Thursday, 29 October 2020

Dramat polskich szkół sobotnich

 



Sobotni widok ładnie ubranych wyczesanych polskich dzieci z tornistrami na ulicach londyńskich prowadzonych za rączkę przez rodziców do polskiej szkółki jest zawsze radosny. Nie ma przyjemniejszego odgłosu od wesołego dziecięcego szczebiotu, szczególnie jeżeli w polskim języku.

Znałem ten świat dobrze bo w końcu sam kiedyś chodziłem do takiej szkoły (w przedszkolaku już 70 lat temu!) i tu chodziłem z kolegami i koleżankami z którymi utrzymuje kontakt pod dzień dzisiejszy. Polska szkoła to kowadło życia polskiego bez którego nie można było się spodziewać jakiejkolwiek kontynuacji polskich tradycji przez przeszło trzy, a nawet cztery, pokolenia polskich rodzin na terenie Wielkiej Brytanii. Nowa diaspora która zakładała tu rodziny po wejściu Polski do Unii Europejskiej rozszerzyła rozpiętość i ilość tych szkół i znacznie podwyższyła poziom nauczania który obejmował dzieci zarówno mówiące dobrze po polsku ale słabo po angielsku, jak i dzieci mówiące słabo po polsku a dobrze po angielsku.

Poza tym szkoły wykorzystały dobre stosunki z lokalnymi samorządami które z kolei bardzo ceniły krzewienie kultury swoich mniejszości narodowych i dostosowywały się do politycznej poprawności. Muszę przyznać że w tym znacznie różnili się od polskiego szkolnictwa w latach 50ych czy 60ych które dumnie trzymało się z dala od dotacji i wsparcia od instytucji brytyjskich i utrzymywało się z własnych środków finansowych. Ta nowa współpraca z samorządami została wzbogacona sporą ilością nauczycieli którzy pracowali również w szkołach angielskich i korzystali z najnowocześniejszych metod i narzędzi nauczania i znali potrzebne przepisy wymagane przy opiece nad dziećmi.

W dawnych latach szkoły były zupełnie niezależne od konsulatu PRL, który nie miały żadnego dostępu do działalności tych szkół ani do treści programu nauczania. Obecnie konsulaty RP i polskie Ministerstwo Edukacji Narodowej odgrywają znaczącą rolę w uzupełnieniu pomocy finansowej w formie zadawanych konkursów i wniosków o pomoc które, w wypadku Wielkiej Brytanii, były najczęściej kierowane przez Senat i Wspőlnotę Polską. Ostatnio Ośrodek Rozwoju Polskiej Edukacji za Granicą przekazuje za granicę podręczniki i pomoce dydaktyczne służące nauczaniu języka polskiego, lub innych przedmiotów nauczanych w języku polskim, ale nie zawsze szkoły uważały je za stosowne. Uzupełniające dotacje ofiarowane są również przez Departament Współpracy z Polonią i Polakami za Granicą przy Kancelarii Prezesa Rady Ministrów.

Oczywiście ważną tu też rolę odgrywała wciąż Polska Macierz Szkolna posiadająca przeszło 65 lat doświadczenia w prowadzeniu szkolnictwa, przygotowania własnych podręczników i załatwieniu bezcennych porad prawnych, jak i grupowej polisy ubezpieczeniowej dla szkół. Mogła w odpowiednich momentach występować w imieniu szkół w przygotowaniu do zdania dużej i małej matury w egzaminach GCSE i A level, uznawanych przez brytyjskie uczelnie. W momentach kiedy Brytyjczycy grozili zniesieniem polskich i innych egzaminów cudzoziemskich, PMS występowała w efektywnym lobbingu w parlamencie i w ministerstwach za zachowaniem tych egzaminów. Odpowiedzialna jest też za uzułpelniające szkolenie nauczycieli. Również taką rolę wypełnia Polski Uniwersytet na Obczyźnie.

