
Cykl felietonow wydrukowanych w londynskim "Dzienniku Polskim" i "Tygodniu Polskim"
Wednesday, 19 February 2020
Boris “Jarosław” Johnson
Brytyjscy komentatorzy polityczni są zaszokowani kierunkiem polityki który w ostatnich tygodniach wyznaczył premier Boris Johnson. Wielu z nas, łącznie z niżej podpisanym, spodziewało się że po swoim druzgocącym zwycięstwie wyborczym, mając już w ręku wystarczające atuty władzy aby pokierować parlamentem, Johnson postara zjednać sobie skłócone społeczeństwo tak politycznie wyczerpane po Brexicie, dobierze sobie bardziej utalentowany i umiarkowany gabinet i znajdzie kompromisowe wyjście w negocjacjach handlowych z Unią Europejską. Tym czasem nasz szalony premier ze swoim wszechwładnym “Rasputinkiem w dżinsach”, Dominic’iem Cummings, zagalopował się w zupełnie innym kierunku. A kierunek jego jest podobny do modelu pana Trumpa a jeszcze bardziej do korporacyjnego modelu demokracji większościowej czyli, jednym słowem, “wschodniej”. Bo w tej chwili wiatry wiejące nad Europą wieją ze wschodu, z Rosji, Turcji, Węgier, Polski, a nawet ze wschodnich landów niemieckich.
Głownym widocznym elementem tej polityki jest centralizacja władzy. W wypadku przykładu polskiego ten kierunek jest skutkiem potrzeby dla obecnej drużyny rządzącej zniszczenia starego porządku w którym liberalizm, gospodarka wolnorynkowa i post-komunizm kojarzone są jako jedno wspólne korumpujące zło. W imieniu tek krucjaty gotowi są podeptać wszystko co stoi im w drodze: a więc niezależne media, niezależne sądownictwo, konstytucję opartą na trójpodziale władzy, komisję wenecką, biurokratów brukselskich, a jeżeli trzeba będzie, to nawet i niezależny Senat. W swoim konflikcie z Unią Europejską obecny rząd polski posuwa się tak daleko jak może aby zadowolić potrzeby swojego konfliktu z Sądem Najwyższym, wiedząc że w tej chwili unijne instytucje są osłabione Brexitem i Trumpem. Po za swoimi animozjami personalnymi i mściwą walką z liberalizmem, Jarosław Kaczyński posiada dość romantyczną interpretacją tym czym jego Polska była i czym być powinna: konserwatywna, prawa, pobożna, bezpieczna i suwerenna.
Jest tu kontrast z Johnsonem które stąpa do tętna tego samego tarabanu co Kaczyński, posiadając również tą samą mściwość wobec swoich wrogów, tę samą chęć zcentralizowania swojej władzy i ten sam narodowy romantyzm. Z tym że wartości Johnsona obejmują prawo, bezpieczeństwo i suwerenność, ale już bez tego konserwatyzmu społeczengo i bez tej pobożności. Lubuje się też, w odróżnieniu do Kaczyńskiego, wszelkimi atrybutami władzy i splendoru; kieruje się przed wszystkiem własną ambicją. Johnson jest narcyzem; Kaczyński na odwrót ascetą. Ale wojny podjazdowe Johnsona i Kaczyńskiego są rzeczywiście podobne.
Johnson i Cummings chcą wyraźnie osłabić wpływy i monopol BBC, przez stałe ataki w mediach i podważenie jej głównego źródła dochodu, w formie licencji, którą musi płacić corocznie każdy mieszkaniec posiadający telewizję. Dotychczas unikanie płacenia tej licencji było przestępstwem, nawet kryminalnym, grożącym poważną grzywną, a nawet więzieniem. Obecnie rząd Johnsona zapowiada że posiadanie licencji stanie się sprawą dobrowolną a emeryci powyżej 75 lat będą dalej mieć prawo bezpłatnego dostępu do programów BBC, z tym że tą ulgę nie będzie już pokrywał rząd, tak jak było w latach poprzednich. BBC zapowiada że w takim wypadku będzie zmuszony utrzymywać się z ogłoszeń, zamknąć wiele stacji radiowych, a szczególnie lokalnych, i zmniejszyć zasięg a nawet zamknąć niektóre kanały telewizyjne. BBC zawsze było krytykowane przez wszystkie partie polityczne co świadczyło o obiektywizmie i wysokim poziomie ich programów i dziennikarstwa. Było szanowane przez szerokie masy słuchaczy na całym świecie a zarazem obiektem nienawiści i strachu wśród rządów mających zapędy do korupcji czy dyktatury. Z redaktorami BBC Johnson ma swoje porachunki osobiste oskarżając ich o elitaryzm i polityczną stronniczość. Z drugiej strony daleko tu jeszcze do brytyjskiej wersji prorządowego TVP, o czym Johnson mógł by tylko pomarzyć.
W tym samym celu kancelaria premiera, a właściwie pan Cummings osobiście, po raz pierwszy podważyła dotychczasowe jednolite traktowanie lobby dziennikarskiego które działa na zasadzie że ma dostęp do wszystkich wypowiedzi premiera i ministrów, ale bez możliwości cytowania ich słów. Teraz Cummings wbił tu klin gdy po chamsku kazał wyprosić nie tylko dziennikarzy z pism opozycyjnych, a nawet obiektywną reprezentację Agencji Reutera.
Cummins wypowiedział dość publicznie wojnę przeciw wyższym sferom urzędników państwowych (tzw. senior civil servants). To była przewodnia grupa stojąca na straży państwowości i niepisanej konstytucji brytyjskiej. Osoby te były partyjnie neutralne i stały na czele poszczególnych departamentów rządowych lojalnych indywidualnym ministrom. Swoją współpracą zapewniali również spójność w polityce rządu jako całość. Poza tym każdy minister miał też swoich politycznych doradców. Cummings wywrócił wszystko do góry nogami. Wszyscy ci urzędnicy, bezpartyjni i partyjni, podlegają teraz bezpośrednio Cummings’owi i mogą być przez niego zwolnieni mimo że to jest normalnie przywilej wyłącznie premiera. Cummings wciąż monitoruje na co dzień ich zachowanie, zwalnia na własne widzimisię (nie dawno temu urzędniczkę ministerstwa skarbu kazał wyprowadzić z budynku pod uzbrojoną strażą) i zapowiada że sam będzie wprowadzał nowych urzędników “dziwaków” bez tradycyjnego szkolenia.
Podważył również w ten sposób niezależność ministersta skarbu, odpowiedzialnego od dwóch wieków za politykę fiskalną i gospodarkę państwa, przez zwolnienie wszystkich partyjnych doradców za jednym zamachem i zmuszając w ten sposób rezygnację niezależnego ministra finansów Sajid Javid, zastępując go politycznym pionkiem.
Johnson i Cummings obecnie planują ukrócić nezależność brytyjskich sędziów. Tą niezależność od władzy wykonawczej ustanowiono od roku 1641. Johnson nie darował sądom brytyjskim za szereg decyzji natury politycznej w czasie dramatycznych trzech lat konfliktu o Brexit. To sędziowie zmusili rząd Theresy May do konsultowania parlamentu w sprawie postępujących negocjacji o Brexicie. Sędziowie również orzekli w zeszłym roku że premier Johnson nie miał prawa zawiesić parlamentu. Johnson chce zmienić prawo tak aby rząd, a szczególnie prokuratura, mógł być konsultowany w sprawie mianowania nowych sędziów a zarazem ograniczyć prawo sędziów do kwestionowania decyzji politycznych poprzez przegląd sędziowski (“judicial review”). W zeszłym tygodniu Johnson powołał posłankę Suella Braverman na funkcję szefa prokuratory, głównie z powodu jej przeszłej mocnej krytyki zachowania sędziów którzy “chronicznie i stale naruszają sprawy polityczne”. Pani Braverman krytykuje również częsty dostęp do sądu osób którzy chcą zakwestionować decyzje urzędów panstwowych. Nie dziwiłbym się gdyby w bliskiej przyszłości nastąpiło jej spotkanie robocze z jej polskim sobowtórem Zbigniewem Ziobro.
Konsolidacja polityczna brnie dalej. Rząd ogranicza na przykład prawo strajku dla związków kolejarzy. Julian’a Smith, zdolnego ministra do spraw Północnej Irlandii, zwolnił bo Smith niespodziewanie uzyskał wsparcie wszystkich stronnictw w tej tak zpolaryzowanej prowincji i na tej podstawie doszukiwał bardziej umiarkowanego rozwiązania gospodarczego dla tej prowincji po Brexicie. Johnson brutalnie odrzuca nowe naciski ze strony rządu Szkocji gdzie rosnąca ilość mieszkańców domaga się prawa nowego referendum secesyjnego na skutek Brexitu.
Tak jak ich polski odpowiednik Johnson i jego doradca wiedzą wszystko najlepiej. Wiedzą że aby utrzymać spójność instytucji rządowych w czasie trudnych nadchodzących równoległych negocjacji handlowych z Unią Europejską i Stanami Zjednoczonymi nie ma miejsca na jakiś kompromis z innymi czynnikami nad którymi poprzednie rządy nie mały kontroli. Co może opanować to opanowuje, a co leży poze bezpośrednim zasięgiem jego władzy, jak np. opozycja w parlamencie, konfederacja brytyjskich przedsiębiorstw, związki zawodowe, niezależne inicjatywy społeczne, czy samorządy terenowe i miejskie, będzie opluwał, obsypywał drwinami i pogróżkami, i ostatecznie ignorował. Przekonany o swojej własnej nieomyślności, naćpany hucpą i pewny swojego dobrego szczęścia, Johnson wybiera drogę najbardziej jaskrawego odejścia od norm i praktyk unijnych aby zapewnić sobie tę perfecyjną suwerenność, niezależnie od tego jakie będą koszta społeczne, gospodarcze czy polityczne w tym kraju.
Jako dobry hazardzista stawia znów wszystko na jedną kartę i knebluje usta tych co wzywają go do umiaru. Na razie wygrywa, i z nikim nie musi dzielić swojego triumfu. Ale jeżeli te koszta okażą się za wysokie, z nikim równięż nie będzie mógł podzielić odpowiedzialność za klęskę.
