie i Izbie niższej, jak i sama inauguracja, odbędą się bezpiecznie. Ceremonię ukażą nam tylko w mediach. Inne służby bezpieczeństwa przygotowują się na zbrojne demonstracje przeciw nagraniu inauguracji we wszystkich 50 stanowych stolicach. W październiku pisałem optymistycznie o dniu wyzwolenia 3 listopada. Wtedy elektorat amerykański wreszcie miał się pozbyć prezydenta Trumpa, który zachwaszczał urząd prezydencki przez ostatnie cztery lata trując demokratyczny fundament państwa swoim jadem kłamstw i osobistych gróźb. Okazało się że to zbyt optymistycznie. Pamiętamy jak groził że, w wypadku ogłoszenia wygranej rywala, nie uzna wyniku wyborów bo już z góry spodziewał się defraudacji w głosowaniu pocztą. Miałem nadzieję, że jego decyzja odmowy przyjęcia przegranej potrwa parę dni, no może tydzień albo dwa, ale teraz już nawet po orzeczeniach sądowych, ta gra się nie kończy. Powinienem był jednak domyślić się że to nie chodzi tylko o „grę”. Dla niego to jest sprawa życia i śmierci. On święcie wierzy że wygrał, i że wygrał znakomitą większością, bo jego elektorat go kocha i aprobuje jego postawę. Trump jest do tego stopnia narcyzem że nie może wyobrazić sobie przegranej. I to nie tylko dlatego że wówczas jako szary obywatel Stanów Zjednoczonych będzie pociągnięty do odpowiedzialności za masę przestępstw natury państwowej i osobistej. Ale również dlatego że nigdy w życiu nie przyjął do swojej świadomości jakichkolwiek klęsk czy spraw przegranych, mimo trzech bankructw, dwóch rozwodów i wieloletniego pasma potępienia w mediach publicznych, którymi kompletnie gardzi. 
 Prezydent Trump zawsze potrzebował pochwał w otaczającym go środowisku, jak skorupiak potrzebował wodę. Bez tego nie może oddychać ani działać. Otoczony pochlebcami czuje się dobrze, wszystkich kocha, jest buńczuczny i odważny. Kiedy, jak na początku jego kadencji, był otoczony jeszcze ludźmi kompetentnymi, czuł się nieswojo. Ale w końcu każdy po kolei doświadczył jego samouwielbienia i braku samokontroli, poznał się na jego ignorancji i mściwości, i czuł potrzebę wycofać się z tego cyrku aby nie zatracić swój honor i powagi w środowisku nauki czy biznesu. Później otaczali go już oportuniści wszelkiej maści i ideolodzy o wyraźnie nacjonalistycznym i rasistowskim obliczu. Na ogół nie temperowali jego zachcianek, nie powstrzymywali go od wypowiedzi „nieuczesanych” w Twitterze, i cynicznie wtórowali mu w swoich własnych publicznych wypowiedziach. 
 Poza tym prezydent miał manię wyrzucania i darcia papierów, memorandów po przeczytaniu ich, mimo zakazu tej praktyki przez ustawę wprowadzoną po prezydenturze Nixona. Było koniecznością zatrudnić dodatkowo aż 10 urzędników, aby zbierać po prezydencie z podłogi zniszczone i podarte kartki, aby je sklejać taśmą klejącą i zachować w archiwach. Po spotkaniach sam na sam z prezydentem Putinem, a potem z Kim Dzong Un, kazał tłumaczce przekazać mu protokół ze spotkania, który później zaginął. Bo Trump rozumiał, że największą korektą do jego kłamliwych narracji są świadectwa nagrane i pisemne tego, co poprzednio powiedział. Wierzył tylko w to,co myślał w danej chwili. Wszelkie insynuacje, że kiedyś myślał inaczej, były po prostu „fake news”. Był istną instytucją fabrykującą niedomówienia i otwarte kłamstwa, z tym tylko uzasadnieniem, że sam w nie wierzył. Jego najbliższe otoczenie cynicznie to przyjmowało i przekazywało dalej szerszej publice, a jego zwolennicy święcie wierzyli, że wszystko co mówił było prawdą. 
 Kiedy było już jasne 4 listopada ub.r., że Joe Biden wygrywał wybory znaczną większością, mimo nieukończenia jeszcze w liczeniu pozostałych głosów, główne media, łącznie z prawicowym „Fox News”, ogłosiły zgodnie ze zwyczajem zwycięzcę. Biden, a nie Trump. Był to moment w którym tradycyjnie kandydat przegrywający dzwoni czy pisze do zwycięzcy, przyznając swoją przegraną i gratulując przeciwnikowi zwycięstwo. Wówczas głowy innych państw mają okazję przekazania swoich gratulacji i dobrej woli nowemu przywódcy, a nowy prezydent elekt ma dwa i pół miesiąca czasu, aby przejąć od poprzednika wszystkie znaczące sprawy, wyznaczyć swoją drużynę do sprawowania władzy i przygotować się do rządzenia najpotężniejszym państwem na świecie. 