Względnie harmonijny porządek wynikający z tych układów przerwany został tego marca przez pandemię koronawirusa. Rząd zamknął wszystkie szkoły brytyjskie. Mimo że decyzja była wyraźnie opóźniona ale jednak wszystkich zaskoczyła. Zamknięcie które było przewidziane na parę tygodni wydłużyło się i szkoły zmuszone były do przestawienia się na nauki przekazane zdalnie. Świat szkolny stanął na głowie. Był to nowy okres eksperymentalny kiedy każdy nauczyciel musiał przestawić siebie w eksperta systemów internetowych i nowych niekoniecznie sprawdzonych systemów masowej łączności jak Zoom czy Microsoft Teams. Z kolei na ekspertów musieli przestawić się rodzice, no i same dzieci, choć ci najszybciej pojmowali nową technologię i najbardziej się nią zachłystywali. W wielu samorządach rozdawano dzieciom nowe laptopy, przygotowane dla nich filmiki, i prowadzono lekcje zdalne w domu. Dla wielu dzieci była to ciekawa nowość. Nie trzeba było rano wstawać do szkoły, nie trzeba była ubierać mundurku, nie zawsze mógł nauczyciel dopilnować czy lekcja była wykonana a łatwiej było pytać o rozwiązanie zadań rodziców. 

Te same dramatyczne przemiany pochłonęły od razu polskie szkoły sobotnie. Wielu nauczycieli polskich już zapoznało się z praktyką zdalnego uczenia w szkołach brytyjskich. W niektórych szkołach dzieci polskie mogły nawet korzystać z tych nowych angielskich laptopów. Przy pomocy Polskiej Macierzy Szkolnej i ministerstwa przygotowano należyte programy do zdalnego nauczania. Ale dla wielu rodziców były to wciąż nowe obowiązki w momencie gdy wielu obawiało się utraty pracy przy rosnącym bezrobociu. Zabawa dla wielu przekształciła się z czasem w dużą udrękę i coraz więcej dzieci przestawało uczęszczać w tych wirtualnych klasach gdzie nie można było kolegować z przyjaciólmi a mama czy tata nie mieli czasu czy woli przypilnować że lekcja była odrobiona.

Już w maju i czerwcu zaczęły angielskie szkoły powracać do swoich budynków. Rząd bazował to na zasadzie że dzieci nie były osobiście podatne na nowy wirus i więcej traciły z braku kontaktu ze szkołą i z kolegami niż zyskali z izolacji od źródeł zaka±enia. Natomiast nauczyciele i epidemiolodzy byli świadomi że dzieci mogły być nosicielami wirusa dla swoich rodzin. Wprowadzono ostre ograniczenia co do ilości dzieci w klasie i do potrzeby wprowadzenia zaostrzonych przepisów sanitarnych. Wróciły więc częściowo dzieci angielskie do szkoły. Ale polskie dzieci nie mogły wrócić do swojej szkoły bo w wielu wypadkach było to niezgodne z ówczesnymi przepisami brytyjskich budynków szkolnych z których korzystali.

Nastał też problem odwołanych egzaminów państwowych na koniec roku w szkołach angielskich. Rząd zgodził się przyjąć oceny nauczycieli w szkole. Ale z początku brytyjska komisja egzaminacyjna nie chciała przyjąć oceny każdego nauczyciela szkoły polskiej. Dopiero interwencja Polskiej Macierzy pomogła w przekonaniu egzaminatorów AQA aby przyjęli polskie oceny. 155 uczniów którzy uczyli się przy Exam Centre Macierzy uzyskało soje wyniki. Ale krajowe wyniki jeszcze nie znamy. Przy wsparciu Konsulatu, PMS mogła wyznaczyć asesorów do poświadczenia rzetelności ocen anonimowych egzaminatorów. Polska Macierz założyła też około 100 darmowych kont Microsoft Office dla nauczycieli GCSE i A-level do prowadzenia szkoleń online.

Nastał prawdziwy dylemat. Tłumaczyli to poszczególni dyrektorzy polskich szkół w Anglii w ubiegłą sobotę na konsultacyjnym zebraniu zorganizowanym zdalnie przez londyński konsulat polski. Rodzice w przeważającej większości nie byli gotowi udzielać się dalej przy wirtualnej szkole. Nie płacili rachunku za nowy rok szkolny. Przy braku konkretnego końcowego terminu pandemii powstała wyraźna obawa że działalność szkół polskich może być zawieszona na cały jeden rok. A dla dziecka nie zaliczony jeden rok mógł przekreślić możliwość powrócenia do lekcji po odzwyczajeniu się od chodzenia do szkoły na tak długi okres.