Wiktor Moszczyński Tydzień Polski 21 luty 2020
Monday, 3 February 2020
Chimeryczna Groźba Polexitu
W czasie swojej wizyty w Londynie, wicemarszałek Sejmu, Małgorzata Kidawa-Błońska, kandydatka opozycji na prezydenta Polski, ostrzegała że ostatnie proponowane ustawy “reformujące” sądownictwo i pogardliwe wypowiedzi polityków rządowych na temat Unii Europejskiej, mogą doprowadzić ostatecznie do Polexitu, czyli do dobrowolnego, lub nie dobrowolnego, wyjścia Polski z Unii Europejskiej. W swoim Twitterze wysłanym z Londynu opublikowała swoje zdjęcie z otwartą zewnętrzną stroną tygodnika “Cooltura” z napisem “Brexit” na gwiezdnym eurobłękitnym tle i dodała znaczący komentarz “Czytam, co mógłby zgotować nam niedługo @AndrzejDuda. Dopilnuję, żeby się to nie wydarzyło.”
Do tego tematu wracała parokrotnie w piątkowych spotkaniach z prasą a potem z polskim społeczeństwem w Sali Malinowej POSKu. Nawiązała do brytyjskiego wyjścia, które oficjalnie rozpoczęło sie właśnie tego dnia, czyli 31 stycznia o 11ej wieczorem czasu brytyjskiego, i przypomniała słuchaczom że Brexit nastąpił na wskutek wewnętrznych intryg i walki o władzę w szeregach partii rządzącej w Wielkiej Brytanii. Ostrzegała że podobnie może wypaść w Polsce w wyniku intryg i walki o władze polskiej partii rządzącej. “To jest bardzo niebezpieczne dla Polski.…. Kiedyś przekroczymy tą cienką czerwoną linię i ona odgrodzi nas na stałe od UE i zostaniemy poza jej nawiasem”.
Rządowa TVP podaje w swoim portalu nagłówek “W Londynie Kidawa-Błońska straszy polexitem”. Komentatorzy prorządowi twierdzą że przyszła kandydatka na funkcję Prezydenta tylko politykuje i przesadza. Przypominają że w swych deklaracjach Prawo i Sprawiedliwość jest jak najbardziej prounijna a szczególnie to podkreśla w okresach kampanii wyborczych w roku 2015 czy 2019. Przedstawiają obecnego premiera Mateusza Morawieckiego jako wzorowego Europejczyka mówiącego o Polsce jako “bijącym sercem Europy”.
Niestety gdy dochodzi do konkretów to na każdym kroku obecny rząd wykazuje pogląd sprzeczny z głównym nurtem obecnej opinii europejskiej i obecnego prawodawstwa unijnego. Miał konflikt z dyrektywą unijną w sprawie wyciniania lasów w Białowieży, w podejściu do zmian klimatycznych, w nastawieniu wobec fal imigrantów z Bliskiego Wschodu, których kiedyś sam prezes Kaczyński oskarżał na wiecu wyborczym o noszeniu “różnego rodzaju pasożyty, pierwotniaki, które nie są groźne w organizmach tych ludzi, mogą tutaj być groźne”. Premier Beata Szydło kazała usunąć wszelkie flagi unijne ze sal swojej kancelarii, a głośna komentatorka sejmowa PiSu, Krystyna Pawłowicz, obecnie już sędzia, domagała się usunięcia flagi unijnej (“tej szmaty”) ze Sejmu. PiS rozważał nawet współpracę w Parlamencie Europejskim z grupą neofaszystowskich eurosceptyków.
Rzeczywiście więc tu Pani Kidawa Błońska ma rację. Obecne zagrania rządu w sprawie zmian w sądownictwie są wyjątkowo bezkompromisowe i prowokacyjne wobec Unii, jak by opinia Komisji Europejskiej i mediów zachodnich już się nie liczyła. Nieco wcześniej Komisja Europejska zmuszona została do zgłoszenia rządu polskiego do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości w sprawie ingerowania rządu do mianowania sędziów i do narzuconego obniżenia ich wieku emerytalnego. Chodziło tu o łamaniu demokratycznej zasady trójpodziału konstytucyjnego w którym funkcje prawodawcze, wykonawcze i sądownicze są od siebie oddzielone i powierzone niezależnym od siebie ciałom. Wówczas rząd Polski ugiął się.
Obecnie sprawa idzie głębiej. Ministerstwo Sprawiedliwości wprowadziło tzw ustawę “kagańcową” m.inn. o uruchomieniu Izby Dyscyplinarnej do ukarania czy usunięcia sędziów Sądu Najwyższego, którzy powołybywali się na regulaminy unijne gdy są w konflicie z prawem polskim. Sąd Najwyższy tego nie uznaje. Minister i zarazem prokurator generalny Zbigniew Ziobro wniósł do Trybunału Konstytucyjnego wniosek o zdelegalizowanie prawa europejskiego które zezwalało polskim sądom do zadania pytań do Trybunału Sprawiedliwości UE. Ten zakaz jest bezpośrednim wyzwaniem wobec instytucji Unii Europejskiej.
Jak dotychczas Polacy kochają Unię Europejską. W każdym sondażu poparcie członkostwa Unii jest wyższe w Polsce niż w jakimkolwiek innym państwie członkowskim. 30 stycznia br., dla przykładu, ogólnopolski sondaż telefoniczny “Faktów” TVN na pytanie “czy Pana zdaniem Polska powinna opuścić UE/pozostać w UE?” wykazał że aż 89% badanych opowiada się za pozostaniem państwa w Unii. Jedynie 6% uważa że polexit jest dobrym rozwiązaniem. Świadomy popularności członkostwa Unii i korzyści materialnych z tego płynących, Jarosław Kaczyński przestrzegał przynajmniej powierzchowną poprawność wobec członkostwa Unii Europejskiej.
Ale ambitny minister sprawiedliwości, Zbigniew Ziobro, który robi się co raz odważniejszy od czasu gdy zdobył jeszcze więcej mandatów poselskich dla swojej frakcji Solidarna Polska w koalicji Zjednoczonej Prawicy, już przechodzi przez wszelkie granice aby pchać swoją frakcję, swoją partię, a ostatecznie całe państwo polskie, w kierunku możliwej secesji od Unii. Spotkałem pana Ziobrę w Ambasadzie w roku 2005 czy 2006 gdy, nawiedzony walką z post-komunizmem, a właściwie z liberalizmem, uzasadniał w najbardziej arogancki sposób, dlaczego wówczas premier Kaczyński ma rację tworząc wspólną koalicję z moralnie skompromitowanym (w moich oczach) watażką Andrzejem Lepperem, a nie ze skompromitowanym (w jego oczach) Donaldem Tuskiem i Platformą Obywatelską. Cała jego późniejsza kariera jako minister sprawiedliwóści i prokurator generalny preżarta była wyjątkową osobistą mściwością wobec prawdziwych i domniemanych wrogów i uzależnieniem swoich inicjatyw prawnych od prywaty politycznej.
Mimo międzynarodowych protestów sędziów z całego świata maszerujących ulicami Warszawy Ziobro nie ugina się. Dalej wprowadza swoją tzw. ustawę kagańcową. Zdeterminowany Ziobro kieruje się swoją źle pojętą dumą narodową i swoją zadeklarowaną misją walki z niemal mityczną już post-komuną, mimo że, z jednym wyjątkiem, żaden z obecnych sędziów nie pełnił takiej funkcji w PRLu. To w gronie prokuratrów i sędziów wyznaczonych przez Ziobrę są byli PZPRowcy. Oczywiście system sądownictwa potrzebował reform ale raczej w administrowaniu, a mniej w personelu sędziowskim. Lecz pod hasłem walki z “anarchizacją prawodawstwa w Polsce” Ziobro sam wprowadza anarchizację w konflikcie między prawem unijnym a polskim. A siła przebicia tego zapalonego ministra jest tak mocna w obecnej aparaturze rządowej że podlegają temu zarówno kancelaria prezydenta i Sejm który przyjął jego ustawę nawet po odrzuceniu jej przez Senat. Prezes Kaczyński na razie dał mu zielone światło. To Ministerstwo Sprawiedliwości, a nie MSZ, kieruje teraz polityką europejską państwa, niezależnie od jakichkolwiek wynikających z tego konsekwencji dla Polski.
A konsekwencje mogą być poważne. Partia PiS operuje obecnie w Europie na bocznym torze. Nie posiada wpływowych sojuszników ani w Parlamencie Europejskim, ani w Komisji Europejskiej, ani w Radzie Ministrów. Jeszcze udało się ostatnio Polsce zdobyć 100 miliardów złotych z unijnego Funduszu Sprawiedliwej Transformacji na przestawienie polityki energetycznej z uzależnienia od węgla na korzyść rozwoju przzemysłów bardziej ekologicznych. Ale ważną częścią nadchodzących miesięcy będzie walka o zachowanie polskiego przydziału 7-letniego budżetu unijnego. Ostatnio przyznano Polsce 64,4 miliardów euro co oznacza już 23% cięcia w porównaniu z poprzednim unijnym budżetem. Ale w wyniku konfliktu o ustawie kagańcowej mogą być wprowadzone unijne sankcje w formie zamrożenia części tego budżetu dla Polski, jak i funduszów na tranformację ekologiczną. Będzie to miało poważny i ujemny efekt na całą gospodarkę polską, a szczególnie na polskie rolnictwo i na rejony o niskim dochodzie gospodarczym, które dotychczas korzystały z unijnych funduszów rejonowych. W międzyczasie grozi sytuacja gdzie sądy innych państw unijnych mogą nie uznawać decyzje sądów polskich. Będą nawet głosy w Komisji i w Parlamencie Europejskim proponujące zawieszenie Polski jako członka Unii. Na pewno skutki tej polityki omawiano w czasie wizyty w Polsce prezydenta Macrona.
