Cykl felietonow wydrukowanych w londynskim "Dzienniku Polskim" i "Tygodniu Polskim"
Friday, 26 June 2015
Rząd grecki udaje Greka.
Najlepiej było określać dotychczasowy stan negocjacji między nowo wybranym rządem greckim Aleksisa Tsiprasa a instytucjami europejskimi jako objaw tej elokwentnej międzyplanetarnej dyplomacji między rządem amerykańskim a mieszkańcami Marsa w filmie “Mars Atakuje”. Wszelkie rozmowy kończyły się katastrofalnym brakiem porozumienia i masakrą samych negocjatorów, tyle że w wypadku obecnym negocjatorzy “masakrowali” wszelkie szanse ugody wyzwiskami i utratą wspólnego zaufania. Sam prezydent Europejskiej Rady Ministrów, niejaki Donald Tusk, określał te rozmowy jako “idiotyczny scenariusz” i na zasadzie że “tu nie chodzi tylko o pieniądze” apelował aby obie strony szanowały się nawzajem i nie starały się upokorzyć drugą stronę. Apel jego był zwrócony nie tylko do greckiego premiera ze swoim świeżym mandatem wyborczym do odrzucenia wszelkich cięć, ale również do Niemców domagających się spłacenia długów i do Europejskiego Banku Centralnego.
Finansowo nie chodziło o tak dramatyczne sumy. Grecja ma spłacić 1.6mld euro na końcu czerwca, 3.5mld euro na koniec lipca i 3.2mld euro na koniec sierpnia. Te samy banki gotowe są upłynnić dalsze fundusze Grecji w wysokości 7,2mld euro aby umożliwić spłacenie należnego długu. To troche jak ten stary kawał żydowski gdzie Apfelbaum będzie mógł spłacić dług Rosenbergowi, ale tylko wtedy jak Rosenberg pożyczy mu na to pieniądze. Niby to bezcelowe I smieszne. Ale mądrość tej zasady leży w tym że Apfelbaum był zbyt rozrzutny a teraz musi sięopanować. Tak samo Bank Europejski i Międzynarodowy Fundusz Monetarny chcą wpierw uzyskać odpowiednie gwarancje od Grecji że jej rząd jest gotów wprowadzić dalsze ograniczenia swoich wydatków.
Lecz Grecja już ucierpiała tyle z dotychczasowych nacisków na swoją gospodarkę ze strony europejskich I światowych wierzycieli że zastrzegła że żadnych nowych ustępstw nie wprowadzi. Wydawałoby się więc że przepaść jest tak szeroka że nawet najbardziej doświadczeni negocjatorzy unijni nie przewidywali możliwości dojścia do umowy. Szefowa Międzynardodwego Funduszu Monetranego, Christine Lagarde, apelowała aby w następnej (ostatecznej?) rundzie rozmów uczestniczyli wreszcie “dorośli”. Widmo ogłoszenia Grecji bankrutem w wypadku nie spłacenia zapowiedznego długu na dzień 30 czerwca wisiało nad Europą. Giełdy światowe czekały już na nadchodzącą katastrofę a cena euro zaczęła gwałtownie spadać.
Nagle od soboty wydaje się że do jakiegoś porozumienia może dojść. Greccy negocjatorzy przybyli z niespodziewanymi nowymi podarunkami, tak jaby już nieco “wydorośleli”. Proponują nowe podatki dla przedsiębiorstw i dla bogatych, wzrost w poziomie VATu na luksusowe towary, reformę w płaceniu na emerytury a nawet możliwe cięcia w budżecie wojskowym. Natomiast zastrzegli że na dalsze cięcia w poziomie wypłaty emerytur I zarobków w sektorze publicznym nie pozwolą. Poniedziałkowy szczyt europejski zakomunikował że najnowsza grecka oferta cięć budżetowych może być podstawą wreszcie do jakiegoś porozumienia a nad treścią tego porozumienia popracują ich fachowcy w ciągu najbliższego tygodnia. W momencie czytania mojego felietonu czytelnicy Dziennika Polskiego mogą już być świadkami ostatecznego porozumienia, albo…… albo dojrzą przygotowania do ewentualnego skoku w przepaść, Dużo będzie zależało od tego czy nasz czytelnik będzie to czytał na gorąco w piątek czy w wygodnym spokoju dopiero w poniedziałek.
Dlaczego porozumeinie może w tym momencie być możliwe? Bo obie strony odłożyły wreszcie megafony powtarzające populistyczne slogany swoich elektoratów i zajrzały wreszcie w głęboką otchłan gotową do pochłonięcia ambicji na integrację Europy i wprowadzenia chaosu (trafne greckie słowo!) w codziennym życiu mieszkańców Grecji . Ale również miałoby to szokujące konsekwencje na rynkach światowych. I to mimo że mała Grecja obejmuje zaledwie dwa procent PKB Unii Europejskiej.
W wypadku Grecji, ze swoim długiem wynoszącym 240 mld euro (czyli niemal dwukrotnej wysokości własnego PKB) ogłoszenie bankructwa podważyłoby jakiekolwiek zaufanie do jej rządowych obligacji i do wartości jej mienia. Prywatni inwestorzy greccy którzy już wyciągnęli ze swoich kont bankowych 30mld euro w ostatnich czterech miesiącach ogołocilyby banki do końca i rząd byłby zmuszony ratować swoje banki od bankructwa wprowadzając natychmiastową kontrolę kapitału, praktycznie wywłaszacając mieszkańcom ich własne oszczędności. Zarobki już spadły ostanio o 25%, spadną jeszcze więcej; emerytury opadają już o 50%, spadną jeszcze więcej; bezrobocie ogólnie wynosi 25% a ludzi młodych aż 50%, jeszcze powiększą się te sumy. Odcięci od używania euro, musieliby czekać szereg miesięcy nim nowa zdewaluowana waluta znalazłyby się w obiegu. Ceny importowanych towarów prawdopodobnie podwoiłyby się i spowodowałyby ostrą inflację. Długi które obecnie spłacają długoterminowo (czasem aż do roku 2050) na niskim procencie, zostałyby zastąpione nowymi koniecznymi pożyczkami na dużo wyższym procencie, tymbardziej że bez kontroli strefy euro nie byłoby wiadomo czy grecy znowu będą utrzymywać swój skorumpowany system gospodarki. A jeszcze macza tu palce Putin ofiarujący jakby alternatywną drogę Grekom w celu dalszego rozkładu Europy.
Teoretycznie Grecja osiągnęłaby długoterminową korzyść z wyjścia ze strefy euro w formie dostępnych cen w nowej dewaluowanej drachmie. Korzystałyby z tego grecki eksport i turystyka. Lecz Grecja ma słabo rozwinięty handel eksportowy a pozytywny efekt tanich cen w greckich hotelach i greckich nieruchomościach zostałby wygaszony przez hulającą inflację i osłabioną infrastrukturą instytucji handlowych i transportu. Pozatem wielu młodych Greków opuściłoby kraj i emigrowało do pozostałych krajów europejskich, szukając pracy. Przy tak ciężkich warunkach pracy i życia codziennego Grecji mogłaby grozić dalsza destabilizacja polityczna podważająca ostatecznie grecką demokrację.
Ujemny efekt tzw. “Grexit” na zonę państw euro byłby potencjalnie jeszcze poważniejszy, choć może nie tak drastyczny dla każdego mieszkańca. Wierzyciele w Europejskim Banku Centralnym i w poszczególnych państwach, a szczególnie Niemiec, musieliby skreślić na stratę wszelką możliwość odzyskania długów prekraczających 2040mld euro co spowodowałoby poważną destabilizację euro I rynków europejskich. Zamiast dorzucać nowe fundusze do spłacenia istniejących długów greckich Eurpejczycy musieliby przekazywać w przyzsłości masowe dotacje w formie pomocy humanitarnej dla zubożałej Grecji. Również Grexit ułatwiłby argumenty dla tych ruchów w zadłużonych państwach środziemnomorskich, jak np.Podemos w Hiszpanii, że ich kraje też mogłyby pozbyć się swoich długów tak jak zrobili to Grecy. Ta destabilizacja przyspieszyłaby też odejście Wielkiej Brytanii od Unii Europejskiej.
Największy byłby szok propagandowy dla samej waluty euro która dotychczas była uważana jako stabilny i wieczysty związek monetarny skupiający większość państw unijnych na nieodwracalnym etapie dalszej integracji europejskiej. Najbardziej na tej integracji zależy Niemcom i to z dwuch powodów. Pierwszy jest finansowy. Niemcy potrzebują związać swoją dojrzałą gospodarkę z słabszymi państwami aby zapewnić że ich wysokiej jakości towary eksportowe mogłyby być sprzedawane na rynku światowym w konkurencyjnych cenach. Tym samym stabilizują gospodarkę swoich własnych sąsiadów w Europie o ile ci sąsiedzi są gotowi prowadzić stabilną rachunkowość nie przekraczając zanadto swój dług publiczny. Wtedy europeizują się Niemcy, ale i Europa staję się mimochodem co raz bardziej niemiecka, szczególnie przy proponowanej unii bankowej.
Drugim powodem jest polityka. Niemcy po zjednoczeniu są najpotężniejszym I nabogatszym państwem w Europie. Jej demokratyczni przywódcy boją się destrukcyjnych demonów niemieckiego nacjonalizmu które już nie raz doprowadziły Niemców do katastrofy. Dlatego kanclerz Angela Merkel powtarza każdorazowo “Jeżeli upadnie euro, upadnie Europa.” Wyjście Grecji ze strefy euro mogłoby dać sygnał innym kulejącym gospodarkom jak Hiszpania czy Portugalia że można ominąć dyscyplinę monetarną narzuconą przez Niemców poprzez Bank Europejski i odrzucić walutę. Wówczas euro straciłoby rację bytu tak istotną dla niemieckich i europejskich interesów.
