Cykl felietonow wydrukowanych w londynskim "Dzienniku Polskim" i "Tygodniu Polskim"
Friday, 17 January 2014
Dlaczego Orły Milczą
“Milczenie Orłów” to wspaniały tytuł jeszcze wspanialszego artykułu Radosława Zapałowskiego w popularnym tygodniku polonijnym “Cooltura” – nie zawsze mile widzianym wśród elit starej polonii ale chętnie przez nich wykorzystanym gdy następuje okazja do popisania się przed nową falą rodaków na skutek łaskawego okolicznościowego zaproszenia jej redakcji.
Zapałowski rozprawia się najpierw z politykami brytyjskimi, a szczególnie z premierem Cameronem, których oskarża o tchórzowski anty-imigracyjny populizm skierowany obecnie również przeciw Polakom, a potem potępia bierność polskiego społeczeństwa, a szczególnie ich elit, wobec zagadnień brytyjskich w tym kraju. Do elit zalicza nie tylko starsze organizacje post-emigracyjne i nowe organizacje zawodowe i towarzyskie ale również redakcje i zespoły dziennikarskie gazet polonijnych których oskarża o amatorszczyznę, konserwatyzm myślowy i brak wpływu na narodowe media zarówno brytyjskie i polskie Przedewszystkim gani Polaków za słabe przygotowanie się do obecnej nagonki medialnej przeciw Polakom i za dotychczasowe przyklaskiwanie poprzednim atakom mediów brytyjskich na Rumunów i Bułgarów.
Przypomina mi to nieco słynną wypowiedz pastora niemieckiego zamordowanego później przez Gestapo, Dietricha Bonhoeffera: “Najpierw przyszli po socjalistów, ale nie wypowiedziałem się bo nie byłem socjalistą; potem przyszli po związkowców,ale nie wypowiedziałem się bo nie byłem związkowcem; potem przyszli po Żydów, ale nie wypowiedziałem się bo nie byłem Żydem. A teraz przyszli po mnie – i nie było nikogo kto by się za mną wypowiedział.”
Nie broniliśmy naszych sąsiadów z południa w mediach brytyjskich, nie tylko dlatego że wielu z nas nie życzyło im nic dobrego i podzielało paranoiczny strach Brytyjczyków przed ich “inwazją”, ale też dlatego że nie mieliśmy wystarczającego profilu publicznego aby obronić czy reklamować nie tylko ich, a nawet nas samych. Jesteśmy w tym kraju medialnie niewidoczni, obojętni, obiektem komentarzy w prasie a nie podmiotem naszego własnego wizerunku.
Zapałowski ociera się tu o otwartą ranę którą ja też od czasu do czasu starałem się poruszyć. Mimo bogactwa naszych występów artystycznych, mimo naszych cichych sukcesów w świecie biznesu i w aulach akademickich, mimo urody i szyku naszych kobiet, nie umiemy sklecić takiego choćby szablonowego wizeruneku Polski w tym kraju który zadziałalby na wyobraźni Brytyjczyków. Czy to za mało prestiżu intelektualnego, czy za mało egzotyki, czy za mało zorganizowanego wysiłku organizacji polskich że nie umiemy się lepiej, a raczej ciekawiej, sprzedać? Czy po prostu nie jesteśmy medialnie “sexy”, i nic na to nie możemy poradzić?
W zeszłą sobotę uczestniczyłem na corocznym opłatku “Dziennika Polskiego”. Co roku na tych wieczorach “Dziennik” zwraca naszą uwagę na wybitnych Polaków i znaczące instytucje polskie które w jakiś sposób pomagają samym Polakom lub mają pozytywny wpływ na nasz wizerunek za granicą. Na ogół są to bardzo zasłużeni polonijni działacze oświatowi czy kulturalni czy charytatywni którzy pomagają swoim rodakom a są jednocześnie wzorem pracy społecznej dla szerszego ogółu na tle lokalnym, jak na przykład organizacja S.O.S. w Southampton. Co roku nagrodę “Dziennika” otrzymuje również przynajmniej jedna osoba która nie jest działaczem polonijnym, ale wybiła się niezależnie w brytyjskim społeczeństwie. Do przykładów z ostatnich lat można zaliczyć Sir Leszka Borysiewicza, wicerektora Cambridge University, czy Jana Lohmanna, dyrektora naczelnego Museum of London, a w tym roku znaną prezenterkę BBC – Kasię Maderę. Niestety osób tych kategorii jest zbyt mało. Mam na myśli osoby do których automatycznie zwracałoby się BBC, czy nawet “The Guardian” lub “DailyMail”, prosząc o komentarz dotyczący spraw polskich, lub mniejszości narodowych.
Jeżeli trzymamy się już przykładu “Daily Mail”, to dlaczego przy każdym nowym improwizowanym dodatku do lawiny alarmujących artykułów i tyułów artykułów w tym niecnym piśmie, które z resztą czyta tysiące polskich czytelników, wchłaniając w milczeniu ich jadowite uprzedzenia i koszmarne wizje, dlaczego, powtarzam, redakcja “Mail” zwraca się o komentarz do lobbyistycznych organizacji jak Migration Watch, a nie zwraca się do polskiego rzecznika czy naukowca, aby podać alternatywne wyjaśnienie. Może tu być zła wola redakcji, ale przedewszystkiem wchodzi tu w grę brak odpowiednich kontaktów Polskich w ich kartotece. Nie wiem do jakiego stopnia w tych szkołach liderów polonijnych uczą jak obcować z prasą, jak przygotować “press release” i jak zachowywać się przed kamerą telewizyjną, ale taka nauka jest bezcenna.
Tu chodzi o coś jeszcze cenniejszego – jak zorganizować społeczeństwo aby stało się ruchem lobbyistycznym gotowym nie tylko na reagowanie na kłamliwe czy nieprzychylne wzmianki o nas ale również na przedstawienie pozytywnego obrazu naszego społeczeństwa. Dzieje się to bardzo sprawnie w dziedzinie tzw. “Polish concentration camps” gdzie Polish Media Group kierowana przez Jana Niechwiadowicza umię działać efektywnie w ofensywie i w defensywie.
Ale przy obecnych negatywnych komentarzach taki mass lobby możemy stworzyć tylko wtedy jeżeli politycy i media wiedzą że będziemy głosować w wyborach lokalnych i europejskich 22 maja. Powinni widzieć nas nie tylko jako ciężko pracujący masowy młody narybek integrujący się gładko z brytyjskim otoczeniem, płacący podatki do skarbu brytyjskiego państwa i podnoszący poziom szkół angielskich w których uczą się teraz masowo nasze dzieci. Powinni nas widzieć również jako wyborców. Musi to być przekonywujące i obejmować ruch w którym doświadczenie starszych jest uruchomione i wsparte entuzjazmem młodego nowego pokolenia. Niestety starsze pokolenie polonijnych działaczy-lobbyistów jak Jan Mokrzycki już odchodzi a nowi którzy palą się do odegrania podobnej roli nie mają jeszcze w tej chwili wystarczająco autorytetu w szerszym społeczeństwie aby mogli wypłynąć efektywnie w polskich czy brytyjskich mediach.
I tu wracam na chwilę do wieczoru “Dziennika Polskiego” i do komentarzy przedstawiciela Polskiej Fundacji Kulturalnej, Tadeusza Potworowskiego, który przypomniał obecnym że po roku 1990 “na emigracji zabrakło koncepcji dla siebie…. brakuje poczucia wspólnoty”. Zwrócił uwagę na lukę pokoleniową i przypomniał że w każdej poważnej firmie czy organizacji brytyjskiej, nowy naczelny dyrektor już od początku identyfikuje i przygotowuje swoich następców. “Więc,” zakończył, “mam taka prośbę do wszystkich organizacji polskich na Wyspach o skuteczne zachęcanie i przekazywanie Waszej wiedzy następnym pokoleniom, czy to ze starej czy nowej imigracji, ażeby ten dorobek pierwszych uchodźców nie został stracony na zawsze.”