Sondaże wskazują jak bardzo igra ze swoją popularnością partia rządząca aby zadowolić swoją misję walki z post-komuną. Chyba na długą metę Kaczyński czy Morawiecki nie będą chcieli dopuścić do takiej katastrofy aby sprowokować Unię do wydalenia Polski. To już nie byłby “polexit” ale coś jeszcze gorszego, tzw. wulgarnie “wypierpol”. Ale na krótką metę nie chcą powstrzymywać ambitnego ministra-prokuratora, bo konflikt o sądy da ich kandydatowi na prezydenta szansę zagrania roli obrońcy suwerenności Polski. I dlatego prezydent Duda ostatnio groził “Jestem prezydentem RP. Nie będą nam tutaj w obcych językach narzucali, jaki ustrój mamy mieć w Polsce i jak mają być prowadzone polskie sprawy”. Te słowa potępiono powszechnie w Europie ale wielu Polakom podobały się.
Liderzy PiSu liczą na to że nawet jeżeli Unia zagrozi sankcjami to elektorat nie odczuje tego bólu przed majowymi wyborami. Ale myślę że obawy Małgoraty Kidawy-Błońskiej są słuszne. Brexit powstał gdy, według premiera Camerona, referendum wywołało “dotychczas nieznane demony” które nie był w stanie powstrzymać. Polexit mógłby powstać przy obecnym konflikcie z ustawodawstem europejskim bo może wywołać podobne demony w Polsce które nawet Kaczyński nie będzie w stanie powstrzymać.
Wiktor Moszczyński Tydzień Polski 7 luty 2020
Wednesday, 22 January 2020
Żegnaj Ziemio
Gdy widzę naszych seniorów weteranów uczestniczących w obchodach czy przy opłatku mam poczucie wielkiej pokory i wdzięczności na myśl że tyle zawdzięczamy im i ich pokoleniu. Ale przychodzi mi wtedy również inna myśl. Przypominam sobie że gdy nasi weterani zjawili się na tym świecie jej ludność wynosiła poniżej dwȯch miliardów mieszkańców. Teraz niemal 100 lat później ilość mieszkańców wynosi 7,7 miliardów. A więc jest nas, na tej jednej biednej planecie, niemal cztery razy więcej!
Biadujemy nad zmianami klimatycznymi, nad zatruciem powietrza, nad rosnącym uzależnieniem naszego życia codziennego od smartfonów i internetu, nad eksploatacją naszej ziemi, nad zanieczyszczeniem oceanów plastykiem, nad niszczeniem naszych lasów. I słusznie. Ale rzadko mówimy o innej nadchodzącej potencjalnej katastrofie jakim jest przeludnienie naszej planety. ONZ zapowiada że przy obecnym wzroście do roku 2050, nasza ziemia będzie musiała utrzymać 10 miliardów ludzkości, czyli tego gatunku który najbardziej niszczy ten świat. Będziemy chcieli zająć jeszcze więcej miejsca dla siebie. Będziemy wymagać coraz więcej żywności, a więc jeszcze więcej wody, więcej ziemi agrarnej kosztem terenów obecnie zalesionych lub więcej gleby wyzbytej już soków pożywienia. Więcej będziemy też wykorzystywać źródła energii zarówno od paliw pochodzenia ziemskiego (węgiel, nafta), jak i ze źródeł odnawialnych (morskie fale, wiatr).
Mamy tu destrukcyjną spiralę składającą się z trzech zagrażających elementów: postępujący zanik aż połowy gatunków roślinnych i zwierzęcych, potencjalnie nieodwracalne zmiany klimatyczne i wzrost populacji w świecie. O pierwszych dwóch mówimy często, i coraz częściej młodzi aktywiści demonstrują za potrzebą wstrzymania tych kierunków. Ale o trzeciej części tego niszczycielskiego trójkąta, czyli o kryzysie demograficznym, mówi się rzadko. Jakby nie odpowiadałoby młodym entuzjastom ekologii poruszać temat rosnącej ilości porodów na świecie. W końcu prawo do rodzenia dziecka jest jedno ze zasadniczych praw w każdym społeczeństwie. Wiadomo kogo winić za zanieczyszczie atmosfery, za zatrucie wody w rzekach i jeziorach, za ścinianie lub podpalenie puszczy, za połów wielorybów, za odrzucenie konkluzji naukowców o ludzkim wkładzie do postępującego ocieplenia planety. Ale przeciwko komu mają demonstrować desperaci ekologii aby zaprzestać niepohamowany rozrost ludności? Przeciwko własnym matkom?
Przez wiele wieków ilość mieszkańców naszego globu była stała. W okresie Cezara, Michała Anioła czy Ludwika XIV ta cyfra globalna była ta sama, czyli około pȯłtora miliarda. Rodziny rodziły dzieci aby one później mogły przejąć po nich gospodarstwo i opiekować się starszymi, ale potomstwa trzeba było rodzić jak najwięcej bo duża część tych dzieci i tak wymierała z głodu czy z licznych chorób lub epidemii. Rodzenie maksymalnej ilości dzieci to był wynik nie przyjemności ale walki o przetrwanie gatunku. Wyścig polegał na tym że trzeba była przegonić ilość zgonów ilością porodów.
Jednak w latach od 1500 do 1800 ludność na świecie wzrosła o 24%, od 1800 do 1850 o 29%, od 1850 do 1900 o 37%, od 1900 do 1950 o 53%, a od 1950 do 2000 o 96%. Lecz ten zwyż demograficzny nie był wszędzie równomierny. W XIX wieku zaskakujący wzrost ludności nastąpił w bogatej Europie gdzie był największy postęp cywilizacyjny, Dlaczego? Bo Europa miała wtedy zasoby i wiedzę aby pokonać najgroźniejsze zakaźne choroby. Z czasem dzieci nie umierały z tą samą częstotliwością co wcześniej a ludzie żyli dłużej i w lepszych warunkach materialnych. Wobec tego ilość wczesnych zgonów zmalała ale ilość porodów pozostała ta sama. W tym czasie najmniejszy wzrost ludności nastąpił w Afryce gdzie dalej panowały głód, wojny i epidemie a rodziny płodziły świadome że tylko mały procent ich potomstwa przeżyje.
W XX wieku było na odwrót. Ludność Afryki i Ameryki Południowej wzrosła dramatycznie i dalej jeszcze rośnie a ilość ludności Europy, a częściowo i Ameryki Pólnocnej, ustabilizowała się. Ten trend w państwach północnych wynikał z rosnącej świadomości u rodzin, a specjalnie u kobiet, że jeżeli dzieci będą żyły dlużej i przetrwają swoich rodziców to nie trzeba już rodzić ich aż tyle. Rodziny odczuwały że im więcej mają dzieci tym większe będą koszta utrzymania i wykształcenia ich, tym dłuższy pobyt kobiet poza rynkiem pracy, tym większa szansa bezrobocia dla następnych pokoleń. Był to już okres wyemancypowanych kobiet, posiadających prawo głosu, które nie życzyły dla siebie życia obarczonego częstotliwością licznych porodów. No i jeszcze dochodzi do tego łatwiejszy dostęp do środków antykoncepcyjnych i wprowadzenie systemów emerytalnych które zwalniały potomsta od potrzeby całościowej opieki nad swoimi rodzicami w starszym wieku. Dlatego w Wielkiej Brytanii rodzi się około tylko 1,7 dzieci na każdą kobietę. W Polsce zaledwie 1,4. W takich krajach jak Niemcy czy Japonia ilość ludności zaczęła już nawet maleć. Dlatego w Polsce wprowadzono zachętę do nowych porodów przez program 500plus, z początku za każde drugie czy następne kolejne dziecko, a ostatnio nawet już za każde dziecko. Ten projekt rozruszył konsumpcję na polskim rynku, ale po czterech latach zaczyna już być obciążeniem dla polskiego budżetu a jego efekt na powiększenie ilości porodów był niemal żaden. Obecnie podobną politykę pronatalistyczną uprawiają równieź w Niemczech, Francji i Szwecji, ale subtelniej, przez udostępnienie darmowych żłobków albo ochronę miejsca pracy kobiet w ciąży i to odwraca powoli trend zniżkowy w układzie demograficznym tych państw.
Natomiast w krajach trzeciego świata, a szczególnie w Afryce, mamy wciąż dramatyczny wzrost ludności wynikający z dalszego utrzymania wysokiej liczby porodów (w Nigerii na przykład przeciętnie rodzi się pięcioro dzieci na każdą kobietę) przy względnej poprawie w poziomie życia i w opanowaniu tradycyjnych chorób śmiertelnych jak malaria, dżuma czy trąd które przedtem kontrolowały tam przyrost naturalny. W wielu państwach afrykańskich niemal połowę mieszkańców tworzą dzieci poniżej czternastu lat i ci też będą w najbliższym czasie rodzić swoje dzieci pomnażając raz jeszcze ilość mieszkańców. Ta liczebność doprowadza do konfliktów i do niskiego poziomu życia które zmuszają wielu młodych bezrobotnych mieszkańców do opuszczania swojego kraju.
W latach 70-ych ubiegłego wieku nastąpiła panika demograficzna w krajach jak Meksyk, Indonezja czy Bangladesz, do tego stopnia źe zaczęły drastycznie wymuszać obniżenie płodności kobiet przez masowe programy sterylizacji. W Indiach szczególnie, w samym tylko roku 1975, sterylizowano przymusowo przeszło 8 milionów mieszkańców. W Chinach wprowadzono ustawę zakazującą kobietom rodzenia więcej niż jednego dziecka, a ze względu na chęć uzyskania męskiego potomka wiele nowo narodzonych dziewczynek po prostu uśmiercano. Poza samym okrucieństwem ten program wypaczył demografię Chin przez wprowadzenie nadmiaru męskich potomków i brakiem kobiet. W zeszłym roku program ten złagodzono aby zezwolić na rodzenie drugiego z kolei potomka. W Iranie i w Tajlandii programy antynatalistyczne były mniej drastyczne pchane rosnącą świadomością o potrzebie ograniczenia rodziny.
Optymiści cieszą się tym że przy względnej ale rosnącej świadomości wśród kobiet, nawet w krajach trzeciego świata, i przy wzroście względnego dobrobytu, eksplozja demograficzna w tych państwach w końcu zaniknie jeszcze przed rokiem 2050. Przez następne 30 lat, o ile nie będzie większych wojen, środkowy wiek w Afryce powinien podnieść się od obecnego 18 (np w Nigerii) do normy europejskiej, czyli około 45. Drastyczne środki zapobiegania rodzenia nie byłyby nawet potrzebne.