Czy propozycje greckie będą przyjęte przez Europejski Bank w tych dniach? Będzie to zależało od tego czy pani Merkel , od której tak dużo zależy, wyczuje że będzie miała poparcie elektoratu niemieckiego, rozwcieczonego dotychczasową ekonomiczną nonszalancję Grecji. Musi wyczuć czy po obraźliwych wypowiedziach na ich temat ze strony Greków, będą Niemcy mieli zaufanie że Grecy przyjmują wreszcie obowiązek powolnego spłacenia długów. To zaufanie winno być obupólne. Wiarę w utrwaleniu euro podziela zarówno elektorat grecki i niemiecki i to jest ten wspólny mianownik który mogłby przerzucić most nad dotychczasową przepaścią między nimi.
Wiktor Moszczyński Dziennik Polski 26 czerwiec 2016
Wednesday, 10 June 2015
Czy Polska ma pomagać Cameronowi?
Cameron - Kopacz - Traszkowski
Rzeczywiście premier David Cameron nawarzył sobie piwa. Przez ostatnie pięć lat, zamiast stawić czoło prawemu skrzydłu swojej partii i populistycznym hasłom partii niepodległościowej UKIP, szedł po linii najmniejszego oporu. Wobec Unii Europejskiej zachowywał się opryskliwie wciąż grożąc wystąpieniem z Unii i uwypuklając na każdym kroku najbardziej negatywne aspekty Unii . Wiercił wciąż dziurę w sprawie imigracji, nadmiaru restrykcyjnych przepisów prawnych i rzekomych nadużyć w świadczeniach społecznych. Chwalił się że był pierwszym premierem brytyjskim którzy zawetował decyzję w Radzie Ministrów choc był to tylko pusty gest który odepchnął potencjalnych sojuszników jego proponowanych reform. Jeszcze wcześniej odciął Torysów w parlamencie europejskim od dominującego klubu chadeków i wpisał ich do eurosceptycznej grupy w której zasiadali razem z posłami PiSu i innymi drobniejszymi prawicowymi partiami europejskimi. Przez to konserwatyści stracili codzienny kontakt z prawdziwymi inicjatorami polityki europejskiej, z panią kanclerz Merkel na czele. Puszył się i stąpał dumnie jako patriota brytyjski broniący interesów własnego kraju przed pazernymi wymogami unijnej biurokracji i rozszczeniowych państw wschodnich. Nie mówił nic o korzyściach Unii, prawie w ogóle nie wymieniał wówczas skuteczności jednolitego rynku ani ochrony środowiska lub ochrony praw pracowników i kobiet
Teraz już wiemy że to było tylko poza aby utrzymać poparcie tej znacznej części elektoratu zastraszonej widmem niekończącej wielkiej fali imigrantów. Zamiast zadać kłam i potępić jałowy zgiełk izolacjonistów Cameron i jego partia starali się ich wyprzedzić, pokazać jacy oni też są “twardzi” aby ten paniczny pęd przeciw Europie powstrzymać. Miliband, przywódca Labour, dzielnie trzymał się zasady że Zjednoczone Królestwo powinno pozostać w Unii i wobec tego referendum w sprawie członkostwa jest niepożądane. Miliband, wierny swoim zasadom, przegrał; a Cameron, przebiegły ryzykant, wygrał niespodziewanie wybory. Okazał sie skuteczniejszym politykiem, ale jeszcze nie mężem stanu.
Teraz Cameron chce wszystko odmienić i zatwierdzić ponownie członkostwo Unii. Ale żeby dalej zachować zaufanie społeczeństwa po takim skoku i uzyskać pozytywny wynik w referendum potrzebna mu jest pewna mystifikacja. Musi wykazać że cały ten poprzedni kontredans w sprawie Unii Europejskiej to była tylko próba nakłonienia Unii Europejskiej do odpowiednich ustępstw aby uatrakcyjnić ponownie członkostwo. A główną litanię tych zasadniczych ustępstw ogłosił wcześniej w manifeście wyborczym. Twierdził m.inn. że narodowe parlamenty będą miały prawo blokować ustawodastwo unijne i że trzeba zredukować ilość przepisów handlowych i ograniczać świadczenia społeczne dla nowoprzybyłych obywateli unijnych. Ponadto kością w gardle rządu brytyjskiego jest mantra zawarta w traktacie lizbońskim o “co raz ścisliejszej Unii” i Cameron domagał się usunięcia tego zwrotu przynajmniej w odniesieniu do Wielkiej Brytanii. Wśród postulatów były takie które przypadają do gustu innych krajom Unii, natomiast inne pozostają zupełnie nieosiągalne i wymagałaby zmian w traktatach, co z kolei zmusiłby inne państwa do zwołania referendum.
Teraz po wyborach Cameron musi “wynegocjować” coś z partnerami europejskimi aby przekonać elektorat brytyjski że wreszcie można już głosować w referendum za pozostaniem w “zreformowanej” Unii. A więc chce wciągniąc inne kraje do nieco obłudnej iluzji że coś wywojował w tej grze. Jest to sprawa może nie tyle realiów, lecz krzywej percepcji tych realiów. W polityce sama percepcja często wystarcza. Cameron liczy na to że w tej grze brytyjskiej znaczna część społeczeństwa sama będzie gotowa przyjąć tą wersję.
Po swojej stronie Cameron będzie miał grube ryby biznesu, zagranicznych inwestorów azjatyckich i amerykańskich i głowne partie opozycji, czyli Labour, szkockie SNP, Liberałów, walijskie Plaid Cymru i Zielonych. Przeciw niemu wystąpi około 100 zacietrzewionych posłow z jego własnej partii, około 3 milionów wyborców którzy w maju głosowali bezskutecznie na UKIP i gazety anty-unijne “Daily Telegraph”, “Daily Mail” i “Daily Express”. Na czele bloku “Nie” stanie prawdopodobnie najpopularniejszy polityk w Wielkiej Brytanii, obecny burmistrz Londynu, Boris Johnson. Ale dużo wyjaśni się dopiero za rok kiedy szarada tzw negocjacji z partnerami europejskimi zakończy się i Cameron będzie chciał przedstawić elektoratowi marny bilans swoich zabiegów w stolicach europejskich. Czy większość elektoratu, poddana przez dwanaście miesięcy codziennemu młóceniu propagandy przez zaalarmowanych przesdsiębiorców i piskliwych eurofobów, będzie chciała dołączyć się do gry z premierem i udawać że się coś osiągnęło? Ta wroga część elektoratu będzie wiedziała jednak że cesarz jest nagi i to będzie hałaśliwie rozpowszechniała. A wtedy to już będzie sprawa Europy “take it or leave it”.
Ale o obnażonym wyglądzie Camerona nie będą tylko wołać izolacjoniści, tak jak już woła były minister skarbu Nigel Lawson. Ostrzega Camerona o jego goliznie również nasz polski minister Rafał Traszkowski, jeden z młodszych talentów obecnej elity rządzącej. Apeluje aby Brytyjczycy byli realistami i wiedzieli już co mogą tracić przez opuszczenie Europy i co ich premier będzie mógł czy nie mógł wynegocjować mimo największej dobrej woli ze strony Polski i innych krajów UE. Uwagi Trzaszkowskiego ukazały się w mediach brytyjskich, a w niedzielnym “Observerze” poświęcono mu nawet pierwszą stronę. Pozatem wiemy że obecny rząd polski, w obliczu nadchodzących wyborów w październiku, nie zaryzykuje żadnych ustępstw wobec Camerona które groziłyby dyskryminacją wobec Polaków za granicą. Na polu migracji Polska nie ugnie się, a w swoim uporze nie będzie jedynym krajem. W sprawach migracji Cameron może na razie w Warszawie tylko klamkę pocałować. A to może potrwać jeszcze dłużej jeżeli jesienne wybory wygra PiS.
Ale jest i druga strona medalu. Po pierwsze, Polska byłaby zdruzgotana gdyby Wielka Brytania opuściła Unię. Bo rzeczywiście Londyn jest przeciwwagą dla Niemców i dla coraz bardziej spójnych związków państw Eurolandu. Pozostające jeszcze kraje poza stefą euro, jak Polska, Szwecja, Czechy, Węgry czy Rumunia nie będą w stanie stawić czoła kierunkom integracji znajdującym się na agendzie państw ze wspólną walutą. Tu udział Wielkiej Brytanii w kreowaniu polityki wewnętrznej Unii z poza obroży jednej waluty jest kluczowy. Po drugie, Wielka Brytania wspiera poskie cele w zakresie skoordynowanej polityki energetycznej i utrzymaniu sankcji wobec Rosji. Po trzecie, emigranci polscy w UK wspomagają polską gospodarką przeszło milliardem funtów rocznie, choć te dochody powoli zmniejszają się. Polska może tylko stracić gdyby Wielka Brytania opuściła Unię. Czy nie powinna Polska myśleć jednak o trzymaniu w rezerwie bardziej elastycznego podejścia do prośby Camerona o wygranie czegoś dla swojego chwiejnego elektoratu?