Mobilizowanie Polaków do rejestrowania i głosowania rozpoczęło się już ale w bardzo rozdrobnionej formie. Mamy grupę Aspire kierowaną przez Dorotę Zimnoch i Agnieszkę Kołek, związaną z Polish City Club, która zdobyła już na ten cel niemałe środki finansowe ze strony Fundacji Batorego i mamy grupę Vote która powstała z inicjatywy profesora Zbigniewa Pełczyńskiego. Celem obydwu tych organizacji jest doprowadzenie do zwiększenia frekwencji wyborczej Polaków w Wielkiej Brytanii ale bez angażowania się w wyznaczeniu na kogo mają głosować. Mamy natomiast grupę EU Citizens Vote, założoną przez Elżbietę Vine, która chce aby Polacy i inni obywatele unijni głosowali masowo na kandydatów pro-europejskich w majowych wyborach aby osłabić pozycję partii eurosceptycznej UKIP. Na uboczu zaś mamy szkoły sobotnie, parafie i pisma polonijne gdzie ta akcja informacyno-propagandowa może najbardziej skutecznie być rozegrana i być zauważona przez brytyjskie media. Wiem że zarówno Polska Macierz Szkolna i Polska Misja Katolicka w Anglii i Walii gotowe są udostępnić rodzicom i parafianom wszelkie informacje o potrzebie wysokiej frekwencji w tych wyborach. Dziennikarze polonijni też czekają na znak że akcja się zaczyna. Po zwiedzeniu wielu domów nowej polonii w ostatnich dwuch miesiącach jako były kandydat wiem że Polacy czują że jest źle i chcą wiedzieć jak mają zabezpieczyć tu swoją przyszłość I przyszłość swoich dzieci. Wszyscy, jak w “Weselu” Wyspiańskiego, marzą o tym aby Cameron nie wyrażał się tak pogardliwie o Polakach, aby społczeństwo polskie ruszyło na wybory, aby orły odzyskały wreszcie swój głos. Ktoś tylko musi te różne akcje zespolić, ktoś z doświadczeniem, z energią, z organizacją. Ktoś musi zagrać na złotym rogu.
Czekamy więc, czekamy…… Czy nie widzę przypadkiem światło palące się w oknach biura Zjednoczenia Polskiego?
Wiktor Moszczyński “Dziennik Polski” 17/01/2014
Saturday, 4 January 2014
“Bo nie było dla nich miejsca w gospodzie”
Nie pamiętam aby retoryka polityczna w Wielkiej Brytanii była kiedykolwiek tak oparta na niewiedzy i paranoi jak obecnie. Ostatnie wypowiedzi z ust czynników rządowych wykazują jakies wyjątkowe spięcie w stosunkach z Europą i z imigrantami, tak jakby były dyktowane przez anty-imigracyjne i anty-europejskie hasła gazet “Daily Mail” i “Daily Express”, mediów Murdocha i partii tzw. Niepodległościowej, czyli UKIP.
Na skutek tej paranoi premier Cameron oświadczył że zaproszenie Polaków i innych pracowników ze Wschodniej Europy w roku 2004 było błędem a jego ministrowie oznajmili w ostatnim miesiącu że chcą pozbyċ się prymatu Europejskiej Karty Praw Człowieka ponad prawem brytyjskim , nałożyċ wymóg mówienia poprawną angielszczyzną osobom składającym podanie o świadczenia społeczne i wprowadziċ opłaty pacjentom z zagranicy na pogotowiu ratunkowym. Wszystko narzucone w nagłym trybie a poprzedzone w lecie samochodami krążącymi z napisem “nielegalni przybysze idźcie do domu”. Miało to bardzo przykry wydźwięk dla wszystkich mniejszości narodowych, niezależnie od tego czy ich pobyt był legalny czy nie. Wielu tych decyzji zakwestionują urzędnicy i sądy europejskie co spowoduje jeszcze większą aprobatę dla tych ograniczeń ze strony społeczeństwa brytyjskiego i jeszcze głębszą niepopularnośċ wszystkiego co europejskie. Inne zabiegi jak na przykład tą wymaganą znajomośċ języka angielskiego przy składaniu podań na zapomogę bezrobotną na pewno będą zakwestionowane w sądzie brytyjskim, szczególnie jeżeli dany pracownik (najczęściej właśnie Polak) płacił znaczki ubezpieczeniowe przez wiele lat w dobrej wierze. Co nie znaczy że taki pracownik nie powinien poduczyċ się angielskiego dla własnego dobra, tylko nie może to byċ pod przymusem prawnym.
W czasie samych Świąt, kiedy ONZ zaapelowało do zamożniejszych państw aby pomogli przyjąċ pewien procent najbardziej zagrożonych uchodźców z Syrii, odpowiedz rządu brytyjskiego była natychmiastowa – “Nie!” Brutalnośċ tej wypowiedzi zaskoczyła nawet lidera UKIPu, Nigel’a Farage który przypomniał że przyjmowanie uciekinierów z terenów pochłoniętch wojną czy katastrofą klimatyczną było częścią tradycji angielskiej od setki lat. Czyli na okres świąteczny, słuchając w kościele słów Ewangelii według Św.Łukasza, uchodźcy, azylanci, imigranci wyraźnie usłyszeli głos z góry - bramy Wam zamykamy, nie ma dla Was “miejsca w gospodzie”.
Znaczna częśċ opinii publicznej w tym kraju jest pod wrażeniem nagonek z prasy brukowców z alarmującymi statystykami ze strony anty-imigracyjnej grupy lobbyingowej Migration Watch i ilustrowanymi zdjęciami Romów-żebraków na ulicach Londynu. Już w nowym roku alarmują o pełnych samolotach z Bucharesztu i Sofii a 28go grudnia pierwsza strona “Daily Mail” nosiła nagłówek “Ta Zadręczająco Przepełniona Wyspa” w którym cytują raport z Izby Gmin gdzie dowiadujemy się że Wielka Brytania jest demograficznie najbardziej zagęszczonym państwem w Europie (poza Maltą), przez następne 10 lat przybędzie 4,3 milion ekstra mieszkańców i że gęstośċ zaludnienia tutaj na rok 2046 przewyższy Niemcy dwukrotnie a Francję czterokrotnie. Nowy powód do paniki?
Oczywiście poseł konserwatywny który zdobył te statystyki i przekazał gazecie zwalił całą wine za to na ilośċ imigrantów zaproszonych tu przez poprzedni rząd labourzystowski. I poseł i gazeta zapomnieli, czy zdecydowali zapomnieċ, że jednym z najważniejszych czynników w wzroście ludności kraju pozostaje długi żywot jej mieszkańców gdzie obecnie przeciętny mężczyzna dożywa 89 lat, a kobieta 92. Już żyje tu 1 milion więcej emerytów niż 10 lat temu. Wielka Brytania starzeje się a na jego emeryturę zapracowuje mniej niż trzech pracowników w wieku przedemerytalnym. Młodzi zdrowi imigranci są jeszcze bardzo potrzebni aby powiększyċ pulę osób sybsydiujących coraz większą ilośċ emerytur. Nic też dziwnego że firmy brytyjskie dalej ogłaszają setki etatów w prasie rumuńskiej a brytyjska służba zdrowia organizuje tam targi pracy.
Po prostu nie wiemy ile osób tu przyjedzie w ciągu nadchodzącego roku. Mimo tego dobrze byłoby przygotowaċ się na to już od dwuch lat i postaraċ się o wspólnie uzgodniony plan ograniczeń w prawach do świadczeń dla nowoprzyjezdnych który będzie można wprowadziċ w tym samym czasie we wszystkich krajach unijnych. W ten sposób mogłaby Europa przygotowywaċ się na rozmowy z Serbią, Albanią, Turcją czy Ukrainą. Tymczasem rząd brytyjski najpierw powiedział że nic nie może zrobiċ w sprawie Rumunów i Bułgarów a potem w ostatniej chwili, bojąċ się o wyniki nadchodzącyh wyborów w którym konserwatyści mogliby straciċ głosy na korzyśċ populistycznego UKIPu, podjął kroki źle przygotowane, wyraźnie nie sprawiedliwe dla obywateli unijnych już tu żyjących, niezgodne z prawem brytyjskim i wbrew zasadom i prawa Unii Europejskiej. Zamiast zdobywaċ sprzymierzeńców w Europie do przeprowadzenia koniecznych reform w sprawie regulacji przemysłowych i migracji europejskich między zamożniejszą a biedniejszą Europą, Cameron wszystkich aliantów zniechęcił do aspiracji brytyjskiej aby wykroiċ sobie pozycję korzystającą ze wspólnego rynku ale bez bliższych konekcji politycznych i finansowych. W ten sposób rząd Camerona strzelił sobie gola we własną bramkę. Przez to rośnie poziom niechęci do cudzoziemców, zwiększa się niecierpliwośċ i nietoleranyjnośċ tradycyjnie dotychczas tolerancyjnego społeczeństwa i przybliża co raz bardziej to czego Cameron nie chce, czyli odejście Wielkiej Brytanii od Unii Europejskiej, z niefortunnymi konsekwencjami dla wielu tysiący Polaków w tm kraju.
Wyczuwam że wielu czytelników “Dziennika Polskiego” mogło uważaċ że panika ze strony rządu jest uzasadniona. Są wśród nas tacy co już od początku złowrogo patrzyli na przyjazdy masowe naszych rodaków z Polski, a co dopiero tych z Rumunii i Bułgarii. Widzieli w przybyszach “hołotę” i dorabiających się materialistów bez cienia patriotyzmu. Oczywiście w sytuacji gdzie niemal jeden million Polaków przekroczyło w różnych czasach tam i spowrotem granice Wielkiej Brytanii nie ma co się dziwiċ że w tym przekroju społeczeństwa polskiego, przeważnie młodego, mogło się przewinąċ wielu nieciekawych postaci. Wiemy że niemal 7000 Polaków byłu już aresztowanych za różne przekroczenia i przestępstwa w Wielkiej Brytanii. Jest to zawrotna statystyka aż sobie uświadomimy że przy tak ogromnej ilości przybyszów, procent Polskich kryminalistów jest o dużo niższy niż przeciętny procent przestępców wśród mieszkańców Wysp Brytyjskich.
