Monday, 16 March 2015

Krew w Sześciu Etapach

Rzadko mam możność skorzystać z uczęszczania na przedstawieniach Sceny Poetyckiej. Życie i obowiązki rzadko dają mi szansę na randki z zespołem w ich ciekawszych inscenizacjach. Nacieszyłem się jeszcze “Gęsią Nadziewaną” o Gałczyńskim, ale już ich interpetacja Pana Tadeusza mnie ominęła, czego bardzo żałuję bo sam kiedyś występowałem na scenie w “Ognisku” jako Mickiewicz w inscenizacji “Pana Tadeusza” {należałem wtedy do Warsztatu Teatralnego kierowanego przez Barbarę Reńską). 
 Zwabiła mnie wreszcie aranżacja teatralna Julii Holewińskiej mimo wyjątkowo nieciekawego tytułu “Krzywicka/Krew”. No bo “krew” to słowo-symbol określający przebrzmiałe opisy polskich zmagań i cierpień, nadużywane w patriotycznych wierszach i patetycznych przemówieniach.Zachłystujemy się tym pojęciem lejącej się krwi niemal tyle co Hiszpanie. 
Ale już afisz spektaklu był bardziej zachęcający. Pod przezroczystą czerwoną zasłoną widać było uwypuklone kształty obnażonej kobiety – może to już coś bardziej na mój gust. Przedstawienie miało miejsce w awangardowej atmosferze Jazz Café ale szybko się zorientowałem że byłem niemal jedynym mężczyzną na widowni. Widziałem jeszcze Wojtka Piekarskiego, Janusza Guttnera i pana z motylkiem…. i to wsio. Reszta to białogłowy. Miałem nie dawno temu podobne poczucie inności na zebraniu Polskiej Macierzy Szkolnej gdzie też byłem niemal jedynym mężczyzną.  
Natomiast na scenie występowały już same kobiety. Doliczyłem ich sześć. Weszły gęsiego i ustawiły się w szeregu jak harcerki, tyle że wszystkie ubrane na czarno, jak na jakąś sztukę Franciszka Lorci. No jasne, znowu te skojarzenia z krwią i Hiszpanią. A z tyłu wisiał czarny ponury portet Ireny Krzywickiej, emancypantki polskiej z XXwieku, spoglądającej na nas z wyrzutem. 
Nasze czarne druhny przedstawiły się nam kolejno podając swoje imiona łącznie z datami urodzenia obejmujące lata przedwojenne aż do roku 1988. I rozpoczęły się ich monologi przedstawiające swoje życiorysy w oparciu o sześciu rozdziałach z których każdy kojarzony jest z krwią, poczynający od rozdziału Matka. Monologi przeskakiwały się nawzajem unikające w ten sposób monotonii i przeplatywały mówiony tekst od czasu do czasu chóralnym i często komicznym skojarzeniem ostatniego słowa dialogu z jakąś piosenką czy hasłem z popularnych ogłoszeń telewizyjnych. Z początku te muzyczne interpunkcje były nieco szokujące. Gdy najmłodsza (chronologicznie) kobieta opisała czerwień swojej krwi w czasie menstruacji, pozostałe jej koleżanki podchwyciły słowo “czerwone” i zanuciły całą pierwszą zwrotkę “Czerwonych Maków na Monte Cassino”. Później już przywykłem do tej obrazoburczej anarchii myślowej. 
A monologi nabrały już tempa przenosząc się przez kolejne z krwią kojarzone etapy życia kobiety, etapy opisane lub zasugerowane już dawno w pionierskich pracach i pamiętnikach Ireny Krzywickiej, czyli: Kobieta, Miłość, Dziecko, Choroba, Śmierć. Można już było rozpoznać charakterystykę i wątek życiowy każdej kolejnej kobiety żyjącej w innej dekadzie i w innych okolicznościach. Była patriotyczna warszawska radna, czy matka przeżywająca wojnę i wychowywująca syna z fanatyczną nadgorliwością chroniąc go przed otoczeniem, czy druga matka ratująca syna przed PRLowskim więzieniem przez zdradzenie wszystkich jego konspiracyjnych kolegów, czy zakonnica pałająca nienawiścią do wszystkich w świecie poza klasztorem, nawet do Papieża, a otaczająca miłością tylko swego Pana, no i spowiednika Księdza Romana któremu się fizycznie oddaje, czy obrażona na Polskę i na siebie polska Żydówka wypędzona z kraju do Szwecji w czasie czystek pomarcowych, czy alkoholiczka poszukująca butelki whisky chowanej przed nią przez zapracowanego męża, czy nieszczęśliwa nowoczesna dziewczyna w obecnej Polsce zakochana w innej kobiecie umierającej na raka i szykanowana jako lezbijka. 
Widz cieszy się ich wstępnymi sukcesami a pożniej przeżywa razem z nimi ich nieszczęścia oparte w dużym stopniu na ich braku kontroli nad własną namiętnością ale również na ignoranckim reagowaniu środowiska na ich dolegliwości. Wszystko co Krzywicka naświetlała jeszcze w przedwojennej Polsce, a więc edukację seksualną, planowanie macierzyństwo, antykoncepcję czy aborcję staje się realnym przeżyciem poszczególnych kobiet i każda po kolei określa na końcu swój stosunek do tej pionierki praw kobiecych. Stosunek ten zabarwiony jest również tym że Krzywicka też była żydowskiego pochodzenia i w czasie wojny ukrywała się u polskich rodzin i również tym że była na te czasy skandalistką, a w nowoczesnych czasach określona jako kobieta wyswobodzona, dzieląca swoje życie między mężem, kochankiem (Boyem Żeleńskim) i uświadamianiem innych kobiet o i prawach. Jedna z kobiet była z niej dumna, druga wyraziła jej podziękowanie za jej podręcznik który pomógł jej znaleść nową drogą życiową, inne była nastawione do niej wręcz wrogo, a najmłodsza nic o niej w ogóle nie wiedziała bo nie była na Facebooku. Lecz wszystkie były przesiąknięte tymi samymi problemami życiowymi z którymi wzmagała się Krzywicka. 
Na koniec przedstawienia składano aktorkom (Joanna Kańska, Helena Kaut-Howson, Marlena Psiuk, Małgorzata Ścisłowicz, Magdalena Włodarczyk i Justyna Wnęk) zasłużone podziękowanie w formie rzęsistych braw, a Janusz Guttner nabrał na tyle męskiej odwagi aby przewodniczyć na pytaniach ze sali do gwiazd spektaklu. Podniosła się dyskusja na temat ponurej rzeczywistości tych kobiet, w której każda była jakby przegrana, w odróżnieniu sztuk o męskich sukcesach. Krytykowano również sztukę bo nie podnosiła “uniwersalną” problematykę kobiet a tylko dręczyła się specyfiką polską wynikającą z jej ponurego historycznego doświadczenia. Rozumiałem te tezy ale nie zgadzałem się z nimi, a aktorki zawzięcie broniły sztukę przed tymi zarzutami. Czy te przeżycia kobiet wykazywały ich słabości i nieudacznictwo życiowe? Oczywiście sztuka podkreślała że często ich drogi życiowe uzależnione były od warunków tworzonych przez mężczyzn (wojna, konspiracja, marnotrawni kochankowie, obojętni małżonkowie, niewdzięczni synowie, już nie mówiąc o księżach) ale sztuki o kobietach pokazują całokształt ich życia, a nie tylko sferę publiczną która ukazuje się w życiu mężczyzn bez zachodzenia w głąb ich uczuć. 
Zresztą czy mężczyzni umieliby w ogóle z taka szczerością wykazywać swoje uczucia, emocje, niedociągnięcia? Czy przyznaliby się tak jaskrawo do poczucia winy czy zazdrości? Nie, bo to zła samoreklama, szczególnie wśród kolegów w pubie. Zawsze trzymałem się tezy że cokolwiek powie mężczyzna z kuflem piwa w ręku stojąc wśród kolegów przy barku, jest tylko samochwalczą bujdą. A to co będzie głęboko wyczuwać czy przeżywać ale nie będzie w stanie wypowiedzić, uzyska światło dzienne przez agresję, ustną lub fizyczną. Takich ciekawych dramatach o męzczyznach z tak bogatym monologiem o własnym życiu nie ma co szukać. 
A co do rzekomego braku “uniwersalizmu”, że to niby znów słoń (czy krew) i sprawa polska, mogę tylko powtórzyć moje słowa w dyskusji gdy w końcu nabrałem odwagi aby w niej uczestniczyć. “Uniwersalizm” nie jest abstrakcją. Wszystkie uniwersalne problemy są naświetlane w sztuce teatralnej czy powieści na doświadczeniu poszczególnych osób i uzależnione od ich rodzićow, dzieciństwa, przeżyć życiowych, poziomu życia czy zdrowia. Wielkie uniwersalne dzieła “Don Quixote”, “Nędznicy”, “Wojna i Pokój”, “Noce i Dnie”, “David Copperfield” oparte są na doświadczeniach osobistych autora we własnym kraju. 
Trudno o bardziej polskie tło niż płęta filmu “Ina” nagrodzonego jednak w końcu Oscarem. Przeżycia opisywane przez kobiety Krzywickiej były uniwersalne, choć oparte o polską rzeczywistość, zboczoną przez wojnę, okupację niemiecką i zniekształcenia PRLu. Ręką sięgnąłem właśnie do pułki z książkami. Trafiłem na “Słownik uczestniczek walki o niepodległość Polski 1939-1945. Poległe i zmarłe w okresie okupacji niemieckiej” wydane przez PWN jeszcze w roku 1988, gdzie nie ma nawet wzmianki o tych które zginęły pod okupacją sowiecką. Ale i tak książka jest wstrząsająca. Jest tu 4430 haseł-biogramów kobiet które zginęły, najczęściej torturowane i umęczone przez niemieckich okupantów, w tym wiele zdjęć pięknych kobiet . Są tu arystokratki, zakonnice, chłopki, uczennice, harcerki, robotnice. Biogramy pisane są zwięźle, nawet szorstko. A jednak ile z tej masy zamordowanych dzielnych kobiet słyszało czy czytało o tezach Krzywickiej? Ile przechodziło kolejne dramaty podobne do tych przeżytych przez bohaterki naszej sztuki? Ile z nich kochało, przeżywało kobiece choroby, traciło dzieci, dyskutowało z koleżankami o prawach kobiet, nim ogarnęła ich tragedia narodowa i brutalna śmierć przerwała ich indywidualny bogaty życiorys? Kobiety z uniwersalnymi, krwią ogarnietymi, przeżyciami żyją i giną na tle krwawej historii własnego kraju. Ta myśl nie ujmuje nic od ich bohaterstwa, ale przywraca im człowieczeństwo. 
 Wiktor Moszczyński DziennikPolski 20 – marzec -2014

