Wednesday, 16 June 2021

Upiory Przeszłości

 




W czasie mojej pierwszy wizyty w Polsce, jeszcze jako student w 1966 roku, usłyszałem  przypadkowo następujące słowa na przystanku autobusowym „Hitler to był straszny człowiek, ale przynajmniej załatwił dla nas sprawę żydowską,” Te słowa mroziły krew w moich żyłach. Było to moje pierwsze zderzenie z antyżydowską patologią która wybuchła 2 lata później w osławionej kampanii antysyjonistycznej kierowanej przez komunistyczne władze.

Moje wychowanie patriotyczne na łonie harcerstwa i domu rodzinnego w Londynie zupełnie nie przygotowało mnie na takie stwierdzenie. Tu w Anglii, w szeregach powojennej emigracji niepodległościowej, nie odczuwałem tych negatywnych nastrojów. Myślę że wynikało to, częściowo z solidarności powojskowej gdzie każdy żołnierz we wspólnej walce o Polskę mógł polegać na swoich kolegach, niezależnie od ich pochodzenia czy poglądów, a częściowo, z otoczenia brytyjskiego środowiska gdzie stosunki z Żydami miały już zupełnie inny charakter niż w Polsce. Poza świadomością o zagładzie Żydów w obozach śmierci w Polsce, na temat żydowski nie mówiło się wiele. Dlatego nasze pokolenie przyjmowało na dobrą monetę zasadę że w Polsce „nie było anty-semityzmu”. To się okazało jednak naiwnością.

Teraz już wiemy że było dużo więcej różnorodności w nastrojach wobec Żydów w przedwojennej i powojennej Polsce, i dowiedzieliśmy się o głębokim zakorzenionym antysemityzmie w pewnych warstwach społeczeństwa, a szczególnie wśród wiejskich parafii, i również w kręgach akademickich. Wiemy o bojkocie żydowskich sklepów, o zabronionych ławkach dla studentów żydowskich i o kontrowersyjnej uchwale Sejmu z roku 1938 o woluntarystycznej repatriacji wszystkich Żydów z Polski. Nastroje antyżydowskie były szerokie, ale nie były powszechne, i wielu wybitnych Polaków przeciwstawiało się temu antysemityzmowi w swoim środowisku.

Wiemy że w czasie wojny wiele polskich rodzin z wielkim ryzykiem osobistym przechowywało Żydów, że AK posiadało swój unikalną organizację Żegota która organizowała ochronę i ucieczki dla tysiące Żydów, że polskie sądy podziemne skazywały szmalcowników zdradzających Żydów na karę śmierci, i że polski rząd londyński niemal jedyny trąbił na cały świat prawdę o zagładzie Żydów. Ale wiadomo teraz że nie wszyscy Polacy w czasie wojny byli aniołami czy bohaterami. Zresztą każdy kraj ma nie tylko aniołów czy bohaterów; ma również swoich obojętnych i swoich tchórzy i zbrodniarzy. Polska nie była inna. Teraz rozumiemy psychologiczne skutki tego że po klęsce wrześniowej zaczął się okres upokorzeń i terroru dla Polaków, kiedy legalny rząd nie urzędował już na terytorium Polski.  Autorytet władz podziemnych był o dużo słabszy na wsi, a nauka kościoła o miłości bliźniego nie zawsze obowiązywała. W obliczu terroru narzuconego przez siejącego nienawiść okupanta, panowała na polskiej wsi względna samowola, raz gorsza, raz lepsza, gdzie indywidualni chłopi lub całe wioski, często już zdeprawowane tym nieustającym wielkim strachem i walką o byt, radziły jak mogły walcząc o utrzymanie swojego świata nacechowanego nędzą i głodem. 

A kontakt z uciekinierami żydowskimi to właśnie nie był ich świat. To byli obcy. Dla wielu pobożnych chłopów to byli ci co zabili Chrystusa. Dla biedoty wiejskiej to byli ci którzy zmonopolizowali wiejskie sklepy czy administrowali majątki ziemskie, a teraz zjawiali się głodni uciekając z miejskich gett,  gdzieniegdzie rabując aby żyć. Posiadając taki balast uprzedzeń, trudno się nie dziwić że w tych głuchych lasach kontakt polskich chłopów z żydowskimi uchodźcami czasem kończył się brakiem tej chrześcijańskiej miłości bliźniego. Ale uprzedzenie nie oznacza od razu popełnienie zbrodni.

W ostatnich 20 lat wydano szereg książek które starały się ocenić ten mroczny okres naszej historii. Były książki oskarżycielskie które równały zachowanie Polaków z współudziałem w Holocauscie; inne starały się nas wybielić, wykazując że niemal każda zbrodnia przeciwko Żydom wynikała wyłącznie z nakazu  hitlerowskiego okupanta. Te ostatnie uzyskiwały imprimatur Instytutu Pamięci Narodowej który, zupełnie niepotrzebnie, wprowadził element nacisku prawnego aby zachować rzekomą patriotyczną poprawność narracji historycznej. Rzetelni naukowcy starali się sterować swoje poszukiwania pomiędzy tymi dwoma obozami szukając prawdy w świadomości że ich wysiłki nie zawsze będą doceniane przez wszystkich Polaków. Nie powinno się pisać historii kierując się tylko agendą tworzenia albo mitu zbiorowej przestępczości narodu albo mitu zupełnej jego niewinności.

Z tym nastawieniem przeczytałem ostatnio książkę wydaną w tym roku po angielsku „The August Trials – The Holocaust and Postwar Justice in Poland”, autorstwa Andrew Kornbluth. Czułem się zmuszony do tego gdy przeczytałem pochwalną recenzję w londyńskim „Jewish Chronicle”, w której oceniano polskie społeczeństwo jako niezależnych współautorów Holocaustu którzy przeprowadzali zorganizowaną czystkę etniczną Żydów, niezależnie od Niemców, i że to rzekomo rozpoczęli już w 1935 roku! Czy naprawdę nie widzieli inwazję Polski przez Rzeszę Niemiecką w roku 1939 jako ważną cezurę w tej błędnej narracji? Napisałem spokojny ale stanowczy list do redakcji pisma wyjaśniając te bzdury, ale niestety nie został wydrukowany.

Chciałem sprawdzić czy recenzja słusznie oddała duch książki. Wiedziałem że autor zagłębił się w protokołach najpierw Sądów Specjalnych które powstały w sierpniu 1944 roku w Lublinie, a potem w zapisach Sądów Apelacyjnych i Sądów Okręgowych które trwały do 1956 roku. Sądy te działały na podstawie dekretu o wymiarze kary stworzonej dla „hitlerowsko-faszystowskich zbrodniarzy”, nieco później złagodzonego, w którym na początku niemal każdy przykład współpracy miał być karany w sposób drakoński, czyli dosłownie karą śmierci. Autor ocenia że ten dekret powstał z chęci uzyskania społecznej aprobaty dla narzuconych władz sowieckich i dlatego te specjalne sądy powołały dla wierzytelności autentycznych przedwojennych sędziów i prokuratorów. Okazuje się że wielu z tych sędziów było nawet antykomunistami, którzy jednak czuli obowiązek udziału w procesach autentycznych zbrodni używając legalne procedury przedwojenne. Odróżnia to zjawisko od sądów kapturowych które wprowadziła bezpieka do torturowania i likwidacji zbrojnego podziemia i powojennej opozycji. Te sądy specjalne miały z początku wielki poparcie w społeczeństwie, szczególnie przy skazaniu głównych zbrodniarzy niemieckich i jawnych zdrajców odpowiedzialnych za masowe zbrodnie popełnione przeciw Polakom. W pierwszych trzech latach sądów specjalnych złożono 55 tysięcy skarg ale wydano tylko 3,954 wyroków, z których 721 było wyrokami śmierci, a w następnych dwóch latach do 1949 w sądach okręgowych było 4052 wyroków, a w tym 559 wyroków śmierc.

Autora najbardziej interesują szczegóły rozpraw  dotyczących zbrodni popełnionych przez Polaków wobec Żydów. Ale wśród zbrodni wyłącznie przeciw Żydom wypadło w tym okresie tylko 213 rozpraw i 110 wyroków. Wyroków śmierci było 20. Szczegóły podane w tych sądach brzmią autentycznie. W większości oskarżeni nie zaprzeczają że takie zbrodnie miały miejsce. Czasem odwoływali poprzednie zeznania rzekomo wymuszone przez pobicia przez milicję czy bezpiekę. Bronią się dla przykładu tym że to nie oni, ale że ktoś inny w wiosce wykonywał zbrodnię; że nie wiedzieli że, wydając Żydów Policji Granatowej czy Niemcom, skazują ich na śmierć; żę złapano Żydów, najczęściej dzieci, na rabunku (np. marchewek), a więc jakby zwalczali przestępstwa; a najczęściej że sami sprawcy mają duże zasługi jako byli uczestnicy Powstania Śląskiego, czy obrony Warszawy, czy nawet jako członkowie powojennej Milicji Obywatelskiej. Ten ostatni argument szczególnie trafiał do sędziów jako uzasadnienie złagodzenia kary np. od dziesięciu lat więzienia do trzech, lub w ogóle do uniewinnienia. Sądy na ogół wykazywały banalność powodów tych zbrodni, które jednak zawsze kończyły się zabójstwem Żyda, ale poszczególne sprawy świadczyły też o wyjątkowym sadyzmie poszczególnych sprawców. Kornbluth przypomina że żydowskich świadków wydania czy zabicia Żydów było mało i że sami wieśniacy kryli się nawzajem, rozpraszając winę za poszczególne zbrodnie na całą wioskę.