Natomiast góruje wśród nowego społeczeństwa polskiego w Wielkiej Brytanii wielu pracowitych młodych małżeństw, często już na dobrych stanowiskach, z dzieċmi uczącymi się dobrze w angielskiej szkole, uczęsczającymi niekiedy w polskich szkołach sobotnich i na polskich mszach. W ostatnią niedzielę przed Świętami byłem na polskiej mszy w kościele św Bernarda w Northolt. Jest to nowiutka parafia z jednym tylko księdzem obsługującym 3 inne zachodnio-londyńskie kościoły każdą niedzielę. A jednak parafianie wypełnili kościół aż ludzie stali w przedsieni. Sznur paruset osób przystępujących do komunii poprzedziła kolumna dzieci jeszcze przed pierwszą komunią czekającą na pojedyncze kapłańskie bogosławieństwo. Naliczyłem tu przeszło 65 dzieci. Znam wspaniałych młodych Polaków na uczelniach angielskich, w organizacjach charytatywnych polskich i angielskich, aktywistów społecznych, buchalterów, nauczycielek w szkołach polskich i angielskich, pracowników w City, polskich grup patriotycznych jak ci co garną się do istniejących jeszcze kół SPK czy do Patriae Fidelis i pomagają przy czyszczeniu grobów bohaterów wojennych. Wszyscy mają swój wkład do pozytywnego wizerunku Polaków w tym kraju. Choċ wśród przedstawicieli starszych pokoleń są i tacy którzy dalej nazywają taką młodzież patriotyczną “Sovietized Poles” i starają się blokowaċ ich udział w marszu Remembrance Sunday w Szkocji a weteranów Drugiego Korpusu i AK którzy chcieli z nimi maszerowaċ nazwa li “old-time gullible fools”.
W każdym razie w tym nader krytycznym roku dla Wielkiej Brytanii, dla Polaków w niej żyjących i dla całej Europy, chciałem wszystkim czytelnikom “Dziennika Polskiego”, a szczególnie tym którzy borykają się z czytaniem moich felietonów (za co dziękuję), złożyċ najserdeczniejsze życzenia noworoczne aby dobre zdrowie, dobre sampoczucie I rozsądne oceny sytuacji nie porzuciły ich w tym roku.
Wiktor Moszczyński Dziennik Polski 3 styczeń 2014
Monday, 16 December 2013
Tryzub na Majdanie
Konfrontacje na kijowskim Majdanie Niepodległości były dramatyczne w ostatnich trzech tygodniach od momentu kiedy prezydent Janukowycz odmówił podpisania umowy współpracy między Ukrainą a Unią Europejską. Dokument ten przygotowywano przez szereg latach rozmów i zawierał niemal 10,000 stronic. Pozatem Europejczycy domagali się wypuszczenia na leczenie w Niemczech uwięzionej Julii Timoszenko skazanej za korupcję. Ale umowa nie posiadała najważniejszego elementu dla prezydenta – zakamuflowanej premii osobistej.
Po stronie demonstrantów I przeciw brutalnym atakom policji I komandosów “Berkuty”, interweniowali na majdanie politycy amerykańscy, europejscy, wśród nich i Polacy jak Jarosław Kaczyński i Jacek Protasiewicz (obecnie wiceprzewodniczący parlamentu europejskiego) wzywając tłumy do wytrwania i utrzymania więzi z Unią. Interweniowali księża greko-katoliccy i duchowni autokefalicznego kościoła prawosławnego opartego o monastir Św. Michała. Podobne demonstracje ukazywały się w innych miastach zachodniej Ukrainy, a szczególnie we Lwowie, gdzie policja i burmistrz byli po ich stronie.
Natomiast w miastach wschodnich i południowych nastały demonstracje pro-rosyjskie inspirowane najczęściej z Rosji ale mające wyraźne wsparcie wśród wielu prawosławnych duchownych uznających patriarchat moskiewski i wśród oligarchów władających ciężkim przemysłem Donbasu. O tych demonstracjach prawie nic nie ukazuje się w praise zachodniej. Dopiero demonstracja z ostatniej niedzieli odbywająca się o paredziesiąt metrów od demonstracji pro-zachodniej dobrnęła do zachodnich mediów choc paru demonstrantów potwierdziło że płacono im za udział.
Polacy na ogół podziwiają demonstrantów występujących tak odważnie przeciwko pałkarzom prezydenta Janukowycza. Orientujemy się na tyle w zawiłej historii post-sowieckiej Ukrainy aby zrozumieċ że chodzi tu o wybór Ukrainy między dominacją rosyjską a bliższymi stosunkami z Unią Europejską. Przypomina się nam idealizm rewolucji pomarańczowej z przed 9 lat. Lecz symbolami konfrontacji nie są już barwy pomarańczowe ruchu też niestety skompromitowanego przez korupcję ich kiedyś popularnych przywódców. Wszędzie widaċ flagi unijne i narodowe barwy ukraińskie – z żółtym polem dojrzewającego żyta pokrytym błękitem bezgranicznych niebios. A przy nich powiewa tryzub.
Dla wielu Polaków jest to złowrogi symbol. W ostatnim piątkowym numerze Tygodnia Polskiego Jędrek Śpiwok ostrzegał że dla niego “tryzub i swastyka niczym się nie różnią, kiedy myślę o tym czego ich nosiciele dokonali na polskim narodzie”. Tryzub nie jest nowym symbolem; sięga do bardzo wczesnego średniowiecza kiedy Kijów był największym i najbardziej zcywilizowanym miastem w Europie. Kształt tryzuba pochodził ze stylizowanego wzoru polującego jastrzębia który był nordyckim symbolem suwerenności, przypominający wpływy Wikingów na starą Ruś. Trudno mieċ za złe ruchowi narodowemu na Ukrainie który pod koniex XIXw. przyjął ten historyczny znak jako symbol ukraińskiego renesansu kulturalnego, szczególnie we Lwowie, kolebką ukraińskiego ruchu niepodległościowego.
Dla Ukraińców Polak był wówczas tym czym Prusak dla Polaków w Wielkopolsce, czyli historyczny ciemiężca, właściciel ziemski, patrzący pogardliwie na Rusinów jako niższą od siebie kategorię cywilizacyjną. Habsburgowie rozruszyli wspólną niechęċ między narodami jako częścią ich polityki “divide et impera”. Umożliwili Ukaraińcom opanowanie Lwowa przy rozpadzie cesarstwa austriackiego w roku 1918 i założenie krótkotrwałej Republiki Zachodnio-Ukraińskiej która też operowała pod znakiem tryzuba ale którą my z kolei im odebraliśmy traktując miasto Lwów jako polskie miasto. Tryzub pozostał symbolem państwa dla atamana Symona Petlury w czasie sojuszniczej interwencji polskiej na Ukrainie i po upadku jego rządu stał się tytułem kulturalno-politycznego pisma ukraińskiego wydawanego przez Petlurę w Paryżu, sfinansowanego zresztą przez wywiad polski.
W czasie ostatniej wojny faszystowskie ruchy ukraińskie, objęte przez Organizację Ukraińskich Nacjonalistów, przysposobiły ten szlachetny symbol w swojej zdeprawowanej “walce o niepodległośċ” zwróconej teoretycznie przeciw “trzem zaborcom” - niemieckim, rosyjskim i polskim - ale faktycznie wyżywając sie przedewszystkiem na tych najbardziej bezbronnych z tej trójki, czyli na rdzennych polskich mieszkańcach Wołynia i Podola. Lecz tryzub pozostał również symbolem walki z komunizmem i sowietyzacją Ukrainy. Dlatego w roku 1990 powrócił jako symbol wolnej niepodległej Ukrainy i został uznany jako godło nowego państwa.
Mimo że pamięċ bestialskiego wymordowania Polaków pozostaje żywa dla tych którzy stracili rodziny w tych masakrach a ofiary rzezi zaliczani są do naszej tradycyjnej martyrologi wojennej i mimo że historycy I politycy ukraińscy są dośċ powściągliwi w swoich moralnych ocenach tych wydarzeń, polska racja stanu wymagała śmiałe postawienie na przetrwanie demokratycznej niepodległej Ukrainy jako częściowego przedmurza przeciw potencjalnym ambicjom imperialnym Rosji. Nie widzę więc powodu aby politycy polscy mieliby się wstydziċ występując na wiecach w którym pojawiają się sztandary i transparenty z tryzubem.