Thursday, 5 March 2015

Strzały na Moście

Cztery strzały z zeszłego piątku które padły na Dużym Moście Moskworeckim, opodal Kremla i Placu Czerwonego, trafiając w plecy najwybitniejszego wodza opozycji , Borysa Niemcowa, i zadając mu ranę śmiertelną, zatwierdzają raz na wiele lat pełną prawdę, już oczywistą dla większości. To znaczy że Rosja nie będzie już demokracją na modłę europejską. Pozostaje już tylko dyktaturą personalną prezydenta Rosji na najbliższe lata ozdobioną co prawda pozorami praktyk demokratycznych ale uzupełnioną powszechną korupcją i jawnymi organizacjami paramilitarnymi. Dla optymistów na Zachodzie ta zbrodnia wydaje się być aktem desperacji ze strony reżymu Putina. Przypominają kluczową rolę Niemcowa jako postać z pierwszej ligi polityków rosyjskich nowej ery, młodego wicepremiera w latach 90-ych, kompetentnego reformującego gubernatora poważnej prowincji Niżni Nowgorod, przewidzianego w pewnym momencie jako swojego następcę prez prezydenta Jelcyna. Niemcow przez wiele lat był stałym krytykiem wielkoruskiego szowinizmu i korupcji politycznej która rozpanoszyła się jeszcze bardziej pod rządami Putina. Groził że ujawni dowody udziału żołnierzy rosyjskich w walkach we wschodniej Ukrainie co na pewno nie byłoby na rękę Putina. Obserwowano pośmiertny pochód milczącego protestu z udziałem 50,000 odważnych demonstrantów w dwa dni po zamachu, potępiający zbrodnię i udział Rosji w wojnie na Ukrainie. Teza optymistów twierdzi że wyraźne oburzenie społeczne wynikające z zabójstwa Niemcowa grozi rozkładem systemu władzy które zostało już podważone przez obecny kryzys gospodarczy wynikający z sankcji zachodnich i dramatycznego obniżenia ceny nafty. Nie zupełnie tak jednak. Po pierwsze, czy Niemcow na prawdę był aż tak groźny dla Putina? 55-letni opozycjonista dawno już stracił inicjatywę przywódczą w opozycji posługującej się już teraz internetem niż ulotkami przy stacjach. Ale nawet ta nowa młoda opozycja trafia tylko głównie do intektualnych elit w wielkich miastach a pozostaje bez echa dla większości społeczeństwa rosyjskiego karmionego w mediach i szkołach papką putinowskiej wielkoruskiej propagandy która przedstawia Rosję jako ofiarę zachodniej agresji popartej przez “piątą kolumnę” zdrajców i opozycjonistów. Zaledwie 2 tygodnie wcześniej odbył się w samym centrum Moskwy marsz zwolenników wojny, tzw. Anty-Majdan, z udziałem parest tysięcy młodych zwolenników inwazji Ukrainy kipiących nienawiścią do zdrajców pro-zachodnich, wśród których zaliczano Niemcowa. Nieznani zamachowcy z tych szeregów mogli działać bezkarnie tak blisko Kremlu wobec Niemcowa bez nawet konkretnego sygnału ze strony Putina ale ze świadomością że ujdzie im to bezkarnie. O oburzenie społeczeństwa nie było najmniejszej obawy. Osoby wyznaczone przez Putina do zbadania powodów zbrodni zapowiedzieli już całą listę potencjalnych sprawców jak np. Islamiści (bo Niemcow był pochodzenia żydowskiego) lub wywiad ukraiński wykonywujący “prowokację”, ulubiony termin potępienia używany przez służby specjalne w Rosji za czasów carskich i komunistycznych. Niemcow mógł być dla Putina nie tyle zagrożeniem a raczej irytującym gadem którego warto było rozdeptać. Tak samo jak rozdeptano również innych wrogów jak polityka liberalnego Sergej Juszenkowa, dziennikarzy Juri Szczekoczychina i Annę Politowskają, redaktora Paul Chelebnikowa, byłego szpiega Aleksandr Litwinienko, czy prawnika Sergej Magnickiego. Było dużo hałasu na zachodzie i w kołach opozycji po ich kolejnych zabójstwach ale większego wstrząsu w społeczeństwie rosyjskim nie wywołało. Oczywiście mają rację ci którzy wskazują na obecny opłakany stan gospodarki rosyjskiej. W drugiej połowie ubiegłego roku efekt sankcji dał się wreszcie odczuć w społeczeństwie w momencie kiedy światowa cena nafty, głównego towaru eksportowego Rosji, opadła o połowę. Spadła też wartość rubla na rynku światowym co pogłębiło wielomiliardowe długi zagraniczne rosyjskich firm i uniemożliwiły dostęp towarów zagranicznych, a szczególnie żywności, dla konsumenta rosyjskiego. Inflacja cen żywności wzrosła o 20% w zeszłym roku, a wzrost płac tylko 7%, tak że obecnie wydatek na żywność pochłania połowę malejącego dochodu przeciętnej rodziny rosyjskiej. Wcześniej w czasie boomu gospodarczego w zeszłej dekadzie rezerwy finansowe państwa przekraczały 600 miliardów dolarów. Teraz spadły do zaledwie 200 miliardów. Analitycy z Instytutu Międzynarodowej Ekonomii Petersona obliczają spadek gospodarki rosyjskiej o 10% na koniec roku 2015. Jak długo obywatel rosyjski wytrzyma taki spadek w wartości własnego portfela? Kiedy to wreszcie obróci się przeciw Putinowi? Na pewno nie prędko. Według wiarygodnych sondaży publicznych 85% społeczeństwa popiera wciąż Putina. Nie tylko Putina. Pięcu najpopularniejszych polityków rosyjskich są w jego obecnym gabinecie a na szóstym miejscu jest członek opozycji, ale nie tej liberalnej, lecz ultra-narodowej, czyli Żyrynowski. Rosjanie pamiętają okres rządów Gorbaczowa i Jelcyna jako lata klęski i upokorzenia, tak jak kiedyś oceniano okres “smuty” na początku XVII wieku kiedy w Rosji trwała anarchia a Polacy opanowali Kreml. Jelcyna kojarzono z rozpadem nie tylko Związku Sowieckiego, ale nawet Federacji Rosyjskiej, gdy gubernie rządziły się same a Czeczenia niemal wywalczyła niepodległość; kiedy NATO zignorowało weto rosyjskie w ONZ, bombardowało sojusznicą Serbię i przyznało niepodległość Kosowie; kiedy kraje bałtyckie przystąpiły do NATO; kiedy Rosja musiała ogłosić bankructwo i uzależnić się od zachodnich banków a oligarchowie prowadzili gospodarkę rabunkową wyworząc dochody z rozkradzionych sprywatowanych firm do banków zachodnich. W oczach przeciętnego Rosjanina to Putin przywrócił porządek wewnętrzny, ujarzmił oligarchów, zcentralizował władzę Moskwy nad guberniami, podniósł wartość rubla, zgniótł bunt Czeczenii, powstrzymał parcie UE na Ukrainie po pomarańczowej rewolucji i upokorzył USA w Syrii. Przywrócił Rosjanom poczucie optymizmu i dumy narodowej i zapewnił Rosjanom stały wzrost własnego dochodu i dostęp do towarów zachodnich przez niemal 15 lat. Szczególnie popularnym osiągnięciem były zimowe igrzyska olimpijskie w Soczi i odzyskanie niemal bezkrwawe Krymu po upadku rządu Janukowicza. Niedociągnięcia organizacyjne i widoczną korupcję władz nie zrobiło ża dużego wrażenia na szarego obywatela bo nie wiele o tym wiedział a nawet gdyby wiedział to wydawałoby się to małym kosztem wobec poczucia dobrobytu i bezpieczeństwa. Putin jest świadomy jak groźna jest sytuacja gospodarcza i militarna ale nie jest jeszcze w tak ciężkiej sytuacji podbramkowej jak by się wydawało na Zachodzie. Wręcz na odwrót. Wynik drugiego rozejmu mińskiego po interwencji kanclerza Niemiec i przeydenta Francji był dla niego wyraźnie korzystny. Uzgodniono zawieszenie walk ale w praktyce to zawieszenie nastąpiło dopiero po poddaniu się garnizonu ukraińskiego w Debalcewie. Ukraina ma prowadzić rozmowy konstytucyjne z osobami dotychczas określanymi jako “teroryści” a “nielegalne grupy” mają rozbroić się od razu, choc status tych “nielegalnych” nagle został zlegalizowany. “Cudzoziemskie wojska” mają natychmiast wycofać się kiedy, według Putina, tych “cudzoziemskich wojsk” na Ukrainie w ogóle nie ma. Dostęp do starej granicy Ukraina może uzyskać dopiero pod koniec roku a porządek i uskutecznienie umowy mińskiej ma przeprowadzić tylko 600 osobowy skład Organizacji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie pod wodzą dyplomaty włoskiego na 400 kilometrowym odcinku granicy pasa neutralnego. Oczywiście Putin liczy na zwłokę i zmęcznie decydentów unijnych gdzie państwa wydają zaledwie 1.5% dochodu na budżety wojskowe (wobec niemal 20% w Rosji) i gdzie Putin może liczyć na poparcie ze strony europejskich partii prawicowych jak Fronte National we Francji (częściowo subsydiowany przez Rosję) i na sympatię licznych przedsiębiorców zachodnich którzy zainwestowali w gospodarkę rosyjską w ostatniej dekadzie. Podejmuje wciąż inicjatywy na Bliskim Wschodzie wzmacniając pozycję Assada w Syrii, sprzedając broń nowym władzom Egiptu, kupując drony z Izraela i dostarczając Iranowi 70% ich uzbojenia wojskowego. Sprzedał ostatnio 12 reaktorów nuklearnych Indiom. Zaciągnął również półtora tryliona dolarów kredytu w Chinach przekazując im udziały w rosyjskich gigantach energetycznych jak Rosneft, Gazprom i Nowatek. Ostatnio trwają rozmowy z Cyprem o założeniu nowych baz wojskowych i lotniczych na tej wyspie, opodal baz RAFu. MiGy lecą bezkarnie nad Europą a szef Strategicznych Sił Pociskowych, generał Burbin, w dniu śmierci Niemcowa, zapowiada błyskawiczny odwet nuklearny wywołany automatycznie w wypadku nadmiaru radioaktywności gdziekolwiek w Rosji. Jest to gra hazardowa na czas, licząca na to że w międzyczasie cena nafty znów urośnie a Europie znudzą się sankcje i przestaną wspierać i zbroić Ukrainę. Liczy też na to że ogłupiony wciąż przez media obywatel rosyjski będzie gotów zacisnąć pasa na ten okres wierząc że recesja jest winą zachodniego agresora i ukraińskich “faszystów” których ich wielki wódz wreszcie poskromi, tak jak poskromił “zdrajcę” Niemcowa. Wiktor Moszczyński “Dziennik Polski” 6 marzec 2015