Szczegóły poszczególnych spraw brzmią przekonywująco, ale były to informacje wybiórcze. Nie można oceniać społeczeństwo wyłącznie na obserwacjach poczynań w salach sądowych. Lecz  na podstawie tych poszczególnych świadectw, Kornbluth wysunął tezę że polscy chłopi wykonywali masową zagładę („crowdsourcing genocide”) tych Żydów którzy uniknęli zagłady z rąk niemieckich. Tłumaczy to nie jako kolaborację z okupantem, ale jako ich polski patriotyzm! Nawiązuje do przedwojennego antysemityzmu w Polsce jako okresu wstępnego do wykonania tej zagłady. Nic takiego nie udowodnił i okazał się jednym z tych historyków żydowskich którzy przekręcają fakty aby oczerniać cały naród polski. Zaprzecza sam siebie bo przyznaje że te morderstwa które nastąpiły były nakazane czy zachęcane przez okupantów niemieckich i umożliwione przez mechanizm administracyjny aparatu terroru wprowadzonego przez Niemców. Indywidualni chłopi, czy osiedla wiejskie, mogły wykazywać większą czy mniejszą inicjatywę w tropieniu Żydów, ale trudny mieli wybór moralny bo, nie wykonując takich zadań, narażali swoją wioskę czy rodzinę na pacyfikację odwetową. Niezabijanie Żydów na których się trafiło w lesie, a przechowywanie ich, było aktem ogromnej odwagi osobistej na wskutek którego wielu rodzin polskich po prostu ginęło. Mimo podejrzliwości i uprzedzeń chłopstwa polskiego wobec Żydów, zarówno z powodów religijnych, jak i klasowych, i mimo wyraźnych dość szerokich zapisanych przykładów poszczególnych zbrodni na różnych terenach okupowanej Polski, tu nie było żadnego polskiego zorganizowanego planu zagłady i żadnego mechanizmu na skali krajowej czy wojewódzkiej aby takie masowe czystki przeprowadzić. Nie można tego porównywać na przykład do zorganizowanych czystek Polaków przez UPA na Wołyniu.

Autor w swoich analizach antysemityzmu w Polsce nie podaje całokształtu wojennych losów Żydów w Polsce i nie bierze pod uwagę ogromnego wysiłku znacznej części społeczeństwa w zorganizowanym ratowaniu Żydów, wymagającym nadzwyczajnej odwagi i poświęcenia. W końcu bez inwazji niemieckiej nie byłoby w ogóle holocaustu. Profesor Grzegorz Berendt ocenia że przeszło 50 tysięcy Żydów ocalało wojnę „po aryjskiej stronie” na terenie Polski, z czego znaczna część wynikała z pomocy polskich rodzin, zarówno w miastach, jak i na wsi.

Powinnyśmy patrzeć prawdzie w oczy. Naród polski mógł w czasie tego samego konfliktu zaliczyć w swoich szeregach zarówno osoby wykazujące prawość i waleczność, jak i zbrodniarzy i nikczemników. Wielki naród powinien jednak stanąć na straży prawdy, przyjąć istnienie zarówno blasków i cieni w swojej historii, i protestować przeciwko tym którzy zniekształcają naszą historię dla swojej własnej politycznej agendy.    

 

Wiktor Moszczyński   

18 czerwiec 2021  Tydzien Polski



Wednesday, 26 May 2021

Rozbitkowie Brexitu

 



Giuseppe Pichierri, włoski konsultant NHS od 15 lat, stał ze swoją czteroletnią córeczką, uzbrojoną w baloniki i kartkę powitalną, na londyńskim lotnisku Heathrow, oczekując radosnego przyjazdu jego ulubionej 24-letniej siostrzenicy Marty. Długo czekali i córka już niecierpliwiła się. Czekali do wieczora, ale Marta nie zjawiła się i nie zostawiła żadnego zawiadomienia. Biuro informacyjne nie mogło nic wyjaśnić. Wrócił z zapłakaną córeczką, ale już bez baloników, do domu. W połowie nocy telefon. Zawiadomiono go że Marta została zatrzymana przy kontroli paszportowej i przeniesiona w kajdankach do obozu dla uchodźców w Colnbrook. Ma być wydalona z kraju. Następnego dnia udało mu się ją odwiedzić. Zapłakana z kolei siostrzenica była przerażona bo myślała że przebywa w więzieniu, co może i nie tak dalekie było od prawdy.

Zaraz tego samego dnia odesłano ją z powrotem do Włoch ze stemplem w paszporcie że była wydalona z kraju. Okazało się że w swoim liście zapraszającym pan Pichierri napisał że w czasie swojego pobytu w Londynie będzie mogła poprawić swoją angielszczyznę i pomóc jego żonie w opiece nad jego trzema młodziutkimi dziećmi. Brzmiało to jak oferta pracy au pair. To wystarczyło jako powód zatrzymania jej. Marta powiedziała że postara się wrócić do Wielkiej Brytanii za parę tygodni, ale szanse jej powrotu do Londynu, po takim ostemplowaniu jej paszportu, są nikłe.

Pewna młoda Hiszpanka z Walencji, zatrzymana została w Gatwick gdy przyjechała w zeszły czwartek aby sprawdzić rynek pracy. Kiedy odmówiono jej przyjazd zaoferowała zapłacić za natychmiastowy bilet powrotny. Ale urzędnicy Border Force odmówili i odesłali ją do obozu internowania w Yarlswood. Obecnie panuje tam pandemia, więc wszystkich internowanych pozostawiono w izolacji w swoich celach. Była tam 3 dni. Po interwencji prasy pozwolono jej odbyć kwarantannę u swojej siostry pod Londynem, ale paszport jej zatrzymali.

Inna Hiszpanka, tym razem z Bilbao, planowała znaleźć pracę, potem wrócić do Hiszpanii i zgodnie z nowym prawem, tam złożyć aplikację o pracę. Planowała ostatecznie wrócić ponownie po otrzymaniu stanowiska. Odmówiono jej wjazd do Anglii. Wysłano, jak poprzednim wypadku w kajdankach, do  obozu na parę dni a potem spowrotem odesłano ją do Hiszpanii, mimo że miała tu adres pobytu u krewnej. W tym samym dniu, Czeszkę która przyjechała przez Londyn w drodze powrotnej do Pragi z Meksyku, ale która chciała tu pozostać na parę dni aby zahaczyć o przyszłą pracę, nie tylko nie wpuścili, ale nie pozwolili jej jechać dalej do Czech. Wsadzili ją na następny samolot do Meksyku, zadowoleni że się jej prawnie pozbyli.

W każdym takim wypadku mamy przykład młodych Europejczyków, nie zorientowanych jeszcze w pełni do jakiego stopnia Wielka Brytania zmienił się od 1go stycznia br. Obywatele unijni przyjeżdżzający w poszukiwaniu pracy ląduje w obozach odosobnienia dla imigrantów, nawet jeśli mają zaproszenie na spotkanie z firmą brytyjską. Według nowych przepisów, osoby które chcą tu pracować muszą złożyć podanie o wizę zza granicy. Regulaminy Home Office nie zezwalają na przyjazdy na rozmowy kwalifikacyjne  Obywatele unijni nie mogą już też ubiegać się o bezpłatne staże w instytucjach brytyjskich.

Dotychczas epidemia kamuflowała zmiany w przepisach o potrzebie wizy wjazdowej aby podejmować tu pracę. Z powodu restrykcji przeciw zakażeniom była mało lotów. Teraz mgła covida powoli ulatnia się, i nagle ukazuje się nowy surowy krajobraz post-brexitowy. Problem leżał nie tylko w surowości nowych przepisów, ale był uzupełniony oprawą złośliwości z którą brytyjskie służby graniczne wykonywały polecenia ministrów. Ambasadorowie unijni i europosłowie z różnych narodowości składali skargi do Komisji Europejskiej lub bezpośrednio do brytyjskich ministerstw, ale daremnie apelowano o humanitarne traktowanie nieświadomych „przestępców”.

W zeszłym tygodniu komisarz unijny Maros Sefcovic, który jest współprzewodniczącym (wraz z ministrem Michael Gove), post-brexitowej brytyjsko-unijnej rady partnerskiej, oświadczył europarlamentarzystom że może zaskarżyć sądownie te i podobne traktowanie obywateli unijnych na granicy brytyjskiej.  Brytyjczycy odpowiadali że nowe przepisy są klarowne i dostępne na internecie a uzasadniali kajdanki i internowanie w obozach obecnym brakiem lotów powrotnych i przepisami anty-covidowymi.

Te osoby nie są jedynymi ofiarami nowych przepisów. Polskie organizacje zajmujące się opieką na Polakami w potrzebie obawiają się że dość znaczna ilość Polaków wyjechała w zeszłym roku do Polski u szczytu pandemii, licząc na to że przetrwa kryzys covidowy w połączeniu ze swoją rodziną w rodzinnym mieście. Wielu z nich nie miało jeszcze załatwionych podań o stan osiedlenia ale liczyli na to że wrócą tu przed terminem 30 czerwca aby załatwić podanie. Czeka ich ciężki zawód. Podanie trzeba było złożyć przed wyjazdem. Teraz mogą nawet nie być wpuszczeni na teren Wielkiej Brytanii aby złożyć podanie i odzyskać poprzednią pracę.

Równie ciężka będzie sytuacja wszystkich w Wielkiej Brytanii którzy dopiero teraz starają się złożyć to podanie. Trzeba pamiętać że mieli na to juź przeszło dwa lata. Od 28go sierpnia 2018 do 31 grudnia 2020 zarejestrowało  się 4,916 milionów obywateli unijnych, a w tym 911,240 obywateli polskich. 52% obywateli unijnych składających wniosek uzyskało status osiedlony (settled status), a 44% status tymczasowo rozstrzygnięty (presettled status). Pozostałe podania były odrzucone, lub unieważnione. Jescze 320 tysięcy czeka na wynik podania, i są poważne obawy że Home Office po prostu nie zdąży je załatwić na czas. Te osoby mogą znaleźć się po 30 czerwca bez prawa pracy, prawa posiadania tu konta bankowe, dostępu do zapomogi i usług społecznych i do darmowego korzystania ze służby zdrowia, i prawa do nauki w wyższej uczelni, dopóki nie uzyskają statusu osiedlenia. Mogą nawet stracić obecną pracę lub mieszkanie. bo nie będą mogli udowodnić że mają prawo tu przebywać.

W jeszcze gorszej sytuacji mogą znaleźć się ci którzy dopiero teraz składają podania. Spóźniali się w podaniu na settled status bo nie mają odpowiedniej dokumentacji, nie mieszkają w Londynie, nie czytają gazet, ani polskich ani brytyjskich. Agencje jak East European Research Centre mówią że „linia telefoniczna jest wiecznie gorąca” i że nie zmniejsza się ilość składających. „Tak będzie do końca czerwca,” zapowiadają. Wiele z tych spraw są wyjątkowo trudnych bo podający nie mają kompletu dokumentów ani pisemnego świadectwa swojego pobytu w UK, choćby dlatego że byli bezdomni i bezrobotni. Ich sprawy mogą potrzebować porady prawników. Zresztą jest to też wyścig nie tylko z czasem, ale i z pościgem. Liczba deportowanych Polaków rosła od roku 2001 kiedy było 302 przypadków, do 951 w roku 2015, a w 2020 jeszcze 600. Główne przewinienia – przemoc domowa, rozboje po pijanemu, użycie noża, posiadanie czy handel narkotykami, przestępstwa na tle seksualnym, ale też brak stałego mieszkania. Aby omijać łapanek deportacyjnych z Home Office starają się teraz zalegalizować swój pobyt statusem osiedlonego. Nawet gdyby uzyskali cudem nowy status gwarantujący im prawo pobytu to wciąż zabraknie świadectwa pisemnego który to potwierdza, bo wielu z tych osób nie posiada nawet własnych komórek, gdzie jedynie można ten status zarejestrować.