Co innego zniekształcony tryzub w formie dłoni z trzema podnoszymi palcami który jest symbolem nacjonalistycznego ruchu Swoboda, organizacji wywodzącej się z Socjalno-Narodowej Partii Ukrainy. Są oni wrogo nastawieni nie tylko do Rosji ale do wszystkich mniejszości narodowych na Ukrainie, w tym Polaków i Żydów szczególnie. Niestety ta grupa tworzy jedną z trech partii opozycyjnych które w nieco spóźniony sposób zidentyfikowały sie z demonstrantami na Majdanie. Demonstranci nie mieli z początku przywódców I przyjeżdzali spontanicznie. W tej próżni politycznej walczą o wpływy nad kierunkiem demonstrantów Tiagnibok, przywódca szowinistycznej Swobody, Jacieniuk, reprezentujący uwięzioną Julię Timoszenko i jej partię i naiwny nieco lecz popularny bokser Witalij Kliczko który reprezentuje nowoczesną młodą idealistyczną niezkorumpowaną Ukrainę. Obawiam się jednak źe jest słabo przygotowany w wypadku wygranych przyszłych wyborów by opanowaċ skutecznie kryzys gospodarczy i poprowadziċ kraj skutecznie w kierunku Europy.
Wiemy że układ Ukrainy z Unią leży w interesie Polski. Ale czy leży w interesie Ukrainy? Ukraina jest na skraju bankructwa a jej przywódcy polityczni bogacą się plądrując naturalne zasoby kraju. Przeciętny zarobek na Ukrainie wynosi £150 miesięcznie a wiele instytucji państwowych nie jest w stanie od paru miesięcy wypłacaċ żołd własnym pracownikom. Projektowany układ z Unią miał kierowaċ kraj na długi okres reform rynkowych i administracyjnych na które ani elity ani większośċ mieszkańców nie jest przygotowana. Zamykano by wielu zakładów i instytucji państwowych. Do tego trzeba by było liczyċ się z sankcjami ze strony Rosji któraby szybko zakręciła kurek od dopływu ropy naftowej. Natomiast Rosja, poza groźbami, ofiarowała bezpośrednie inwestycje i wsparcie kapitałowe które przedewszystkiem zadowoliłoby interesy osobiste rodziny prezydenta i jego zamożnych współpracowników. System plądrowania mienia państwowego mogłby kontynuowaċ bezgranicznie tymbardziej że system gospodarczy Ukrainy, a szczególnie uprzemysłowionej Ukrainy wschodniej, jest bardziej dostosowany do kierowanej gospodarki Rosji niż do bardziej przejrzystej gospodarki europejskiej. Obecnie ukraiński premier Azyrow domaga się od Unii zapłaty 20mld euro jako ceny podpisania umowy dwustronnej lecz Unia na taki szantaż już się nie zgodzi. Chiny też odrzuciły propozycje dużej pożyczki. Zresztą sama Unia Europejska przechodzi kryzys szczególnie w sprawie waluty wspólnej i masowych migracji pracowników z krajów biedniejszych. Co tu wiele mówiċ. Unia nie jest w stanie zaofiarowaċ Ukrainie pełne członkostwo Unii. Ale Putin jest gotów od razu zaofiarowaċ unię celną.
Decyzja o orientacji geopolitycznej Ukrainy zależy od samych Ukrainców. Dla jednej strony jest to wybór gospodarczy, dla drugiej jest to wybór cywilizacyjny. Jest to ten sam wybór dla Ukrainy który stał między wolną Rzeczpospolitą a autokratycznym Caratem, między zaborem austriackim a rosyjskim. Może i dobrze że Janukowycz nie podpisał umowy z Unią. Gdyby podpisał nie byłby w stanie jej wykonaċ. Lepiej aby przyspieszyċ nowe wybory z nowym mandatem od większości wyborców do wybierania odpowiedniej drogi na przyszłośċ. Inaczej groziłoby krajowi coś jeszcze gorszego – wojna domowa i podział kraju na dwie części. A wiemy że w takich sytuacjach taki konflikt byłby krwawy, szczególnie dla mniejszości narodowych, a w tym Polaków. Bardziej potrzebna jest tu rozwaga niż odwaga. I to bardziej niż wiecowe wystąpienia powinni ofiarowaċ Ukraińcom polscy politycy.
Wiktor Moszczyński - Dziennik Polski - 21 grudzień 2013
Tuesday, 3 December 2013
Super-Senator z Okręgu “Zagranica”
Na spotkaniu 22 listopada w Senacie z absolwentami Szkoły Liderów Polonijnych pojawiła się koncepcja senackiego okręgu wyborczego “Zagranica”. Okręg ten byłby terytorialnie nieco większy niż typowy okręg wyborczy w Polsce. Sięgał by od Szczecina do Lublina ale poprzez Amerykę, Azję I wszystkie pozostałe kontynenty i składałby się z mieszkańców polskiego pochodzenia na całym świecie zarejestrowanych przez lokalne konsulaty polskie do udziału w głosowaniu w wyborach do Sejmu i Senatu polskiego. Reprezentowałby ich jeden “super-senator”.
Podobne debaty nad udostępnieniem Polakom prawa do głosowania trwają od 1990 roku, od momentu kiedy Polska odzyskała niespodziewanie niepodległośċ. Wtedy debata dotyczyła byłych żołnierzy polskich za granicą którzy narażali swoje życie w walce o wolną Polskę i uważali siebie za Polaków chodź byli przeważnie pozbawieni polskich dokumentów tożsamości. Nagle nastąpił moment w którym Polska odzyskała tą wolnośċ a tu nagle urzędnicy polscy, hołdujący fetyszowi przepisów prawnych, nie dopuszczali zasłużonym kombatantom do głosowania bo nie posiadali polskich paszportów czy dowodów osobistych. Dwa tygodnie przed wyborami Ambasador de Virion zorientował się że główni przedstawiciele polskiej emigracji żołnierskiej z Ryszardem Kaczorowskim na czele nie posiadali żadnego polskiego paszportu. Nastąpiła panika. Jak można było nie dopuściċ ich do głosowania w pierwszych w pełni demokratycznych wyborach na prezydenta Polski? Załatwiano jak pamiętam jakieś tymczasowe dowody. Ale nie mogły one objąċ szerokie jeszcze wtedy rzesze polskich żołnierzy i wywiezionych Sybiraków w Wielkiej Brytanii. Ten lament o potrzebie uzyskania polskiego paszportu dla osób którze całe życie poświęcili dla wolnej niepodległej Polski był nie gojącą się raną przez następne dziesięċ lat i pojawiał się na każdym zjeździe polonijnym. Najczęściej wysocy urzędnicy państwowi tłumaczyli jak prosta jest procedura uregulowania obywatelstwa polskiego a działacze polonijni wciąż domagali się aby państwo polskie zatwierdziło to obywatelstwo i prawo do głosowania kombatantom automatycznie.
Dawne czasy ale pamiętam jeszcze jak zadzwonił wówczas do mnie arcy-sympatyczny konsul Marek Pędzich i powiedział “Słuchaj, Wiktorze! Wszystko jest już załatwione i ostatecznie mam na to zgodę Ambasadora de Viriona. A więc nie możesz już znaleśċ argumentów żeby mi odmówiċ.” “Co takiego?” “Masz byċ przewodniczącym komisji wyborczej w nadchodzących wyborach parlamentarnych”. Była to duża odpowiedzialnośċ szczególnie dlatego że wtedy był tylko jeden punkt wyborczy na całą Anglię, Walię i Północną Irlandię, mianowicie w Ambasadzie. Westchnąłem, podziękowałem za zaufanie jego i Ambasadora, ale ze szczerym smutkiem powiadomiłem go że jednak muszę odmówiċ tego zasczytnego obowiązku. Dlaczego? “Bo nie jestem obywatelem polskim.” Zaskoczony konsul nawet nie przewidział takiej okoliczności. Procedura zatwierdzenia czy przyznania obywatelstwa wydała mu się taka prosta,I nie pojmował jak tej nieco skomplikowanej czynności obywatelskiej nie mogłem jeszcze wykonaċ. Ewentualnie miejsce moje zajął Ryszard Gabrielczyk, prezes Polskiej Macierzy Szkolnej.