Thursday, 26 February 2015

Krzyż Komandorski

Krzyż Komandorski Przemówienie w związku z przyjęciem Krzyża Komandorskiego Orderu Zasługi RP w Ambasadzie RP w Londynie. 30 styczen 2015
Ekselencjo, W tym zaszczytnym gronie jestem zaledwie 68-letnim bieniaminkiem i mówię z dużym poczuciem pokory gdyż na mnie pada obowiązek złożenia wielkich podziękowań Panu Ambasadorowi, konsulowi generalnemu i panu pułkownikowi , jak również Waszym pracownikom którzy ugościli tu nas i naszych najbliższych i najdrozszych. Zawsze jestem pełen podziwu dla tych co przebyli szlak wojenny narażając własne życie w walce o swój kraj, niezależnie czy w Powstaniu Warszawskim czy w Polskich Siłach Zbrojnych na Zachodzie, a po zakończeniu działań walczyli dalej o jej dobre imię jak również o własny byt i byt swojej rodziny którą zakładali na obcym terenie. Cześć i chwała im za ten wspaniały wzór patriotyzmu I zaangażowania społecznego który przekazują nowym pokoleniom. U mnie, jak wynika z cytowanej przez Pana Ambasadora wzmianki pochwalnej, sprawa współpracy pokoleń jest sprawą najistotniejszą. Choć znacząca większość nowej diaspory pounijnej przybyła tu na zasadzie tymczasowej przygody czy szansy zarobku, wyraźnie lwia część tych obecnie pozostających przymierza się na pobyt dłuższy, a może nawet stały. Mimo rodowodu nowoprzybyłych, różniącego się znacznie od przeżyć wojennych i powojennych starszej emigracji, stoją przed nimi te same dylematy i te same troski co w roku 1945ym związane z zapuszczeniem stałych korzeni w tym kraju, - praca, rodzina, szkoła dla dzieci, rozwój kulturalny i materialny w obcym kraju, ochrona polskiej tożsamości. I tu starsze pokolenia, jak również moje pokolenie tu urodzone i przejmujące czynności społeczne swoich rodziców i dziadków, mają obowiązek podać rękę tym nowym pokoleniom, aby nie trzeba było wszystko rozpoczynać od nowa, i to mimo tego że w wielu wypadkach ci nowoprzybyli radzą sobie świetnie. Dlatego wspieram wszelkie inicjatywy które pomagają w krzewieniu polskości nowym pokoleniom i które znalazły bazę współpracy międzypokoleniowej na tle zawodowym, religijnym, oświatowym, sportowym, kulturalnym czy kombatanckim. Tą drogą ( a nie przez budowanie murów), można zapewnić przetrwanie wspaniałego dorobku o które starsze pokolenia walczyły i nad którym pracowali tak ciężko I bezinteresownie. Współpraca wszystkich pokoleń emigracyjnych na przyszłość jest najważniejsza. Jescze raz dziękuję w imieniu wszystkich dziś wyróżnionych za docenienie i uhonorowanie ich działalności i dorobku. Niech żyje Polska.

Thursday, 19 February 2015

Kto Będzie Ratował Polski A Level?