Do tego dochodzi los dzieci w sierocińcach, czy pod opieką władz lokalnych. Pisała o nich wcześniej na łamach Tygodnia Polskiego, Julita Kin. Przeszło 3690 dzieci obywateli unijnych których wzięto pod opiekę społeczną mogą wyrosnąć na „nieudokumentowanych” dorosłych bez prawa pracy czy prawa zamieszkania. Według Children’s Society, tylko 39% tych dzieci miało dokumenty potwierdzające prawo pobytu, złożone przez swoje lokalne samorządy, a 61% pozostaje w stanie niejasnym. Mogą nawet być deportowani po 30 czerwca. Organizacja domaga się aby Home Office zareagował pozytywnie na ich podania, a rady miejskie przyspieszyły składania tych podań. Wielu z tych dzieci przeżyło stresujące momenty w ich życiu, szczególnie w momencie odebrania ich rodzicom. Bez odpowiedniej dokumentacji, ich los może być jeszcze cięższy. Te problemy można zrozumieć ale okazuje że wiele dzieci z tradycyjnych rodzin, w tym również polskich, nie mają załatwionych paszportów ani polskich, ani brytyjskich, mimo że najczęściej mają prawo do obydwu. Ich los po 30 czerwca też może być niepewny, szczególnie kiedy dochodzą już do wieku bardziej dojrzałego.

Wszystkie te osoby są nieprzewidzianymi ofiarami tego zamętu stworzonego przez Brexit. Są cząstką tego chaosu społecznego który obecnie ogarnia społeczeństwa unijne, a szczególnie polskie, w tym kraju. Chaos ten tworzą częściowo nie wyjaśnione jeszcze przepisy, częściowo dość agresywne nastawienie urzędników Home Office w wykonaniu tych czynności, częściowo karygodne zaniedbanie swoich własnych praw przez wielu Polaków.

Ta atmosfera grozy powoduje że jedna dziesiąta obywateli unijnych chce wyjechać  po 30 czerwca.  Przeszło 1 milion imigrantów opuściło UK w pierwszych 9 miesiącach 2020, w tym niemal 500,000 z państw unijnych, według Migratory Observatory przy uniwersytecie oksfordzkim. Powodów jest wiele, ale głównie chodzi o brak zaufania do rządu, mniej przyjazny stosunek sąsiadów do nich po Brexicie, i obawa że urzędy państwowe nie będą szanować ich praw. 10% obawiało się wrogiej atmosfery urzędowej w Home Office, a 7% obawiało się stracenia swoich praw tak jak Jamajczycy którzy przybyli tu z ofertą pracy w latach 50 ych. W obecnym chaosie, nawet Polacy i inni obywatele unijni, posiadający obywatelstwo brytyjskie już od 20 lat, dostają listy rządowe grożące konsekwencjami bo nie zarejestrowali się na settled status.

Hasło wyborcze brzmiało „Brexit jest załatwiony”. I mimo przyrzeczeń ministra, a potem premiera, Johnsona, że losy obywateli unijnych nie zmienią się w wyniku tego trzęsienia ziemi jakim było zerwanie z Europą, rząd nie przejmuje się losem obywateli unijnych i ich rodzin których fala emocji narodowych zmiotła z ich zrównoważonego ustalonego trybu życia i wyrzuciła na skalisty brzeg nowych barier, nowych przepisów i nowych upokorzeń.  Obowiązek spada na nasze polskie organizacje aby ich obronić.

 

Wiktor Moszczyński       Tydzień Polski   21 maj 2021.

 

 

 

Sunday, 9 May 2021

Ameryka Wzięta w Dwa Ognie.

 


 

Czy czytelnicy Tygodnia Polskiego kiedykolwiek w dzieciństwie grali w dwa ognie? Dla mnie była to fajna harcerska zabawa gdzie dwie grupy chłopaków na dwóch oddzielnych boiskach unikały rzutów piłki celujących w nich z dwóch stron, czyli od przeciwnego boiska z przodu, i od „matki” ich zespołu, na ich tyłach. 

 

Obecnie nowy niewypróbowany jeszcze, a zarazem sędziwy już wiekiem, prezydent Joe Biden, ocenia sytuację swojego amerykańskiego boiska zagrożonego z dwóch stron jednocześnie. 

 

Z jednej strony obserwował 120,000 żołnierzy rosyjskich gromadzących się na granicy Ukrainy z oparciem o trzy dywizje lotnicze i o pobliski system komunikacyjny dalekiego zasięgu. Biden zwiększył ilość okrętów amerykańskich na Morzu Czarnym, ale poprosił również o spotkanie bezpośrednie z Putinem, którego przedtem odmówił. Rosjanie oceniali to za sukces. „Pomachawszy  szabelką” i wyrażeniu całej serii gróźb, część wojsk rosyjskich wycofała się. Czy to była gra, czy miała naprawdę nastąpić inwazja? Szef brytyjskiego wywiadu MI6, Richard Moore, stwierdził wręcz że Rosja zachowuje się ryzykownie i dopiero ostra reakcja Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii dała Rosji do zrozumienia że byłyby poważne konsekwencje dla Rosji w wypadku inwazji. Raczej wygląda na to że Putin na razie sprawdza reakcje Ameryki po odejściu Trumpa.  Na razie, powtarzam.

 

Ale grając taką grę Putin ma dużo do stracenia. Co prawda Rosja przerasta Stany w ilości głowic nuklearnych. Putin jest mocny w siłach militarnych, mocny w mrocznej szpiegowskiej cybernetyce i mocny w represjonowaniu opozycji wewnętrznej. Ale w sprawach gospodarczych i w zagrożeniu pandemią covidu, Putin ma poważne trudności, które odbijają się w sondażach, gdzie tylko jedna czwarta Rosjan wspiera jego partię. Na Białorusi widział przykład jak dalece zorganizowana pokojowa opozycja może zagrażać dyktatorowi. Nadrabia to agresywną postawą. „Ktokolwiek będzie zagrażał naszym żywotnym interesom, będzie tego żałował bardziej niż czegokolwiek innego,” Putin ostrzegał w swoim corocznym przemówieniu przed Federalnym Zgromadzeniem. Powiedział, że Rosja zareaguje na jakiekolwiek przekroczenie swojej „czerwonej kreski”, a „to my sami zdefiniujemy czym jest ta kreska w każdej sprawie”. Była to jeszcze jedna groźba dla Zachodu, aby trzymać swój dystans bez mieszania się w wewnętrzne sprawy rosyjskich interesów.  

 

Putin wykorzystał pandemię, aby pchać swoje interesy dyplomacją „szczepionkową”. W rozmowie zdalnej z Emmanuelem Macron i Angelą Merkel, nalegał do przyjęcia w Europie rosyjskiej szczepionki Sputnik. Jens Spahn, niemiecki minister zdrowia już wyjaśniał, że jeśli uzyska aprobatę Europejskiej Agencji Leków, to zamówi szczepionkę dla Niemiec, nawet jeśli ją odmówi Komisja Europejska. Ale rosyjska szczepionka może jednak nie być tym czym by się wydawało. Słowackie służby zdrowia zadeklarowały w kwietniu że dawki Sputnika które otrzymali nie odpowiadały próbkom wysłanym do badania przez Europejską Agencję Leków lub które były ocenione przez czasopismo The Lancet. Sami Rosjanie też nie wyrażają zaufania do szczepionki. Prezydent Moskwy, Siergiej Sobianin, musiał składać ofertę zniżek na jedzenie i usługi miejskie, aby namówić osoby powyżej 60 lat do szczepienia się, bo tak mało było ochotników.  

 

Stany Zjednoczone naciskają na wypuszczenie z więzienia Aleksieja Nawalnego, po tym jak Kreml starał się go otruć, choć bezskutecznie, a potem uwięził w ciężkich warunkach więziennych zagrażających jego życiu. Putin udaje że nie liczy się już z opinią Zachodu i protestami europejskich i amerykańskich głów państw. Jednak mimo wszystko niemal pół miliona Rosjan podpisało petycję o wypuszczenie Nawalnego i wywiad amerykański pomaga opozycji w ujawnianiu prywatnych bogactw Putina i jego ekipy. Sondaż wykazał że niemal jedna czwarta Rosjan oglądała filmik Nawalnego o luksusowym pałacu Putina nad Morzem Czarnym. Putin twierdzi że to nie jego pałac – ale wiarygodność jego zaprzeczeń nie jest przekonywująca.  

 

Putin bruzdzi dalej ale USA już nie popuszcza. Trump planował wydobyć 12,000 personelu wojskowego z Niemiec, teraz Biden to wstrzymał. Sankcje przeciw Rosji ogłoszone w zeszłym tygodniu przez administrację Bidena miały wykazać, że Stany Zjednoczone są gotowe powstrzymać Rosję od brania pożyczek na rynkach międzynarodowych. To na pewno mogłoby być skutecznym naciskiem finansowym dla jego reżimu. Boris Johnson przyznał, że jego wcześniejsza wiara w poprawę stosunków z Rosją okazała się nierealna. Od czasu zatrucia szpiega Skripala i jego córki w Salisbury, polityka brytyjska wobec Rosji oparta jest na ujawnianiu jak bardzo zachowanie rosyjskie za granicą jest coraz bardziej wyzywające. Czesi wydalili ostatnio rosyjskich dyplomatów kiedy wyszło na jaw że grupa rosyjskich agentów (w tym dwójka, która zatruła Skripala w Anglii 3 lata temu) była odpowiedzialna za wybuchy w składach amunicji w roku 2014. Teraz amerykańskie i brytyjskie służby potępiły Rosję za operację SolarWinds,  która sabotowała strony internetowe amerykańskich ministerstw i korporacji. Teraz takie działanie staje się coraz bardziej ryzykowne dla Rosji.