Z czasem rozrosła ilośċ punktów wyborczych i konsulat londyński zadbał o to aby można było głosowaċ praktycznie w każdym poważniejszym ośrodku polonijnym w tym kraju. Drugie wybory do sejmu po akcesie Polski do Unii, a więc w roku 2007, były szczególnie dramatyczne. Nowo przyjezdna polonia zdecydowaną większością chciała odrzuciċ rząd braci Kaczyńskich, który w realiach brytyjskiego środowiska wydawał im się staroświecki, nawet groteskowy. Zdjęcia sznurów młodych obywateli polskich stojących w dwugodzinnych ogonkach wokół konsulatu czy POSKu były szczególnie wymowne. Nie obowiązala tu już żadna cisza wyborcza. Atmosfera była wręcz karnawałowa i sypały się anegdoty i piosenki o niefortunnych braciach. Zarówno telewizja polska i brytyjska nagrywały te sceny z podziwem i zrobiło ogromne wrażenie na następny rząd polski. Zdecydowano wyjśċ na przeciw żądaniom polonii. Jeszcze bardziej powiększono ilośċ punktów wyborczych. Zespół Kontroli Kampanii Wyborczych Krajowego Biura Wyborczego wprowadził ostatnio możliwośċ kandydowania za granicą korespondencyjnie i zaproponował zmianę w tworzeniu rejestru wyborców tak aby osoby przebywające za granicą nie musiały przed każdymi wyborami zabiegaċ o umieszczenie w spisie wyborców. Politycy polscy i brytyjscy oczekiwali dramatycznego ożywienia polskich wyborców w następnych wyborach, co się jednak nie stało. Zrażeni do polskiej polityki i z poczuciem wyobcowania od polityki brytyjskiej nowi wyborcy polscy stracili nieco zapał do udziału we wszelkich wyborach.
Wydaje mi się że w wypadku wyborów polskich wchodzi tu w grę jeszcze jeden element – poczucie że właściwie jakim prawem (moralnym) głosują tu w wyborach do Sejmu i Senatu obywatele polscy którzy nie płacą podatków i nie odczuwają na co dzień efektów polskiej polityki gospodarczej na szkoły, szpitale, emerytury, przepisy drogowe, itd. Teraz co raz więcej warszawiaków chce wiedzieċ dlaczego głos Polaków za granicą ma ważyċ na wybór posłów i senatorów z warszawskiego okręgu wyborczego. Nikt nie kwestionuje prawa wyborczego pracownikom państwowym na służbie za granicą, żołnierzom w koszarach czy marynarzom na statkach polskich. Polski Instytut Turystyki poruszył nawet możliwośċ turystów polskich porozsianych po świecie mających prawo do głosowania ze swojego hotelu o ile załatwili z góry prawo do głosowania z lokalnym biurem wojewódzkim przed wyjazdem. Lecz dlaczego mają mieċ prawo głosu osoby które wyjechały z Polski 10 lat temu, kreują sobie nowe życie za granicą, nie myślą jeszcze o powrocie i nawet nie znają nazwisk i poglądów kandydatów w Warszawie na których mają głosowaċ? Ċzy mają potwierdziċ przed rejestracją że do Polski wrócą? Co raz więcej odsuwa się od udziału w polskiej scenie politycznej. Jak w takim wypadku konsul za granicą ma rostrzygnąċ kto będzie miał prawo głosu bez poważniej interwencji administracyjnej w życie codzienne polskiej rodziny w tym kraju? Debata się komplikuje.
Nawet na spotkaniu młodych liderów polonijnych w Senacie nastąpił moment olśniewający dla senatorów. Przewodniczący zebrania zapytał obecnych ilu z uczestników brało lub chciało by braċ udział w życiu politycznym kraju zamieszkania. Prawie wszyscy podniesli rękę. A ilu chciałoby odgrywaċ role w polityce polskiej? Tylko dwie osoby podniosły palce do gory. Dla organizatorów spotkania było to szokiem.
Nikt nie chce aby polonie wyobcowaċ zupełnie od uczestnictwa w życiu politycznym w Polsce. Jedno rozwiązanie to zatrzymaċ prawo obywateli polskich za granicą do udziału w wyborach na Prezydenta. To są wybory związane z wizerunkiem Polski w kraju i za granicą. Nie ma to bezpośredniego wpływu na płacenie podatków w Polsce. Jest to prosta decyzja dla wyborców za granicą. Ze względu na to że wybory prezydenckie odbywają się normalnie co pięċ lat nie byłaby to procedura administracyjna która przekraczałaby racjonalny budżet MSZ nawet gdyby odbywała się w dwuch turach. Głosowanie korespondencyjne też byłoby dozwolone. Pozatem ze względu na charakter całokrajowy tych wyborów warszawiacy nie musieli by mieċ pretensji do polonii za ingerencję w ich mandacie wyborczym.
Lecz teraz padła jeszcze druga propozycja w Senacie poruszana na spotkaniu z młodymi liderami polonijnymi. Ma rzekomo powstaċ jeden okręg wyborczy zwany “Zagranica” z którego zarejestrowani wyborcy wybierają jednego super-senatora do reprezentowania ich za granicą. Obecny na spotkaniu w Senacie poseł Adam Kwiatkowski zaproponował od razu że kandydatami na to stanowisko będą politycy z Polski. Czy nie przewidywał aby jacyś polonijni kandydaci mogliby reprezentowaċ za jednym zamachem polonie amerykańską, brytyjską, ukraińską, brazylijską, australijską, południowo-afrykańską? Może miałby tu rację ale jeszcze gorzej byłoby mieċ jakiegoś polityka wybranego z klucza partyjnego. Potrzeby i aspiracje poszczególnych polonii są za bardzo zróżnicowane aby reprezentowała ich jedna osoba, z kraju czy z zagranicy. Zapomnijmy o tym super-senatorze. Lepiej mieċ przedstawicieli wybranych z różnych polonii z bezpośrednim dostępem do kancelarii prezydenta i do specjalnych sesji plenarnych Senatu. Wtedy będzie wiadomo że autentyczny głos poszczególnych polonii dociera do najwyższych szczebli władz wykonawczych w Polsce.
Wiktor Moszczyński Dziennik Polski 06/12/2013
Wednesday, 20 November 2013
Zmowa Milczenia
Chyba nic nie ma tak emocjonalnej mocy jak długie milczenie zmasowanego tłumu. Wtedy panuje nie zgiełk, nie rozkazy, nie pośpiech, nie stres codziennego życia, lecz wyobraźnia i pamięċ każdego uczestnika. Myśli się o bliskich, o tych którzy już odeszli, o tym co już się we własnym życiu dokonało i o tym co jeszcze powinno się dokonaċ o ile starczy na to siły i czasu. Ten moment zbiorowej zadumy, czasem wielu tysięcy ludzi na raz, jest wyrazem wolności emocjii każdego uczestnika a zarazem zwycięstwem wspólnej zbiorowej myśli głośniejszej od jakiegokolwiek krzyku czy skandowania. Ta wspólna zbiorowa milcząca myśl woła: “Już nigdy więcej”.
Oglądając londyńską ceremonię Remembrance Sunday w telewizji BBC tą ciszę przeżywa z uczestnikami marszu każdy widz. Przemarsz w szykownym stylu 10,000 żołnierzy, weteranów i uczestników organizacji zastępczych przed Cenotafem zawsze budzi mój podziw, tymbardziej że ma się to poczucie dumy że w tym marszu uczestniczy co roku kontyngent polskich weteranów. I tak jak wielu Polskich widzów czekam przez niemal godzinę na ten moment kiedy ukażą się polskie mundury i znajome nam polskie twarze. Czekamy wszyscy, czekamy i…. nic. Już od drugiego roku ani słowa o udziale Polaków w przemarszu i składaniu wieńca, a wiemy że normalnie biorą udział. Wygląda to jakby była próba umniejszania naszego udziału w podobnych angielskich uroczystościach i milczeniem pokrycia naszej obecności. Ale tu już inne milczenie od tego uroczystego dwuminutowego milczenia na Whitehall.
Rzeczywiście 14 Polaków maszerowało z pułkownikiem Ryszardem Ciąglińskim i niezastąpioną Marzeną Szejbal na czele. Maszerowali weterani z AK, Dywizji Pancernej, Drugiego Korpusu a towarzyszyli im wybitni synowie kombatantów. Witano ich rzęsistymi brawami ze strony widzów I uczestników. Dlaczego więc ani słowa o nich od komentatora przemarszu David Dimbleby? Czy to typowa brytyjska zmowa milczenia czy brak odpowiedzialności z czyjejś strony? Mimo że większośċ polskich uczestników przemarszu załatwiało swój udział przez prywatne kontakty to jednak ogólną odpowiedzialnośċ za udział polskich uczestników przyjęło na siebie biuro Fundacji SPK. Czy może znowu, jak w poprzednim roku, ktoś nie omieszkał poinformowaċ BBC o udziale polskim? Tak zawsze narzekamy że brytyjskie media nie doceniają naszego wkładu do zwycięstwa Aliantów w Drugiej Wojnie Światowej. A może to z naszsej własnej winy tak się dzieje? Jest to tak samo mistyfikacją oświadczeni a rzecznika Fundacji że tylko weterani wojenni mogą w przemarszu wziąśċ udział. Patrząc na ekranizację pochodu to widaċ że żadna organizacja uczęszczająca tego rzekomego przepisu nie przestrzega. Dlaczego więc my? Czy ktoś naumyślnie zmniejsza ilośċ polskich uczestników i stara się zacieraċ ich ślady w mediach publicznych?