Jedynym wyjściem musiał być powrót do budynku szkolnego. Tylko w takim wypadku lwia część rodziców zgodziłaby się wysyłać swoje dziecko dalej do polskiej szkoły. Na przykład na Ealingu tylko 23% rodziców było gotowych płacić jeżeli nauka byłaby zdalna, a aż 90% jeżeli stacjonarna. Trzeba było przekonać brytyjskich gospodarzy aby przyjęli ponownie polskiego lokatora. Ale przepisy wymagały dużego poświęcenia. Po pierwsze ograniczenie ilości dzieci w klasie aby zachować dystans jednego metra między uczniami. Szkoły musiały wypełnić odpowiedni „Risk Assessment” związany z przepisami Covidu. Szkoły angielskie często podwyższały znacząco czynsze w wyniku dodatkowych kosztów czyszczenia.

Dzieci przychodzą teraz w maskach ale nie muszą nosić je w klasie. W korytarzach obowiązuje ruch jednokierunkowy. Dzieci przychodzą w różnych etapach, zależnych od wieku. Dzieci z różnych klas nie powinny się spotykać w szkole bo tworzą oddzielne „bańki”. W szkole w Morden wymagano aby było maksimum pięcioro tylko dzieci z nauczycielem w jednej klasie ale na szczęście udało się przekonać gospodarzy że jako placówka edukacyjna ten przepis nie obowiązywał. W innych szkołach oddzielono część budynku wyłącznie na użytek polski. Natomiast wielu rodziców musiało pozostać poza budynkiem szkolnym w czasie lekcji a po zakończeniu musieli sprzątać i dezynfekować klasy i korytarze. Szkoły musiały często kupować własny sprzęt techniczny. W pewnych szkołach zabroniono dzieciom wstępu do klas i muszą uczyć się w głównej auli podzielonej parawanem między klasami.

Pewne szkoły polskie w ogóle nie dostały dostępu do dawnych budynków szkolnych. Na przykład w Gloucester szkoła musiała przenieść się do głównej sali lokalnego Community Centre dzięki dobrym stosunkom z radą miejską. Podobnie było w Norwich. W Swindon po odmowie jednej szkoły na szczęście przyjęła ich nowa szkoła. W Ipswich wygórowane warunki wynajmu zmusiły szkołę do znalezienia innego lokalu. Niestety w Portsmouth szkoła zmuszona była do prowadzenia klas tylko zdalnie przy czym straciła część uczniów ale udało się uruchomić bogaty program nauczania przy pomocy filmików. Wielu rodziców nie ma już środków do płacenia za szkołę, szczególnie w małych miasteczkach. Groźba dalszych zaostrzeń istnieje ale na razie większość szkół działa. Według wrześniowego kwestionariusza Macierzy w 23 szkołach (na 80 ankietowanych) stracono tylko 10% uczniów, ale to byly chyba raczej te większe szkoły.

Mimo tych ograniczeń to co dokonali dotychczas dyrektorzy szkół, grono nauczycielskie, wolontariusze Polskiej Macierzy czy rodzice jest wprost heroiczne. Bez tych poświęceń i profesjonalnego zapału polskie szkoły mogłyby być zamknięte na o wiele dłuższy okres i mogłoby to doprowadzić do permanentnego przerwania nauki w języku ojczystym, po raz pierwszy od 70 lat. Bez szkoły sobotniej nikt nie kształcił by naszych dzieci poza domem, co mogłoby spowodać  nieodwracalną stratę w ciągłości społeczeństwa polskiego w Wielkiej Brytanii. Na następnej mszy czy polonijnym spotkaniu zdalnym, zorganizujmy personelowi naszych szkół publiczny poklask, jak kiedyś dla brytyjskiej słu±by zdrowia.