Osobiście dowiedziałem się o proponowanej abolicji polskiego A level 30 stycznia, w dniu w którym Ambasador Witold Sobków w imieniu prezydenta Komorowskiego nadał mi Krzyż Komandorski Orderu Zasługi RP. Wiadomość ta ukazała się nie gdzieindziej jak właśnie w piątkowym Dzienniku Polskim. Mimo przyjemnej atmosfery w Ambasadzie nie mogłem się uspokoić po usłyszeniu tej wiadomości. Czułem jakby trafił we mnie grom z jasnego niebia. Zaledwie 20 lat temu Zjednoczenie Polskie w Wielkiej Brytanii wspólnie z Polską Macierzą Polską wywalczyło prawo przetrwania egzaminu przy pomocy posłów zwerbowanych przez mnie. Kiedy, wraz z ówczesnym Prezesem Macierzy, Ryszardem Gabrielczykiem, w obecności szeregu posłów usłyszeliśmy w budynku parlamentu jak przedstawiciele brytyjskich rad egzaminacyjnych tłumaczyli że to nieporozumienie i że tak na prawdę nikt nie chcial pozbyć się języka polskiego na poziomie dużej matury, to wiedzieliśmy że mimo ich kłamstw wygraliśmy. Byłem przekonany że sprawa egzaminu została załatwiona na wiele lat. Już po wejściu Polski do Unii I masowego napływu Polaków zakładających tu nowe rodziny, nie miałem już żadnych obaw. Wówczas było ponad 290 kandydatów na GCSE a 80 kandydatów na A level. Egzaminy brytyjskie z języka polskiego na poziomie małej i dużej matury (GCSE, AS i A level) przypieczętowały bardziej niż cokolwiek innego integrację polskiej diaspory w Wielkiej Brytanii z brytyjskim środowiskiem ale również wzmacniało współzależność wielopokoleniowej wspólnoty polskiej. Łączyło tradycyjnych srebrnowłosych już działaczy oświatowych, następne trzecie i czwarte pokolenia tradycyjnej polonii post-emigracyjnej, nauczycielki i młode matki z Polski I uczniów nastolatków z Polski w angielskich szkołach, A w kulisach wzbierała się cała masa dzieciarni już tu urodzonej których rodzice z Polski upatrywali miejsce dla nich w polskich szkołach, cżęściowo dla świętego spokoju a częściowo licząc się z możliwością że przy zdaniu tych egzaminów publicznych ten temat może ułatwić im wejście do uczelni brytjskich. Był to klucz zarówno do wychowywania dzieci w duchu polskim i utrwalenia ich tożsamości polskiej w brytyjskim otoczeniu. Pamiętajmy że obecnie w Wielkiej Brytanii rodzi się rocznie przeszło 20,000 dzieci polskich matek, że w londyńskich szkołach przebywało już w zeszłym roku 25,118 polsko-języcznych dzieci, że język polski jest najczęsciej używanym językiem w domu (poza samym językiem angielskim) na terenie tego kraju. A więc nie tylko jesteśmy tu statystycznie na mocnej pozycji ale również potencjalnie nasze wpływy winny rosnąć. Liczbowo jesteśmy gigantem, choć w naszych wpływach politycznych zaledwie jeszcze karłem. Już w roku 2013 mieliśmy 4500 kandydatów na polski GCSE, 1200 kandydatów na poziom AS i około 950 do uczestniczenia na poziomie A level. Kandydaci na egzamin z języka polskiego pomnożyli się aż dziesięciokrotnie przez ostatnie 10 lat. Jest to niebywały wzrost, który nie zaznał żaden inny język. Dlaczego więc w tym momencie podjęto taka decyzję w sprawie polskiego A level? Otoż samą decyzję ogłosiła Rada Egzaminacyjna zwana AQA, odpowiedzalna od 20 lat za administrację polskiego A level. AQA to skrót na Assessment and Qualifications Alliance. By uzasadnić zlikwidowanie egzaminu polskiego po roku 2019 AQA powołuje sie na decyzję rządowego organu nadzorczego do egzaminów zwanego Ofqual. Zresztą na tej samej zasadzie AQA chce pozbyć się również egzaminów z języka hebrajskiego, pandżabi i bengalskiego. Nie myślę że obwinianie Ofqual jest słuszne. Ofqual wymagał glównie podwyższenia poziomu i unowoczesnienia egzaminów w istniejących tematach i wprowadzenia ustnych egzaminów w językach współczesnych. To drugie wynikało to z dramatycznego ubytku kandydatów zdających z języka francuskiego czy niemieckiego ze względu na malejące zainteresowanie tymi językami wśród młodzieży brytyjskiej. Drugim celem Ofqual było usunięcie egzaminów które pokrywały sie z innymi tematami. Na tej podstawie na przykład AQA zapowiedział zakończenie egzaminów A level, m.inn. z antropologii, nauk obywatelskich (Citizenship Studies), elektroniki czy biologii ludzkiej, twierdząc że pokrywają się nieco z innymi istniejącymi już dyscyplinami. Zarządcy AQA stwierdzili że poza językami kluczowymi jak francuski, hiszpański czy niemiecki, nie opłaca się im już wprowadzać zmian w egzaminie języków “podrzędnych” jak polskim czy hebrajski. W liście do Macierzy Szkolnej rzecznik AQA stwierdził że nie ma możliwości, przy tak małej frekwencji uzyskać wystarczającą ilość egzaminatorów do prowadzenia egzaminów ustnych. Nigdzie w zeszłorocznych wypowiedziach rządowego inspektoratu Ofqual, czy ich grupy doradczej ALCAB, nie słyszałem nic na temat języków “podrzędnych”. Ich komentarze o reformach w egzaminowaniu języków współczesnych ograniczało się wyłącznie do francuskiego, hiszpańskiego czy niemieckiego, czyli do języków “mainstreamowych” (tak, to językowy nowotwór polski!), a likwidowanie egzaminów miało dotyczyć tylko tych przedmiotów dla których istniały inne podobne alternatywy. Natomiast w liście do Macierzy Szkolnej w zeszłym tygodniu. AQA nie mógł zaofiarować żadnej alternatywy na język polski . W odpowiedzi Polska Macierz Szkolna podała statystyki wskazujące na dramatyczny wzrost demograficzny młodego polskiego społeczeństwa w tym kraju gdzie przeciętny wiek nowo przybyłych wynosi od 20 do 25 lat. Po podaniu znanych nam już statystyk Macierz przypomniała że zapowiada się jeszcze większa ilość kandydatów do języka A level w ciągu następnych pięciu lat. Przy współpracy z PUNO dużo nauczycieli polskich kwalifikuje się na role egzaminatorów języka polskiego w brytyjskim systemie a pewne szkoły angielskie ofiarują przygotowanie na Polish A level w normalnych godzinach szkolnych. Powody ogłoszone jako uzasadnienie na likwidację egzaminu z polskiego okazują sie bezpodstawne. Nim podejmie się jakąś akcję w obronie Polish A level warto bedzie sprawdzić jak zareagują pozostałe rady egzaminatorów na propozycję Ofqalu, a szczególnie OCR (gudżerati, perski, portugalski, holenderski, turecki) i Edexcel Pearson (współczesny grecki, włoski, japoński, urdu). Choć nie widziałem w tej sprawie wypowiedzi zespołu OCR, znawcy tych spraw potwierdzają że OCR też ma zamiar zlikwidować szereg przedmiotów, jak portugalski. W tej sprawie od Edexcel nie było jeszce wypowiedzi. Czy mamy więc występować sami, czy razem z innymi narodowościami których języki ojczyste są zagrożone? Jeżeli razem to nasza rola będzie kluczowa bo z tych wszystkich wyżej wymienionych języków nasi kandydaci z polskiego są najliczniejsi, nawet bardziej liczni niż uczniowie języka włoskiego czy arabskiego. Liczniejsi od kandydatów z języka polskiego są tylko uczniowie francuskiego, hiszpańskiego, niemieckiego, chińskiego i rosyjskiego. Dużo będzie zależało od tego jak inne mniejszości narodowe zareagują I czy będą chciały podejmować walkę z tą decyzją. Również trzeba zbadać reakcję obecnego rządu na decyzje AQA. W tym wypadku list do ministra edukacji Nicky Morgan wysłal Ambasador licząc na rychłą odpowiedż. Możliwe że pani minister podzieli nasze obawy ale możliwe jest też że to nie będzie dla niej sprawą do interwencji w sprawy czysto “administracyjne”. Wiemy jak rządy brytyjskie umieją w odpowiednim momencie uchylać się od konsekwencji własnych poczynań. Trzeba będzie wyczekać aż te dwie sprawy wyjaśnią się. Nie będzie można jeszcze rozpocząć petycję dopóki nie wiemy z kim współpracujemy i do kogo petycję kierujemy. Na razie Polska Macierz proponuje kierować protest wyłącznie do biura samego egzaminatora AQA. Z drugiej strony posłowie z opozycji jak Yvette Cooper i Tristram Hunt byli równie zaszokowani tą informacją i będą gotowi zadziałać. Obawiam się jednak że bez mocnej akcji protestacyjnej egzamin Polish A Level może przepaść. W maju nadchodzą wybory parlamentarne. Jest to szansa niemal unikalna. Będą to pierwsze wybory brytyjskie od 1992 gdzie wynik jest tak trudny do przewidzenia, i gdzie każdy poseł i każdy kandydat będzie chciał walczyć o każdy głos i będzie szukał poparcia od każdego środowiska. Będą uczuleni na kazdy powiew niezadowolenia ze strony jakiegokolwiek środowiska. Choć Polaków z brytyjskim paszportem nie jest jeszcze tak wiele ale w licznych okręgach marginesowych byle zdeterminowany głos może przeważyć szalę na jedną lub drugą stronę. We wszystkich możliwych okręgach gdzie tworzymy jakąś wspólnotę w około parafii, Domu Kombatanta czy szkoły sobotniej (a gdzie nas nie ma wyspach brytyjskich?) mamy obowiązek dać o sobie znać w tej sprawie, w przygotowaniu petycji, w rozmowach z lokalnymi mediami i w udziale spotkań z kandydatami. Trzeba będzie jeszcze zorganizować lobby posłów i lordów w budynku parlamentu, szczególnie kiedy uzyskamy poparcie od innych narodowości zagrożonych abolicją ich języka na poziomie dużej matury. Na razie czekamy na sygnał do kogo i z czym ruszyć. Jest to najwyżej kwestia paru tygodni. A potem niech ruszy nasze pospolite ruszenie wszystkich pokoleń, “tutejszych” I “nowoprzybyłych”. Aż będzie można podziękować organizacji AQA że swoim haniebnym posunięciem umożliwia nam współpracę w tej wspólnej akcji która może tylko wzmocnić spoistość naszej polskiej diaspory na Wyspach i przyspieszyć jej integrację z brytyjskim społeczeństwem. Wiktor Moszczyński 20/02/2015 Dziennik Polski