Polska słusznie obstaje przy podstawowym prawie unijnym do wolnego poruszania się pracowników wewnątrz rynków pracy i ich prawa do świadczeń na tych samych warunkach co tubylcy. Lecz Brytyjczyków najbardziej prowokuje możność przyjazdu obywateli unijnych którzy natychmiast po przyjeździe korzystają z brytyjskiego system pomocy społecznej bez przepracowania jednego dnia i bez płacenia jakchkolwiek podatków. W rzeczywistości nie jest to tak powszechnie praktykowane ale to znów jest sprawa percepcji. Wielu pracowitym Polakom przebywającym na Wyspach też jest to obraz gorszący. Natomiast już nadmiar tych wyjazdów Polaków do Wielkiej Brytanii z możliwością szybkiego dostępu do świadczeń pogłębia najbardziej ostatnio naglący problem zapaści demograficznej, gdzie, z powodu wielkiej ilości wyjazdów młodych Polaków za granicę i malejącej ilości kobiet w wieku rozrodczym, kurczy się ilość Polaków w kraju w wieku produkcyjnym. Co raz więcej elit polskich martwi się negatywnym efektem dalszych wyjazdów, a do nich zalicza się również nasz nowo wybrany Prezydent-Elekt. Ochłodzenie w ilości dalszych wyjazdów Polaków do Wielkiej Brytanii może być już w wspólnym interesie zarówno Wielkiej Brytanii i Polski. Pozatem utyskiwanie o unijnych “benefit tourists”, w tym też niestety i Polaków, jest jedną z najbardziej jątrzących ran w obecnym kryzysie unijnym i w stosunkach polsko-brytyjskich.
Co więc nowy rząd polski po wyborach październikowych mógłby zaofiarować w ostatniej chwili premierowi Cameronowi dla zaspokojenia kaprysów brytyjskiego elektoratu? Coś co byłoby również zgodne z interesem Polski? Myślę że najlepszym prezentem byłaby umowa, od początku dwustronna, o pełnym dostępie obydwu państw do ewidencji każdego obywatela starającego się o zasiłek w drugim państwie – Brytyjczyka w Polsce i Polaka w UK. Wówczas nie byłoby już możliwości o nielegalnym podwójnym dostępie do świadczeń a wszelkie nowe podania, o np. “housing benefit”, musiałyby być sprawdzone z dochodami danej osoby w kraju pochodzenia. Oczywiście takie badania mogłyby potrwać nawet pare miesięcy w czasie którym taki zasiłek byłby tymczasowo zamrożony, co dałoby danemu petentowi odpowiedni bodzieć w międzyczasie do znalezenia legalnego zarobku. Taki system mógłby być rozszerzony też na inne państwa unijne i myślę że Niemcy w szczególności witali by taki projekt. Byłby to prezent który nie wymagałby zmian traktatowych a mógłby umożliwić Cameronowi wygranie referendum i zapewnić Polsce i polskim mieszkańcom Wysp wielkie uznanie ze strony społeczeństwa brytyjskiego
Wiktor Moszczyński Dziennik Polski 12 czerwiec 2015.
Thursday, 28 May 2015
Polska Linia Mason-Dixon
Kto zna Amerykę wie czym jest Mason-Dixon Line. W wieku osiemnastym służył jako sztuczny podział kreślony na mapie między dwoma koloniami brytyjskimi , czyli protestancką Pennsylwanią i katolicką Maryland, sięgający od Oceanu Atlantyckiego do rzeki Ohio. Już w następnym wieku, ta linia oficjalnie przedłużona wzdłuż rzeki Ohio do Mississippi, tworzyła granicę między stanami za i przeciw niewolnictwu w czasie Wojny Secesyjnej. Obecnie tworzy nieoficjalną granicę gospodarczą ale też i kulturalną między bogatszą prozaiczną Ameryką przemysłową a biedniejszą bardziej emocjonalną rolniczą Deep South. Każdy zwycięski kandydat na prezydenta USA musi uzyskać poparcie w obydwu ideologicznie konkurujących rejonach.
Ostateczny wynik wyborów prezydenckich w Polsce znów zdradza ten sam podział geograficzny między zwolennikami prozaicznej Platformy Obywatelskiej i emocjonalnego Prawa i Sprawiedliwości. W ostatnich 8 latach elektorat przychylał się bardziej do opcji PO pamiętając rozhisteryzowane rządy braci Kaczyńskich, choć w większym stopniu PO uzyskiwało to poparcie na terenach zachodnich Polski. Na wschodzie Podkarpacie niezawodnie wspierało obóz bardziej prawicowy. Lecz tym razem, gdy pan Kaczyński unikał zbyt radykalnych własnych występów medialnych a pole zostawił bardziej gładkiemu kandydatowi przez niego wytypowanemu, to poparcie dla jego obozu rozszerzyło się już od Podkarpacia do województw centralnych i południowych. To już nie głucha prowincja ale i tereny obejmujące Warszawę, Kraków i Łódź które znalazły się po stronie elektoratu niezadowolenia (choć same metropolie Warszawy i Łódzi poparły Bronisława Komorowskiego).
Właściwie można by określić polską geograficzną linię podziału jako podobną do granicy zaboru niemieckiego z jednej strony a zaborem rosyjskim i zaborem austriackim z drugiej. Czyli, sięgając do historii, stary Kraj Nadwiślański i Galicja w konfrontacji z Wielkopolską i ziemiami odzyskanymi. Właściwie przeszło 70% elektoratu Małopolski i Podkarpacia poparło kandydaturę Andrzeja Dudy a w nie wiele mniejszym stopniu, około 60%, to samo zrobili wyborcy ziem podlaskich, mazowieckich, lubelskich i świętokrzyskich. Wschodnie tereny wspierające Dudę głosowały na niego bardziej entuzjastycznie (zdobywając przeciętnie 64% głosów) niż tereny popierające Komorowskiego gdzie prezydent zdobył przeciętnie tylko 56% głosów. Trzeba pamiętać że trzon tej części Polski Wschodniej to tereny gospodarczo zacofane. Polska Wschodnia obejmująca województwa: lubelskie, podlaskie, podkarpackie i świętokrzyskie to makroregion wyróżniający się nie tylko kryteriami geograficznymi, ale też ekonomicznymi. Te cztery województwa w roku 2005 wykazywały się najniższym PKB na mieszkańca w rozszerzonej wówczas Unii Europejskiej. Dlatego województwa te zostały objęte specjalnym dodatkowym lecz tymczasowym wsparciem unijnym w formie programu “Rozwój Polski Wschodniej”. Mimo tych inwestycji , z najnowszych danych GUS wynika, że w 2012 roku PKB liczony na mieszkańca województw położonych na ścianie wschodniej był jeszcze mniej korzystny w stosunku do średniej krajowej niż w 2001 roku. Na przykład w województwie podkarpackim w 2012 roku PKB na osobą był niższy o 33 proc. od średniej krajowej, podczas gdy dekadę wcześniej ta różnica PKB wynosiła zaledwie 28,1 proc.
Przepaść między Polską A i B powiększa się chociaż na rozruszanie wschodnich regionów przeznaczono miliardy złotych z funduszy unijnych. W przeliczeniu na mieszkańca dopłaty dla potrzeb województw wschodnich były w latach 2007-12 znacznie wyższe niż dla zachodnich. Wciąż jest mało dobrych dróg a kiepska infrastruktura zniechęca biznes. Biedne regiony to głównie regiony rolnicze – poza wielkimi miastami nie ma rozwiniętego przemysłu i usług. W województwie podlaskim np. zajęcie w rolnictwie ma 30 proc. pracujących, czyli dwa razy więcej, niż wynosi średnia w całym kraju. Coraz więcej też osób młodych emigruje do większych ośrodków lub zagranicę. Według danych GUSu w roku 2013 najmniej produktywni są mieszkańcy województwa lubelskiego (70,6% średniej krajowej) a szczególny problem miało województwo świętokrzyskie gdzie niewielki produkt krajowy brutto wytwarzany w tym regionie zmalał jeszcze bardziej w stosunku do 2012 gdy inne województwa, nawet te wschodnie, były na plusie. Jest to teren przeważnie rosczeniowy wobec budżetu państwa i budżetu Unii i czuje że ekipa rządząca za słabo reagowała na ich potrzeby i postulaty.
Odezwał się w tych wyborach mocniej niż kiedykolwiek głos Polski katolickiej, rolniczej, nie podążającej za konkurencyjnym prosperującym zachodem Polski. Ale również odezwał się głos młodzieży zradykalizowanej przez nudne bezideowe elity polityczne i gospodarcze które niby blokowały im możliwości szybkiego współudziału z roztrąbionym przez media państwowe “cudzie gospodarczym”. Tu duży udział we wciągnięciu młodego sfrustrowanego elektoratu do udziału w wyborach miał rockowiec Paweł Kukiz który zdobył 20% głosów w pierwszej turze i przekazał mimochodem lwią część tego elektoratu Andrzejowi Dudzie. Tym razem machina wyborcza Platformy zawiodła głownie przez zaniedbanie ze strony samego przezydenta i jego sztabu którzy jej nie uruchomili bo jeszcze miesiąc wcześniej liczyli na re-elekcję prezydenta w pierwszej turze. Oto efekty zaniedbania własnych wyborców. Głosy niezadowolenia trwały oczywiście przez cały okres rządów Tuska i Komorowskiego ale rozsądek i wiara w postęp gospodarczy i sprawność rządzenia koalicji PO-PSL zapewniały temu obozowi regularne zwycięstwa wyborcze. Ale już niejasny wynik zeszłorocznych wyborów samorządowych powinien był być ostrzeżeniem dla rządu że teraz może być inaczej.