 

Problemem pozostaje w tej chwili dyplomacja europejska wobec Rosji. Rząd niemiecki dalej wspiera ukończenie konstrukcji gazociągu Nordstream 2, który ma dostarczyć rosyjski gaz bezpośrednio Niemcom omijając Polskę i Ukrainę. Sprawa zatrucia i wyleczenia ponownego Nawalnego w klinice berlińskiej, nie zmieniła decyzji rządu mimo ujemnego efektu na opinię publiczną w Niemczech.  Armin Laschet, przewidziany jako następca Angeli Merkel z ramienia rządzącej partii chadeckiej, już oświadczył, że nie widzi aby ta sprawa miała być powodem zaprzestania dalszych prac. Groźba sankcji amerykańskich też nie oddziaływała tak długo jak miała obejmować tylko firmy rosyjskie, a nie niemieckie. Z pewną ironią Amerykanie liczą na dobre wyniki dla Zielonych w nadchodzących wyborach niemieckich we wrześniu, bo ich przywódca Annalena Baerbock wyraziła ostry sprzeciw wobec rosyjskiego gazociągu. Brytyjskie wyjście z Unii Europejskiej nieco osłabiło stosunek Unii jako całość wobec Rosji. Komisja Europejska nie przysłała przedstawiciela na obchody 30 rocznicy ogłoszenia niepodległości Ukrainy, a rosną nastroje prorosyjskie we Francji, Włoszech, Rumunii i Słowacji, już nie mówiąc o autokratycznych prorosyjskich rządach premiera Orbana na Węgrzech.

 

Z drugiej strony Ameryka musi unikać piłki rzucanej w nią ze strony Chin. Przez 25 lat Chiny rozbudowują swoje siły militarne. W ostatnim tylko pięcioleciu,zbudowały 90 nowych okrętów i łodzi podwodnych. Teraz posiadają cztery razy większą flotę niż ta, którą dysponują Stany Zjednoczone na Oceanie Spokojnym. Z każdym rokiem, Chiny produkują 100 nowoczesnych samolotów myśliwych, i rozmieszczają w kosmosie broń obróconą w kierunku wyspy Tajwanu. Od roku 1948 flota amerykańska w cieśninie tajwańskiej zabezpiecza samodzielność wyspy, ale w ostatnich manewrach bojowych Stany Zjednoczone zorientowały się, że mogą przegrać z Chinami w konflikcie wokół obrony Tajwanu przed inwazją. A przewaga Chin rośnie z roku na rok. Również w swojej polityce handlowej Chiny wykorzystują przewagę swojego taniego subsydiowanego towaru eksportowego. Tak jak Rosja, Chiny też mają swoją dyplomację „szczepionkową”, i to nieco skuteczniejszą.

 

Chiny mówią już od zeszłego roku: „Wschód wschodzi; zachód zachodzi”. Sposób w jaki Chiny opanowały u siebie covid i rozruszyły ponownie gospodarkę, dało im poczucie, że są na wyższej stopie cywilizacyjnej niż objuczone pandemią i recesją Stany Zjednoczone i cała Europa. Chaotyczny zamach stanu przez zwolenników Trumpa w styczniu br. jeszcze mocniej to potwierdził w ich oczach. Świadomy tego, Biden w ciągu pierwszych 100 dni zainicjował ambitny projekt masowych szczepień i zainwestował $1.9 trn w gospodarkę. Określił to jako zaprzeczenie pogłosek o upadającym Zachodzie. Już prezydent Obama ostrzegał, że Chiny, a nie Rosja, stają się głównym rywalem Stanów Zjednoczonych w technologii, dynamizmie gospodarczym, agresywnej dyplomacji i zwiększeniu potencjału militarnego. Doradcy Trumpa też to uznawali, ale polityka Trumpa była niekonsekwentna, nieco chaotyczna. Ra się przymilał, a raz prowokował, dając Chinom uzasadnienie dla podnoszenia skali swojej dyplomacji „wilczo-wojowniczej”. 

 

Biden widzi i ostrzega Amerykę, że Chiny są teraz wystarczająco silne i wystarczająco pewne siebie,  aby zuchwale przecistawiać się Stanom na każdym polu. Za 10 lat mogą stać się największą potegą gospodarczą na świece. Obecnie obejmują kontrolę nad morzem południowochińskim, gdzie  wprowadzili stałe świetnie uzbrojone garnizony na bezludnych wyspach, kiedyś należących do Filipin i Wietnamu. Na morzu wschodniochińskim grożą zajęciem wysp  Senkaku należących do Japonii.  Biorą udział w brutalnych potyczkach granicznych z żołnierzami indyjskimi. Ich prasa wykpiwa w makabryczny sposób tragedię masowych zgonów w Indii. Dalej wciąż gnębią muzułmanów w prowincji Xinjiang i tybetańczyków. Zerwali umowy z Wielką Brytanią zamykając przywileje obywatelskie mieszkańcom Hong Kongu. A co najważniejsze, Xi Jinping ostrzegł, że nie przekazuje następnym pokoleniom sprawy niezależności Tajwanu. Admirał amerykański uważa, że w ciągu następnych sześciu lat Chiny obejmą kontrolę na Tajwanem pod hasłem zjednoczenia Chin. Liczą na to, że pod presją samej swojej przewagi militarnej Tajwan zgodzi się zrzec pokojowo ze swojej niezależności. Na razie to się nie zapowiada. Ekipa Bidena jest świadoma, że w pewnym momencie determinacja Xi w osiągnięciu tego celu może doprowadzić do groźby wojny.  

 

Czy Rosja i Chiny działają w zmowie? Eksperci brytyjskiej polityki zagranicznej uważają że nie ma na razie koordynacji w ich działaniu. Ale wszystko wskazuje na to, że te dwa państwa czerpią dla siebie korzyści ze świadomości, że twierdza amerykańska atakowana jest z dwóch stron. Planowane przechylenie u Amerykanów osi swoich zainteresowań z Atlantyku na Pacyfik, rozpoczęte jeszcze za prezydenta Obamy, napotyka trudności, gdyż Rosja wciąż zagraża Europie i sabotażuje zachodnie systemy intenetowe. Moskwa wie, że może operować agresywnie wobec interesów Ameryki i jej sojuszników, kiedy Ameryka ma uwagę odwróconą w stronę Chin. I na odwrót. Jeżeli w końcu Chiny zaatakują Tajwan, to Rosja może wkroczyć do Donbasu.   

 

Nie jest to pełny obraz dylematu. Dochodzą do tego problemy innych wrogów porządku światowego opartego o prymat amerykański, czyli Iranu, północnej Korei czy Afganistanu (z którego obecnie Ameryka się wycofuje). Chodzi też o potrzebie pełnej współpracy z Chinami i Rosją w sprawie ograniczenia zbrojeń i wobec gróźb klimatycznych i walki z pandemią. Uległość wobec tym tyranom byłaby katastrofalna, ale wojna z nimi jeszcze bardziej. Biden ma obecnie przed sobą wyzwania, które przerastają to, co mieli do skonfrontowania jego poprzednicy. Ale czy również będą przerastać jego osobiste zdolności dyplomatyczne i potencjał Ameryki do wygrania konfliktu ideologicznego „demokracji wobec autokratów”? A tego sam się podjął. 

 

 

 

Wiktor Moszczyński

 



Saturday, 3 April 2021

Globalizacja w Odwrocie

 



Wiara w dobroczynną skuteczność globalizacji była konwencjonalną mądrością, a nawet kultem elit, zarówno w świecie gospodarczym, naukowym i kulturalnym. Już od lat 60 ych Marcuse wmawiał nam że mieszkamy w „globalnej wiosce”. Wewnętrzne ścieżki tej wioski składały się z sieci elektronicznych łańcuszków przez które bezustannie przepływały informacje w języku angielskim o nowościach w kulturze, technice i w świecie giełd i kapitału. W wyniku tego powstawała kultura powszechna i splot przedsiębiorstw które kreowały naszą świadomość i zapewniały nam dochód.

Można było wskoczyć do supermarketu w Tokyo czy w Durbanie i kupić te same puszki CocaColi, trampki Nike i te same koszulki ze zdjęciem Justin Bieber, leczyć się tym samym Paracetamolem, czy zamówić samochód Mercedesa albo kosiarkę Hondy za pośrednictwem tego samego smartfonu Samsunga, wyprodukowanego lokalnie za tę samą licencję. Czuło się że się jest obywatelem świata. Te globalne ikony kamuflowały zjawisko w którym coraz więcej instytucji, organizacji, przedsiębiorstw czy mediów działało na obszarze całego świata, zapewniając podobną jakość produkcji i podobną obniżoną cenę. A w tle mieliśmy otwarty przepływ płynnego kapitału i towarów z minimalnymi restrykcjami  celnymi omijającymi suwerenne instytuzcje i tradycyjne lokalne rzemiosła. Rządy, banki, instytucje i media, które chciały wypłynąć w tej zglobalizowanej wiosce, podzielały te same wartości i te same cele. Wierzono w skuteczność wolnego rynku, ale przy uregulowanych standardach nie tylko towarów, ale nawet wspólnych standardów wartości jak bezpieczeństwo w pracy, prawa konsumenckie, równouprawnienie kobiet czy innych grup etnicznych, czy troskę o klimat i zanieczyszczenia w morzu i powietrzu.

Właśnie w takiej atmosferze optymistycznego globalnego rozwoju, mógł brytyjski rząd Tony Blair w roku 2004 przykładowo przyjąć bezboleśnie, tak poważny napływ Polaków i innych wschodnioeuropejskich pracowników po wejściu tych krajów do Unii; a Stany Zjednoczone podpisywały umowy międzynarodowe redukujące kontrole celne z sąsiadami które nie zawsze były w interesie  amerykańskich robotników czy rolników, podważając konkurencyjność ich pracy, ale szły na rękę inwestorom czy międzynarodowym korporacjom.

Ten niby wygodny, co raz bardziej zabezpieczony, świat, został nagle poddany szeregowi szoków które ustanowiły wezwanie wobec tych wartości i celów którymi kierowały się dotychczas ówczesne elity polityczne, gospodarcze i kulturalne. Tym samym zmieniły kierunek rozwoju gospodarki światowej.

Pierwszym szokiem był kryzys finansowy w roku 2008, spowodowany nadmiarem błędnych inwestycji amerykańskich i innych zachodnich banków, na skutek którego cały zachodni świat został poddany głębokiej recesji i rosnącemu bezrobociu. To z kolei spowodowało poczucie niepewności, a nawet paniki, wśród elektoratów zagrożonych utratą pracy, czy zmniejszeniem świadczeń społecznych. Obróciło się to przeciw rosnącej ilości imigrantów i narastającego braku zaufania do instytucji które uzasadniały te otwarte granice dla pracowników i tańszych towarów zagranicznych. Szczególnie znienawidzone były instytucje bankowe, które uważano jako źródło karygodnych nadużyć powodujących ten kryzys, ale które, ostatecznie, były głównym beneficjentem tego kryzysu. Kongres amerykański uchwalił przydział 814 mld dolarów od podatnika amerykańskiego na ustabilizowanie gospodarki, po czym tę sumę prezydent Bush przekazał w całości tym samym bankom do rozprowadzenia. Banki europejskie, również zakażone tymi samymi spekulacyjnymi rozgrywkami co ich amerykańscy partnerzy, też wymusiły od rządów unijnych podobny haracz, ale już pod ściślejszą kontrolą ich zachowań.