Friday, 6 February 2015

Spór o Kirkcaldy

Bennochy House, czyli Dom Kombatanta w Kirkcaldy, jest jednym z najstarszych Domów Kombatanta, zakupiony już w 1953 roku. Zafundowany został wysiłkiem lokalnych członków-żołnierzy, a przedewszystkiem ich szkockich żon. W rozmiarze Dom jest ciekawy bo stoi we własnym parku otoczony alejami drzew, wśród których znajduje się imponujący Pomnik Katyński odsłonięty w roku 1978. Budynek posiada zarówno dużą sale dla zabaw i oddzielną sale konferencyjną z własnym barem i dodatkową świetlicą dla mniejszych spotkań. Jest miejsce dla restauracji i kuchni, a w budynku odbywały się mszy św. I, co najważniejsze, lekcje lokalnej szkoły sobotniej które miały miejsce tu od początku. Budynek często odwiedzał general Maczek, któremu urządzono tu pierwszy wieczór autorski jego książki “Od podwody do czołga” i gdzie mieściła się przez wiele lat Sala Pamięci Pierwszej Dywizji Pancernej. Lokalne Koło nr 50 nawet prybrało nazwę “im. Generała Stanisława Maczka”. Koło zawsze było chojne gdy chodziło o pomoc dla Polski, szczególnie w czasie repatriacji Polaków z Rosji w latach 50-ych i w czasie stanu wojenneg., Pieczołowicie dbano o utrzymanie i stały remont budynku, jak również pomnika. Niezawodne żony i wdowy Szkotki oddawały swoje klejnoty i czas na utrzymanie życia budynku, dopilnowując aby był dochodowy. Takich Domów Kombatanta w Wielkiej Brytanii było kiedyś 36, dziś już tylko cztery są aktywne (Amersham, Bristol, Edinburgh i Kirkcaldy). Gdy zaczęły obumierać te koła i kluby SPK które nie miały siły czy zapału aby wprowadzać nowych członków z nowych pokoleń (zgodnie ze Statutem który otworzył członkostwo Stowarzyszenia nie tylko kombatantom i ich rodzinom ale wszystkim Polakom zamieszkałym w Wielkiej Brytanii którzy przyjmowali tezy i cele Statutu), Zarząd SPK czuł się zobowiązany obumarłe Koła I Kluby zamykać. Pare z nich było w żałosnym stanie, bojkotowane przez polską młodzież ze względu na nieciekawą klientelę nie polską obsiadającą zaciemnałe bary a ponure sale spotkań otoczone były szklanymi szafami pełnymi niedostępnych książek w brązowych okładkach, i portretem Królowej jeszcze z roku Koronacji. Lecz nie wszystkie kluby były w takim złym stanie. Takie jak Kirkcaldy mogłyby przy odpowiedniej inwestycji strukturalnej jeszcze zadziałać i pokryć swoje koszta. Lecz już w ostatnich dziesięciu latach ukształtowała się inna polityka Zarządu.Nie będzie się nic doinwestowywało do domów ani ze żródeł centalnych, ani lokalnych. Po roku 2004 gdy zjawił się tu nowy napływ obywateli unijnych z Polski, zaczęły powstawać zapotrzebowania na Domy Polskie jako nowe ośrodki kultury i oświaty. Może nie było to od razu oczywiste, szczególnie dla wielu nowych przybyszów którzy uważali swój pobyt na Wyspach jako tymczasowy i nie myśleli jeszcze że tu będą zakładać rodziny. Lecz już po pięciu latach było oczywiste że w takim kierunku podążają nowoprzyjezdni I już w szybkim czasie zaczęli zapuszczać tu swoje korzenie. Jak już wiemy polskie matki w Wielkiej Brytanii rodzą tu obecnie przeszło 20,000 dzieci rocznie. Z poczucia obowiązku instytucje polonijne dostosowały się do tych nowych okoliczności – parafie, Macierz Szkolna, Związek Techników, Związek Nauczycieli, POSK, instytuty muzelane, Związek Artystów, Zjednoczenie Polskie - starały się przyjmować nowych członków w swoje szeregi . Ale niestety nie Stowarzyszenie Polskich Kombatantów. Zapotrzebowania na domy kultury dla nowych przybyszów traktowali wyłącznie jako zagrożenie. Cofnęli prawo Kół do rekrutowania nowych członków i przyspieszyli zamykanie istniejących Domów Kombatanta traktując własnie deczyzje niedoinwestowania do tych starych nieco podupadłych domów I zakazu wszelkich zasadniczych remontów jako powód do określenia domów jako nierentownych. Mimo petycji I protestów z różnych okolic, nawet czasem od władz miejskich, jak w Sheffield, rok w rok zamykano pokolei każdy Dom I pospiesznie sprzedano bez największego rozgłosu, aby w żadmym wypadku nie sprzedano czy przekazano budynki w polskie ręce. Dla nich te Domy nie były sprawą ogólno-społeczną, ale wyłącznie wewnętrzną. I tak właśnie było w Kirkcaldy. Ilość aktywnych Polaków zmalała. Pokruszyły się szeregi samych kombatantów. Pozostały ich dzieci obejmujący z wielkim poświęceniem funkcje swoich rodziców. Udało się zorganizować 20 lat temu generalny remont, a w roku 2010 trzeba było przeprowadzić dalsze renowacje dekoracji i mebli z samych dochodów klubu. Klub odżył. 6 latemu wznowiono tu polską szkołę sobotnią w której uczęszcza ponad 60 dzieci. Odbywają się tygodniowe spotkania Matki i Dziecka. W każdą niedzielę restauracja jest otwarta i można zjeść tanie 3 daniowe posiłki dzięki dwum młodym kicharzom z Polski. W środę można zagrać Bingo a w czwartki są regularne wieczory muzyczne. W piątki odbywają się turnieje w sztrzałki a w innym pokoju urzędują brydżyści i wielbicieli Yogi. Raz na miesiąc spotyka się Klub Wędkarski i również brytyjska organizacja Fife Parachute Association, historycznie powiązana z Polską Brygadą Spadochronową, która traktuje Dom Kombatanta jak swoją siedzibę. W tym budynku radni i członkowie parlamentu szkockiego mają regularne godziny przyjęć dla mieszkańców miasta. Dwa late temu Klub zorganizował tu festyn polski “Family Fair” dla całego miasta. Dzieci ze szkoły występowały z tańcami I wierszami, stragany z polskim żywnością, łącznie z ciastkami domowej roboty. Autor dla dzieci Andrzej Grabowski zorganizował warsztat dla młodych i ne tak młodych, pisarzy. Młodzi inżynierowie z lokalnego Adam Smith College zorganizowali bardzo modny teraz warsztat o nowych źródłach energii. Ten festyn odbywa się teraz każdego lipca. Dom jest siedzibą polskiego życia na tym terenie. Tu corocznie odbywają się obchody świąt narodowych i kościelnych – rocznica Katynia, Trzeciego Maj, obiad wielkanocny, Święto Żołnierza, Święto Niepodległości, opłatek świąteczny, Św. Mikołaj dla dzieci i emerytów. Dochód jest nie duży choć pokrywa bieżące wydatki, łącznie z kosztami administracyjnymi Zarządu i kwartalnym tzw. “haraczem” dla PCA Ltd w Londynie. 77-letnia kierowniczka Halina Łopatowska i jej rodzina prowadzą całe przedsiębiorstwo za darmo i utrzymują się sami. Ktoś by pomyślał że stary Zarząd SPK, a teraz Dyrektorzy PCA Ltd, byliby szczęśliwi i wdzięczni, że tak długo udało się uratować i prowadzić z dochodem to przedsiębiorstwo. Ależ skąd! Osiągnięcia społeczne klubu ich nie obchodzą. To już nie stare SPK ze swoją wizją społeczną. Interesują ich tylko “długi”. Na rok 2012/2013 PCA Ltd oceniało straty bieżące na £7332, natomiast na rok 2013/2014 jako już tylko £435. Pani Łopatowska liczyła się z tym, może troche naiwnie, że przy tak zmniejszonym zadłużeniu bieżącym będzie mogła, przy ofiarowaniu własnych dodatkowych osobistych środków finansowych, zapewnić przyszłość dla szkockiego klubu. Niestety Zarząd widział to inaczej. Na grudniowym zebraniu wyciągnął ponownie sprawę historycznego zadłużenia klubu opartego o cyfry które są wciąż powtarzane ale nigdzie nie uzasadnione. O tych długach nękano już poprzednich przesów klubu z lat 90-ych, mimo że były prezes SPK Wielka Brytania, Czesław Zychowicz, zapewniał że klub będzie miał przyszłość. Na tym zebraniu poddano Panią Halinę brutalnej upokarzającej naganie za jej wysiłki w wprowadzeniu tej placówki. Zapowiedziano jej że decyzja Zarządu o zamknięciu klubu jest nieodwołalna. Pani Halina wyszła ze spotkania ciężko rozstrzęsiona. Wycieńczona stałą troską o dom, przemęczona podróżą ze Szkocji do Londynu i zestresowana wynikiem zebrania, nabawiła się zapalenia płuc i przebywała przez szereg dni w szpitalu. Do zdrowia wraca dopiero teraz. Na ostatnim zebraniu Zarządu Koła podjęto decyzję aby rozpocząć petycję do społeczeństwa i do Urzędu Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych w Warszawie aby Dom uratować od zamknięcia. Wśród 200 osób którzy dotychczas podpisały znajduje się obecny poseł i były premier Gordon Brown. Oczywiście PCA Ltd nie kieruje się tylko względami gospodarczymi. Okazuje się że ma środki na poparcie Klubu w Edynburgu, mimo jej słabej używalności lecz prezesem jest akurat członek Fundacji SPK. Pani Łopatowska natomiast nie popierała kontrowersyjnego rozwiązania starego SPK. Tym samym Fundacja SPK też nie okazuje żadnej woli ratowania tej placówki, tak jak i innych inicjatyw podjętych przez obecne Koła SPK które się jeszcze nie rozwiązały. Przy negatywnym podejsciu PCA Ltd uważam że sprawa leży w gestii Konsulatu RP aby przedstawić wniosek o odpowiednie wsparcie ze strony MSZu i Wspólnoty Polskiej, którzy przyjęli na siebie odpowiedzialność dla ratowania wartościowych placówek. Pamiętajmy że tu nie tylko chodzi o budynek polski ze szkołą sobotnią i potencjalnym ośrodkiem polskiej kultury, ale również o pomnik katyński na terenie klubu. Pod katyńskim pomnikiem leży ziemia przewieziona z miejsca kaźni w Katyniu. Co się z nią stanie? Chyba nie będzie wyrzucona na śmietnik? Wiktor Moszczyński 6 luty 2015 “Dziennik Polski”