Piękna wizja na przyszłość ale pytanie jest co teraz? Na razie ilość mieszkańców w tych krajach rośnie, masowo przenoszą się do miast gigantów gdzie głód, nędza, życie w strefie bezprawia, zatrucie spalinami czy emisja gazów cieplarnianych przeplatane są z rosnącą konsumpcją. Według 20tys. naukowców z całego świata, w opublikowanym przez nich w roku 2017 raporcie “Ostrzeżenie dla Ludzkości”, już teraz konsumujemy 170% tego co nasza ziemia może ponieść. Zaczynają się masowe migracje głodujących lecz uzbrojonych w komórki uchodźców do zamożniejszych krajów. Te z kolei ich potrzebują z powodów gospodarczych, ale boją się ich przyjąć z powodów kulturalnych, a więc i politycznych. Te napięcia wzmacniają siły nacjonalistyczne w krajach gdzie rozsądek gospodarczy i humanitaryzm radziłyby uchodźców przyjmować a nie odprawiać z powrotem.
W międzyczasie, aby przyspieszyć to obniżenie porodów w trzecim świecie trzeba byłoby przyjąć powszechny ONZowski program masowego uświadamiania każdej matki o potrzebie ograniczenia ilości swoich porodów, choćby już tylko do jednego dziecka. Dlaczego tylko jednego? Bo, według “Ostrzeżenia” naukowców, jeżeli chcemy aby obecne 7 kilka miliardów społeczeństwa żyło względnie wygodnie na podobnym poziomie dobrobytu, konsumpcji i eksploatacji naszej ziemi, co obecnie panuje w krajach północnych, to przy średnim porodzie dwójki dzieci przez każdą matkę nasza planeta nie wytrzymałaby upostoszenia gleby, wzrostu dwutlenku węgla w powietrzu ani nieuniknionych permanentnych zmian klimatycznych, łącznie z masowymi powodziami które zaleją obecnie przeludnione tereny nadmorskie. Twierdzą że jeżeli większość kobiet będzie rodzić tylko jedno dziecko, albo statystycznie pozwolimy najwyżej na 1,5 porodu dla każdej kobiety, to obecny świat jeszcze to wytrzyma. Oczywiście porada naukowców pozostaje decyzją woluntarystyczną. Nikogo nie można zmuszać. Można tylko przekonywać. Choć obawiam się że dla wielu kobiet, a szczególnie dla osób religijnych, będzie to argument nie do przyjęcia.
Inaczej co nam jeszcze zostaje? Może w ogóle opuścić tą wycieńczoną planetę? Już miliarder Jeff Bezos planuje zbudować do roku 2050 miasto z milionem mieszkańców na planecie Mars. Ale to wciąż jeszcze będzie za mało. Szukajmy następne planety.
Wiktor Moszczyński
Biadujemy nad zmianami klimatycznymi, nad zatruciem powietrza, nad rosnącym uzależnieniem naszego życia codziennego od smartfonów i internetu, nad eksploatacją naszej ziemi, nad zanieczyszczeniem oceanów plastykiem, nad niszczeniem naszych lasów. I słusznie. Ale rzadko mówimy o innej nadchodzącej potencjalnej katastrofie jakim jest przeludnienie naszej planety. ONZ zapowiada że przy obecnym wzroście do roku 2050, nasza ziemia będzie musiała utrzymać 10 miliardów ludzkości, czyli tego gatunku który najbardziej niszczy ten świat. Będziemy chcieli zająć jeszcze więcej miejsca dla siebie. Będziemy wymagać coraz więcej żywności, a więc jeszcze więcej wody, więcej ziemi agrarnej kosztem terenów obecnie zalesionych lub więcej gleby wyzbytej już soków pożywienia. Więcej będziemy też wykorzystywać źródła energii zarówno od paliw pochodzenia ziemskiego (węgiel, nafta), jak i ze źródeł odnawialnych (morskie fale, wiatr).
Mamy tu destrukcyjną spiralę składającą się z trzech zagrażających elementów: postępujący zanik aż połowy gatunków roślinnych i zwierzęcych, potencjalnie nieodwracalne zmiany klimatyczne i wzrost populacji w świecie. O pierwszych dwóch mówimy często, i coraz częściej młodzi aktywiści demonstrują za potrzebą wstrzymania tych kierunków. Ale o trzeciej części tego niszczycielskiego trójkąta, czyli o kryzysie demograficznym, mówi się rzadko. Jakby nie odpowiadałoby młodym entuzjastom ekologii poruszać temat rosnącej ilości porodów na świecie. W końcu prawo do rodzenia dziecka jest jedno ze zasadniczych praw w każdym społeczeństwie. Wiadomo kogo winić za zanieczyszczie atmosfery, za zatrucie wody w rzekach i jeziorach, za ścinianie lub podpalenie puszczy, za połów wielorybów, za odrzucenie konkluzji naukowców o ludzkim wkładzie do postępującego ocieplenia planety. Ale przeciwko komu mają demonstrować desperaci ekologii aby zaprzestać niepohamowany rozrost ludności? Przeciwko własnym matkom?
Przez wiele wieków ilość mieszkańców naszego globu była stała. W okresie Cezara, Michała Anioła czy Ludwika XIV ta cyfra globalna była ta sama, czyli około pȯłtora miliarda. Rodziny rodziły dzieci aby one później mogły przejąć po nich gospodarstwo i opiekować się starszymi, ale potomstwa trzeba było rodzić jak najwięcej bo duża część tych dzieci i tak wymierała z głodu czy z licznych chorób lub epidemii. Rodzenie maksymalnej ilości dzieci to był wynik nie przyjemności ale walki o przetrwanie gatunku. Wyścig polegał na tym że trzeba była przegonić ilość zgonów ilością porodów.
Jednak w latach od 1500 do 1800 ludność na świecie wzrosła o 24%, od 1800 do 1850 o 29%, od 1850 do 1900 o 37%, od 1900 do 1950 o 53%, a od 1950 do 2000 o 96%. Lecz ten zwyż demograficzny nie był wszędzie równomierny. W XIX wieku zaskakujący wzrost ludności nastąpił w bogatej Europie gdzie był największy postęp cywilizacyjny, Dlaczego? Bo Europa miała wtedy zasoby i wiedzę aby pokonać najgroźniejsze zakaźne choroby. Z czasem dzieci nie umierały z tą samą częstotliwością co wcześniej a ludzie żyli dłużej i w lepszych warunkach materialnych. Wobec tego ilość wczesnych zgonów zmalała ale ilość porodów pozostała ta sama. W tym czasie najmniejszy wzrost ludności nastąpił w Afryce gdzie dalej panowały głód, wojny i epidemie a rodziny płodziły świadome że tylko mały procent ich potomstwa przeżyje.
W XX wieku było na odwrót. Ludność Afryki i Ameryki Południowej wzrosła dramatycznie i dalej jeszcze rośnie a ilość ludności Europy, a częściowo i Ameryki Pólnocnej, ustabilizowała się. Ten trend w państwach północnych wynikał z rosnącej świadomości u rodzin, a specjalnie u kobiet, że jeżeli dzieci będą żyły dlużej i przetrwają swoich rodziców to nie trzeba już rodzić ich aż tyle. Rodziny odczuwały że im więcej mają dzieci tym większe będą koszta utrzymania i wykształcenia ich, tym dłuższy pobyt kobiet poza rynkiem pracy, tym większa szansa bezrobocia dla następnych pokoleń. Był to już okres wyemancypowanych kobiet, posiadających prawo głosu, które nie życzyły dla siebie życia obarczonego częstotliwością licznych porodów. No i jeszcze dochodzi do tego łatwiejszy dostęp do środków antykoncepcyjnych i wprowadzenie systemów emerytalnych które zwalniały potomsta od potrzeby całościowej opieki nad swoimi rodzicami w starszym wieku. Dlatego w Wielkiej Brytanii rodzi się około tylko 1,7 dzieci na każdą kobietę. W Polsce zaledwie 1,4. W takich krajach jak Niemcy czy Japonia ilość ludności zaczęła już nawet maleć. Dlatego w Polsce wprowadzono zachętę do nowych porodów przez program 500plus, z początku za każde drugie czy następne kolejne dziecko, a ostatnio nawet już za każde dziecko. Ten projekt rozruszył konsumpcję na polskim rynku, ale po czterech latach zaczyna już być obciążeniem dla polskiego budżetu a jego efekt na powiększenie ilości porodów był niemal żaden. Obecnie podobną politykę pronatalistyczną uprawiają równieź w Niemczech, Francji i Szwecji, ale subtelniej, przez udostępnienie darmowych żłobków albo ochronę miejsca pracy kobiet w ciąży i to odwraca powoli trend zniżkowy w układzie demograficznym tych państw.
Natomiast w krajach trzeciego świata, a szczególnie w Afryce, mamy wciąż dramatyczny wzrost ludności wynikający z dalszego utrzymania wysokiej liczby porodów (w Nigerii na przykład przeciętnie rodzi się pięcioro dzieci na każdą kobietę) przy względnej poprawie w poziomie życia i w opanowaniu tradycyjnych chorób śmiertelnych jak malaria, dżuma czy trąd które przedtem kontrolowały tam przyrost naturalny. W wielu państwach afrykańskich niemal połowę mieszkańców tworzą dzieci poniżej czternastu lat i ci też będą w najbliższym czasie rodzić swoje dzieci pomnażając raz jeszcze ilość mieszkańców. Ta liczebność doprowadza do konfliktów i do niskiego poziomu życia które zmuszają wielu młodych bezrobotnych mieszkańców do opuszczania swojego kraju.