 Jednak prezydent Trump nie przyjął prawdy o przegranej nawet w momencie kiedy wszystkie 60 apeli przeciwko poszczególnym wynikom zostały odrzucone przez sądy. Zarzuty okazały się bezpodstawne. Media państw demokratycznych dawno już uznały zwycięstwo Bidena, ale nie przyjmowały tej prawdy ani media moskiewskie ani nasza TVP, wciąż powtarzająca mantrę o sfałszowanych wyborach. Trump nie przyjął tej prawdy nawet 16 grudnia, gdy Kolegium Elektorów potwierdziło wynik na podstawie zakończonego liczenia, ten sam wynik z resztą ogłoszony przez media 6 tygodni wcześniej. Ale dotychczas lojalni zwolennicy Trumpa jak wiceprezydent Mike Pence i przywódca republikanów w Senacie, Mitch McConnell, zaakceptowali wreszcie wynik. 
 Wówczas obiekcje Trumpa straciły podstawę prawną. Lecz Trump i jego najbliższe otoczenie wciąż nawoływało partię republikanów do odrzucenia w senacie zatwierdzonego wyniku ogłoszonego przez Kolegium Elektorów. Miało to się odbyć 6 stycznia br. Nie panując już zupełnie nad sobą i nie bacząc na rzeczywistość, Trump mówił wciąż o skradzionych głosach. Tego dnia przed Białym Domem, napędził gęsto stłoczony (mimo restrykcji antycowidowych) tłum zawiedzionych wzburzonych zwolenników jego rzeczywistości do przemaszerowania, wraz z nim, do wzgórza Kapitolu, aby nakłonić republikańskich senatorów i chwiejnego wiceprezydenta do odrzucenia wyników wyborów w kluczowych stanach. To miało być, w słowach jego przybocznego prawnika Giuliani, wykonane w średniowiecznym stylu „próbą przez walkę” (trial by combat). 
I wściekły tłum wiedzony emocją ruszył, ale już bez wodza, który zaraz czmychnął z powrotem do Białego Domu. Gorliwi demonstranci podeszli pod wzgórze Kapitolu, wtargnęli siłą do budynku gdzie odbywało się rytualne senackie zatwierdzenie wyników wyborów, pędzili po schodach i korytarzach szukając „winnych” legislatorów, grożąc niektórym szubienicą, wymachując zakazaną flagą secesyjnych południowców, bijąc strażników budynku i niszcząc napotkane obiekty. Zebranie zawieszono do nadejścia Gwardii Narodowej, która wypędziła demonstrantów. Ostatecznie zginęło 5 osób, a więc: policjant trafiony rzuconą gaśnicą, kobieta zastrzelona przy próbie włamaniu się do sali senatu, i trzech demonstrantów w wyniku zawału serca. Media światowe oburzone. Nawet nasza TVP to potępiła, ale oczywiście po swojemu (porównała demonstrantów do legalnej opozycji w Sejmie). W swojej zaburzonej wyobraźni prezydent Trump nie przyjmuje odpowiedzialności za tę, nie zaplanowaną, i powiedźmy jasno, bałaganiarską próbę zamachu stanu. Izba reprezentantów przegłosowała wobec niego po raz drugi impeachment, czyli postawiła go w stan oskarżenia, a senat ma go osądzić, ale już w terminie po zakończeniu jego kadencji. 
Choć zamach na Kapitol był szokiem dla kraju to popularność Trumpa w sondażach spadła tylko do 29%. Dalej część społeczeństwa, prawie 100 republikańskich członków Izby, plus około 5 senatorów, nie uznaje prezydentury Bidena. Jest to moment przypominający rozpoczęcie wojny secesyjnej w roku 1860, po inauguracji Lincolna, kiedy powstały w państwie dwa odrębne obozy, posługujące się odrębnymi rzeczywistościami. W historycznej chwili inauguracji, mimo poparcia większej części społeczeństwa, prezydent Joe Biden i wiceprezydent Kamala Harris muszą występować w otoczeniu uzbrojonej ochrony. I tym razem tylko wiceprezydent Pence, a nie prezydent Trump, będzie jawnym symbolem przekazania władzy między jedną administracją a drugą. 
A Trumpowi grozi nie tylko impeachment, który może mu odebrać prawo do kandydowania do jakiejkolwiek funkcji w przyszłości, ale i oskarżenia o przestępstwa wobec konstytucji Stanów Zjednoczonych. I to nie wszystko: czekają go specyficznie oskarżenia wobec stanu New York, przekręty podatkowe, zadłużenia na 400 milionów dolarów wobec Deutsche Bank, a nawet sądy o zgwałcenie dwóch kobiet. Na każdym kroku jego zagorzali zwolennicy, często uzbrojeni w broń palną, będą traktować go jako męczennika i znajdą sposoby na gwałtowny lub bierny opór przeciwko nowej administracji, choćby w sprawie ochrony przed rozszerzaniem pandemii która uśmierciła już przeszło 400,000 Amerykanów. 
 Tylko Trump będzie mógł to powstrzymać. Możliwe że, pod realną groźbą uwięzienia, wreszcie odwoła sie do rzeczywistości, przyzna że przegrał wybory i poprosi o ułaskawienie. W imieniu pokoju i zażegnania dalszej wojny wewnętrznej, Biden wówczas prawdopodobnie ułaskawi go od przestępstw federalnych. Ale nie od jego długów i przestępstw natury osobistej. Tu sprawiedliwość czeka na Trumpa, nieodwołalnie. 
 iktor Moszcyński Tydzień Polski 22 styczeń 2021