Drugim szokiem wynikającym z powyższego kryzysu było ożywienie ruchów nacjonalistycznych w Ameryce Północnej i Europie. Charakterystyką tych nacjonalizmów była rosnąca krytyka otwartych granic dla imigrantów i większy nacisk na ratowanie lokalnych przedsiębiorstw przez inwestycje  ochronne a nawet przez ich nacjonalizację. Wtórowała tu bardziej zachowawcza polityka społeczna kwestionująca ogólnie przyjęte zliberalizowane obyczaje i zarządzenia, np. odnośnie aborcji czy małżeństw homoseksualnych. Powstawał jakby nowy globalizm nacjonalizmu, wspierany nie tylko przez niepowodzenia gospodarcze w poszczególnych krajach, ale również przez antydemokratyczne i zachowawcze modele Chin i Rosji. Przez następne lata świat liberalnej demokracji znalazł się w odwrocie, jak również wiara w pozytywne efekty globalnej liberalizacji w kulturze i w handlu.

Po kryzysie finansowym i wzroście ruchów nacjonalistycznych nastąpiły dalsze ciosy. Polska, która była przed rokiem 2015 wzorowym przykładem skutecznej gospodarki wolnorynkowej i otwarcia na kulturę zachodnioeuropejską, uwalniając się od przytłaczającej konserwatywnej obyczajowości PRL, przemieniła się dramatycznie, w wyniku rewolucji PiSowskiej, w kraj stawiający na pierwszy plan interes czysto polski. Poważne rezerwy finansowe odziedziczone od poprzedników rozprowadzała w serii różnych świadczeń „plus”, które miały na celu rolę kiełbasy wyborczej i zachęty do dalszej prokreacji rodzin polskich, ale praktycznie rozruszyły jeszcze bardziej gospodarkę przez wzrost konsumpcji u tej części społeczeństwa która poprzednio miała ograniczony dostęp do źródeł finansowych. Polska odwróciła się kulturowo od Europy wdrażając model monopolu władzy w  gospodarce, w prawodawstwie, i w mediach.

Następny cios. Brexit. Cyniczna eksploatacja przez Boris Johnsona nacjonalizmu angielskiego i rosnących urazów wobec legalnym imigrantom wschodnioeuropejskim doprowadziła do zerwania z członkostwem Unii Europejskiej w imię suwerenności brytyjskiej. Przeprowadzono odejście mimo groźby secesji Szkocji, zaburzeń narodowościowych w północnej Irlandii i nagłej zapaści w handlu z kontynentem europejskim.  

A po Brexicie na scenę wkroczył prezydent Trump ze swoim hasłem „America First”. Powoli i systematycznie rozbierał umowy zagraniczne dotyczące nie tylko wolnego handlu, ale także  ograniczeń zbrojeniowych i umów sojuszniczych z aliantami o obliczu liberalnym i demokratycznym. Zbliżał się do przywódców antyliberalnych jak Rosja, Turcja, Arabia Saudyjska, Polska, Brazylia,  a nawet, w pewnym momencie dość groteskowym, do Korei Północnej, co świadczyło o zmierzchu ery kiedy Stany Zjednoczone odgrywały rolę czempiona wartości demokratycznych w świecie. Dalszymi konsekwencjami jego prezydentury był charakterystyczny odwrót od szanowania praw mniejszości, potępienie wszelkiej poprawności politycznej, wywołanie wojen handlowych z Chinami i Europą i próba wybudowania muru na granicy meksykańskiej. Ale na koniec, jego największym ciosem wobec wygodnego świata demokracji był jego sprzeciw przed przyjęciem wyników wyborów demokratycznych które przegrał ale które traktował jako sfałszowane. Będzie to prawdopodobnie wzorem  naśladowanym w przyszłości w innych krajach, w pół, a nawet w pełni, demokratycznych, gdzie zasadniczy element liberalnej demokracji, jakim jest uszanowanie wyników wyborów, będzie się ścierał z rosnącą niecierpliwością fal nacjonalizmu. Już w państwach afrykańskich każde wybory traktowane są jako sfałszowane przez stronę przegraną.

Kolejno, konsolidacja władzy prezydenta Xí Jìnpíng w Chinach wprowadza agresywną alternatywę do światowego porządku. Oparta jest na tzw. Pasie i Drogi, według której Chiny stają się opoką gospodarczą dla coraz więcej krajów trzeciego świata. Co Chiny nie dokonują inwestycjami gospodarczymi, dopełniają brutalną agresją i dyplomacją „wilczo-wojowniczą” wobec sąsiadów bliskich i dalekich, poczynając od Hong Kongu i Tajwanu. A ich obecny sojusz partnerski z Rosją zapowiada poważną konfrontację z Zachodem, na którą wiele państw, szczególnie w Unii Europejskiej, nie będzie w stanie stawić należyte czoło. Wiedząc że muszą z Chinami współpracować w zakresie zmian klimatycznych i będąc też świadomi swojego uzależnienia zarówno od chińskiej technologii i dostawy surowców, jak i zapotrzebowania na chiński rynek zbytu, kraje zachodnie mają nieco związane ręce. Przykładem tego była tzw. grudniowa Wszechstronna Umowa Inwestycyjna Unii Europejskiej z Chinami, skrytykowana przez Stany Zjednoczone, a potem podważona przez nowe sankcje przeciw Chinom za prześladowanie Ujgurów, na co Chiny odpowiedziały kolejno swoimi sankcjami wobec przedsiębiorstwom i politykom europejskim. Jednym ze skutków tej konfrontacji jest dążność wielu państw do porzucenia handlu na skali globalnej, aby oprzeć się bardziej na handlu regionalnym, mniej zdatnym na sankcje czy presje polityczne. Globalizm już się wyraźnie kurczył.

Ale największym szokiem dla globalizacji jest obecna pandemia. Jest odpowiedzialna za przeszło 2 miliony przedterminowych zgonów na świecie, i za katastrofalne kurczenie się o 9,2% w ilości globalnego handlu towarem w roku 2020. W tym samym roku spadek  globalnego PKB wynosił 4,9%. Mimo prób wspólnej akcji w produkowaniu odpowiednich szczepionek anty-covidowych i rozwinięciu ambitnych międzynarodowych antykryzysowych projektów uruchomienia gospodarki, wkroczyliśmy jednak w świat zażartej konkurencji, szczególnie w ostrym zatargu wokół rozprowadzenia szczepionek. Indie i Unia Europejska starają się powstrzymać eksport szczepionek dopóki nie zadowolą swój rynek wewnętrzny, i to mimo istnienia obowiązujących umów eksportowych; a Chiny i Rosja, odwrotnie, wykorzystują eksport swoich szczepionek jako element polityki zagranicznej, mimo ich braku dla własnych obywateli.

Teraz następuje okres rosnącej autarkii, gdzie państwa post demokratyczne zmierzają do osiągnięcia samowystarczalności gospodarczej, a, co z tym również idzie, niezależności, czyli raczej, izolacji informatycznej i kulturalnej. Polska Kaczyńskiego jest tego tylko jednym przykładem, a widać w polityce sąsiednich państw że ta pokusa wzrasta coraz bardziej w krajobrazie post-covidowym. Pod coraz większym naciskiem rządów i sojuszów regionalnych, wielkie giganty amerykańskiej informatyki  jak Facebook, Apple czy Microsoft, tracą swoją samodzielność i swój globalny monopol.. 

Choć globalizacja miała wiele ujemnych cech, to jednak jej zanik nie wróży wiele dobrego. Przypomina świat konfliktów i roszczeń nacjonalistycznych z przed Drugiej Wojny Światowej. A przecież do tego nie chcemy wracać.

Wiktor Moszczynski    Tydzień Polski   9 kwiecień 2021

Tuesday, 16 March 2021

I znowu cenzus

 



Pamiętam mój pierwszy spis ludności jeszcze w roku 1961. Miałem wówczas 15 lat. Podjąłem się wypełnienia formularzu dostarczonym do naszego domu na Ealingu przez listonosza. Mimo długiego już pobytu w Anglii, rodzice nie czuli się na siłach, aby podjąć się odpowiedzi na wszystkie pytania zadane angielskim językiem urzędniczym. Mój ojciec, kochany człowiek, pracował w polskiej firmie wysyłającej paczki do Polski, czytał codziennie „Daily Telegraph” (jak przystało polskiemu socjalistę), a w weekendy „Economist’a”, ale miał problemy z dogadaniem się z mleczarzem. Zabrałem się do dzieła, poradziłem się ze wszystkimi pytaniami personalnymi i tymi związanymi z ich dochodem. Najtrudniej było z krajem urodzenia. Ojciec z Mławy mógł śmiało podać „Poland”, mimo że był urodzony jeszcze w kraju nadwiślańskim pod panowaniem cara w roku 1899. Natomiast Mama była urodzona we Lwowie jeszcze za panowania cesarza Franciszka Józefa. Co więc? Austria-Węgry? Wówczas już ZSRR, lub może Ukraina? Nie do pomyślenia. Oczywiście też podałem „Poland”. 

Ale nie na tym koniec. Po rodzicach przyszło wypełnienie formularzy wszystkim sześciu polskich lokatorom, zaczynając na panu Frankowskim, rolniku z Żydaczowa, który był czołgistą w Normandii, a kończąc na Generale Rayskim z małżonką. Następnie pomagałem partnerom brydżowym Mamy i kolegów Ojca ze stołu brydżowego z „Ogniska” (dopilnowałem że rodzice nie grali już nigdy razem bo nie wytrzymywałem tych awantur), gdy się pochwalili synem w domu, który umiał wypełniać druki po angielsku. Dziś jest inaczej. Teraz trzyma się dzieci w domu, aby ktoś mógł obsługiwać komputer.