Trzeba przyznać że Andrzej Duda był atrakcyjnym kandydatem dla wielu. Młody 43-letni prawnik był wyraźnie osobą wykształconą, przyzwoitą, z sympatyczną rodziną. Znał się na prawie administracyjnym i nabrał dobrego doświadczenia służąc zarówno w kancelarii prezydenckiej Lecha kaczyńskiego jak i w parlamencie europejskim. Rzadko powoływał się publicznie na kontrowersyjną postać swojego sponsora Jarosława Kaczyńskiego, nie mówił o dręczących sprawach jak Smoleńsk, nie wracał do swojego poprzedniego wsparcia dla nieudanej ustawy aby więzić lekarzy wykonywujących zabiegi “in vitro”. Krytykował decyzje rządu i prezydenta Komorowskiego ale nie unosił się i nie wpadał w obelżywe oskarżenia tak charakterystyczne dla jego obozu politycznego. Zapowiadał że będzie “służył i słuchał obywatelom” i że będzie prezydentem “dialogu, porozumienia i rozmowy” z wszystkimi Polakami . Do tego stopnia był przekonywujący że gdy Komorowski w ostatnich dniach nawoływał do uruchomienia “pospolitego ruszenia dla wolności” aby zachować osiągnięcia 25 lat wolności i demokracji to większa część społeczeństwa nie mogła dostrzec kto tej “wolności” właściwue zagraża. Chyba nie ten miły kurtuazyjny zawsze uśmiechnięty Andrzej Duda.
Kandydat Duda złożył też szereg propozycji gospodarczych które były bardzo popularne ale na które większość ekonomistów łapało się za głowę. Proponowane obniżenie wieku emerytalnego według wyliczeń “Rzeczpospolitej” kosztować by miało przynajmniej 45 miliardów złotych. Propozycja dopłaty 500 złotych na każde dziecko z nabiedniejszych rodzin, a 500 złotych na drugie i kolejne dla pozostałych może kosztować, według Pracodawców RP, aż 120 miliardów złotych. Dalsze 80 miliardów złotych kosztowałaby propozycja stopniowego podniesienia kwoty wolnej od podatku zaczynając od 8 tys. złotych. Prorodzinna polityka fiskalna służyłaby szczególnie biedniejszycm województwom wschodnim, ale byłaby szkodliwa dla państwowego budżetu.
Wiadomo że za aksamitną rękawiczką kandydata Dudy chowa się żelazna pięść Jarosława Kaczyńskiego. Wiadomo że stoi za nim sfrustrowany elektorat ziejący nienawiścią do “aferzystów i zdrajców” którzy posiadają to czego ta część społeczeństwa nie posiada. Wiadomo że wspiera go zdyscyplinowany aparat PiSu. Wiadomo że w tym obozie znów znajdą się na agendzie propozycje o przywróceniu kary śmierci, wprowadzeniu “demokracji wyznaniowej” (jak sugerował doradca Dudy Krzysztof Szczerski ), zakazu promowania równouprawnienia partnerstw osób tej samej płci, czy uniezależnienia prawodawstwa polskiego od norm europejskich. Dla jego środowiska liberalizm to wróg. Prezydent elekt już w pierwszych dniach kadzi temu elektoratowi i zanurza się w tradycyjnych rytuałach składania wieńców przed pomnikami bohaterów i w zapachu kadzidła przed obrazem Matki Boskiej w Częstochowie.
Dziennikarze wciąż liczą na to że tu wreszcie pojawia się potencjalny rywal Kaczyńskiego którego ten szef PiSu nie będzie mógł zniszczyć czy odwołać. Ale Duda widzi swoją prezydenturą jako dalszy ciąg przerwanej prezydentury Lecha Kaczyńskiego. Wie też dobrze że swoje obietnice gospodarcze i społeczne będzie mógł wprowadzić w życie tylko po kolejnym wygraniu przez jego obóz następnych wyborów parlamentarnych. Dlatego wszelkie mrzonki że po złożeniu przysięgi 6 sierpnia będzie stwarzał oddzielny ośrodek władzy od Kaczyńskiego jest pomyłką. A ta kampania wyborcza już się rozpoczęła, po obu stronach podziału i po obu stronach polskiej linii Mason-Dixon.
Wiktor Moszczynski Dziennik Polski 29/05/2015
Friday, 15 May 2015
Miało być wyborcze trzęsienie ziemi
Zapowiadało się trzęsienie ziemy na Wyspach. Sondaże precyzowały historyczny pat między dwoma głównymi partiami politycznymi otoczonymi pomniejszymi partyjkami wśród których największą miała byc Narodowa Partia Szkocka SNP. Po raz pierwszy od czasu Wojny społeczeństwo nastawiało się z gory na rządy koalicyjne oparte w okół albo Labour albo Konserwy. Tymczasem zamiast zapowiedzianego trzęsienia nastąpił tsunami, i to z dwuch stron.
Jedna lawina, ta szkocka, nie była niespodzianką. Rzeczywiście dramatyczne wyniki w Szkocji gdzie SNP zdobyła aż 56 mandatów z potencjalnych 59 były zgodne z zapowiedziami sondaży. Torysi, Labour i Lib-Demy dostali tylko po jednym kolejnym mandacie. Labour straciło tu aż 50 mandatów, wielu z nich reprezentowanych przez Partię Pracy przez przeszło 100 lat. Szkockie tsunami było przynajmniej przewidywalne.
Natomiast w Anglii nastąpiło drugie tsunami – o barwie błękitnej. Zatopiło wszelkie nadzieje Lib Demów na odgrywanie roli trzeciej siły choćby dlatego że w żadnym wypadku 8 pozostałych posłów nie tworzyło by już żadnej “siły”. Sępy z Labour i Konserwy porozrywały okręgi konającej partii liberałów którzy zapłacili gorzką cenę za poprzednie poparcie prawicowego rządu wbrew swoim lewicującym poplecznikom. Ale potop ogarnął również przedpola labourzystowskie. Wielka fala zwycięstw konserwy doprowadziła do niespodziewanego zdobycia 331 mandatów a więc wystarczająco aby nadal rządzić Zjednoczonym Królestwem ale teraz bez żadnego poparcia ze strony innych partii. Tego się nikt nie spodziewał. Zamiast zapowiedzianych długich negocjacji nad składem następnego rządu premier Cameron mógł pojechać do Królwej w następny ranek po wyborach i poinformować ją że tworzy rząd większościowy. A to wszystko w oparciu tylko o 37% głosów elektoratu.
Ale mimo zwycięstwa Torysów napięcie zostaje. Sytuacja jest nawet potencjalnie katastrofalna dla państwa, choć z innych powodów niż gdyby zwyciężyła koalicja centro-lewicy.
Pierwszym problemem to Szkocja. Labour pozostaje główną partią opozycyjną ale bardzo osłabioną bo oczekującą wyboru nowego lidera po natychmiastowej rezygnacji Milibanda i poszukającą nowej strategii politycznej wobec swoich przyszłych wyborców. Natomiast drugą partią opozycyjną są już nie liberałowie a Szkoci. Są zwarci, z wyraźną drogą działania wynikającą ze swojego manifestu wyborczego domagającego się fiskalnej autonomii dla Szkocji i zaprzestania gospodarczej polityki ograniczenia wydatków państwowych. Nie mają żadnego zaufania do Torysów a szczególnie czują się oszukani przez Camerona który w zeszłym roku, zaraz po obietnicach większej autonomii przed zeszłorocznym referendum szkockim, nazajutrz rankiem po zwycięskim wyniku tego referendum oportunistycznie zapowiedział że zmiany konstytucyjne w Szkocji muszą odzwierciedlać podobne zmiany i gwarancje dla Anglii.
Teraz przypadła Cameronowi rola decydowania przyszłych struktur decentralizacji władzy w samej Anglii i uzależnić od tego tempo zmian konstytucyjnych w Szkocji. Szkocja domaga się pełnej autonomii gospodarczej w ciągu następnych paru lat mimo że Szkocja nie jest jeszcze gotowa odrzucić subsydia brytyjskie oparte na budżecie kierowanym według tzw “formuły Barnetta”, czyli chce pełną autonomię ale nie od razu. Opieszałość w tych negocjacjach w najbliższych miesiącach może skłonić SNP do ponownego wpowadzenia postulatu nowego referendum do manifestu wyborczego w wyborach do parlamentu szkockiego w rolu 2016. Natomiast Cameron podejmuje już stanowcze kroki w kreowaniu oddzielnego samorządu angielskiego co grozi przyspieszeniem autentycznego oddzielenia się obu narodów których łączył0 300 lat historii.
Równie groźnym problemem może być zapowiedziane referendum europejskie na rok 2017. Decyzja powołania referendum też wynikała z pewnego oportunizmu wyborczego Camerona chcąc w ten sposób zaspokoić swoich partyjnych eurofobów przed dezercją ich i wielu ich konserwatywnych wyborców w kierunku głosu syren populistycznych anty-europejskiego i anty-imigracyjnego UKIPu. Choć w wyborach UKIP uzyskał aż 12% głosów to ostatecznie zdobył tylko jeden mandat. Dlatego po wyborach UKIP jest może mniej groźny ale jego ujemny wpływ na partię Camerona pozostaje.