Wiktor Moszczyński Tydzień Polski  30 październik 2020

 

 

 

Thursday, 15 October 2020

Anglicy wreszcie buntują się

 


Zaczęło się 1 października w północnym mieście przemysłowym Middlesbrough. Zaraz po ogłoszeniu przez Premiera nowych nagłych przepisów zaostrzających zarządzenia przeciwko Covid-owi dla spotkań towarzyskich  w barach i restauracjach miast północnych, burmistrz miasta Middlesbrough zawetował nowe restrykcje. W podkaście na Facebooku Andy Preston orzekł że nowe rządowe przepisy oparte są na „nieścisłych informacjach, na monstrualnym i przerażającym braku komunikacji, i ignorancji”. Stwierdził że tych zarządzeń nie przyjmuje i że rząd powinien wpierw komunikować się z lokalnymi władzami posiadającymi własną ekspertyzę, zaradność i troskę o utrzymanie miejsc pracy na swoim terenie.

Powyższe oświadczenie wywołało falę oburzenia w Londynie, zarówno w mediach,  jak i w rządzie i nawet w kierownictwie opozycyjnej Partii Pracy do której należał kiedyś Burmistrz Preston. Ale na północy jego wypowiedź odnalazła automatyczne zrozumienie, mimo że każdy odpowiedzialny polityk lokalny był świadomy że przepisy będą musiały być wprowadzone w życie. Nawet sam Pan Burmistrz przyznał się wieczorem tego samego dnia że miasto jego dostosuje się do nowych przepisów „w stu procentach”. Chodziło mu o wyrażeniu przeświadczenia mieszkańców Północnej Anglii i East Midlandów że elity polityczne na południu dostrzegają ich tereny tylko jako pole do eksperymentalnych zabiegów wprowadzonych odgórnie bez konsultacji. Jest to jakby dalszy ciąg tego poczucia frustracji wynikającej z aroganckiej oceny potrzeb ludzi północy przez „brytyjską Warszawkę”, czyli przez Londyn, który doprowadził poprzednio do odrzucenia członkostwa Unii w referendum 2016 roku i usunięcia pro-unijnych posłów labourzystowskich w wyborach 2019 roku .

Nikt nie kwestionował, że stan pandemii na północy był gorszy i wymagał nowych restrykcji. Druga faza pandemii szerzy się dramatycznie. W całym Zjednoczonym Królestwie mamy do tej pory 634 tys. zakażeń i 43 tys. śmierci. Codziennie przybywa około 15 tysięcy nowych zakażeń, i 80 wypadków śmiertelnych (we wtorek zmarło 143), z tą różnicą że w północnej Anglii jest 7 razy więcej zakażeń dziennie na głowę mieszkańca niż w południowej Anglii, i to mimo tamtejszych dodatkowych restrykcji.

Gdy w połowie marca wprowadzono pierwsze obostrzenia, poparcie społeczne i polityczne dla tych środków było niemal powszechne. W sondażach 70% aprobowało pierwsze zarządzenia lockdownu. Popularność premiera Johnsona wzrosła, mimo że były poważne słowa krytyki na temat spóźnionych środków zaradczych. Objęty był cały kraj. Nowy lider opozycji, Sir Keir Starmer, czuł się zmuszony oznajmić, że będzie „lojalnie” popierał rząd w każdej następnej restrykcji, o ile jest uzasadniona przez naukowców.

Ale Boris Johnson miał idée fixe że tylko on i jego ekipa mogą koordynować walkę z wirusem. Lubił wielkie gesty i sprytne hasła. Wciąż chwalił się że cokolwiek wprowadza będzie podziwiane przez cały świat. A właściwie, świat mógł ewentualnie tylko podziwiać że jego zabiegi antywirusowe były tak  chaotyczne że doprowadziły do rekordowej ilości ofiar. Z czasem popularność Premiera i zaufanie do poczynań jego rządu zaczęły maleć. Widać to było, gdy jego początkowo skuteczne próby ratowania służby zdrowia przed zatonięciem pod falą infekcji, doprowadziły jednak  do zaniedbania leczenia innych chorób. Na przykład, aż 3 miliony pacjentów musiało zrezygnować z badań na raka. Ponadto  zwalnianie pacjentów ze szpitali bezpośrednio do domów starców bez sprawdzania ich zdrowia doprowadziło do wielotysięcznego żniwa początkowo kamuflowanych zgonów w tych domach. Konieczne testowanie i następnie śledzenie tych wyników, prowadzone centralnie przez monopolizującą firmę Serco, poważnie szwankowało. Można dodać do tych przeszkód jego bezradne próby otwarcia szkół przed, a potem i po, wakacjach letnich, i bezczelne łamanie przepisów o własnej samoizolacji przez chorego wówczas głównego doradcę premiera Dominic’a Cummings. Tak zwana „lojalna” opozycja coraz częściej i coraz bardziej skutecznie krytykuje teraz rząd  za swoje niedociągnięcia. Kurczenie się gospodarki i groźba masowego bezrobocia po zamknięciu popularnego programu furlough na koniec października zaostrza atmosferę strachu i społecznej niestabilności. Mimo szerszego uznania dalszej potrzeby do kontrolowania wirusa aprobata dla polityki antywirusowej rządu spadła poniżej 40%.