Jak wiemy, podobne spisy ludności odbywały się w Anglii i Walii od czasów wojen napoleońskich, a ścislej od roku 1801, kiedy rząd brytyjski chciał uzyskać informacje o ilości ludności nadającej się do służby wojskowej i żeby ocenić zasoby gospodarcze kraju. Obliczono wówczas że Wielka Brytania posiada przeszło 10 milionów mieszkańców, ale niestety wroga sąsiednia Francja posiadała trzy razy więcej. Ale już w jedenastym wieku, Wilhelm Zdobywca przeprowadził podobną inspekcję zasobów gospodarczych kraju, opublikowaną w tzw „Domesday Book”, aby ocenić jak wysoki podatek można było nałożyć na podbity kraj.

Cenzus kojarzy się historycznie z rozwiniętą cywilizacją ze stabilną scentralizowaną administracją. Spisy ludności pojawiają się w starożytnym Egipcie, w republic rzymskiej, a potem w cesarstwie. Pamiętamy o spisie ludności Kwiryniusza w Palestynie który spowodował opóźnionego przeniesienia się Józefa i Marii z Nazaretu do Betlejem. W tym samym czasie podobny spis przeprowadzano już w Chinach po konsolidacji władzy przez dynastię Han, a w siódmym wieku stosowano cenzus w nowo nawróconym na Islam Kalifacie. Hiszpanie wprowadzili spis mienia w podbitych terenach Ameryki ale byli zdziwieni gdy okazało się że nawet podbici przez nich Inkowie już przeprowadzili liczenie swoich domostw, mimo że nie posiadali pisanych liter ani numerów. Ich władcy zbierali dane o swoich poddanych na sznurkach z włosów alpaki lub lamy skręcone po dziesięć w węzełkach.

W Polsce spis ludności kojarzono z początku ze wszystkimi trzema zaborcami. Znów chodziło o zasoby gospodarcze i ilość młodych mężczyzn zdolnych do służby wojskowej. Rodziny polskie niechętnie ujawniały swoje majątki zaborcom, tym bardziej że zaborcy nie zadawali pytania o narodowość, a tylko o wyznanie. Tradycja przekorności w wypełnieniu podobnych spisów ludności przeniknęła wyraźnie do naszych rodaków w Wielkiej Brytanii, gdy co 10 lat wraca obowiązek wypełnienia tutejszego spisu ludności.

W niedzielę 21 marca przypada obowiązek każdego mieszkańca Anglii i Walii (ale nie Szkocji) wypełnienia formularza Census 2021. Ten żmudny obowiązek, który przeciętnie zajmuje około pół godziny, uzasadniony jest uzyskaniem szczegółowych danych do określenia poziomu usług dla społeczeństwa w skali krajowej i lokalnej. Dodatkowym „bodźcem” dla nich jest wisząca groźba grzywny £1000 za odmowę wypełnienia kwestionariusza czy za podanie fałszywych informacji. Nowym zjawiskiem jest możliwość wypełnienia formularza poprzez internet. Po prostu trzeba wejść  na portal www.census.gov.uk, wpisać kod podany ręcznie poprzedniego tygodnia każdemu domostwu, i wypełnić odpowiednio kolejne pytania. Na końcu naciska się guzik „submit”, i......po wszystkim.

Osobiście uważam że obowiązkiem każdej polskiej rodziny i każdego indywidualnego Polaka czy Polki jest wypełnienie i wysłanie kwestionariusza. Z tego powodu Zjednoczenie Polskie w Wielkiej Brytanii i Konsulaty alarmują polskie organizacje i ośrodki na tym terenie. Wiele polskich organizacji w terenie dołączyło się w szeregi lokalnych Census Support Service, a wielu ochotników zgłosiło się jako  tymczasowi lokalni urzędnicy czy wolontariusze, do pomocy Polakom w wypełnieniu wszystkich danych. A szczególnie chodzi tu o wypełnienie pięciu pytań, czyli pytanie 10 o kraj urodzenia, pytanie 14 o narodową tożsamość, 15A o grupę etniczną, 18 o główny język i pytanie 20 o posiadany paszport. Przy każdym będzie można, zgodnie z okolicznościami, odpowiedzieć stanowczo „Poland” albo „Polish”.

Bo tylko w ten sposób możemy dać świadectwo naszej tożsamości, ujawnić ilu nas jest i w ten sposób w oczach władz lokalnych, przedsiębiorstw i organizacji polskich, uzasadnić wszelkie inwestycje i usługi zdrowotne, edukacyjne, komercyjne, religijne czy społeczne dla Polaków na terenie Wielkiej Brytanii. Szczególnie chodzi tu o uzupełnienie istniejącego już podawania zasadniczych informacji urzędowych w języku polskim i szeroki dostęp do lokalnych infolinii w naszym języku, jak i zatrudnieniu polskojęzycznych urzędników i tłumaczy.

A jakie mogą być obiekcje?

1/ Nie mam dostępu do internetu? Proszę wtedy dzwonić na 0800 141 2021 i zamówić pisemny kwestionariusz.

2/ Nie znam języka angielskiego?. Proszę wejść na link https://census.gov.uk/help/languages-and-accessibility/languages/polish/completing-your-census-online  gdzie jest pełna instrukcja w języku polskim jak wypełnić formularz, pytanie po pytaniu. Również można poradzić się pod telefonem 0800 587 2021 w języku polskim. Na pewno pomogą też lokalne polskie organizacje.

3/ Boję się że mogę mieć prawne konsekwencje, bo np. nie mam jeszcze prawa pobytu, czy unikam znęcającego się partnera, czy nie płacę pełnego podatku z dochodu, itd? Organizatorzy spisu ludności zapewniają że Informacje zawarte w kwestionariuszu pozostają anonimowe. Wasze dane osobiste nie mogą być przekazane jakiejkolwiek instytucji państwowej czy prywatnej. Informacja wykorzystana jest wyłącznie dla bezimiennych statystyk na naszą korzyść i korzyść naszej wspólnoty. Pewne informacje mogą być udostępnione naszym potomkom, ale nie wcześniej niż za 100 lat. Zapewniam że przyszli historycy będą Wam za to wdzięczni.

4/ Nie będę w domu 21 marca? Nie szkodzi. Termin na wypełnienie formularza może potrwać parę tygodni.

5/ Akurat tego dnia mam w mieszkaniu gości na parę dni? Zaleca się wprowadzenie ich danych również, chyba że sami będą się rejestrować gdzie indziej.

6/ Są tam bardzo prywatne pytania dotyczące intymnych spraw personalnych? Tak. Są dwa takie pytania, czyli 26 o orientacji seksualnej, i 27 o konflikcie w identyfikacji płci. Ale odpowiedzi na nie są nieobowiązkowe, więc można je zignorować.

7/ Nie chcę ujawnić się? Może mnie nie znajdą? To bardzo ryzykowne, bo będą sprawdzać ile jest mieszkańców w każdym domu od którego nie uzyskają odpowiedzi. A kara jest wysoka, szczególnie dla gospodarzy domu.

8/ Jestem patriotycznym Polakiem i nie chcę obcym władzom donosić na siebie i na innych domowników? W ten sposób właśnie szkodzisz swojej rodzinie i bliskim. Ukierunkuj swój patriotyzm właśnie na do ujawnienie swojej polskiej obecności w tym kraju,  jako świadectwo potrzeby użycia  naszego języka i pomocy naszym emerytom, naszym chorym, naszym dzieciom. Im się należą te same środki społeczne i to samo wsparcie co innym mniejszościom w tym kraju. Niech wiedzą że jest nas tu wciąż jeden milion i że nasza obecność, nasz głos i nasz język ma się liczyć. Udowodnij że „a niechaj narodowie wżdy postronni znają, iż Polacy nie gęsi, iż swój język mają.”

A więc do dzieła. Wypełniajmy Census 2021 i wysyłajmy jak najszybciej.

Wiktor Moszczyński        Tydzień Polski        19 marzec 2021

Tuesday, 2 March 2021

Nie bądź frajerem, szczep się



Czy należysz do tych poprawnych Polaków w Wielkiej Brytanii którzy słuchają porad brytyjskich i polskich lekarzy? Czy dałeś się już zaszczepić przeciw Covidowi, albo zamierzasz się szczepić kiedy będziesz wezwany przez NHS?

Jeśli tak, to nie czytaj już więcej. Ten felieton nie jest skierowany do Ciebie.

Jest skierowany do tych którzy, może pod stresem brexitu, pandemii, groźby bezrobocia czy nadchodzącego terminu zarejestrowania się na „settled status”, poddali się sensacyjnym sugestiom aby odrzucić darmowe szczepienia na Covid-19. Zamiast bać się potencjalnie śmiertelnego koronawirusa, boją się przyjąć szczepionkę która ich i ich rodzinę przed tym wirusem uchroni.

Tak jak większość osób potępiających obecne szczepionki przeciw Covidowi, ja też nie jestem ani lekarzem ani naukowcem. Jestem zwykłym Polakiem, urodzonym w Londynie, aktywnym członkiem polskiej społeczności na Wyspach, byłym uczniem polskiej szkoły sobotniej i harcerzem, autorem książki „Polak Londyńczyk” i (po angielsku) „Hello, I’m Your Polish Neighbour”. Jestem, jak wszyscy tu Polacy, poddany codziennym stresom życia i podzielam często tą polską przekorność aby nie wierzyć wszystkiemu co nam wmawiają.  

Ale nigdy nie słyszałem takiego steku bezpodstawnych komentarzy ukazujący się w polskich mediach społecznych jak właśnie w sprawie szczepienia przeciw Covidowi. Czasem te wątpliwości wydają się być teoriami czy przesądami wyssanymi z palca, a potem powtarzonymi w sposób siejący panikę i niewiedzę wśród naszych rodaków w Wielkiej Brytanii. Inne rzeczywiście wymagają wyjaśnienia. Postaram się je wyliczyć po kolei, choć w większości one same sobie przeczą.

Wątpliwość numer jeden. „Epidemia Covid-19 jest mitem. Nikt tak naprawdę nie choruje czy umiera.” W Polsce słyszało się tę bzdurę częściej, bo mniej osób zaraziło się niż w Anglii, i można było przetrwać w niewiedzy, nie znając żadnych bliskich osób, które ciężko zachorowali. A przecież do TVP czy TVN nie każdy ma zaufanie. Tu na Wyspach jest inaczej. Do końca lutego aż 4,170,159 zaraziło się od Covidu, a zmarło na tą straszną chorobę 122,705. Niemal każdy tu zna kogoś kto ciężko chorował w szpitalu, albo umarł. Media mogłyby kłamać, ale zwykli ludzie znają  te sprawy z doświadczenia.