Friday, 23 January 2015

Je ne suis pas Charlie

Marsz półtora miliona ulicami Paryża był imponujący. Maszerowała przedewszystkiem cała liberlana, młoda, idealistyczna Francja, ale nie tylko. Maszerowali też Żydzi i muzułmanie, wierzący i niewierzący, porwani emocją chwili i autentyczynym oburzeniem społeczeństwa francuskiego na zbrodnie popełnione przez islamskich terorystów w samym sercu Paryża. Uczestniczyło 40 głów państw, w tym nasza pani premier Ewa Kopacz. Tuż przy prezydencie Hollande widać maszerującego ramie w ramię z Angelą Merkel i prezydentem Palestyny Abbas’em, naszego “pierwszego Europejczyka” Donalda Tuska. Wśród maszerujących za wolność słowa i przeciw tyranii teroru był nawet wiceszef dyplomacji Arabii Saudyjskiej, najbardziej chyba obłudnej dyktatury wyznaniowej na świecie w której autentyczny liberał skazany został ostatnio na 1000 batów. W sumie około 4 miliony osób maszerowało tej niedzieli w głównych miastach Francji. Brakowało właściwie tylko prezydenta Obamy reprezentowanego jedynie przez swojego ambasadora. W tym wypadku nie docenił chwili. Najczęstrzym transparentem w tym marszu było hasło “Je suis Charlie”. Była to akt totalnej solidarności z ofiarami zbrodni w biurze tygodnika satyrycznego “Charlie Hebdo”. Przypomina słynną scene z filmu “Spartacus” kiedy więzniowie prowadzeni na ukrzyżowanie wołali masowo “Jestem Spartakusem” aby zmylić władze rzymskie. Slogan powstał na Twitterze gdzie w ciągu trzech dni był już rozpowszechiony 5 milion razy, nie tylko we Francji, ale na całym świecie. Słowa te pojawiły się w telefonach komórkowych, na portalnach mediów, na bramach i witrynach sklepów , na ogomnym ekranie wyświetlanym na murach ambasady francuskiej w Berlinie, a słowami tymi nazwano place w szeregu miastach. Był symbolem utożsamienia się wszystkich nie tylko z zamordowanymi rysownikami i redaktorem pisma “Charlie Hebdo” ale z pojęciem wolności prasy, wolności słowa, prawa do krytyki. Miał nawet swoje humorystyczne warianty jak np transparent z karteziańskim żartem “Je pense, donc je suis Charlie” (“Myślę, wobec tego jestem Charlie”). Była to riposta zbudowana na świadomości o Holocauście wpajanej ucznion szkolnym w Europie że przeciwko złu trzeba wystąpić natychmiast, nawet jeżeli ofiarą jest ktoś inny i niewygodny. Powszechnie powtarza się wypowiedz ofiary hitleryzmu, pastora Niemollera, o wystąpieniu przeciw prześladowaniu innych mniejszości aby póżniej nie pozostać sam ofiarą osamotnioną przemocy. Mimo wszystko trudno było nie mieć podziwu dla cywilnej odwagi i smiałości anonimowych inicjatorów społecznego protestu w sprawie pisma. Obywatelską decyzję podjęli młodzi idealiści aby zapobiec reakcjom bardziej przewidywalnym w formie napadów na meczety przez bojówki nacjonalistyczne. A to mogłoby nastąpić w kraju gdzie 25% wyborców francuskich gotowych są głosować na partie narodowego szowinizmu, grzmiącego już od dwudziestu lat o groźbie islamizmu. Bo jest jasne że taki scenariusz pogromów anty-islamskich chcą osiągnąć skrajni islamiści dla których największym wrogiem, poza syjonistami, jest właśnie liberalizm zachodnich instytucji. Ten liberalizm jest znienawidzony nie tylko przez wyznawców skrajnego islamu ale i przez ruchy prawicowe w Europie, przez przywódców Rosji i Chin i przez fundamentalistów religijnych różnych maści. Ruch młodych symaptyków “Charlie” podjął inicjatywę aby zapobiec temu apolikaliptycznemu scenariuszowi i wywołać gesty solidarności z całego świata. Nie wszędzie panował ten duch tolerancji. Francuski minister edukacji nakłaniał szkoły aby ucznowie uznali zbrodniczość dżhidadżystów minutą milczenia w każdej klasie. Lecz dużo szkół w przedmieściach zamieszkałych przez muzułmanów nie zgodziło się na taki gest. Co prawda większość muzułmanów w Europie potępiło zbrodnię. Trzeba przyznać jednak że Francja, która liczy niemal 10% mieszkańców religii muzułmańskiej, lecz gdzie niemal 60% więźniów pochodzi z tego środowiska, gdzie całe połacie ponurych blokowisk na peryferiach Paryża i innych miast tworzą getta arabskie w których policja francuska nie czuje się na siłach patrolować nawet za dnia, trudno byłoby się spodziewać aby humanizm francuski miał tu szansę oddziaływania. Francja jest krajem który lubi swoje absolutyzmy. Absolutna wolność, czy absolutna równość, czy absolutna symetria w architekturze, czy absolutny konformizm zcentralizowanego ustroju państwa. Wszystko, dobre czy złe, musi być absolutne. Jak już Francja miała wprowadzić po raz pierwszy Powszechne Prawa Człowieka to gotowa była te wspaniałe ideały obronić zanurzeniem się w morzu krwi. A więc jeżeli Francja w danej chwili głosi wolność słowa, to musi to być dla nich wolność niepodzielna, jak anarchiczna wolność pisma “Charlie Hebdo” Pismo, cieszące się tygodniowym nakładem 60,000 egzemplarzy nie