Polski udział w ceremoniach Remembrance Sunday odbywa się w brytyjskich miastach co roku od wielu lat. Wiem że i w tym roku Koła SPK brały udział w tych przemarszach organizowanych przez władze miejskie. Maszerowali w Manchesterze, w Oldham,w Bradford, w Eastleigh (koło Portsmouth). Nawet w Glasgow maszerowali członkowie koła SPK nr 105 z 90-letnim kombatantem na czele i to mimo nieudanej “patriotycznej” próby zakazu ich udziału przez lokalnego rzecznika Fundacji SPK. To właśnie maszerowały te koła których istnienie powiernicy Fundacji SPK nie uznają, albo po prostu przezywają “huliganami”. W Bristolu Koło SPK uczestniczyło w wielkim zgromadzeniu zorganizowanym przez Lorda Mayora o tydzień wcześniej. Jest to stała tradycja i zawsze Polacy są mile witani na tych okazjach przez społeczeństwo brytyjskie. Tylko w Londynie pozostaje milczenie na temat pochdu
W tej chwili pozostałe istniejące Koła SPK kwitną. Jest ich 18. Nie są już obciążone zarządzeniem starego Zarządu o zakazie rekrutowania nowych członków. Pomagają lokalnym szkołom, organizują akademie, planują obchody 70-lecia wielkich bitew na następny rok, popierają projekt zwiększenia frekwencji wyborczej nowoprzybyłych Polaków w wyborach brytyjskich. Pielęgnują swoje historyczne sztandary i z duma paradują te sztandary przy narodowych i kościelnych obchodach na swoim terenie. W prawdzie na niektórych terenach reprezentanci Fundacji SPK grożą policją aby skonfiskowaċ te sztandary i przenieśċ je do Londynu ale do tego nie mają żadnych podstaw prawnych. Koła wpatrzone są zarówno w naszą przeszłośċ I naszą przyszłośċ. Na prośbę Urzędu do Spraw Kombatanckich i Osób Represjonowanych Koła przygotowują statystyczne dane o ilości kombatantów wojennych w ich gronie.
Ale o osiągnięciach tych kół, posiadając już w całości przeszło tysiąc członków, stare władze wolą milczeċ. Tasiemcowy list prezesa Fundacji SPK mówiący o lojalności raczej atakował Stowarzyszenie Polskich Kombatantów Limited i moją osobę, zapominając że zarówno ja, jak i SPK Ltd, są tylko tymczasową nadbudową tych poszczególnych kół i że lojalności do własnych członków nie dotrzymali. To koła się tu liczą bo SPK Ltd jest ich stworem i komisja statutowa przez nich powołana zdecyduje o przyszłej strukturze i nawet nazwie tej organizacji. Koła te dostosowały się już do nieodwracalnych zmian które nastąpiły w strukturze SPK w zeszłym roku mimo poczucia głębokiej krzywdy. Na skutek gniewu i rozpaczy w tamtym okresie niejeden błąd popełniono po obu stronach lecz koła gotowe byłyby do zaniechania dalszych nieporozumień i mieċ możnośċ rozwinięcia swojej działalności w spokoju o ile udałoby się rozstrzygnąċ dwie sprawy. Są to sprawy które Fundacja SPK też otacza milczeniem.
Pierwsza sprawa to sprawa dostępu członków Kół SPK do Domów Kombatanta gdzie urzędowali i organizowali polskie uroczystości i życie społeczne przez ostatnie 50 lat. Choċ tytuły posiadania były w rękach PCA Ltd, a obecnie są kierowane przez Fundację SPK to zaskakująca jest jawna niechęċ Fundacji do wszelkiej negocjacji z istniejącymi Kołami które przez szereg dekad wypełniały te budynki życiem i gotowe są robiċ to dalej. Fundacja nie dostrzega i nie chce dostrzegaċ zapału nowych pokoleń tutejszych do uszanowania tradycji niepodległościowych i kombatanckich. Ciągła groźba usunięcia członków Kół z pozostałych domów przy użyciu lokalnej policji i nakazów sądowych świadczy źle o sumieniu społecznym powierników Fundacji. Nagłe zamknięcie Klubu Kombatanta w Glasgow było odpowiedzią Fundacji na mój apel wydrukowany po czasie w Dzienniku Polskim abyśmy wreszcie rozmawiali wspólnie o przyszłości.
A druga sprawa to przejęcie funduszy poszczególnych kół zdeponowanych przez wiele lat za radą starego Zarządu na koncie bankowym PCA Ltd. Przy likwidacji SPK, stare władze zaskoczyły orzeczeniem że depozyty nie mogą byċ zwrócone kołom ze względu na charytatywny status Fundacji do której zostały przekazane. To nie jest bagatelna suma. Istniejącym jeszcze Kołom należy się przeszło £562,000 z tych niezwróconych depozytów. Szczególnie pokaźne sumy winni są najbardziej aktywnym jeszcze kołom jak Bradford, Rugby, Luton, Swindon, Oldham, Preston i Bristol. Odpowiedzią na te skargi jest wciąż milczenie.
Koła zresztą wciąż mają poczucie krzywdy gdy widzą że Fundacja obecnie operuje funduszami którymi obdarza różne instytucje i inicjatywy polonije, gorsze i lepsze, bez żadnej potrzeby rozliczenia się przed polskim społeczeństwem, a szczególnie przed autentycznymi kombatantami w terenie którzy przez wiele lat tworzyli ten dwumilionowy majątek, z którego organizacje SPK nie otrzymują ani jednego grosza. Jeszcze niedawno przyznali nagrodę autorowi w Australii który określał Prezydenta Komorowskiego za “kolejnego agenta”. Kiedyś ogłaszali co roku listę dotacji na zjazdach SPK ale obecnie nie widziano ich ostatnich wydatków w odróżnieniu np od PAFTu, który ogłasza swoje dotacje kwartalnie w Dzienniku Polskim. I tu też zachodzi Wielkie Milczenie.
Koła SPK kwitną w terenie i są samowystarczalne, o ile inne ciała nie przeszkadają ich rozwojowi. Lecz rany zadane społeczeństwu polskiemu w terenie przez sposób w którym SPK likwidowało się i dalej likwiduje lokalny majątek i żywy dorobek polonii można tylko zagoiċ rozmową a nie alternatywą grożb przeplatanych milczeniem. Wymowne milczenie na Whitehall wzbudza zachwyt; milczenie Fundacji SPK budzi tylko zgrozę i głębokie poczucie niesprawiedliwości.
Wiktor Moszczyński 48 Inglis Road London W5 3RW 15/11/2013 “Dziennik Polski”
Wednesday, 30 October 2013
Czy dzieci polskie są dyskryminowane w angielskich szkołach?
Parę dni temu byłem jednym z uprzywilejowanych działaczy polonijnych którzy otrzymali email od autorki artykułu w ostatnim Tygodniu Polskim proszący o dodatkowe przykłady dyskryminacji wobec dzieci Polskich w angielskich szkołach. W tytule i we wstępie do artykułu autorka pisze o “imigrantach” ale lwia częśċ artykułu dotyczy wyłącznie poslkie dzieci których rzekomo smutny los w angielskich szkołach opisują zestresowane polskie matki. (Zauważcie że nikt nigdy nie pyta polskich ojców o ich komentarz). Zrozumiałem z emailu że autorka chce do tej sprawy powrócic już w pełni uzbrojona pełnym rynsztunkiem przykładów znęcania się nad polskimi dzieċmi.
Normalnie staję pierwszy w szeregu jeżeli chodzi o prawa pokrzywdonych polskich rodzin w tym kraju. Tym razem jednak nie czułem potrzeby stawiċ się na apel. Nie zaprzeczam że czasem jakieś dziecko polskie może czuċ się nieszczęśliwe czy zestresowane w angielskiej szkole i że polscy rodzice mogą na to byċ szczególnie uczuleni, ale moje doświadczenie z angielskimi szkołami i mój kontakt z różnymi polskimi dzieċmi i rodzicami nie potwierdza tezy o powszechnej dyskryminacji naszych pociech w angielskim środowisku – w każdym razie nie w Londynie.
W artykule autorka cytuje wypowiedzi matek zgorszonych traktowaniem ich dzieci. Jest zrozumiałe że wielu z nich żałuje że nie staċ ich wysyłaċ swoje dzieci do prywatnych przedszkoli i szkół powszechnych. Jest to zrozumiały żal ale w praktyce państwowe szkoły w Londynu w ostatnich dziesięciu latach należą do najlepszych w Anglii, posiadają najnowocześniejsze metody nauczania i to szczególnie w przygotowaniu dzieci nie mówiących po angielsku w domu do partycypowania w pełni w regularnych lekcjach szkolnych. Przeciętnie w szkołach londyńskich około 50% dzieci mówi innym językiem w domu – pundżabi, gudżerati, somali, tamil, farsi, turecki, grecki. Język polski jest tylko jednym z wielu takich języków. To dzieci anglo-saskiego pochodzenia są już prawdziwą mniejszością w wielu szkołach i to oni szybciej by mogli czuċ się dyskryminowani i upośledzeni, bo jedynie oni znają tylko jeden język i jedynie oni posiadają tylko kulturę jednego kraju.Nauzyciele zaś zajmują się przedewszystkiem udoskonaleniem angielszczyzny dzieci z rodzin imigranckich, a w tym I dzieci polskich.