Teraz po udanych wyborach Cameron zbiera plon swoich przedwyborczych posunięć i zmuszony będzie poprowadzić pryszpieszone negocjacje z partnerami europejskimi oglądając się wciąż na swoje prawo skrzydło. Niestety dla niego, choć uzyska jakieś kosmetyczne zmiany, ma nikłe szanse uzyskania jakichkolwiek ustępstw w sprawie wolnego poruszenia się pracowników a na tym najbardziej zależy dużej części wyborców brytyjskich. Jeżeli mimo nieudanych negocjacji Cameron będzie chciał aby UK zostało w Unii będzie musiał uzyskać poparcie nie tylko przedsiębiorców brytyjskich, którzy nie chcą tracić dostępu do jednolitego rynku, ale również musi oprzeć się na opozycji w parlamencie która w większości będzie za pozostaniem w Unii. Bo w czasie referendum Cameron będzie musiał zmagać się z silnym anty-europejskm betonem w własnej partii do których trzeba zaliczyć jego charyzmatycznego rywala w kształcie mera Londynu, Borisa Johnsona. Jeżeli Cameron przegra referendum to nie tylko nastąpi kryzys inwestycyjny ale pro-europejska Szkocja wkroczy już bezpowrotnie na drogę do pełnej niepodległości.
Grozi też kryzys społeczny i gospodarczy wynikający z determinacji nowego rządu do rychłego spłacenia długu niezależnie od tego że może to spowodować £12 miliardowe cięcia w budżecie zapomóg społecznych, jak również cięcia w kosztach administracji państwowej, policji i obronie narodowej. Chce również modernizować służbę zdrowia przez wprowadzenie większego udziału usług prywatnych. Niepopularne bedą również zapowiedziane sprzedaże mieszkań uprzywilejowanym lokatorom stowarzyszeń mieszkaniowych, kiedy czynsze na rynku prywatnym i ceny kupna mieszkań idą wciąż w góre, częściowo z braku nowo wybudowanych domów. Pozostaje rosnąca obawa u przyszłych wyborców że koszta opanowania kryzysu gospodarczego spadną głównie na biedniejszych członków społeczeństwa i może się to odbić na rosnącym niezadowoleniu społecznym i nawet na strajkach i rozruchach. Również zapowiada się tendencja ograniczenia roli państwa w gospodarce i w usługach społecznych mimo że Torysi nie uzyskali na to mandatu od wyborców. Oczywiście Cameron zapowiada uruchomienie większej ilości etatów na rynku prywatnym licząc na poprawę w gospodarce globalnej ale w tym zakresie przyszłość nie zapowiada się różowo. Stoją tu różne zagrożenia. Na przykład nadgrzany kluczowy rynek chiński zmniejszy podaż na cenny eksport towarów brytyjskich do Chin, kryzys w strefie euro, tak ważnej gospodarczo dla Wielkiej Brytanii, pogarsza się po spodziewanym odejściu Grecji, tempo wzrostu gospodarki amerykańskiej też spowalnia, a ponowny prawdopodobny skok w zwyż w cenie nafty ze względu na rosnące konflikty wojenne może utrudnić dalsze plany gospodarcze oparte na wzroście gospodarki brytyjskiej.
A nakoniec jest jeszcze czwarty problem który Cameron sam sobie nawarzył ogłaszając przed wyborami że nie będzie startował jako lider w wyborach roku 2020. To znaczy że nawet jeżeli jego rząd przetrwa te kryzysy gospodarcze i konstytucyjne bez rozkładu własnej partii to ostatnie dwa lata jego rządów będą pochłonięte walką o władze poszczególnych baronów partyjnych reprezentujących przynajmniej dwa wyraźne nurty ideologiczne – jeden bardziej konserwatywny i anty europejski a drugi bardziej liberalny i prounijny. Wojna domowa u góry może tylko jeszcze bardziej zaostrzyć konflikty społeczne i konstytucyjne.
Sam Cameron nie jest ideologiem, jest raczej pragmatykiem w stylu Blaira, ale reklamującym siebie jako konserwatystę z liberalną twarzą sciąga na siebie odium ideologów zarówno z prawa jak i z lewa. To oni będą walczyć za 5 lat o zręby władzy w okaleczonym Zjednoczonym Królestwie.
Natomiast zapowiedziane wyborcze trzęsienie ziemi miało miejsce. Ale nie w Wielkiej Brytani gdzie się go spodziewano, lecz niespodziewanie w Polsce. Zwolennicy Bronisława Komorowskiego nie docenili zawziętośći i dyscypliny ideologicznych wrogów liberalizmu Prezydenta, zaniedbali stanowczą walkę o liberalną wizję Polski i Europy, nie wzięli pod uwagę że sukcesy gospodarcze Polski nie docierają do ludności wiejskiej czy małych prowincjonalnych miast i niemal zapewnili zwycięstwo rozpolitykowanym gospodarczym amatorom. Misiowaty Komorowski okazał się lepszym prezydentem niż kandydatem na prezydenta. Niestety ta arogancja władzy jest niemal nie do odrobienia po wynikach pierwszej tury wyborów prezydenckich. Elektorat anty-systemowy i anty-europejski obnażył się w całosci zdobywając niemal 60% głosów przy bardzo niskiej frekwencji wyborczej. Polska też wpada w ręce zawziętych ideologów przy których nawet najgorliwsi prawicowi oponenci Camerona wydają się być wzorem umiaru i dojrzałości politycznej.
Czy coś jeszcze uchroni Wielką Brytanię od rozbicia? Czy wysoka frekwencja w drugiej turze uchroni jeszcze Polskę? Czy coś w ogóle uchroni Europę?
Wiktor Moszczyński “Dziennik Polski” 13 maj 2015
Sunday, 3 May 2015
Głosujemy na…...chaos
Trudno wyobrazić bardziej dezorientujące wybory niż obecne do parlamentu w Westminsterze które odbywają się 7 maja czyli w najbliższy czwartek. Kiedyś wybory brytyjskie były wzorem dyscypliny społecznej opartej na wyborze między partią konserwatywną (czyli tradycyjną prawicą) a lewicową Partią Pracy. Na przykład w wyborach 1951 roku 95% głosującego elektoratu oddało głos na jedną czy drugą z tych dwuch partii. Okręgi było jednomadatowe co wydawało się zapewniać jednej partii albo drugiej właściwy mandat do utworzenia rządu. Ledwo ogłoszono lwią część wyników w ciągu nocy a już ustępujący premier zamawiał ciężarówkę i tego samego dnia wyprowadzał swoje manele z Dziesiątki (“Number Ten”) w czasie gdy nowy zwycięzca podskoczył do królowej aby uzyskać prawo do stworzenia nowego rządu, zapewniając Jej Królewską Mość że posiada zaufanie prostej większośći głosów w Izbie Gmin, poczym już tego samego popołudnia zjawia się ze swoją rodziną i dobytkiem przed czarnymi drzwiami Dziesiątki na Downing Street, wchodzi bez pukania i obejmuje mieszkanie i zarazem władzę, odbierając już pierwszy telefon gratulacyjny od Prezydenta w Washingtonie. To takie proste i cały świat Brytyjczykom zazdrościł takie sprawne przekazanie władzy.
Już w ostatnich latach żadna partia nie przekracżała 43% aby objąć władzę. Jeszcze w roku 1979 pani Thatcher miała 43% głosów co dawało jej przewagę przeszło 40 mandatów poselskich. Druzgocące zwycięstwo Partii Pracy pod przewodnictwem Blaira w roku 1997 w którym uzyskał przewagę 166 mandatów nad przeciwnikami też oparte było o zaledwie 43% głosów ale już w roku 2005 wygrywając zdobył zaledwie 35%. Ze względu na wyraźną większość parlamentarną społeczeństwo szanowało te wyniki bo chodziło przedewszystkiem o stabilnóść i efektywność w wykonywaniu władzy. Były to jeszcze złote lata rządów Blaira i Browna pełne optymizmu z dynamiczną gospodarką i świetnym samopoczuciem “Cool Britannia”. Nie ścierały się już ideologie polityczne bo wszystkie “mainstreamowe” partie – Labour, Konserwa, Lib-Demy - podlegały podobnej eklektycznej filozofii umorzonej w mamałydze politycznej poprawności. Ideologię zastąpił pragmatyzm.
Wszystko zmienił światowy krach bankowy i następujący po nim zastój gospodarczy. Strach przed utratą pracy uwolnił masy społeczeństwa brytyjskiego od poprzednich parametrów społeczenego myślenia i zwerbował wielu frustratów w nowe formacje polityczne, a przedewszyskiem partię niepodległościową UKIP, które kwestionowały przynależność do Unii Europejskiej, nadmiar wydatkowania na świadczenia społeczne i brak kontroli nad napływem nieograniczonych fal nowej imigracji z nowych państw unijnych. Inne partie kwestionowały dominację “bańki westminsterskiej” nad interesami zubożałych mieszkańców bardziej odległych niedoinwestowanych terenów jak Szkocja, Walia czy Merseyside
Rozproszenie starej wspólnej wizji solidarnego społeczeństwa doprowadziło również do rozproszenia poparcia dla głównych partii. Już widać było to w roku 2010 kiedy żadna pojedyncza partia polityczna nie była w stanie uzyskać pełnego mandatu społecznego podobnego do tego który osiągali w swoim czasie Margaret Thatcher i Tony Blair. Wówczas już tylko 65% głosów, a nie 95%, padło wspólnie na dwie główne partie, w tym 37% na konserwatystów którzy po raz pierwszy w historii Wielkiej Brytanii założyli koalicję z drugą partią natychmiast po wyborach. Była to wielka szansa dla Liberałów-Demokratów ale również dla innych partii poza głównym nurtem jak na przykład Zieloni, Narodowcy Szkoccy (SNP), Plaid Cymru a szczególnie UKIP który okazał się najpopularniejszą partią w ostatnich wyborach europejskich . Mimo większej ilości głosów które padły na te periferyjne ugrupowania uzyskali bardzo mało mandatów w roku 2010. Przeszło 53% głosów poszło na kandydatów którzy przegrali a więc te głosy nie były odzwierciedlone w reprezentacji parlamentarnej. Taki frustrujący stan rzeczy tolerowano tak długo jak system wyborczy mogł zapewnić mocny rząd wywodzący się z jednej partii. Gdy w roku 2010 ten system zawiódł to znaczna część elektoratu straciła zaufanie do elit politycznych i do jednommandatowego systemu wyborczego.