Wątpliwość numer dwa, nieco poważniejsza. „Szczepienia przygotowywane były w terminie zaledwie 9 miesięcy, a więc nie były testowane tak precyzyjnie jak dotychczasowe inne szczepienia które przygotowywano przez wiele lat.” Otóż to prawda, że były przyspieszone. Stało się tak dlatego że stan zagrożenia dla świata, szczególnie dla świata bardziej rozwiniętego, w Europie i Ameryce Północnej, był tak poważny że państwa zachodnie gotowe były zainwestować ogromne środki finansowe i naukowe aby doprowadzić badania do skutku. Najpotężniejsze firmy farmaceutyczne oferowały z góry infrastruktury do produkcji. Natomiast we wszystkich wypadkach, standardowe trzy poszczególne fazy wypróbowania i klinicznego testowania szczepionki w laboratoriach obejmowały więcej niż normalną wymaganą ilość badanych wolontariuszy – 44tys. dla Pfizera, a 23tys. dla Astrazeneci. Z tą tylko różnicą że tym razem druga i trzecia faza badań klinicznych była wykonana, nie kolejno, jak normalnie, ale równocześnie. W tym samym czasie nastąpiła normalna ewaluacja efektywności i bezpieczeństwa szczepionki, najpierw przez producenta, a potem przez niezależne naukowe organizacje, jak Światowa Organizacja Zdrowia (WHO), unijna Europejska Agencja Medyczna (uznawana przez Polskę), i brytyjski odpowiednik, Medicines and Healthcare products Regulatory Agency (MRHA). Dopiero wtedy rządy poszczególnych państw mogły udostępnić nam szczepionki.  

Wątpliwość numer trzy. „Szczepienia zawierają części dziecięcych, lub zwierzęcych, embryo”. To brzmi jak wyjątkowa paranoia, ale faktem jest że 40 lat używano dla szczepionek błonkę od zwierzęcych embryo. Ale nie teraz. Obydwa szczepienia nie zawierają żadnego ludzkiego czy zwierzęcego składnika. Szczepionka uniwersytetu oxfordzkiego, produkowana przez anglo-szwedzką firmę Astrazeneca, składa się z innego unieszkodliwionego wirusa, niegroźnego dla ludzkości, pokrytego kolcami podobnymi do koronawirusa Covid-19. W przypadku amerykańskiego Pfizera, szczepionka zawiera mRNA, czyli kod genetyczny z instrukcjami, jak nasze komórki mają wyprodukować kolce do szkolenia układu odpornościowego. W obydwu wypadkach szczepionka pokryta kolcem daje sygnał naszemu organizmowi aby wyprodukował przeciwciała do skutecznej obrony przed kolcami koronawirusa Covid-19.  

Wątpliwość numer cztery. „Szczepienia prowadzą do depopulacji Polski, czy Polaków”. To często powtarzane mantra, są kompletnym pomieszaniem pojęć. To choroba Covid-19, a nie szczepionka, doprowadza do śmierci 43 tys. Polaków w kraju, ale również wiele więcej u innych narodów na całym świecie. Dotychczas Covid-19 uśmiercił na świecie dwa i pół miliona istot ludzkich; szczepionka nie uśmierciła dotychczas nikogo.

Wątpliwość numer pięć. „Szczepienie podważa płodność kobiet.” Zmyślone bajki. Nie ma żadnego dotychczas dowodu na to stwierdzenie, mimo szczegółowych obserwacji ostatnio na ten temat. Tak samo nie ma dotychczas dowodu bezpłodności dla mężczyzn. Możemy się rozmnażać.

Wątpliwość numer sześć. „Szczepienia doprowadzają do zachorowań i wysokiej temperatury.” Tak. Można jeszcze dodać że nawet producenci ostrzegają że szczepienie może doprowadzić do bólu głowy czy mięśni, wysokiej temperatury, nagłego przemęczenia. Sam miałem po szczepieniu dwudniową gorączkę. Nie wszyscy to odczuwają, a jak poczują się źle to tylko na maksimum 72 godzin. Jest to normalna reakcja wielu osób na każde szczepienie. W czasie sesji przyjmowania pierwszej dawki szczepienia doktorzy dokładnie wypytują każdego indywidualnie o ich stan zdrowia i możliwości reakcji alergicznych.

Wątpliwość numer siedem. „Producenci szczepień Astrazeneca i Pfizer umywają ręce od odpowiedzialności za bezpieczność ich produktu.” W pouczeniu rozesłanym do odbiorców szczepienia zastrzegają że nie biorą prawnej odpowiedzialności za efekt ich szczepionek. Tak. Bo zgodnie z umową z producentem, odpowiedzialność za bezpieczeństwo szczepionki bierze na siebie państwo brytyjskie i NHS, gdzie istnieją dobrze sprawdzone procedury aplikacji o kompensację za błędne stosowanie wszelkich zabiegów lekarskich.

Wątpliwość numer osiem jest wielowymiarowa. „Szczepienie właduje do organizmu chip który doprowadza do uzależnienia ciała i mózgu od impulsów elektronicznych”. Albo „Szczepienie zmienia nasze DNA” czy ” Szczepienie jest inkubatorem innych przyszłych zachorowań.” Nie, nie i nie.Dla innych znowu szczepienie ma być to biblijne „znamię na prawą rękę”. Jeszcze raz nie. Powtarzanie tych bezpodstawnych orzeczeń, bezsensownych bzdur, każdy bardziej koszmarny od poprzedniego, jest chyba wynikiem oglądania za wielu sensacyjnych filmów czy wczytaniu się w sensacyjne powieści które nie mają żadnego podkładu w nauce czy rzeczywistości. Przekaźnik każdej takiej bzdury nie jest ani lekarz, ani epidemiolog. Jeszcze bardziej niż wirus Covid-19 zatruwa nas paniczny strach niewiedzy.

A Jednak dużo wiemy. W oparciu o badań nad pierwszymi 1,4 milionów szczepionych okazuje się że po trzech tygodniach pierwsza dawka Pfizera jest w 85% skuteczna, a Astrazeneci – w 94% skuteczna w unikaniu hospitalizacji na Covid. Co prawda, polskie media trąbiły na początku lutego o wypadku śmierci 9 emerytów w domu starców w Puławach i zachorowaniu pozostałych w ten sam tydzień w którym byli szczepieni. To bardzo smutne. Ale trzeba pamiętać że pierwsza dawka szczepionki oddziaływuje dopiero po dwóch tygodniach.  Niestety ci mieszkańcy byli już prawdopodobnie zarażeni w momencie otrzymania zastrzyku. Natomiast wcześniejsze próby kliniczne wykazały że po drugiej dawce szczepienia Pfizer w 95% wypadkach , a Astrazeneca w 70  % wypadkach, immunizują nasz organizm całkowicie na wszelkie objawy Covidu-19. Wiemy że efekt szczepienia będzie długotrwały ale wciąż nie wiemy na ile miesięcy.  Jak powiedział mi mój kolega weterynarz „biologia nie jest stałą wartością jak matematyka, tylko wciąż się ewoluuje. I jeśli ludzie tego nie zrozumieja, nie przyjmą to jako prawdę, a tylko wykręt, to będzie wciąż zamieszanie, niechęć, brak  zaufania.” Obecnie rząd brytyjski przygotowuje program ponownego szczepienia na jesień, który będzie w stanie pokonać nowsze mutacje wirusa. W przyszłych latach może nawet połączy szczepienie przeciw Covidowi z regularnym corocznym szczepieniem przeciwko grypie.

Wątpliwość numer dziewięć. Według ostatnich mediów epidemia w Anglii zaczyna już opadać. To prawda. „Po co więc mamy się szczepić, kiedy będziemy bezpieczni, gdy tylko większość społeczeństwa brytyjskiego zostanie zaszczepiona.” Niestety to błędne rozumowanie bo Covidu nie wybije się w całości. Powstają ciągle nowe odmiany Covidu, tu i za granicą, które mogą być bardziej zakaźne niż poprzednie, i które mogą przeciągnąć trwałość epidemii. A więc indywidualne szczepienie dla każdego osobiście pozostaje najlepszą ochroną.

Wątpliwość numer dziesięć. „Niech się Anglicy szczepią, ale my Polacy nie musimy podejmować takiego ryzyka.” A tymczasem rząd brytyjski rozważa wprowadzenie „paszportów dla zaszczepionych” bez którego mogą być trudności w wyjeździe za granicę czy w dostępie do pracy, sklepów, restauracji czy siłowni. Poza tym jeżeli w przyszłości okaże się że poważny procent osób roznoszących nowe zabójcze odmiany Covidu to są niezaszczepieni tutejsi Polacy, to może to rzucić ciemne światło na nasz status w tym kraju; pojawią się trudności dla nas w miejscach pracy, dla naszych dzieci w szkołach, a dla nas wszystkich w angielskich brukowcach i złośliwych komentarzach w mediach społecznych. 

Więc nie bądź frajerem. Sprawdzaj kto roznosi te sensacyjne informacje. Czy naprawdę wiedzą o czym mówią? Pomyśl o swojej rodzinie, o przyszłości swoich dzieci w bezpiecznym środowisku. Dla przykładu, oglądnij filmik o potrzebie zaszczepienia na stronie Facebooku czy YouTube pt. „Merseyside Polonia: Szczepionki przeciwko Covid: konferencja naukowa z pytaniami”.

Idź za radą lekarzy i zaszczep się gdy będziesz do tego zaproszony. A bajki i bzdury pozostaw tym prawdziwym frajerom.

Wiktor Moszczyński  

Monday, 15 February 2021

Dręczący Gazociąg



 

Prezydent Niemiec Franz-Walter Steinmeier zbulwersował ostatnio opinię publiczną w Polsce swoim niespodziewanym usprawiedliwieniem decyzji wsparcia zakończenia budowy Gazociągu Północy, tzw. Nord Stream-2. Otóż,  oświadczył, że popiera ten kontrowersyjny projekt dalszego uzależnienia gospodarki niemieckiej od dostaw rosyjskiego gazu, jako zadośćuczynienie za niemieckie zbrodnie wojenne wobec państwa rosyjskiego.