Jestem świadkiem jak dzieci z zagranicznych domów przyciągane są raz w tygodniu na specjalne jednogodzinne klasy składające się z pięciu czy sześciu uczni na dodatkowe lekcje a ich postępy są indywidualnie monitorowane w programach komputerowych. W normalnych klasach dzieci są wprowadzone do poznania i szanowania kultury i religii innych dzieci ze swojego środowiska. Nie chodzi tu tylko aby wiedziały czym jest Boże Narodzenie dla brytyjczyków czy Haloween, czy Diwali czy Eid i Ramadan. Sam byłem zaproszony do takiej szkoły aby daċ wszystkim uczniom w wieku od 5 do 10 lat pogadankę o Trzecim Maja i w ogóle o Polsce. Czułem się jakby przemawiał przed dzieciecą sesją plenarową ONZ. W rozmowach z polskimi dzieċmi nie spotkałem jeszcze żadnych który czuły się specjalnie neszczęśliwe z powodu swojego pochodzenia. Dotyczyły to zarówno dzieci polskich w szkołach gdzie tworzą znaczny procent uczniów (na przykład 10%) i tych którzy uczęszczają do klas gdzie są jedynym polskim dzieckiem. Jedynie dzieci w szkołach katolickich czasem stresują się gdy księża pytają ich czy ich rodziców dlaczego uczęszczają w mszach polskich zamiast lokalnych mszach w regularnych kościołach katolickich. W tych samych rozmowach zauważyłem że te dzieci polskie bez wyjątku widzą swoją przyszłośċ w Anglii. Gdyby byli w Polsce siedzieli by w klasie z samymi tylko polskimi dzieċmi, a tu mają różnorodnośċ i przyjaźnie przekraczają nie tylko narodowości ale i kontynenty. Nie siedzą koło Jasia czy Bożenki, ale koło Kevina, Ajashy, Mahmuda czy Tahiro. Nawet jeżeli te dzieci nie korzystają z nauki w prywatnych szkołach to i tak wygrały los na loterii jeżeli znajdują sie w szkole w Londynie.
Z artykułu dowiaduję się że rodzice mają za złe dyrektorom szkół bo nie zezwalają na zabieranie dzieci ze szkoły w czasie semestru. Ale to nie jest żadna dyskryminacja wobec dzieci polskich, ale ostro przstrzegana powszecha zasada że dzieci mają korzystaċ z nauki w szkole przez cały semestr. Ci rodzice którzy chcą wyciągaċ swoje dzieci w okresie semestru wykazują słabe zainteresowanie rozwojem swoich dzieci w szkole. Powody takich proponowanych wyjazdów są preśmieszne. Na przykład jedna matka chciała koniecznie wziąśċ dziecko do Polski na pierwszą komunię. Jeżeli matce zależało na tym aby jej córeczka miała pierwszą komunię w białym fartuszku zgodnie z polską tradycją to może to łatwo zorganizowaċ z polskim kościołem czy szkołą sobotnią w Londynie, zamiast pchaċ dziecko do rodziny w Polsce. Babcia, dziadek i reszta rodziny mogą przecież przybyċ wtedy do Anglii na tą ceremonię. Trudno też tłumaczyċ że tylko w Polsce można leczyċ dziecko na astmę. Pamiętam jak jedna matka narzekała że szkoła nie pozwoliła jej dziecku wyjazdu do Polski aby sprawdziċ zęby bo tam taniej. Przecież w Anglii wizyta dziecka u dentysty jest za darmo.
Oczywiście nauczycielka która doradzała rodzicom aby mówili w domu z dzieckiem po angielsku była w błędzie. Mam nadzieję że była wyjątkiem. Na szczęście nie znam żadnej nauczycielki w szkole angielskiej która by coś takiego proponowała jeżeli angielszczyzna rodziców byłaby słaba. Lepiej żeby dzieci nauczyły się płynnej angielszczyzny bez akcentów obcych w szkole niż żeby wchłaniały wady językowe rodziców. Nasze pokolenia urodzone w Wielkiej Brytanii po wojnie znają to dobrze. W szkole mówiliśmy bezbłędnie po angielsku, w domu i szkole sobotniej po polsku. Myślę że dobrześmy na tym wyszli. Właściwie jesteśmy żywym wzorem dla tych dzieci z nowo przybyłych rodzin jak będą ich dzieci wyglądaċ gdy dorosną. Uważam że jest obowiązkiem naszego pokolenia abyśmy zainteresowali się losem tych dzieci I bylyśmy świadomym wzorem dla nich. Natomiast jest rzeczą ważną aby rodzice polscy posiadali w domu książki zarówno polskie i angielskie. Powinni też mieċ dostęp do naukowych programów w telewizji angielskojęzycznej. Z przyjemnością natomiast muszę stwierdziċ że nauczyciele angielscy chwalą polskie matki (znowu tylko matki?) bo częściej interesują się programem szkolnym i postępem swojego dziecka niż inne narodowości.
Mam dużo sympatii dla rodziców dziecka otyłego wymienionego w tym artykule ale znęcanie się nad fizycznie niesprawnym dzieckiem jest zjawiskiem powszechnym raczej niż związanym z jego polskością. Oczywiście rodzice powinni natychmiast przedyskutowaċ tą sprawę z dyrektorem szkoły czy nawet radą szkolną jeżeli sprawa się przewleka. W każdym razie nie jest to przykład dyskryminacji wobec polskich dzieci.
Najbardziej zestresowane są dzieci polskie które mają stresującą sytuację w domu i wstydzą się zachowania własnych rodziców. Alkohol i przemoc mogą byċ w domu, a nie w szkole. Szkoły szybko podchwytują takie sytuacje i są pod obowiązkiem prawnym monitorowaċ zachowanie nie tylko dziecka ale i jego środowiska domowego. Równie stresujące są momenty kiedy młode dzieci są wzywane przez rodziców do roli tłumaczy w szpitalach czy urzędach podatkowychi i zmuszone są do zapoznania się z problemami nie zawsze odpowiednimi dla dzieci w tym wieku.
Wiadomo że zawsze pierwsze tygodnie w szkole gdzie się nie zna języka mogą byċ stresujące, ale szkoły londyńskie są przygotowane na to. Takie stresy przeszło już paredziesiąt tysięcy polskich dzieci przez ostatnie 60 lat. Wówczas nauczyciele i uczniowe angielscy wyśmiewali się z naszych nazwisk i tradycji, co nie byłoby dziś dozwolone przez polityczną poprawnośċ. Samo życie. Trzeba było to przegryśċ i iśċ dalej.
Na początku mogą byċ łzy ale po paru miesiącach dzieci o tym już nie pamiętają, a za dwa lata mówią często lepszą angielszczyzną niż tubylcy. Natomiast łzy pamiętają i przeżywają rodzice świadomi że to ich decyzją pozostania w Anglii było powodem wysyłania dziecka do obcej szkoły. Stres nie jest winą dziecka i nie jest winą angielskiej szkoły, szybciej rodziców i badaczy naukowych szukających zjawisk potwierdzających tezy o nieszczęśliwych polskich dzieciach na obcej ziemi.
Wiktor Moszczyński Londyn Dziennik Polski 1 listopad 2013
Tuesday, 15 October 2013
Życiorys Polskiej Damy
Te same bujne kasztanowe włosy; ten sam rząd perlistych zębów zdobiący dobrze znany mi promieniujący uśmiech; ten sam podniejący, pełen tajemnic, jedwabny głos jakby zakropiony winkiem czy kłębiącym dymkiem papierosa. Tyle że w ciemniejszym świetle jeszcze w pełni nie odrestaurowanej sali balowej w “Ognisku” nasza dama czuła się zmuszona założyċ okulary aby przeczytaċ pierwszy rozdział swojej autobiografii “Rula – My Colourful Life”. Poza okularami wszystko było niemal tak jak to przypominałem sobie na moich 21 urodzinach które obchodziłem w mieszkaniu Stefana Przedrzymirskiego i na którym Rula też była obecna, razem z siostrą Gabą.