Jest to wyraźne w wyborach obecnych. Poparcie każdej z obydwu partii czołowych opiera się już tylko na 33% wyborcach. Jedno już wiemy o wyniku w najbliższy czwartek. Nikt nie wygra. Żadna partia nie przekroczy koniecznych 324 mandatów poselskich. Walka idzie o pierwsze miejsce w ilości mandatów poselskich na bazie której może się wyłonić stabilny układ polityczny na następne 5 lat. Wiadomo tylko że będzie albo koalicja albo rządy mniejszościowe oparte na cichym porozumieniu międzypartyjnym. Ale kto z kim?
Torysi alarmują że jeżeli nawiększą ilość głosów zdobędzie teraz Partia Pracy Ed Milibanda to nastąpi chaos. Zapowiadają chaos gospodarczy bo według nich Labour nie zdobędzie zaufania inwestorów zagranicznych czy rodzimych przedsiębiorców, zainicjuje nowe podatki jak Mansion Tax skierowany do właścicieli mieszkań powyżej wartości £2mln, zwiększy dług państwowy na skutek opóźnienia jego spłaty i wprowadzi nadmiar nowych kontroli w gospodarce, szczególnie w sektorze energii i wynajmu mieszkań. Ale jeszcze bardziej biją na alarm przewidując chaos konstytucyjny gdyż, twierdzą, Miliband będzie uzależniony od poparcia SNP a ci będą domagać się wyeliminowania wszelkich prób w ograniczeniu świadczeń społecznych i szantażować Labour aby zlikwidowali rakiety Trident i szli dalej w kierunku większej autonomii politycznej i fiskalnej dla Szkocji. Najbardziej propaganda wyborcza konserwy jedzie na straszaku dominacji secesjonistów szkockich nad przyszłym rządem lewicy i ten argument rzeczywiście trafia do wyobraźni przeciętnego wyborcy angielskiego. Torysi chwalą się swoimi dokonaniami w ustabilizowaniu gospodarki , niezależnie od tego że obecny wzrost gospodarczy zaczyna ponownie zwalniać i pytają po co oddawać władzę tym którzy doprowadzili do poprzedniego krachu gospodarki (zapominając może że głównym powodem krachu były nieodpowiedzialne inwestycje nieuregulowanych bankowców).
Z drugiej strony gdyby przewaga mandatów była w rękach konserwatystów Davida Camerona to też mamy chaos. Zapowiada się chaos społeczny bo wciąż nie wiadomo gdzie padną zapowiedziane £12 miliardowe cięcia w usługach społecznych; chaos w edukacji bo konserwatyści wciąż pchają program tzw wolnych szkół utrudniający samorządom w zapewnieniu miejsc wszystkim uczniom; chaos w gospodarce i polityce zagranicznej związany z zapowiedzianym referendum europejskim i nakoniec chaos władzy wynikający z zapowiedzi Camerona że osobiście zrezygnuje w ciągu następnej kadencji. Ten chaos zwiększy się przez nacisk ze strony UKIP który chce przyspieszyć referendum. Poprzez swój wpływ na prawicowych eurofobów w mediach i partii konserwatywnej UKIP będzie żądał aby przyszły rząd Camerona zadeklarował sie za oderwaniem się od Europy już w czasie referendum. Cameron byłby w sytuacji bez wyjścia bo wciąż zapowiada przeprowadzenie negocjacji o lepsze warunki ze strony partnerów unijnych aby pozostać w Unii a każde dziecko wie że tych dogodnych warunków od pani Merkel i innych premierów europejskich nie otrzyma. A jeżeli większość społeczeństwa opowie się za wyjściem z Unii to SNP z kolei bedzie traktowało to jako ostateczny powód do wznowienia akcji za oderwaniem się pro-unijnej Szkocji od anty-unijnej Anglii. Trudno wyobrazić jak rząd Camerona mógłby uniknąć katastrofy.
Co nas chroni przed tym chaosem? Przywódca Lib-Demów Nick Clegg zapowiada że będzie gotów wejść w koalicję z Labour lub z Konserwą i będzie gwarantem że żadna z tych opcji nie pójdzie w kierunku skrajności prawicowej czy lewicowej ale trudno wyobrazić aby mógł powstrzymać konserwatystów od zapowiedzianego referendum. Poza tem najnowsze sondaże wskazują że Clegg może sam przegrać w swoim własnym okręgu wyborczym Sheffield Hallam. A poza osłabionymi liberałami jedyne ugrupowania na których poparcie mogą liczyć konserwatyści są UKIP i Unioniści z północnej Irlandii którzy wspólnie zdobędą nawyżej około 10 mandatów. Nawet jeżeli Labour zakończy na drugim miejscu, szczególnie po druzgocących stratach w Szkocji, to sama matematyka dyktuje że najbardziej prawdopodobnym wynikiem może być jakaś umowna współpraca Partii Pracy z SNP i liberałami mimo zaprzeczeń Milibanda. Przywódca SNP, pani Sturgeon, bezczelnie domaga się aby Miliband poddał się jej warunkom współpracy nie wyczuwając, świadomie czy nie, że w ten sposób wzmacnia argumenty i pozycję Torysów. Miliband ma jeszcze pare dni czasu aby powiedzieć ambitnej pani Sturgeon z partii szkockiej że to on będzie układał szkałt przyszłego rządu, a nie ona – “take it or leave it”.
Myślę że Polacy będą kierować się w tych wyborach różnymi względami. Już obydwie główne partie zapowiedziały że ochronią polski A level. Chwała Polskiej Macierzy Szkolnej i organizacjom polskim w terenie że ten nacisk podtrzymali. Nowszym imigrantom będzie zależało na bardziej społecznie wrażliwym i mniej szowinistycznym programem wyborczym Partii Pracy, zaś polskim przedsiębiorcom i starej tradycyjnej polonii bardziej odpowiadają hasła gospodarcze i społeczne Torysów. W wypadku interesów Polski bardziej będą odpowiadać pro-unijne dążenia Milibanda niż chwiejny oportunizm Camerona wobec Unii Europejskiej biorąc pod uwagę że większość jego partii jest za opuszczeniem Unii Europejskiej już teraz. Odejście UK znacznie osłabi pozycję Polski jako głównego kraju unijnego poza strefą euro. Mówiono mi że premier Cameron nie kwapił się odwiedzać Polskę w czasie swojego urzędowania, więc może mu na Polsce i Polakach aż tak nie zależy? Biorąc pod uwagę “polskie” pochodzenie Milibanda i życzliwy stosunek do nas jego brata może premier Miliband by z nami bardziej się liczył.
Wiktor Moszczyński Dziennik Polski 1 maj 2015
Wednesday, 22 April 2015
Walka o Podręczniki
Historyk profesor Rafał Habielski, dobry znawca naszego londyńskiego świata emigracyjnego, określa polskie militarne osiągnięcia w Drugie Wojne Światowej jako jedne “z wydarzeń współtworzących współczesną mitologię narodową”. Doceniał wysiłek i poświęcenie żołnierzy polskich i ich przywódców za ich udział ale przypominał że przy skali wysiłku wielkich mocarstw w pokonaniu Trzeciej Rzeszy mylilibyśmy się starając o parytet w angielskich podręcznikach szkolnych między naszymi sukcesami a zwycięstwami na skali El Alamein, Stalingradu czy D-Day. Natomiast uważa że bardziej trzeba podkreślać unikalny fenomen jakim było Państwo Podziemne a we wcześniejszym okresie międzynarodowe znaczenie Bitwy o Warszawę w roku 1920.
Professor Habielski nawiązywał w tym wypadku do nieopublikowanego jeszcze naukowego raportu na temat “Wizerunku Polski i Polaków w podręcznikach brytyjskich” rozpracowanego na prośbę Ambasady RP przez zespół pod kierownictwem dr Joanny Pyłat. Raport ten, jak również kwestia naszego wizerunku w prasie brytyjskiej było przedmiotem konferencji zorganizowanej przez PUNO 11 kwietnia w POSKu w której professor Habielski miał wprowadzający referat. Rzucił tezę że nasz negatywny profil w świadomości brytyjskiej jako naród “prawicowy” czy “reakcyjny” wynika z braku bliskich stosunków polsko-brytyjskich w XIX wieku (bo w końcu niezależne państwo polskie wówczas nie istniało) i nasz niedemokratyczny wizerunek w okresie międzywojennym. Habielski obawia się że nawet przy najlepszej woli i ogromnym wysiłku naszych apologetyków te “deformacje polskiej przeszłości wynikają z zakorzenionych sposobów myślenia a więc mają charakter trwały”. Bardzo to pesymistyczna ocena.