 

Niemcy otworzyli tu puszkę Pandory. Po pierwsze, oficjalnie, już w umowie poczdamskiej w roku 1947, ZSRR dostało odszkodowania wojenne. Teraz prezydent Niemiec oficjalnie, i dobrowolnie,  daje do zrozumienia, że jeszcze odczuwa dalsze poczucie długu moralnego, a więc Rosja mogłaby spodziewać się dalszych ustępstw w tym zakresie. Po drugie, gdyby nawet Niemcy w końcu zdecydowały się wycofać z tej decyzji pod naciskiem sąsiadów czy USA, Rosja mogłaby już zaszantazować Niemcy moralnym argumentem zadeklarowanego niespłaconego długu. A po trzecie, Niemcy powinni czuć się wobec Polski i jej sąsiadów tak samo dłużni za zbrodnie wojenne jak wobec Rosji, mimo że sami traktowali te długi jako oficjalnie spłacone. Obecny rząd polski parokrotnie już poruszał powojenne odszkodowania niemieckie jako sprawę niezałatwioną. Teraz Niemcy sami otworzyli tę furtkę.

 

Uzasadanienie Steinmeiera było jakby moralnym wsparciem dla płochych dotychczasowych argumentów za projektem budowy gazociągu, który ma dostarczać rosyjski gaz bezpośrednio z Wyborga do niemieckiego portu Greiswald. Projekt ten dręczy Polskę już od 15 lat. Mimo obiekcji polskich, ukraińskich i europejskich parlamentarzystów, pierwszy gazociąg zwany Nord Stream-1 zakończono i oddano do użytku w roku 2011. Ma 1224 km długości i ciągnie się pod wodą wzdłuż basenu Morza Bałtyckiego. Właściciel większości udziałów, rosyjski Gazprom, zapewnił sobie promesy wsparcia z 24 banków zachodnich. W ten sposób zapewniając sobie udział inwestorów zachodnich Rosjanie mogli śmiało postąpić z budową. W sumie, bezpośrednio czy pośrednio, aż 10 państw było zaangażowanych w finansowanie, konstrukcję i zarządzanie pierwszego gazociągu. Wszyscy, ale nie Polska.

 

Po zakończeniu tzw. pierwszej „nitki” już w roku 2012, uruchomiono pracę nad drugą „nitką”, równoległą do pierwszej. Ale koniunktura polityczna zmieniła się nieco, gdy nastąpiła inwazja Krymu. Rosja została obarczona wówczas sankcjami finansowymi. Po należytej przerwie, pracę wszczęto ponownie i konstrukcja dobiega już końca. Jest już w 94% gotowa.

 

Głównym motorem gospodarczym budowy tego gazociągu był rosnący popyt w Europie na gaz z trudno dostępnych, ale tanich złóż rosyjskich. Nie kwestionowano potrzeby utrwalenia dostaw tego gazu, dopóki nie znalazły by się równie cenne dostawy z innych żródeł mniej politycznie kompromitujących. Natomiast naukowcy zachodni wspólnie twierdzili, że projekt Nord Stream powinien był być zaniechany i to z dwóch powodów . Projekt okazał się szkodliwy z punktu widzenia zarówno ochrony środowiska, jak i braku ekonomicznego uzasadnienia, z powodu istniejącej tańszej alternatywy gazociągu prowadzonego drogą lądową przez Polskę i Ukrainę.

 

Trudno nie rozpoznać tu elementu geopolitycznego przy podjęciu decyzji o budowie obydwu faz gazociągu. Tym elementem jest światopogląd rosyjski widzący państwa słowiańskie we wschodniej i centralnej Europie jako tereny które powinny podlegać wpływom i interesom rosyjskim, a nie zachodnim. Szczególnie dotyczy to Ukrainy, Białorusi i państw bałtyckich, które historycznie należały przez trzysta lat do imperium rosyjskiego (a później jej czerwonego sowieckiego spadkobiercy). Kompleks paliwowo-energetyczny zawsze był ważnym narządziem rosyjskiej polityki zagranicznej. Świadczy o tym rola rosyjskiej Floty Bałtyckiej w budowie instalacji i ochrony całości rurociągu po jej zakończeniu, co zagraża bezpieczeństwu wszystkich państw bałtyckich. Już parokrotnie Rosja wykorzystała uzależnienie Ukrainy od surowców rosyjskich szantażując jej rząd przez groźby odcięcia dostawy. Wówczas, w roku 2008, problem leżał w tym że, czyniąc to, Rosja mimochodem odcinała te same dostawy Niemcom i Europie Zachodniej, stwarzając Rosji niepotrzebne dodatkowe konflikty gospodarcze i kryzysy dyplomatyczne.

 

Omijając więc trasę lądową poprzez Ukrainę i Polskę przy konstrukcji podwodnego gazociągu, Rosja dokonuje trzech strategicznych celów: pierwszy, odizolowanie od Zachodniej Europy tych dwóch państw w wypadku przyszłych konfliktów z Rosją; drugi, zmniejszenie dochodu, szczególnie Ukrainy, z pobranych dopłat tranzytowych; trzeci, bezpośrednie uzależnienie Niemiec od dostaw ropy i gazu rosyjskiego; izolując je z kolei od innych państw europejskich i od USA, które są gotowe dostarczyć Niemcom alternatywny gaz płynny.     

 

Z punktu widzenia strategicznego Niemcy widzą to inaczej. Po katastrofie nuklearnej w Fukuszima w Japonii w roku 2011, rząd niemiecki podjął dramatyczną decyzję wycofania się z energetyki jądrowej. Nie mógł tego braku  zrekompensować przez modną teraz energetykę odnawialną. Wobec poprzedniego uzależnienia od dostaw z Bliskiego Wschodu, Niemcy zmuszone były dywersyfikować źródła energii, i oprzeć się o dostawy rosyjskie. Również chodzi tu w grę tradycja niemieckiej polityki zbliżenia do Rosji, która powtarza się, od XVIII wieku przy współpracy Fryderyka Wielkiego i Katarzyny Wielkiej, a potem Bismarcka i carskiej Rosji i polityki zagranicznej Weimaru z traktatem w Rapallo, a która przede wszystkim skierowana była przeciw Polsce i jej aspiracjom o niepodległość. Odziedziczył tę tradycję Hitler ze swoim paktem Ribbentrop-Mołotow. Oczywiście po roku 1990 zjednoczone Niemcy oficjalnie traktowały Polskę jako sprzymierzeńca i partnera, obecnie nieco trudnego do współżycia, ale nie widziały tu żadnego konfliktu z ich chęcią współpracy z Rosją. Uważają nawet za swoją obecną misją dziejową szukać dialogu z Rosją, aby przybliżyć ją bardziej do współpracy z Zachodem i zachęcić w ten sposób do odstąpienia od agresywnej polityki wobec sąsiadów.

 

Polska widzi projekt gazociągu jako próbę osłabienia politycznego i gospodarczego Polski i jej sąsiadów. Ukraiński wiceminister gospodarki, Taras Kachka, ocenia go znowu jako „100 procent anty-ukraiński”. Wobec takich posunięć polska dyplomacja była niezręczna, bo odczytywano ją jako jednowymiarową w swoim negatywnym stosunku do Rosji. Paraliżowana była też sytuacją gdzie cele geopolityczne Rosji i Niemiec kamuflowane były wystąpieniem, nie polityków czy dyplomatów, ale czynników gospodarczych, w formie „niezależnych” przedsiębiorstw energetycznych. A komercyjnie, Polska nie miała nic do zaoferowania w zamian. Była osłabiona pod tym względem, bo odrzuciła poprzednio (za rządów SLD) alternatywę dostaw norweskiego gazu, a dopiero teraz stara się odzyskać to źrodło przez wspólny z Danią projekt gazociągu Baltic Pipe. Również zaniechano wydobycia gazu łupkowego w Polsce, koncentrując się na wyeksploatowaniu metanu i rozbudowie gazoportu w Świnoujściu.  

 

Gdzie nie sięgnęła polska ofensywa dyplomatyczna, sięgnął w końcu mimochodem przywódca opozycji rosyjskiej, Aleksiej Nawalny. Pod koniec roku 2020, po próbie otrucia Nawalnego i po jego wyleczeniu w klinice niemieckiej, wzburzona opinia publiczna w Niemczech zaczęła oceniać  projekt Nord Stream bardziej negatywnie, Norbert Rὂttgen, przewodniczący Komisji Spraw Zagranicznych Bundestagu, orzekł: „Po zatruciu Nawalnego, potrzebujemy mocnego  europejskiego stanowiska, które Putin powinien zrozumieć, że Unia Europejska wspólnie podejmuje decyzję odrzucenia Nord Stream-2”. Sprawa jeszcze bardziej zaostrzyła się po powrocie Nawalnego do Rosji i ponownym jego aresztowaniu. Projekt Nord Stream-2 potępiony został w uchwale Parlamentu Europejskiego z powodów ekologicznych i humanitarnych. Rosyjski rząd nie przebiera w ostrych ripostach na wszelką krytykę, czego doświadczył rzecznik unijnej polityki zagranicznej, Josep Borrell, na spotkaniu w Moskwie w zeszłym tygodniu. Rosja nawet prowokacyjnie, w czasie tej wizyty, wydaliła trzech dyplomatów (z Niemiec, Polski i Szwecji) za rzekome uczestnictwo w protestach przeciw aresztowaniu Nawalnego. Po takim kompromitującym policzku,  wydawało się, że rząd niemiecki i komisja europejska wreszcie odwołają projekt. Nowy rząd Bidena też kontynuował politykę Trumpa w sprawie Nord Stream i sankcje amerykańskie objęły teraz rosyjską firmę armatorską, która właśnie kładła następne części do gazociągu. W styczniu, dyrektorzy Gazpromu przyznali, że liczą się z możliwością zaniechania ukończenia projektu.

 

I w tym newralgicznym momencie prezydent niemiecki wyciągnął swojego „emocjonalnego” asa. Stwierdził, że Niemcy są moralnie dłużne wobec Rosji. Nie mogą się teraz wycofać. Po takiej deklaracji rzeczywiście trudno widzieć jak mogliby to zrobić. Premier Morawiecki ostro potępił komentarz Steinmeiera przypominając, że Niemcy są również dłużni innym państwom. Warto dodać,  że argumentem Polski i Ukrainy powinno tu być przypomnienie o niemieckim długu wojennym wobec państw które, w odróżnieniu od Rosji, NIE grożą bezpieczeństwu Niemiec. Powinni inwestować na prykład w polskim gazoporcie czy w Baltic Pipe. Obawiam się jednak, że ten argument roszczeniowy pozostanie bezskuteczny. Tylko wzburzony elektorat niemiecki mógłby powstrzymać dokończenie projektu, ale po oświadczeniu ich prezydenta jest to teraz mało prawdopodobne. W ostatni czwartek oświadczenie dyrektorów Gazpromu potwierdziło, że projekt na pewno będzie teraz realizowany i to już w tym roku.

 

Wiktor Moszczyński    Tydzień Polski     19 luty 2021