W latach 70-ych ubiegłego wieku nastąpiła panika demograficzna w krajach jak Meksyk, Indonezja czy Bangladesz, do tego stopnia źe zaczęły drastycznie wymuszać obniżenie płodności kobiet przez masowe programy sterylizacji. W Indiach szczególnie, w samym tylko roku 1975, sterylizowano przymusowo przeszło 8 milionów mieszkańców. W Chinach wprowadzono ustawę zakazującą kobietom rodzenia więcej niż jednego dziecka, a ze względu na chęć uzyskania męskiego potomka wiele nowo narodzonych dziewczynek po prostu uśmiercano. Poza samym okrucieństwem ten program wypaczył demografię Chin przez wprowadzenie nadmiaru męskich potomków i brakiem kobiet. W zeszłym roku program ten złagodzono aby zezwolić na rodzenie drugiego z kolei potomka. W Iranie i w Tajlandii programy antynatalistyczne były mniej drastyczne pchane rosnącą świadomością o potrzebie ograniczenia rodziny.
Optymiści cieszą się tym że przy względnej ale rosnącej świadomości wśród kobiet, nawet w krajach trzeciego świata, i przy wzroście względnego dobrobytu, eksplozja demograficzna w tych państwach w końcu zaniknie jeszcze przed rokiem 2050. Przez następne 30 lat, o ile nie będzie większych wojen, środkowy wiek w Afryce powinien podnieść się od obecnego 18 (np w Nigerii) do normy europejskiej, czyli około 45. Drastyczne środki zapobiegania rodzenia nie byłyby nawet potrzebne.
Piękna wizja na przyszłość ale pytanie jest co teraz? Na razie ilość mieszkańców w tych krajach rośnie, masowo przenoszą się do miast gigantów gdzie głód, nędza, życie w strefie bezprawia, zatrucie spalinami czy emisja gazów cieplarnianych przeplatane są z rosnącą konsumpcją. Według 20tys. naukowców z całego świata, w opublikowanym przez nich w roku 2017 raporcie “Ostrzeżenie dla Ludzkości”, już teraz konsumujemy 170% tego co nasza ziemia może ponieść. Zaczynają się masowe migracje głodujących lecz uzbrojonych w komórki uchodźców do zamożniejszych krajów. Te z kolei ich potrzebują z powodów gospodarczych, ale boją się ich przyjąć z powodów kulturalnych, a więc i politycznych. Te napięcia wzmacniają siły nacjonalistyczne w krajach gdzie rozsądek gospodarczy i humanitaryzm radziłyby uchodźców przyjmować a nie odprawiać z powrotem.
W międzyczasie, aby przyspieszyć to obniżenie porodów w trzecim świecie trzeba byłoby przyjąć powszechny ONZowski program masowego uświadamiania każdej matki o potrzebie ograniczenia ilości swoich porodów, choćby już tylko do jednego dziecka. Dlaczego tylko jednego? Bo, według “Ostrzeżenia” naukowców, jeżeli chcemy aby obecne 7 kilka miliardów społeczeństwa żyło względnie wygodnie na podobnym poziomie dobrobytu, konsumpcji i eksploatacji naszej ziemi, co obecnie panuje w krajach północnych, to przy średnim porodzie dwójki dzieci przez każdą matkę nasza planeta nie wytrzymałaby upostoszenia gleby, wzrostu dwutlenku węgla w powietrzu ani nieuniknionych permanentnych zmian klimatycznych, łącznie z masowymi powodziami które zaleją obecnie przeludnione tereny nadmorskie. Twierdzą że jeżeli większość kobiet będzie rodzić tylko jedno dziecko, albo statystycznie pozwolimy najwyżej na 1,5 porodu dla każdej kobiety, to obecny świat jeszcze to wytrzyma. Oczywiście porada naukowców pozostaje decyzją woluntarystyczną. Nikogo nie można zmuszać. Można tylko przekonywać. Choć obawiam się że dla wielu kobiet, a szczególnie dla osób religijnych, będzie to argument nie do przyjęcia.
Inaczej co nam jeszcze zostaje? Może w ogóle opuścić tą wycieńczoną planetę? Już miliarder Jeff Bezos planuje zbudować do roku 2050 miasto z milionem mieszkańców na planecie Mars. Ale to wciąż jeszcze będzie za mało. Szukajmy następne planety.
Wiktor Moszczyński
Wednesday, 8 January 2020
Powstaniec na Opłatku
Nadszedł sezon świąteczny. A u nas sezon świąteczny to sezon opłatków. Co roku dla długosdystansowych “opłatkowiczów” polskiego Londynu sezon zaczyna się już w pierwszej połowie grudnia w okazałym POSKu, potem w Ambasadzie, a na początku stycznia następują obchody Zjednoczenia Polskiego, polskich środowisk kombatanckich (Studium Spraw Polskich, Karpatczycy, Lotnicy, również na terenie POSKu), i indywiduanych parafii, organizacji katolickich i szkół sobotnich. Sezon zamyka się tradycyjnie na Opłatku Rektorskim na Devonia Road.
Mimo szarej pogody, natrętnego zimna i sporadycznej pluchy, zasłużeni społecznicy ciągną sznurkiem na jak najwięcej uroczystości na które dostali zaproszenie aby jeszcze raz, przy łamanym opłatku i mocnym uścisku, życzyć swoim znajomym i współpracownikom zdrowia, sukcesów, pomyślności, “a przed wszystkiem (powtarzają) zdrowia”. Gdy krążymy od sąsiada do sąsiada, od stołu do stołu, witając i ściskająć w szczerym objęciu wszystkich z którymi wspólpracowaliśmy czy użeraliśmy się przez resztę roku, wszelkie pozostające animozje toną we fali wylewnej serdeczności i dobrego samopoczucia. Piękna tradycja chrześcijańska i narodowa. Przy każdej okazji na terenie POSKu obecny będzie Ambasador lub Konsul i przelotna wizyta gospodarza domu, czyli prezesa Joanny Młudzińskiej, następnie modlitwa i poświęcenie opłatka a przy uniwersalnych uściskach konieczne przytulenie naszych “national treasures” jak Marzenny Schejbal, Ireny Delmar, Bożeny Laskiewicz czy Lili Pohlmann, poczym następuje występ artystyczny lub naukowy, a na koniec kolędujemy rozegrzani winkiem i ciepłym obiadkiem (u Rektora to nawet nie obiad, raczej uczta).
W tym roku co prawda Ambasada wyskoczyła z mety pierwsza wcześniejszym opłatkiem, ale sezon już jest w pełnym toku. W POSKowej uroczystości na przykład nacieszyliśmy się występem roześmianych małoletnich aktorów obchodzących 60-lecie Teatru dla Dzieci Syrena, obecnie pod egidą wieloletniego kierownika Krystyny Bell.
Ciekawa niespodzianka czekała nas też w tradycyjnym opłatku Studium Polski Podziemnej gdzie w pełniutkej Sali Malinowej nasza niesłychanie energiczna pani Marzenna rozsadzała gości przy stołach a jej koleżanka Eugenia Maresch zaprezentowała nam fanty z loterii i najnowszy skarb Studium, czyli młodego zapalonego historyka, dr Karolinę Trzeskowską, autora monografii o szefie propagandy Powstania, Tadeuszu Żeńczykowskim-Zawadzkim.
Znałem jego dobrze z widzenia. Miał donośny głos, a poza tym był postawnym wysokim mężczyzną trzymającym się prosto mimo swego wieku. Nawet współpracowałem z nim w Radzie Powierników Polskiej Fundacji Kulturalnej nim jego nie wygryzł przewodniczący Stefan Soboniewski. Widać że go to bardzo zabolało, że już był niepotrzebny i bardzo było mi go wtedy żal. Niedługo potem, zmorzony chorobą, zmarł. Wiedziałem też że był we władzach Armii Krajowej w czasie Powstania, że zbiegł z kraju w następnym roku i że był wieloletnim pracownikiem Radia Wolnej Europy. Wiedziałem ponadto że był jednym z założycieli Stowarzyszenia Polskich Kombatantów w Wielkiej Brytanii. I nie wiele więcej.
Z biografii Karoliny Trzeskowskiej dowiedziałem się szereg rewelacji. Słyszałem teraz o jego działalnośći wydawniczej i propagandowej w OZONie, czyli w obozie piłsudczyków, w latach 30-ych. Był nawet najmłodszym posłem w ostaniej kadencji Sejmu w latach 1938-1939, i pełnił funkcję sekretarza ostatnich ustaw Drugiej Rzeczpospolityej. Autorka ze zgorszeniem zacytowała uchwałę Sejmu o “konieczności radykalnego zmniejszenia żydów w Polsce drogą masowej emigracji,” którą bohater jej książki pomagał uchwalić. Autorka uważa że te poglądy Żeńczykowski promował z powodu swojej obiecującej kariery mimo że kontrastowały dramatycznie z jego poglądami z lat 20ych kiedy jako uczeń szkolny występował przeciw bojówkarzom endeckim blokującym dostęp przezydenta Narutowicza do Sejmu czy później jako założyciel Związku Młodych Prawników i członek Związku Polskiej Młodzieży Demokratycznej. Ta negatywna ewolucja poglądów wynikała z jego bezgranicznej wiary w gwiazdę Józefa Piłsudskiego którego zachowanie też przechodziło ewolucję w wyniku kontaktu z realiami problemów Drugiej Rzeczpospolitej. Z drugiej strony uchwały Sejmu w roku 1938 nastąpiły w cztery lata po śmierci Marszałka kiedy jego spadkobiercy zachowali wierność jego tradycji patriotycznej ale nie odziedziczyli jego rozsądku.
W okresie przedwojennym Żeńczykowski też był znany jako redaktor naczelny “Podchorążaka”, a potem jako wydawca poczytnego “Strzelca”, który był oficjalnym tygodnikiem Związku Strzeleckiego. Wykazywał w tych funkcjach błyskotliwość w redagowaniu i rozszerzeniu nakładu (dziś mówiono by o “marketingu”) tych pism, ale również posiadał zdolności organizacyjne. Umiał kierować dużymi zespołami i dbał aby pisma były dochodowe i nie potrzebowały dotacji. Nawet gdy publikował już pisma odgrywające rolę tuby obozu rządzącego, jak “Wieś Polska” czy “Robotnik Polski”, tworzył z nich poradniki zawierające bardzo praktyczne informacje zawodowe czy prawne przez które mógł łatwiej przekazywać wątki polityczne. W ogóle Żeńczykowski był wyjątkowo wyczulony na interesy robotników i chłopów organizując dla nich dla przykładu rejsy po Bałtyku czy specjalne nagrody pieniężne, zwięksając w ten sposób elektorat sanacji. Stanisław Mackiewicz nawet nazwał go po wojnie “Goebbelsem” OZONu co spowodowało sprawę w brytyjskim sądzie o szkalenie jego nazwiska. Sprawę wygrał Żeńczykowski.