A jednak Habielski szczególnie chwali oceny błędów w podręcznikach angielskich przez zespół Joanny Pyłat a szczególnie poleca ich obiektywizm w ocenach i proponowanych korektach który kontrastuje z roszczeniowym podejściem wielu krytyków opierających się głównie na “polonocentrycznym” światopoglądzie. Uważa że trzeba poprawiać błędy merytoryczne i korygować oceny, szczególnie w tych podręcznikach podających informacje w skrótach. Ale przypomina że trzeba mieć alternatywną ocenę wydarzeń zgodną z realiami a nie pompatyczną wersję opartą na polskiej martyrologii czy przechwałach o naszej doskonałości. Daje przykład podręcznika który stwierdza że członkowie rządu generała Sikorskiego na Zachodzie byli ci co “przyczynili się do upadku demokracji parlamentarnej w przedwojennej Polsce w 1926 roku”. Uważa że nie wypada to stwierdzenie potępiać czy mówić tylko że jest uproszczeniem bo nie można zaprzeczać że stronnictwa przedmajowe też podważały zasady demokracji w Polsce (choćby przez ich udział w rozruchach które zaowocowały w morderstwie przezydenta Narutowicza) a pomajowe wprowadzały rządy autorytarne nie zgodne z demokratycznymi zasadami konstytucji marcowej. Uważe że trzeba oceniać ówczesnych polskich polityków na miarę kryzysu demokracji w niemal wszystkich krajach europejskich gdzie nasze rządy przed- i po-majowe stanowczo nie należą do najbardziej jaskrawych przykładów rządów nacjonalistycznych ale przypomina też że “nie wszystko, czego chcielibyśmy bronić, da się obronić”. Raczej, twierdzi Habielski, trzeba więcej kłaść nacisku na pozytywną rolę rządu emigracyjnego reprezentującą demokratyczne oblicze Polski wobec dyktatury hitlerowskiej i sowieckiej.
W popołudniowej sesji były kontrastujące wykłady Jana Niechwiadowicza z Polish Media Issues Group oraz profesora Anity Prażmowskiej z London School of Economics. Niechwiadowicz i jego zespół mają wielkie zasługi w korygowaniu błędów w mediach brytyjskich i zagranicznych na temat roli Polski w Drugiej Wojnie Światowej, a szczególnie w związku z Holocaustem i krzywdzącym nazewnictwem “polskich obozów koncentracyjnych”. Przez ostatnie 5 lat swoimi żmudnymi argumentami i poprawkami doprowadzili do niemal tysiąc udanych interwencji w programach telewizyjnych, gazetach i portalach internetowych. Bezustannie muszą podkreślać że obozy były na terenach okupowanej Polski, że naród polski nie był odpowiedzialny za Holocaust, że wśród licznych ofiar zbrodni hitlerowskich prawie nigdy nie wylicza się Polaków, i że Państwo Podziemne karało zbrodnie przeciw Żydom przez Polaków. Zaznacza jednak że nie można odstąpić od prawdy że były też zbrodnie popełniane przez Polaków choc nie obarczały całe społeczeństwo. W pewnych momentach ich misja wydaje się być jak walka z wiatrakami. Co jedną gazetę czy dziennikarza przekonają to nadchodzi nowy dziennikarski żółtodziub i powtarza te same błędy. Ale już wiele pism opisuje obozy poprawnie i można teraz powoływać się na precedensy w sposób zapobiegawczy. Niestety BBC pod tym względem jest wciąż niereformowalna i Niechwiadowicz już publikował pamflet analizujący ich wypaczenia w nierównym podejściu do zbrodni niemieckich na zachodzie i na wschodzie.
Prażmowska natomiast podkreślała jak bardzo naszemu wizerunkowi szkodzi nasza nękająca lamentacja w naszych listach i występach wobec mediów brytyjskich o naszym poczuciu krzywdy, zarówno osobistej i narodowej. Uważa że choć ten wizerunek miał prawo bytu jeszcze w latach powojennych, obecnie jest niezrozumiały a nawet irytujący dla brytyjskich dziennikarzy i dlatego mało skuteczny. Tezę Prażmowskiej podchwycił w dyskusji historyk senior Zbigniew Siemaszko. Anglicy nie znoszą samochwalstwa, powiedział. Wolą podejście do dyskusji bardziej skromne, wyważone, samokrytyczne. Podkreślał też że nie doceniamy jak wiele książek historycznych i pamiętników z czasu wojny bardzo pozytywnie ocenia rolę Polaków.
Dam własny przykład. Podręczniki jak podręczniki ale w moim doświadczeniu najpowszechniej uczniowie angielscy odbierają naukę która nie jest im podana w mdłym sosie naukowym. W mojej młodości taką książką była ośmieszająca szablonowe opisy historii “1066 and all that”. Obecnie istnieje przeszło 50 tomów różnych “Horrible Histories” gdzie starożytne cywilizacje i historyczne dynastie angielskie poddane są uproszczonej ale pikantnej historii pełnej anegdot i szokujących informacji podkreślających okrucieństwo, obłudę władców i głupotę poddanych. Lecz w każdej książce tkwi zrozumienie podstawowych prawd o tym okresie i wielu pedagogów jak i rodziców uważe że jest to świetny sposób zapoznania się z historią poprzez kuchnię a nawet przez kibel. Książki te są bestsellerami. Sprzedały już przeszło 20 milion egzemplarzy.
Chłopak czy dziewczyna zaglądający do tomu “Horrible Histories” poświęconego Drugiej Wojnie Światowej dowiedział by się na przykład że w 1939 roku Niemcy kłamliwie oskarżyli Polskę o napad na niemiecką stację radiową, że inwazja Polski rozpoczęła Drugą Wojnę, że Sowiety zaatakowały Polskę równoznacznie z Niemcami (szczeniacka mapka wskazuje na inwazje z obu stron), że w okrutny sposób Niemcy mścili się mordując polskich cywilów, że polskie podziemie rozstrzeliwało zdrajców, że masowo wywożono polskie rodziny na Syberię i wiele ginęło w pociągach w czasie drogi, że Sowieci zamordowali polskich oficerów w Katyniu a później oskarżyli Niemców o tą zbrodnię, że po ataku Niemiec na Rosję Sowieci zabijali polsich więźniów dynamitem wrzuconym do celi, że w kwietniu 1943 roku wybuchło powstanie w getcie które Niemcy krwawo zdławili, że obozy zagłady jak Treblinka były na podbitych (“conquered”) terenach Polski i prowadzone przez Niemców i Ukraińców, że w sierpniu 1944 wybuchło powstanie polskie w Warszawie ale Sowieci nie chcieli pomóc i wielu Polaków zginęło (“pole-axed”). To wszystko jest pisane językiem żartobliwym ale w taki sposób że dziecko pamiętało by znaczną część tych szczegołów. Ale było w tej książce jeszcze jedno opowiadanie. Dotyczy przerażające przeżycie dziecka żydowskiego które ukrywało się z rodziną w poddaszu gdy Niemcy szukali Żydów w pustych budynkach w gettcie przy pomocy żydożerczej polskiej policji granatowej. Dziecko by zginęło gdyby nie kłamliwe oświadczenie polskiego policjanta że już tam więcej Żydów nie widać.
Czy mamy być oburzeni na te niepoważne opisy? Chwytać za pióro? Wysyłać poprawki? Czy może jednak cieszyć się że udało się tyle prawdy zmieścić w tak powszechnie popularnej książce dla młodzieży? Uczestniczka konferencji proponowała nawet abyśmy sami wydali tom o Polsce wydany w tym samym wesołym obrazoburczym tonie. Doceniano też książki jak “Soldier Bear” które pokazywały drogę wojenną Drugiego Korpusu poprzez życie Wojtka a które łatwiej trafiają do wyobraźni angielskiego dziecka.
Zespół proponował wprowadzenie wspólnej komisji polsko-brytyjskiej do oceniania i poprawienia podręczników szkolnych, coś na modelu podobnych komisji polsko-niemieckich czy polsko-ukraińskich. Nie wiem do jakiego stopnia brytyjczycy traktowali by to jako sprawę pierwszoplanową bo mają dużo bardziej powściągliwe podejście do własnej historii, a szczególnie do roli imperium brytyjskiego. Z poczucia “fair play” i szacunku dla prawdy historycznej Brytyjczycy mogliby się zgodzić na taką inicjatywę choć wyobrażam że wydobywanie i ocenianie roli Wielkiej Brytanii w polskich podręcznikach szkolnych byłoby pracą syzyfową nawet dla British Council i raczej dla nich drugorzędną. Przy całokształcie swojego dorobku dziejowego Brytyjczycy nie za bardzo by się przejmowali naszymi ocenami, nawet najbardziej najczarniejszymi. Czy Churchill nas oszukiwał? Czy Polacy sami się oszukiwali? Czy Wielka Brytania powinna była wejść w konflikt ze Stalinem aby odzyskać dla nas Lwów i Wilno? Z ich punktu widzenia - who cares? Piszcie sobie co chcecie.
Dziennik Polski 17 kwiecień 2015 Wiktor Moszczyński
Friday, 3 April 2015
Jaki Future dla Polaków w UK?
Czy jest jakaś przyszłość dla Polaków w Wielkiej Brytanii? Ciekawe pytanie. Myślałem że coś na ten temat się dowiem gdy zjawiłem się na spotkaniu rozreklamowanym pod tym hasłem który miał miejsce 23 marca w Portcullis House, w budynku sąsiadującym z parlamentem, gdzie znajdują się biura posłów. Ostatecznie dowiedziałem się wiele rzeczy od polityków i specjalistów na tym spotkaniu.Za to serdecznie dziękuję All Party Parliamentary Group on Poland, Polish Professionals i British-Polish Law Association. Lecz odpowiedzi na to pierwsze zasadnicze pytanie o naszej przyszłości nie uzyskałem.