Czytając w końcu o jej życiu w jej gorzko-słodkich wspomnieniach dopiero teraz uświadomiłem sobie jaki różnorodny był jej los, i jak daleko ambicja, czar, talent i apetyt na przygody ją zaprowadziły. Okazuje się że już w swoim dzieciństwie i latach młodzieńczych miała tyle sekretów i smutków rodzinnych o których ani ja, ani moi koledzy i koleżanki, nie byli świadomi. Jej wesołośċ kamuflowała dramaty rodzinne, łącznie z chorobą jej matki, rozwodem rodziców i nieszczęśliwym pobytem w internacie. Widziało się wówczas obie siostry Łubieńskie, Rulę i Gabę, jako atrakcyjne, hoże nawet, dziewczyny, pełne werwy i posiadające autentyczną klasę, ale bez snobizmu czy pruderii. Chwaliły się jeszcze wówczas swoimi występami jako śpiewaczki w Radiu Wolna Europa. Rula była wtedy widziana jako dziewczyna jednego z moich bliższych kumpli. Uważałem że on jej w niczym nie dorównywał i nie mogłem się dopatrzyċ co ona takiego w nim widziała, tymbardziej że najwierniejszym kochankiem pewno też nie był. Najwyżej chyba spodobała się Ruli jego wesoła łobuzowatośċ.
W najbliższym czasie jej życiorys i życiorys naszej paczki się rozdzieliły. Wiem tylko że od czasu do czasu występowała w “Ognisku” na scenie. Wtedy też miałem moje występy na scenie w “Ognisku” w warsztacie teatralnym prowadzonym przez Barbarę Reńską i Janinę Jakubówną ale niestety nie w tym czasie co Rula. W tym okresie musiała się odbyċ jej szokująca przygoda we Włoszech, na skutek której spędziła 5 miesięcy w więzeniu w Sardinii, pomówiona o współudział w szajce handlującej narkotykami, po czym została zwolniona po umorzonym śledztwie. Nic a nic o tym sensacyjnym wydarzeniu nie wiedziałem, ani ja, ani moi koledzy, ani moje rodzice którzy normalnie wiedzieli o wszystkim co się dzieje w zamkniętym gecie polskiego świata emigracyjnego. Potem i tak już straciłem kontakt.
Rula wypłynęła ponownie na powierczhnię mojej świadomości gdy zagrała w popularnym, a nawet można by powiedzieċ, awangardowym serialu telewizyjnym “Rock Follies”. Była częścią 3-osobowego żeńskiego zespołu rockowego, co samo w sobie było jeszcze wówczas niecodzienne. Czar jej występu polegał na tym że w charakterze i wyglądzie nie pasowała jako tradycyjna “rock chick”, a jednak jej uroda i psotliwy tumiwisizm pchały ją do sukcesu w tym środowisku. W moich oczach jej rola jako Q w tym serialu była tylko jakby dalszym odźwierciedleniem jej prawdziwej osobowości. Praktycznie grała siebie. Przy każdym pozytywnym zakręcie w jej karierze rockowej myślałem, “Brawo, Rula!” I rzeczywiście w swojej autbiografii Rula przyznaje się że postaċ Q była “tym czym myślałem że ja byłem w tym czasie”.
Książka nie tylko jest porywająca ale pełna zarówno wzniosłych, jak i gorzkich, scen z jej życia które nie każdy chciał by ujawniċ. Czytamy o jej działalności charytatywnej, szczególnie dla dzieci i zwierząt, o jej przygodach w Tybecie, w Kenii, w Peru. Jest wspaniały opis jej uczestnictwa na wyprawie z naukowcami w Nepalu w poszukiwaniu zaginionych słoni gigantów. Przy sukcesach w karierze i szczęścia zaznanego z życia swojego rodzeństwa pokazany jest też cały dramat jej współżycia z popularnym aktorem telewizyjnym Dennis Waterman. Inteligentny czaruś i wesoły kumpel, ale nie stroniący od alkoholu, a raczej obojętny na tradycyjne wartości rodzinne które Rula wyniosła z domu. Dennis stał się jej Nemezys na skutek jej słabości dla namiętnych lecz łobuzerskich chłopców. Nikt nie przeczy że wzbogacił jej życie i razem tworzyli jedną z najbardziej wówczas znanych partnerstw w świecie celebrytów brytyjskich. Występowali razem w teatrze, wspierali się zawodowo, mieli piękny dom na wsi, stworzyli wspólne skupisko rodzinne dla swoich córek, wytrwali wiele lat razem. W końcu wszystko się rozbiło o jego ciągłe zdrady małżeńskie, jego pijanśtwo i ostatecznie, niestety, jego rękoczyny wobec jej osoby. W końcu wyprowadziła się z ich wspólnego mieszkania i zamieszkała sama z córką. Ciężko przeżyła to rozstanie, tym gorsze że zwaliły się jej na głowę krętactwa brukowców pogarszających jej cierpienia.
Dużo szczegółów nie mogłem tu znaleśċ. Mało pisała o swoich sukcesach ze serialem “Take a Letter, Mr Jones” w której odgrywała główną rolę jako wymagający szef w biurze eksploatujący swojego męskiego lecz zniewieściałego sekretarza. Tą rolę zagrał niezapomniany aktor komiczny John Inman. Nie wymienia też swojej cudownej konfrontacji z australijskim przebierańcem Dame Edna Everage, który pochwalił “jej przecudny układ kostny”. Natomiast pisze aż trzy rozdziały o incydencie z komunizującym posłem George Galloway przebranym za kotka którego karmiła mlekiem z miseczki. Po tej scenie, w czasie programu “Celebrity Big Brother”, Rula ukazała się na pierwszej stronie niemal każdej brytyjskiej gazety. Żałuję natomiast braku w książce skorowidza nazwisk.
Polscy czytelnicy mieliby duzą satysfakcję z tej książki bo jej polskośċ wybijała się na każdej stronie, nie tylko w pierwszych rozdziałach o jej dzieciństwie. Pisze o swoim arystokratycznym lecz, mimo wszystko, materialnie skromnym pochodzeniu, o szkole sobotniej, o generale Andersie, o występach w teatrze z Hemarem, opisuje przeżycia wojenne swojej matki w Ravensbrucku, wymienia swoją przyjaźn z polskim kuzynem, z którym planuje w pewnym momencie przeprowadziċ się do Polski, nim zmieniła zdanie. Jej duma narodowa jest wyraźna a jednak nigdy nie zmusza ją do wyrażania pogardy dla innych narodowości i innych relgii, a szczególnie nie do buddyzmu, do którego czuła wyraźny pociąg. Pamiętam że polskie organizacje charytatywne zawsze mogły liczyċ na jej pomoc i przypominam sobie jak występowałem z nią wspólnie na spotkaniu publicznym o “Solidarności”.
W grudniu 1989 miałem zaszczyt załatwiċ przyjazd Lecha Wałęsy,wtedy u szczytu swojej popularności, do ratuszu na Ealingu. Z wielką satysfakcją załatwiłem również zaproszenie dla Ruli. Przybyła z uradowaną matką. Wspólne zdjęcie Ruli z Lechem ukazało się w wielu gazetach. Było to rzeczywiste spotkanie dwuch Polskich celebrytów. Nie wiem które z tych dwuch, Rula czy Wałęsa, było największym punktem zainteresowania moich brytyjskich kolegów radnych.
Pare dni po wieczorze z Rulą Lenską w Ognisku byłem obecny na szumnych uroczystościach w POSKu w związku z 60-leciem Polskiej Macierzy Szkolnej Zagranicą. Rzeczywiście była to wspaniała okazja wzbogacona między innymi obecnością ministra spraw zagranicznych i cudownymi występami chórów z Balham i z Ealingu.
Nad dorobkiem Macierzy i polskiego społeczeństwa w Wielkiej Brytanii, którą Macierz do wielkiego stopnia wykreowała, zastanowił się w swoim występie historyk Adam Zamoyski, też wychowanek szkoły sobotniej na Willesden Green. Przypomniał że wielkie i małe cywilizacje kruszą się gdy braknie im spoiwa wspólnej kultury. Przy wielkich migracjach ludności brak wspólnej kultury wśród przyjezdnych prowadzi albo do zacofanego kulturalnego getta pełnego zakompleksionych mniejszości negujących wartości krajów zamieszkania, albo do asymilującego rozmycia się w nowym środowisku do którego nie dokłada już żadnych wartości z własnego kraju pochodzenia. Przy takich naciskach spójnośċ kultury kraju zamieszkania z czasem zanika i kruszą się węzły stabilizujące w życiu codziennym. Rośnie anarchia i wspólna nienawiśċ; zapadają narody i cywilizacje.
Zamoyski uważa że właśnie tutejsze polskie społeczeństwo wskazuje odpowiednią drogę integracji bez asymilacji. Powinno byċ wzorem dla innych. Jest to społeczeństwo które zjawiło się w Wielkiej Brytanii ze swoim bogatym dorobkiem kulturalnym z którego dokłada i wzbogaca spoistośċ kulturalną tubylców. Adam Zamoyski sam jest przykładem tego fenomenu który wnosi pozytywny element polskości do swojego brytyjskiego środowiska; równie dobrym przykładem jest Rula Leńska.
Rula Lenska – “Rula My Colourful Life” – cena £20 The Robson Press.
Wiktor Moszczyński Dziennik Polski 18 październik 2013
Subscribe to:
Posts (Atom)