Żeńczykowski miał dwie szczególnie zaszczytne role. Pierwszą to jako oficjalny propagandzista polskiego podziemia. Po czynnym udziale w obronie Warszawy Żeńczykowski przeszedł do konspiracji. Przy AKowskim Biurze Informacji i Propagandy był odpowidzialny za akcję “N” w której szerzył czarną propagandę dla żołnierzy Wehrmachtu w języku niemieckim. Wprowadzał zamęt dezinfornacyjny w ich szeregach, zapowiadając pucz wojskowy przeciw Nazistom i grożąc imiennie specyficznym zbrodniarzom egzekucją. Dokumenty miałyby niby pochodzić od tajemniczej niemieckiej organizacji oporu. Ta akcja trzymana była w głębokiej tajemnicy, nawet przed pozostałymi organizacjami podziemnymi. Był chyba polskim prekursorem modnego dzisiaj “false news”, ale w dobrej sprawie. Na pewno byłby teraz mistrzem Twittera. Gdy już było widać że Niemcy przegrywają wojnę, wprowadził podobny projekt, zwany Akcją R, w której wysyłano dezinformacje w języku rosyjskim dla czerwonoarmistów A w czasie Powstania był odpowiedzialny za ulotki, plakaty, programy radiowe i za ekipy fotoreportarskie które utrzymywały na duchu osaczonych powstańców i przekazywały informacje i depesze AK szerszemu otoczeniu, łącznie z polskim Londynem.
Pod okupacją a pózniej już na emigracji powrócił znów do postępowych bardziej liberalnych poglądów swojej młodości, nigdy jednak nie tracąc swojej lojalności wobec kultu Piłsudskiego. W Londynie był aktywnym członkiem liberalnego stronnictwa Niepodległość i Demokracja która była krytycznie nastawiona do rządu emigracyjnego. Przez szereg lat po wojnie był stałym korespondentem krajowym “Dziennika Polskiego” a później przez przeszło 20 lat pełnił funkcję kierownika polskiej sekcji Radia Wolnej Europy w Monachium. Był to jakby dalszy ciąg podziemnej działalności Akcji R. Zajmował się walką z indoktrynacją komunistyczną I podtrzymaniem duchu oporu w społeczeństwie. Dlatego był, jak pisała autorka, “na celownikiu władz komunistycznych”. Obliczono że na rozpracowywanie Żeńczykowskiego wywiad komunistyczny wydał “ogółem 1047,90 franków francuskich, 2268 franków belgijskich oraz 950 złotych”. Pieniądze wyrzucone w błoto. Żeńczykowski należał do tych niezłomnych u których żadna pokusa czy groźba nie mogła ściągnąć z drogi walki z dyktaturą komunistyczną.
Była to świetna biografia pokazująca blaski, i niektóre cienie, tej wyjątkowej postaci, nadawającej charakterystyczną postawę i działalność żołnierskiej emigracji powojennej. Mam nadzieję że jej praca o Żeńczykowskim będzie dopiero pierwszą z wielu równie ciekawych monografii o tych skuteczniejszych działaczach niepodległościowych. Liczę na to źe Studium ze swojej czytelni otoczonej przeciężonymi półkami i pożółkłymi archiwami wykluje jeszcze niejednego tak cennego młodego adepta historii.
A mnie już ciągnie do następnej okazji dzielenia się opłatkiem. Bo wiem że czeka mnie nie tylko piękna tradycja, nie tylko szansa spotkania starych znajomych, a zarazem nowych, w tak ciepłej przyjaznej atmosferze, ale też możliwość zaznania jakiegoś nowego emocjonalnego przeżycia podobnego do naszych dzieci z Teatru Syrena czy sympatycznych nowych talentów historycznych i literackich jak dr Karolina Trzeskowska. Tym samym życzę wszystkim czytelnikom, a szczególnie tym którym nie spotkam w tym miesiącu na opłatku, dużo zdrowia, energii i pozytywnych myśli w nadchodzącym roku. Będziemy je potrzebować.
Wiktor Moszczyński Tydzień Polski 9 styczeń 2020
Friday, 13 December 2019
Hazardzista wygrywa, ale czy UK też wygrywa?
Boris Johnson zagrał “va banc” i wygrał wszystko. Co prawda uzyskał tylko 43% głosów przy frekwencji 67% wyborców ale zdobył absolutną większość w parlamencie, a jego przeciwnicy w Partii Pracy i w partii Lib-Demów ponieśli druzgocącą klęskę. Wszyscy jego niezależni pro-europejscy kandydaci też stracili mandaty poselskie. Mimo braku zaufania wykazanego w sondażach co do jego prawdowmówności, mimo swoich clownowskich wybryków i gaf, i mimo unikania udziału w debatach telewizyjnych, elektorat angielski i walijski, a szczególnie wśród głosów robotników w północnych okręgach tradycyjnie labourzystowskich, zaufał jemu bardziej niż przywódcy Partii Pracy, Jeremy Corbyn, i to ostatecznie zaważyło na jego zwycięstwo. W ten sposób okręgi które najwięcej straciły w czasie dziesięciolecia zaciskania pasa przez Torysów teraz obdarzyły ich swoimi głosami, wciąż zwalając winę za ich niedolę na Unię Europejską. Elektorat przekonał się do Johnsona na tyle że uważa że on Brexit wreszcie przeprowadzi, że Wielka Brytania wyjdzie ostatecznie z Unii Europejskiej w trzy lata po referendum, a co będzie potem, to że się jeszcze ukaże.
Elektorat nie kupił kosztownych obiecanek Corbyna ani jego niezdecydowaną postawę w sprawie Brexitu i darzył mu historycznie najniższym zaufaniem dla szefa opozycji od czasu powstania sondaży. Partia Pracy otrzymała 32% poparcia tracąc 55 mandatów i uzyskała najniższe poparcie wyborcze od roku 1935. Przy licytacji na niepopularność i na braku wierzytelności Corbyn znacznie prześcignął Johnsona. Dlatego Johnson mimochodem uzyskał podobnie wysokie poparcie do tego którego niemal 50 lat temu uzyskała pani Thatcher po zwycięstwie w Falklandach. Nic dziwnego że niektórzy zwycięzcy kandydaci konserwatywni osobiście dziękowali Corbynowi za jego wkład w ich zwycięstwo.
Ze względu na zakończenie niepewności w sprawie Brexitu funt zyskał na wartości po ogłoszeniu wyników ale przywódcy w świecie biznesu nie są zachwyceni tym zwycięstwem bo woleliby aby Wielka Brytania pozostała w Unii. Będą naciskać na rząd aby postarał się trzymać jak najbliżej umowy celnej i przepisów unijnych lecz nadchodząca wojna domowa w Partii Pracy i wynikająca z tego słabość partii opozycji w parlamencie może utrudnić wywieranie nacisku na rząd aby utrzymał paralele z unijnymi regulaminami. Johnson będzie odporny na wszelkie naciski ale jego zwycięstwo oznacza że nie będzie też uzależniony od fanatyków twardego Brexitu we własnej partii.
Przed końcem stycznia zatwierdzi wyjście z Unii ale w lutym przeprowadzi czystkę we własnym gabinecie i nie jest wykluczone że postara się uzyskać poparcie od rozsądniejszych doradców niż ci którzy dotychczas jego sterowali. Musi zacząc wprowadzać nowe inwestycje w szkolnictwie, służbie zdrowia i w rozszerzeniu ilości policjantów zapowiedziane w wyborach, załagodzić konfrontację ze Szkocją która będzie dążyła do niepodległości, uregulować niejsne rozwiązanie umowy unijnej w Północnej Irlandii i rozpocząc negocjacje o umowy handlowe zarówno z Unią i ze światem zewnętrznym, a szczególnie ze Stanami Zjednoczonymi.
Pytania zostają na które dotychczas nie było odpowiedzi bo nowy premier kierował się dotychczas interesem swojej Partii a przed wszystkim działał na korzyść swojej własnej kariery. Po tym zwycięstwie Johnson, uwolniony od nacisków zewnętrznych, będzie mógł działać bardziej zgodnie z interesem państwa. Kierując się własną oceną, własnym doświadczeniem i własnymi uprzedzeniami, może ujawnić nową osobowość. Jako były burmistrz Londynu wykazał swoje liberalne, tolerancyjne, społecznie scalające oblicze i to może teraz wykazać ponownie. W tej sytuacji nie można wykluczyć że ewentualny Brexit zmięknie, stosunki z Unią mogą być porównywalne do norweskich a umowa z USA nie podważy potrzebę europejskich regulaminów chroniących środowisko i prawa robotników.
Pozostaje wciąż znak zapytania dotyczący przyszłej polityki imigracyjnej i przyszli przyjezdni, np. z Polski, nie będą podzielać uprzywilejowanego statusu Polaków przebywających tu obecnie. Natomiast Polacy tu zamieszkali, o ile załawią dla siebie status osiadły przed kóncem roku 2020, będą mogli liczyć jeszcze na ochronę prawa unijnego na najbliższe siedem lat dla siebie i dla swoich rodzin. Nie będzie jednak łatwo. Mogą walczyć jeszcze z przepisami Home Office a wielu zazna co raz większą dyskryminację. Czy Johnson zareaguje na to jak multikulturalny Johnson londyński, stojący w ich obronie, czy jako Johnson Brexitowski kwestionujący ich rzekome przywileje tak jak wypowiadał się w trzy dini przed końcem wyborów? Teraz trzeba będzie mu to skonfrontować aby uzyskać wyjaśnienie co do jego przyszłych stosunków do praw obecnych obywateli unijnych.