Można by nawet zrobić z tego taki żart. Co się dzieje jeżeli połączysz trzech powyższych polonofilskich organizatorów, trzy osoby kierujące dyskusją, czterech polityków brytyjskich i trzech ekspertów? Odpowiedz, bigos and chips w polskim sosie koperkowym. Bo rzeczywiście rolę Kasi Madery, spikerki z BBC, jako moderatorki nie pomogły ani interwencje ze strony współorganizatorów ani buńczuczne wypowiedzi zwalczających się nazwajem polityków (poseł Daniel Kawczyński – konserwa, poseł Andy Slaughter – Labour, Stefan Kasprzyk z lib-demów, Przemek Skwirczyński z UKIP). Atmosfera dawała dużo ognia ale nie przynosiła za dużo światła aby oświetlić drogę do jakichkolwiek konkluzji.
Na końcu czułem się bardzo sfrustrowany tokiem dyskusji i brakiem konkretnych konkluzji. W tym politycznym potpourri pewne ciekawe tematy poruszono w podpowiedziach Kasi Madery i w przygotowanych pytań z sali poczym poitycy porywali kierunek dyskusji i przeprowadzali go na swoje własne dobrze rozjechane tory.
Poruszano na przykład temat czy w ogóle powinno być referendum europejskie i kto bierze odpowiedzialność za wywołanie go. Co nie znaczy że to nie jest ciekawy temat do dyskusji i na pewno będzie miał wpływ ostatecznie na wizerunek polskiego społeczeństwa na Wyspach w ciągu następnych 10 lat. Daniel Kawczyński uzasadniał decyzję jako demokratyczną aby elektorat brytyjski mógł wreszcie zdecydować czy chce zostać w Unii Europejskiej czy nie po przesło 40 latach od poprzedniego referendum kiedy Wielka Brytania glosowala za pozostaniem w ówczesnym Wspólnym Rynku. Najpierw premier Cameron ma wynegocjować pewne zasadnicze zmiany w stosunkach brytyjsko-unijnych, szczególnie w zakresie prawodawstwa i imigracji, a po wygranym referendum wreszcie skończy się ferment społeczny w tej sprawie. Andy Slaughter ten argument wyśmiał agresywnie (czy można wyśmiewać z agresją? Okazuje się że tak) twierdząc że decyzja zwołania referendum nie miała nic do czynienia z demokracją a była wynikiem paniki ze strony przywództwa partii konserwatywnej. Ich posłowie obawiali się utraty paredziesiąt mandatów poselskich w stronę UKIP w nadchodzących wyborach a ich fanatyczne anty-europejskie prawe szkrzydło wymusiło na Cameronie bardziej rozczeniowe podejście do partnerów europejskich łącznie z prowadzeniem negocjaci o przyszłość członkostwa Unii pod groźbą wycofania się z niej. Przez to, uważa Slaughter, to właśnie Torysi wprowadzają ten ferment, szczegónie w zarządzeniu gospodarką, którego twierdzą że chcieliby uniknąć. Były burmistrz Islingtonu, Stefan Kasprzyk, który zgodził sie zostać członkiem panelu w ostatniej chwili aby zastąpić chorego członka Izby Lordów, też uważał że referendum było wywołane paniką wśród konserwy ale twierdził że referendum byłoby uzasadnione jeżeli miało by dotyczyć tylko najnowsze zmiany a nie kwestię samego członkostwa.
Kawczyński o tyle miał tu problem że cały jego argument jest oparty na wstępnym wynegocjowaniu w następnych dwuch latach odpowiednich zmian w naszych relacjach z Europą aby uatrakcyjnić członkostwo Unii dla Brytyjczyków. Lecz w obecnej atmosferze kryzysu gospodarczego i zubożenia społeczeństwa większość Brytyjczyków domagała się przedewszystkiem kontroli nad przyjazdem imigrantów z Unii Europejskiej a tego Unia nie mogła Cameronowi zaofiarować. Co więc wtedy zrobią ci posłowie konserwatywni którzy mimo wszystko nie uzyskują zasadniczych zmian a będą chcieli Europę opuścić? No, przyznał się Kawczyński, wtedy nastąpi chaos bo jedni będą dalej za pozostaniem ale wielu członków jego partii będzie prowadziło kampanię za wyjściem z Unii.
Też trafnym pytaniem okazało się krótkie wystąpienie Marty Niedzielskiej, kierowniczki Biura Polskiej Macierzy Szkolnej, gdy spytała o reakcję panelu na likwidację egzaminu Polish A Level. Oczywiście wszyscy byli przeciw, łącznie z Danielem Kawczyńskim który przyznał się że chce sam zdać egzamin razem ze swoją córką aby wzbogacić swój ojczysty język. Ale pytanie to przypominało atmosferę strachu w którym znajdują się diaspory z innych państw, w tym i nasza polonia, którzy wyczuwają że tu jest jeszcze jeden przykład dlaczego urzędy i instytucje rządowe mogą lekceważyć obawy mniejszości narodowych co do ich przyszłości w tem kraju.
Właściwie głównym powodem zniesienia tych egzaminów były próby wymuszenia przez prywatne instytucje egzaminacyjne jak AQA i OCR pokrycia dodatkowych kosztów (około £100tys. za każdy język) ułożenia nowego formatu i programu egzaminów uwzględniających nowe wymagania dla języków “mniejszościowych” na poziomie dużej matury. A więc chodzi o kasę.
Rząd nie chciał do tego przyłożyć ręki a na skutek nacisków zewnętrznych, m.inn. od naszej Ambasady, przyznał się do tego publicznie. Stąd szybka reakcja przychylnych nam posłów ze wszystkich partii, pchniętych też przez naciski naszych lokalnych wspólnot polskich w terenie, aby rząd zmienił postawę. Lecz za późno. W obecnej chwili, gdy rozpoczęły się wybory, nie ma już rządu i nie ma już posłów. Więc nacisk musi być zwrócony na kandydatów w terenie. Tristram Hunt, rzecznik do spraw edukacji ze strony Partii Pracy już przyrzekł że rząd labourzystowski przywróci te egzaminy. Jest światło na końcu tunelu ale to nie wystarcza. Trzeba naciskać a nawet szantażować, innych kandydatów aby ich partie przyrzekły to samo.
Szereg mówców zaczęlo narzekać że w tym przykrym klimacie anty-imigracyjnym już się czują zagrożeni jako Polacy nawet jeżeli tu mieszkali przez całe swoje życie, lecz Joanna Młudzińska, prezes POSKu, przestrzegała przed przemienieniem Polaków w postacie ofiar bo to tylko wzmocni pogardę tych którzy nas dotychczas krytykują.
Jedyny polityk który starał się określić jakie mogłyby być prawa Polaków po przegranym referendum był kandydat partii UKIP, Przemek Skwirczyński, który uważał że większość obecnie tu żyjących Polaków mogłoby tu pozostać i nawet bronił prawo polskich rodzin do pobierania zasiłku dziecięcego jeżeli dzieci mieszkają dalej w Polsce. W tym wypadku był bardziej europejski niż nawet partie pro-unijne jak Partia Pracy, już nie mówiąc o konserwatystach. Nie wiem do jakiego stopnia Skwirzczyński sprawdził swój pogląd ze swoim własnym stronnictwem. Pozatem wprowadził mieco wrogą atmosferę dzieląc imigrantów na pozytywnych lub negatywnych i ściągnął na siebie pogardę innych uczestników panelu którzy oskarżali jego partię o wprowadzenie zamętu przez ostrą kampanię anty-unijną, domagającą się natychmiastowego referendum, poczym ich członek oskarża inne partie że nie są gotowe określić jak ma wyglądać obraz po takim referendum w stosunku do imigrantów unijnych. Przypomniano mu też że w tej sytuacji niemal 2 miliony Brytyjczyków straciło by swój status obywatela europejskiego za granicą i mogliby czuć się zmuszeni powrócić do Anglii.
Eksperci w panelu (Roger Casale, dyrektor New Europeans, barrister James Dixon, Andrew Lilico z Institute of Economic Affairs) najpozytywniej reagowali na próby pani Madery przywrócenia dyskusji do statusu Polaków w wypadku przegranego referendum. Ale i oni nie mieli okazji określić jak by to wyglądało. Faktycznie status Polaków bez obywatelstwa brytyjskiego byłby uzależniony wówczas od postawy rządu brytyjskiego i negocjacji z Unią po przegranym referendum. Nikt nie wie czy Wielka Brytania poszłaby drogą Norwegii gdzie dalej obowiązywałyby regulaminy europejskie ale już bez wpływu na ich zmianę, czy też poszłaby w kierunku zupełnej izolacji w oparciu najwyżej o wymienne handlowe stosunki z Kanadą i USA.
Tak czy tak, mniemam że Polacy posiadający już “permanent residence” na pewno mieliby prawo pozostać i pracować tu ale musieliby się już poruszać między Anglią i Polską z paszportem a nie dowodem osobistym, ich rodziny mogłyby przyjeżdzać tylko za zaproszeniem obywatela brytyjskiego na ograniczony okres, nie mieliby dostępu do zasadniczych świadczeń ani prawa głosu w wyborach a gwarancji prawa pracy dla Polaków bez rezydentury byłyby już niemożliwe. Nie wiadomo czy ich dzieci miałyby nawet prawo do studiów na brytyjskich uniwersytetach i w ogóle prawo stałego pobytu tu po uzyskaniu 18 lat.
Czy to spekulacja? Lepiej nie spekulować. Lepiej głosować na partie które teraz sprzeciwiają się referendum. Jesteście bez obywatelstwa brytyjskiego? Za późno. To już, jak dzieci i ryby, głosu nie macie.
Wiktor Moszczyński Dziennik Polski 3 kwiecień 2015
Subscribe to:
Posts (Atom)