uznawało żadnej ideologii i żadnej władzy nad sobą, za wyjątkiem ideologii zupełnej bezkarnośći za jakąkolwiek wypowiedź w swoich polemikach czy często obscenicznych karykaturach, Pismo wychodziło w każdą środę od roku 1992 i głównymi ofiarami ich napaści byli prawicowi politycy, szczególnie prezydenci Chirac i Sarkozy, i główne religie monoteistyczne, czyli Chrześcijaństwo, Judaizm i Islam. Nie liczyli się z nikim. Dwukrotnie duchowni muzułmańscy zaskarżyli pismo do sądu za rasizm i zniesławienie religii, lecz sędzia odrzucił zarzut twierdząc że pismo atakowało zasadę fundamentalizmu a nie poszczególną religię. Pismo broniło się skutecznie argumentem że wszystkie religie świata traktuje z tą samą pogardą. W roku 2011 grupa terorystów próbowała podpalić budynek w którym znajdowała się redakcja pisma. Groźby śmierci pochodziły nie tylko od muzułmanów ale równieź od Żydowskiej Ligii Obrony. Pismo szczególnie naraziło się biskupom katolickim gdy ogłosiło na pierwszej stronie rysunek Boga Ojca gwałconego przez Syna z trójkątem reprezentującym Ducha Świętego wystającym z jego odbytnicy. Masakra 9 członków redakcji i indywidualnych karykaturzystów 7 stycznia była wyjątkową zbrodnią która poruszyła opinię światową na wszystkich kontynentach. Pozostali członkowie redakcji zdecydowali opublikować nowego pisma na czas na następną środę z jeszcze większym, bo 5-milionowym nakładzie w szeregu językach. Był to wielkim aktem przekornego wyzwania. Dziennik “Liberation” zezwolił na subsydiowanie tego wydania na swoich maszynach a rząd francuski dołożył 1 milion euro do pokrycia koztów tego numeru. Niestety gest ten przekreślił dla wielu poczucie powszechnego oburzenia. Nie zezwalając na jakikolwiek kompromis pismo znów wydrukowało kpiący wizerunek proroka Mahometa na okładce wyrażającego poparcie dla pisma trzymając plakat “Je suis Charlie”.Wiadomo że dla preciętnego czytelnika na Zachodzie okładka wydawała się zupełnie nieszkodliwa, lecz dla przeciętnego mahometanina działała jak płachta na byka. Oburzyło się też wielu katolików. Papież Franciszek potępił co prawda zbrodnię ale przypomniał że “jeżeli ktoś by obrażał moją matkę, dałbym mu kuksańca.”. Brzmiało to jakby uzasadnienie użycia przemocy. Ani BBC ani gazety brytyjskie nie kwapiły się wydrukowywać ani tych, ani wcześniejszych karykatur tego pisma. Gdy francuska dziennikarka starała się pokazać frontową okładkę najnowszego “Charlie” kamery Sky News naumyślnie odwróciły się w drugą stronę. Główny dystrybutor gazet na Wyspach WH Smith odmówił prenumeratę nakładu. Oskarżono Brytyjczyków o tchórzostwo. Brytyjczycy mają też swoje tradycje wolności słowa jeszcze starsze niż we Francji. Ale Brytyjczycy nie lubią francuskiego absolutyzmu. Są przedewszystkiem pragmatykami. Pisma satyryczne jak na przykład “Private Eye” nigdy nie są komentowane w prasie poważnej; istnieją tylko na marginesie publicystyki brytyjskiej. Czy w Anglii wszelkie publikacje mają prawo wyśmiewać się z proroka Mahometa? Według prawa mają, ale, pyta brytyjski redaktor, po co? W ich oczach nie widać potrzeby ośmieszać religię islamską, w odróżnieniu od polityków muzułmańskich, bo po co prowokować niepotrzebnie ferment społeczny czy nawet rozlew krwi. Francuzi nazywają to samocenzurą; Brytyjczycy zaś rozsądkiem i dobrym wychowaniem. 5 milionowy nakład pisma wywołał łatwo przewidywalne gwałtowne protesty. Demonstracje muzułmanów nastąpiły w przeszło 30 krajach, potępiające nowy numer i w wielu wypadkach wyrażające solidarność z zamachowcami. Maszerujący atakowali francuskie ambasady i instytuty kulturalne. W Kabulu, Karachi, Chartumie, Algierze, Kairze i Ammanie było wielu rannych a w Niger tłumy protestujących zaatakowały chrześcijańskie sklepy i podpalali kościoły. Siedem osób zginęło. A było 30 rannych. Nawet najbardziej umiarkowane organizacje muzułmańskie jak British Muslim Council czuły sie do obowiązku ogłoszenia odezwy w obronie “naszego ukochanego Proroka” w którym podkreślają że “muzułmanie wieżą w wolność słowa” ale “wolność słowa nie powinna być tłumaczona jako obowiązek do obrazy”. Skrajna prawica europejska też planuje swoje kolejne protesty. Efekt powszechnej solidarności z poprzedniego weekendu prysł jak bańka mydlana. Można krytykować władze i media brytyjskie że nie podjęły w pełni do serca hasła “Je suis Charlie”, szczególnie po wydaniu nowego prowokacyjnego numeru. Ale Brytyjczycy są świadomi że w walce z ekstremistami islamskimi muszą utrzymać lojalność dla swojego ustroju ze strony znacznej większości muzułmanów i pomóc im neutralizować głosy nienawiści. A wiedzą że tego nie osiągnął jeżeli będą promować na pierwszy plan medialne potworki które wykorzystują prawo wolności prasy aby bezcelowo szarpać i poniewierać świętości innych. Wiktor Moszczyński Dziennik Polaki 23 styczeń 2015 ,. . .