Wiktor Moszczyński Londyn 13/12/2019
Elektorat nie kupił kosztownych obiecanek Corbyna ani jego niezdecydowaną postawę w sprawie Brexitu i darzył mu historycznie najniższym zaufaniem dla szefa opozycji od czasu powstania sondaży. Partia Pracy otrzymała 32% poparcia tracąc 55 mandatów i uzyskała najniższe poparcie wyborcze od roku 1935. Przy licytacji na niepopularność i na braku wierzytelności Corbyn znacznie prześcignął Johnsona. Dlatego Johnson mimochodem uzyskał podobnie wysokie poparcie do tego którego niemal 50 lat temu uzyskała pani Thatcher po zwycięstwie w Falklandach. Nic dziwnego że niektórzy zwycięzcy kandydaci konserwatywni osobiście dziękowali Corbynowi za jego wkład w ich zwycięstwo.
Ze względu na zakończenie niepewności w sprawie Brexitu funt zyskał na wartości po ogłoszeniu wyników ale przywódcy w świecie biznesu nie są zachwyceni tym zwycięstwem bo woleliby aby Wielka Brytania pozostała w Unii. Będą naciskać na rząd aby postarał się trzymać jak najbliżej umowy celnej i przepisów unijnych lecz nadchodząca wojna domowa w Partii Pracy i wynikająca z tego słabość partii opozycji w parlamencie może utrudnić wywieranie nacisku na rząd aby utrzymał paralele z unijnymi regulaminami. Johnson będzie odporny na wszelkie naciski ale jego zwycięstwo oznacza że nie będzie też uzależniony od fanatyków twardego Brexitu we własnej partii.
Przed końcem stycznia zatwierdzi wyjście z Unii ale w lutym przeprowadzi czystkę we własnym gabinecie i nie jest wykluczone że postara się uzyskać poparcie od rozsądniejszych doradców niż ci którzy dotychczas jego sterowali. Musi zacząc wprowadzać nowe inwestycje w szkolnictwie, służbie zdrowia i w rozszerzeniu ilości policjantów zapowiedziane w wyborach, załagodzić konfrontację ze Szkocją która będzie dążyła do niepodległości, uregulować niejsne rozwiązanie umowy unijnej w Północnej Irlandii i rozpocząc negocjacje o umowy handlowe zarówno z Unią i ze światem zewnętrznym, a szczególnie ze Stanami Zjednoczonymi.
Pytania zostają na które dotychczas nie było odpowiedzi bo nowy premier kierował się dotychczas interesem swojej Partii a przed wszystkim działał na korzyść swojej własnej kariery. Po tym zwycięstwie Johnson, uwolniony od nacisków zewnętrznych, będzie mógł działać bardziej zgodnie z interesem państwa. Kierując się własną oceną, własnym doświadczeniem i własnymi uprzedzeniami, może ujawnić nową osobowość. Jako były burmistrz Londynu wykazał swoje liberalne, tolerancyjne, społecznie scalające oblicze i to może teraz wykazać ponownie. W tej sytuacji nie można wykluczyć że ewentualny Brexit zmięknie, stosunki z Unią mogą być porównywalne do norweskich a umowa z USA nie podważy potrzebę europejskich regulaminów chroniących środowisko i prawa robotników.
Pozostaje wciąż znak zapytania dotyczący przyszłej polityki imigracyjnej i przyszli przyjezdni, np. z Polski, nie będą podzielać uprzywilejowanego statusu Polaków przebywających tu obecnie. Natomiast Polacy tu zamieszkali, o ile załawią dla siebie status osiadły przed kóncem roku 2020, będą mogli liczyć jeszcze na ochronę prawa unijnego na najbliższe siedem lat dla siebie i dla swoich rodzin. Nie będzie jednak łatwo. Mogą walczyć jeszcze z przepisami Home Office a wielu zazna co raz większą dyskryminację. Czy Johnson zareaguje na to jak multikulturalny Johnson londyński, stojący w ich obronie, czy jako Johnson Brexitowski kwestionujący ich rzekome przywileje tak jak wypowiadał się w trzy dini przed końcem wyborów? Teraz trzeba będzie mu to skonfrontować aby uzyskać wyjaśnienie co do jego przyszłych stosunków do praw obecnych obywateli unijnych.
Wiktor Moszczyński Londyn 13/12/2019
Wednesday, 4 December 2019
Apel Przedwyborczy dla Polaków w Wielkiej Brytanii
Największym niebezpieczeństwem dla Polaków w Wielkiej Brytanii w wyborach parlamentarnych odbywających się 12 grudnia br. pozostaje bezkonkurencyjnie druzgocące zwycięstwo premiera konserwatywnego Borisa Johnsona. Jego celem byłoby wykonanie Brexitu, czyli wyjścia z Unii Europejską, przed końcem stycznia 2020.
Katastrofalna umowa którą zawarł z Unią Europejską zapowiada wyjście z Unii Celnej i Wspólnego Rynku które będzie miało ujemny efekt na gospodarkę brytyjską, doprowadzi do dramatycznego wzrostu cen, do potencjalnej secesji Szkocji i do ostrzejszych warunków bytu dla Polaków i innych obywateli unijnych na Wyspach. Nawet nasze dzieci tu urodzone poddane będą niepewności do swoich przyszłych praw pobytu.
Sondaże wskazują że żadna inna partia nie ma szansy objęcia władzy w tych wyborach. Wobec tego najważzniejszym zadaniem roztropnego wyborcy jest głosować na tych kandydatów z partii opozycyjnych którzy mają największe szanse w danym okręgu wyborczym pokonania kandydata partii konserwatywnej. Mogą to być kandydaci z Labour party, Lib-Demów, Zielonych, nardowców szkockich czy walijskich, lub nawet niezależnych kandydatów, byle tylko będą gotowi zapobiec Brexitowi, bezpośrednio lub drogą powołania drugiego referendum. Polscy wyborcy posiadający obywatelstwo brytyjskie powinni odłożyć na bok wszelkie stare lojalności partyjne czy uprzedzenia aby doprowadzić do ograniczenia niechybnego parlamentarnego zycięstwa Johnsona.
Trzeba głosować głową raczej niż sercem. Trzeba pamiętać że Brexit, raz przegłosowany, jest nieodwracalny. Wszelkie inne programy, szkodliwe lub nie, pozostałych partii można będzie ograniczyć czy odwołać, ALE NIE BREXIT. Jest to ostatnia szansa aby zapobiec katastrofie która grozi nie tylko tutejszym Polakom, ale całemu Zjednoczonemu Królestwu i całej Europie.
Wiktor Moszczyński
Były prezes Polish Solidarity Campaign i redaktor Orła Białego.
Autor książek “Polak Londyńczyk” i “Ogłaszam Alarm dla Polskiego Londynu”
Katastrofalna umowa którą zawarł z Unią Europejską zapowiada wyjście z Unii Celnej i Wspólnego Rynku które będzie miało ujemny efekt na gospodarkę brytyjską, doprowadzi do dramatycznego wzrostu cen, do potencjalnej secesji Szkocji i do ostrzejszych warunków bytu dla Polaków i innych obywateli unijnych na Wyspach. Nawet nasze dzieci tu urodzone poddane będą niepewności do swoich przyszłych praw pobytu.
Sondaże wskazują że żadna inna partia nie ma szansy objęcia władzy w tych wyborach. Wobec tego najważzniejszym zadaniem roztropnego wyborcy jest głosować na tych kandydatów z partii opozycyjnych którzy mają największe szanse w danym okręgu wyborczym pokonania kandydata partii konserwatywnej. Mogą to być kandydaci z Labour party, Lib-Demów, Zielonych, nardowców szkockich czy walijskich, lub nawet niezależnych kandydatów, byle tylko będą gotowi zapobiec Brexitowi, bezpośrednio lub drogą powołania drugiego referendum. Polscy wyborcy posiadający obywatelstwo brytyjskie powinni odłożyć na bok wszelkie stare lojalności partyjne czy uprzedzenia aby doprowadzić do ograniczenia niechybnego parlamentarnego zycięstwa Johnsona.
Trzeba głosować głową raczej niż sercem. Trzeba pamiętać że Brexit, raz przegłosowany, jest nieodwracalny. Wszelkie inne programy, szkodliwe lub nie, pozostałych partii można będzie ograniczyć czy odwołać, ALE NIE BREXIT. Jest to ostatnia szansa aby zapobiec katastrofie która grozi nie tylko tutejszym Polakom, ale całemu Zjednoczonemu Królestwu i całej Europie.
Wiktor Moszczyński
Były prezes Polish Solidarity Campaign i redaktor Orła Białego.
Autor książek “Polak Londyńczyk” i “Ogłaszam Alarm dla Polskiego Londynu”
Wednesday, 20 November 2019
Licytacja Kłamców
Licytacja Kłamców
Przyglądałem się debatom w telewizji w ubiegły wtorek i piątek między liderami Torysów i Partii Pracy na kanałach ITV i BBC1 z rosnącym poczuciem zgrozy. Z jednej strony pajacowaty oportunista który prowadzi swój kraj do wyjścia z Europy z najgorszą z umów jaką można sobie wyobrazić. Z drugiej strony lewacki dogmatyk który nie chce przyznać się na którą stronę głosowałby w przyszłym referendum i z uległym stosunkiem do agresywnej polityki rosyjskiej. Nie jestem jedyny w tym kraju który woła “Każdy, tylko nie oni!”
Na ostatnim spotkaniu promocji mojej najnowszej książki określałem Brexit jako wulkan który wybuchł gdy sfrustrowane zubożałe warstwy społeczeństwa brytyjskiego miały możność dzięki referendum Camerona wykrztusić z siebie tą lawę szowinistycznych uprzedzeń która powoli rozlała się po wszystkich kątach Wielkiej Brytanii. Truła i paraliżowała wszelką działalność polityczną, gospodarczą i kulturalną. A Boris Johnson jest jak najbardziej wytworem ubocznym tej lawy.
Johnson zaczął swoją karierę dziennikarską w “Daily Telegraph’ie” kpiąc z każdego nowego regulaminu wywodzącego się z Komisji Europejskiej jako okaz biurokratycznej głupoty. W końcu został zwolniony za podanie kłamliwych informacji. Gdy premier Cameron wywołał to niefortunne referendum Johnson zastanawiał się czy opublikować artykuł za pozostaniem czy za wyjściem z Unii. W końcu wykalkulował że rola eurosceptyka da mu najwięcej korzyści w jego drodze do uzyskania premierostwa i wybrał cynicznie opcję wyjścia. Jego kampania pro-Brexitowska w czasie referendum oparta była na niesprawdzonych faktach i wierutnych kłamstawach. Jak pamiętamy, zapowiadał że wyjście z Unii uwolni £350 milionów tygodniowo na służbę zdrowia, wstrzyma przyjazd wielu milionów Turków i będzie łatwe do wynegocjowania z Europą bez ujemnych skutków dla gospodarki. Wszystko to borisowski bluff, brednie i bujanie. Najbardziej to było widoczne kiedy okazało się że niespodziewanie wygrał referendum. Wówczas premier Cameron zrezygnował a Johnson i jego zaszokowani wspólnicy nie byli w stanie zaproponować co będzie dalej. Odpowiedzialność zwalili na niefortunną Theresę May.
Potem Johnson służył w rządzie Theresy May jako najmniej udany minister spraw zagranicznych w historii ostatnich lat. Wiecznie podkopywał jej negocjacje, rezygnując w końcu z jej rządu i głosując przeciw umowie wyjścia uzgodnionej z Unią. Faktycznie sparaliżował działalność jej rządu a gdy podała się do dymisji objął premierostwo przy użyciu napuszonej propagandy pełnej obietnic że albo wynegocjuje nową umowę z Unią albo wyprowadzi kraj z Unii bez umowy. A to dokona, twierdził, najpóźniej 31 października. Zapewniał że załatwi Brexit przed tym terminem “na życie i na śmierć” bo inaczej “zdechnie w jakimś rowie”. Sprowokował tym sposobem parlament który uchwalił tekst listu (tzw. Ustawa Benna) domagający się przedłużenia terminu wyjścia. Wobec tego Johnson nie mógł dochować najważniejszą obietnicą którą powtarzał dzień w dzień. W końcu minął termin 31 października, Wielka Brytania dalej była członkiem Unii, ale Johnson ani “nie zdechł w rowie” ani nie zrezygnował z honorem.
Zawdzięczamy również Johnsonowi zahamowanie raportu parlamentarnej komisji d/s bepieczeństwa na temat inwigilacji i naruszeń na internecie przez hakerów rosyjskich w czasie ostatnich wyborów. Wykpił to jako konspiracja podobna do Trójkąta Bermudy.
Johnson głosił że Partia Pracy chce wydać za jednym zamachem przeszło 1,2 trilion funtów na wielorakie cele socjalne i na infrastrukturę mimo że Partia Pracy miała o dużo skromniejszy, choć dalej ambitny, plan wydatków w swoim programie wyborczym który został ogłoszony w ubiegły czwartek.
Johnson zapowiada że jego rząd będzie budował 20 (przedtem było 40) nowych szpitali, kiedy okazało się były tylko konkretne plany rozszerzenia zaledwie 6 istniejących szpitali. Zapowiedział 50tys. nowych pilęgniarek ale okazało się tych “nowych” brytyjskich pielęgniarek będzie 19,000. Oficjalny portal konserwatystów zakamuflował się jako rzekomo neutralny “fact-checker” w swojej stronniczej ocenie propozycji Corbyna. Jak magik wytrząsa złudne obiecanki z rękawa. Johnson dotąd twierdzi że na skutek jego nowej umowy z Unią towar z Połnocnej Irlandi będzie miał niekontrolowany dostęp do rynku zarówno brytyjskiego i unijnego i że nie będzie potrzeby na mury graniczne ani na granicy z Republiką Irlandzką, ani w portach Morza Irlandzkiego. Nie prawda. Towar pochodzący z Północnej Irlandii będzie musiał udowodnić przy kontroli celnej że na prawdę pochodzi z tego rejonu a nie został importowany skądinąd. Towar eksportowany do Połnocnej Irlandii będzie musiał zaświadczyć na tych rzekomo nieistniejących granicach że na prawdę zakończy w Północnej Irlandii a nie będzie przeszmuglowany dalej. A więc kontrola graniczna będzie potrzebna. Tym samym zdradził swoich sojuszników z partii DUP.
Ale już wyborca zaczyna dostrzegać na czym polegają te sztuczki. W czasie obydwu debat Johnson potwierdził że prawda powinna być ważnym elementem każdej kampanii wyborczej a publiczność po prostu wyśmiała tę uwagę. Dlatego Johnson ma duże problemy ze swoją wiarygodnością gdy stara się udowodnić że jakakolwiek przyszła umowa handlowa ze Stanami Zjednoczonymi nie otworzy firmom
amerykańskim dostęp do usług brytyjskiego NHS.
Corbyn reprezentuje inny rodzaj fałszu. U niego nasuwa się kłamstwo niedopowiedzenia, czy nawet milczenia. Przez przeszło 30 lat nie kamuflował swoich marksistowskich zapędów, czuł się dobrze w towarzystwie przedstawicieli organizacji oskarżonych o udział w aktach teroru, jak irlandzkie I.R.A. czy Hezbollah i Hamas na Bliskim Wschodzie. Był sympatykiem czy apologetą wszelkich ruchów
rewolucyjnych w Ameryce Łacińskiej, do tej pory sympatyzuje z marksistowskim rządem Wenezueli i był aktywnym członkiem szeregu organizacji pacyfistycznych jak CND których ostrze było skierowane na pierwszym miejscu przeciwko Stanom Zjednoczonym i NATO. Tkwił przez wiele lat na lewicowym skrzydle Partii Pracy, ledwo dostrzeżony przez media i władze partyjne i nikt na jego lewackie wybryki
nie zwracał specjalnie uwagi, mimo że przeszło 500 razy łamał dyscyplinę partyjną w parlamencie. Teraz trzyma to w tajemnicy.
dy po przegranych wyborach w roku 2015 nastąpiło trzęsienie ziemi wewnątrz Partii Pracy i jej oddolne szeregi zradykalizowały się, Corbyn znalazł się w sytuacji niespodziewanej jako lider oficjalnej opozycji do rządu. Otoczony jest wciąż marksistowskimi doradcami jak Seamus Milne czy Andrew Murray którzy przeprowadzają czystki w partii wypędzając elementy bardziej umiarkowane, a w tym wielu posłów pochodzenia źydowskiego gdyż ci kłócą się z głęboko zakorzenionych pro-arabskich any-izraelskich sympatiach ścisłego otoczenia Corbyna. Corbyn osobiście nie jest anty-semitą ale toleruje anty-semityzm u swoich fanatycznych wyznawców. To środowisko również tradycyjnie unika oficjalnej krytyki zagranicznej polityki rosyjskiej, podważa wiarygodność posiadania broni nuklearnej (Corbyn kiedyś zaproponował aby łodzie nuklearne płynęły dalej po świecie ale już bez głowic nuklearnych!) i sprzeciwia
się członkostwu Unii Europejskiej.
Ten ostatni element paraliżuje obecną politykę Partii Pracy wobec sprawy Brexitu, gdyż większość aktywistów partyjnych, nawet tych lewicowych, chce pozostać w Unii Europejskiej. Dlatego obecnie zakończono debatę wewnątrz Partii skomplikowanym kompromisem, nie zrozumiałym dla elektoratu, że przyszły rząd Corbyna wynegocjuje lepszą umowę z Unią w której uniknie się barier celnych, poczym
nową umowę podda się społeczeństwu do przyjęcia lub odrzucenia w nowym referendum. Jednak to stawia Corbyna w dziwnej sytuacji. Ma wynegocjować nową umowę ale czy przekona swoją partię aby ją poparła? Wyborcy pytają czy Corbyn sam będzie bronił nową umową w następnym referendum, czy nie? W końcu przyznał że będzie “neutralny” a członkowie partii mogą głosowac jak chcą. To stanowisko jest o tyle zrozumiałe że niemal jedna trzecia jego posłów reprezentuje tereny mocno za wyjściem, a dwie trzecie mocno za pozostaniem. Corbyn kamufluje tym samym swoje własne predyspozycje anty-unijne.
Program gospodarczy Corbyna jest wygórowany. Program Partii ogłoszony w ubiegły czwartek zapowiedział wydanie dodatkowych £130mld rocznie (£55mld zapożyczonych, £75mld z podatków) aby m.inn. ufundować Narodowy Bank Inwestycyjny, zbudować 100,000 mieszkań socjalnych rocznie, wprowadzić darmową opiekę dla emerytów, czterodniowy tydzień pracy w najbliższej dekadzie, znieść czesne dla studentów, znacjonalizować koleje, wodę, pocztę, firmy energetyczne i broadband. Trudno uwierzyć aby te radykalnie ambitne plany oparte były na racjonalnym obliczeniu kosztów. Potrzebowałyby o wiele większy dochód od szarego podatnika niż Corbyn chce przyznać.
A więc komu wierzyć? Przy takiej licytacji kłamstw i oszustw elektorat raczej ma większą wiarę w Johnsona jako sprawniejszego premiera ale wciąż ani jemu ani Corbynowi znaczna część wyborców nie wierzy. Woleliby aby obydwoje przegrali ale to jest niemożliwe. Dość już mieli rządów mniejszościowych przy ostatnich miesiącach parlamentarnego chaosu. Niestety lider liberałów Jo Swinson też nie budzi zaufania. Wynik pozostaje nie jasny bo elektorat jest politycznie, ale też geograficznie, rozproszony.
Osobiście wolałbym aby elektorat nie dopuścił Corbyna do Downing Street ze względu na bezpieczeństwo, ale umożliwił stworzenie koalicji posłow Labour, Liberałów, Szkotów i Zielonych którzy poddaliby obecną umowę Johnsona pod nowe referendum dające społeczeństwu szansę ostatecznego odrzucenia Brexitu. Ale jak wyborca indywidualny ma to dokonac. Cel jest ryzykowny, ale mniej
ryzykowny niż Brexit Johnsona czy raj znacjonalizowany Corbyna.
Wiktor Moszczyński Tydzień Polski 29 listopad 2019
Subscribe to:
Posts (Atom)