Thursday, 8 January 2015

Mapy, Zdradliwe Mapy

. Historyczny wydawca atlasów Bartholomew Collins wydał specjalny atlas w języku angielskim przeznaczony na potrzeby szkół arabskich. Fizyczna mapa Palestyny przedstawia teren wschodniego Morza Śródziemnego tak jak wygląda na każdej mapie. Widać gdzie są wzgórza, gdzie pustynia, gdzie wybrzeże morskie, gdzie rzeka Jordan, gdzie Morze Martwe. Lecz na mapie podziałów politycznych europejski czytelnik mόglby zaznać szoku. Okazuje się że Jordania sięga od Iraku do Morza Śródziemnego, obejmując nawet Jerozolimę i Gazę a państwo Izrael po prostu nie istnieje. Bartholomew Collins tłumaczył że atlas miał przybliżać uczniom Bliskiego Wschodu “głębsze zrozumienie potrzeb i zagadnień tego regionu” i udostępnić im zrozumienie “ustosunkowania między społecznym środowiskiem a fizycznym i wymiaru wyzwań rejonu wobec rozwoju społeczno-gospodarczego.” “Oczywiście,” dodał, że wykazanie Izraela w takim atlasie “było nie do przyjęcia” dla “lokalnych preferencji”. Można sobie wyobrazić jak przeciętny Izraelczyk, uczulony do stopnia paranoi na historię zagładu własnego narodu, mógłby zareagować na taki podręcznik do geografii w rękach dzieci szkolnych w sąsiednich państwach. Przypomina mi to jak przez wiele lat emigranci polscy reagowali na mapy Polski w brytyjskich atlasach gdzie teren Ziem Odzyskanych określano na mapach jako teren Niemiec, lecz “under Polish administration”. Pamiętam to oburzenie i poczucie bezsilności naszych rodziców na ten “Stettin” i “Breslau”. Można też było to sobie wyobrazić jak bardzo to cieszyło kacyków PRLu, mogących uzasadnić tezy o “niemieckim rewizjonizmie” i gwarancji granic na Odrze I Nysie wyłącznie przez bratni Związek Radziecki. Ale przynajmniej nasza obecność na tych terenach została dostrzeżona; ale tu nic – bez Tel Awiwu, bez Eilatu, bez Izraela pod każdym pozorem. “Mapa to nie terytorium,” orzekł polsko-amerykański filozof Alfed Korzybski . Ta wypowiedz przypomina komentarz do obrazu Rene Magritte’a przedstawiającej fajkę utytułowaną “To nie jest fajka”. A więc to co widzimi na obrazie nie jest rzeczywistością ale tylko przedstawia rzeczywistość oczami subiektywnego artysty; to co widzimy na mapie też tylko przedstawia rzeczywistość oczami subiektywnego kartografa i to nawet wtedy kiedy kartograf przygotowuje swoją mapę w oparciu o jak najbardziej naukowy system mierzenia skomputerowanych danych geograficznych. Już w świecie antycznym mapy kształtowały świadomość elit i pouczały zwykłych śmiertelników o ich obowiązkach wobec swojej wiary czy systemu władzy. Pierwsze mapy takiego “świata” powstawały jeszcze przed nową erą w Babilonie wskazujące świat tej cywilzacji w kszałcie kwadrata otoczonego morzami. Chińskie mapy też pokazywały swój własny kraj jako centrum świata w kszałcie kwadratu. Mapy Ptolemeusza budowały świat wokół Morza Śródziemnego ale już w kształcie półkola będacego jakby żebrem wyciętym z ciała kulistego. Zaś geografowie muzułmańscy orientowali swoje mapy w zależności od Mekki w kierunku którym mają się modlić wierni pięć razy dziennie. Wczesne państwa islamskie, a szczególnie sam Kalifat, znajdowały sie na północ od Mekki i dlatego kartografowie układali mapy wskazujące na górze kierunek południowy, a więć kierunek pokłonów. Pierwsze mapy chrześcijańskie, jak XIII-wieczna “Mappa Mundi” z Hereford, wskazywały na Jerzozolimę jako centrum świata a górna część mapy zwrócona była na wschód. Mapa składa się z trzech abstrakcyjnych kontynentów - Azja (największa), Afryka i Europa - tworzące koło otoczone oceanami, lecz podzielone wyraźnie udokumentowanym Morzem Śródziemnym. Na szczycie mapy, czyli na Wschodzie, jest Bóg, otoczony aniołami, wzywający wiernych do nieba, a na spodzie grasują egzotyczne potwory z Afryki reprezentujące pogaństwo i zło. W okresie Renesansu, gdy wiadomo było już o dużo więcej o kształcie Afryki, wschodniej Azji, i wreszczie Ameryki, mapy tworzono aby uwzględnić szczególny kulisty kształt świata wyłożony artystycznie na płaskiej przestrzeni uwypuklając mimochodem kształty państw najlepiej znanych powyżej równika. Tak powstało pojęcie świata według kartografa Mercatora podkreślające ważność pólnocnych kontynentów, a więc przedewszystkiem Europy, który obowiązywało jako ogólny kształt świata w świadomości człowieka oczytanego przez następne czterysta lat, a szczególnie wtedy kiedy dołączono do tych map Amerykę Północną. Na takich byliśmy wychowani. W odpowiedzi na to powstała nowa mapa w roku 1973, zwana Projekcją Petersa która zinterpretowała rozkład kulistej skorupy nieco inaczej od Mercatora, kładąc większy nacisk na metraż prześcienny kontynentów na południu od równika. Miała to być mapa “anty-imperialna”, wykazująca w bardziej rzetelny sposób połać eksploatowanych dotychczas krajów Trzeciego Świata. Mimo protestów naukowców europejskich, ONZ przyjęło nową projekcję jako obowiązującą Już za czasów “glasnost” Gorbaczowa sowiecki naukowiec Jaszczenko przyznał że dotyczhczasowe oficjalne mapy Rosji Sowieckiej były naumyślnie zniekształcone. “Prawie wszystko zmieniano. Drogi i rzeki przesunięto na inne tory, dzielnice miast poprzestawiano, niewiernie pokazywano miasta i budynki .” Chodziło o zmylenie zagranicznych szpiegów i wywiadów wojskowych. Było to kłopotliwe dla lokalnych mieszkańców I żenujące dla rosyjskich naukowców, ale zupełnie nieskuteczne jako kamuflaż wojskowy bo najdokładniejsze mapy miast i ośrodków obrony w ZSSR posiadał CIA i wcale tego nie taił. Mapy uświadamiają i są instrumentem przekazywania wizji autorów. Najczęściej odgrywają pozytywną rolę pedagogiczną i są wyraźną ilustracją ułatwiającą przekaz złożonego argumentu czy skomplikowanej informacji. Ale w rękach ideologów mapy przeinaczają rzeczywistość, a często wprost kłamią. Nabierają wówczas życia własnego. Mogą zniekształcać obręb jednego państwa w odniesieniu do drugiego, jak np. przedwojenne mapy niemieckie reprezentujące Czechosłowację jako obce ciało zagrażające samemu sercu Trzeciej Rzeszy. Takie mapy jątrzą i prowokują, prowadzą do gwałtownych samoczynów lub wręcz wywołują wojny. Ale nawet niewinnie tworzone kreski ołówkiem na mapie mszczą się okrutnie na mieszkańcach terenów objętych tymi mapami, czasem wiele lat póżniej. Linia Mason-Dixon powstała w roku 1768 jako wspólnie uzgodniony podział między terenami dwuch brytyjskich kolonii, presbyteriańskiej Pensylwanii i katolickiej Maryland. Jeszcze wówczas Stany Zjednoczone nie istniały. Ten podział graniczny stworzyli dwaj inżynierowie angielscy Charles Mason i Jeremiah Dixon. Gdy w pierwszej połowie XIX wieku indywidualne stany zaczęły wybierać własny ustrój polityczny oparty na niewolnictwie czy braku niewolnictwa, uzgodniono że linia podziału między zróżnicowanymi stanami będzie tworzyła właśnie linia Mason-Dixon oraz przylegająca do niej na Zachodzie dolina rzeki Ohio będąca dopływem do Mississippi. Z czasem ta granica dzieliła obie strony w tytanicznym konflikcie Amerykańskiej Wojny Secesyjnej i południowe stany przyjęły na siebie dumną nazwę Dixie czy Dixieland, od nazwiska Bogu ducha winnego Jeremiah Dixon z ubiegłego wieku. Do tej pory ta niewinna kiedyś linia graniczna tworzy wyraźny punkt demarkacyjny między praktyczną uprzemysłowioną Pólnocą a romantycznym porywczym Południem. Najwięcej rozlewu krwi powstawało w wyniku granic kreślonych ołówkiem europejskich polityków na mapach Afryki w czasie konferencji w Berlinie w roku 1885 gdy dzielono między imperiami pozostałe niezbadane części świata.Sto lat pózniej te tereny odziedziczyły nowopowstałe państwa borykające się z chaosem sztucznie podzielonych szczepów i grup etnicznych. Linia podziału między Indiami a Pakistanem wykreślona na mapie przez nieznającego terenu brytyjskiego prawnika Sir Cyril Radcliffe doprowadziła do przeszło miliona ofiar komunalnych masakr. Nie lepiej było na Bliskim Wschodzie po rozbiciu Turcji. Dyplomaci zachodni Mark Sykes i Georges Picot podzielili teren według potrzeb swoich kolonialnych mocarstw tworząc zarazem sztucznie tworzone terytoria kolonialne z czasem przeinaczone w nowe państwa – Syria i Irak. Sykes wyjaśniał brytyjskim ministrom proponowany kierunek podziału “cisnąć palcem przez mapę leżącą na stole. “Chciałbym narysować linię od “e” w nazwie “Acre” do “k” w “Kirkuk”. Skutki tej linii znamy dobrze gdy okrwawione granice tych państw zanikły pod wozami pancernymi dżihadzistów okrutnego “Państwa Islamskiego”. Mamy i naszą linię graniczną, zbroczoną krwią polską, a oryginalnie pokreśloną na mapie Europy przez brytyjskiego ministra. W czasie wojny polsko-sowieckiej przestraszeni dyplomaci zachodni zaproponowali linię demarkacyjną na proponowany rozejm między Polakami a Bolszewikami. Po stronie polskiej miały być Białystok, Lublin i Lwów a po drugiej stronie Wilno, Brześc i Stanisławów. Propozycję podpisał margrabia Curzon. Obie strony odrzuciły ten podział i ostatecznie traktat ryski zupełnie zignorował Linię Curzona. Następuje haniebny rok 1943. W pertraktacjach z Churchillem i Rooseveltem Stalin wyciąga z lamusa zapomnianą już dawno linię Curzona, z tym że w tej wersji Lwów jest już po sowieckiej stronie. Churchill prosił Stalina aby się rozmyślił. “To co?” pyta Stalin, “Czy mam powiedzieć Rosjanom że jestem mniej rosyjski niż wasz Lord Curzon?” Upiory linijek kreślonych na mapie przez możnowładców-ignorantów znów mszczą się bezlitośnie na niewinnych ofiarach historii. Wiktor Moszczyński Dziennik Polski 9 styczeń 2015