W połowie września, ku wielkiemu zaskoczeniu społeczeństwa, ograniczono nagle w całej Anglii możliwość spotkań towarzyskich, czy społecznych, tylko do 6 osób, i to pod groźbą wprowadzenia surowych kar. Ministrowie nawet zachęcali do donosicielstwa za naruszenie przepisów. Mimo szoku przy nagłości wprowadzeniu nowych przepisów, media i opozycja przyjęły konieczność tych zmian. Raczej krytykowano że tak długo zwlekał rząd z ostrzeganiem społeczeństwa o potrzebie tych ograniczeń. Wcześniej jeszcze wprowadzono ostre przepisy w miejscowościach lokalnych gdzie ilość zakażeń wzrastała powyżej  normy, czyli w miastach jak Liverpool, Manchester czy Newcastle. Też wprowadzono je nagle i bez konsultacji, ale wciąż przy ewentualnej akceptacji że były jednak potrzebne. Wyczuwało się braku przemyślanej strategii.

Natomiast równie nagła i niespodziewana decyzja rządu pod koniec września aby zamknąć wszystkie  bary i restauracje w Anglii po godzinie 10ej, okazała się już katastrofą dla właścicieli barów ale i dla PRu samego rządu. Oparta była na deklarowanej zasadzie że im szybciej zamknie się pub, tym prędzej ludzie przestaną obcować ze sobą przy słabnącej dyscyplinie utrzymania 2-metrowej przestrzeni między klientami. Lecz argumentowano że, skutkiem zamknięcia o 10ej, klienci będą dalej biesiadować ale już bez żadnej kontroli, po ulicach miasta czy na prywatkach. Rząd nie mógł uzasadnić to zarządzenie inaczej niż jako „zdrowy rozsądek”, ale bez wyjaśnień naukowych ze strony swoich doradzających epidemiologów. W pewnym momencie groziło odrzucenie tego zarządzenia w parlamencie po krytycznym komentarzu Speakera o braku poszanowania dla roli parlamentu, i po groźbie Partii Labour, w zmowie z konserwatywnymi rebeliantami, że ustawę nie przyjmą. W ostatniej chwili Labour ostrzegawczo tylko wstrzymało się od głosu.

Teraz okazuje się że mimo tych ustaw i grożącej ilości kar finansowych (np. za organizowanie nielegalnego spotkania grozi kara 10,000 funtów), ilość ofiar poważnej infekcji wymagającej leczenia w szpitalu wciąż rośnie, i to szczególnie w północnych miastach. Zrozpaczeni doradcy proponowali ostre restrykcje na cały kraj. Rząd jednak ogłosił nowsze lokalne restrykcje, określane w trzech poziomach, które chciał narzucić odgórnie jako strefy w poszczególnych obszarach w Anglii. Już pod koniec ubiegłego tygodnia telewizja i dzienniki krajowe podawały nieoficjalnie szczegóły do publicznej wiadomości.

Strefa pierwsza (zielona) oparta byłaby na istniejących ograniczeniach, a pracownicy byliby zachęcani ponownie do pracy zdalnej we własnych mieszkaniach. Strefa druga (żółta) obejmująca Londyn i Birmingham, nie pozwalałaby na żadne prywatne spotkania towarzyskie osób z innych domostw, ani w pomieszczeniach, ani nawet we własnych ogrodach. W najostrzejszej strefie trzeciej (czerwonej), obejmującej miasta północy i hrabstwo Nottinghamshire, zakazano by wszelkich spotkań towarzyskich gdziekolwiek z osobami obcymi, a wszystkie restauracje, bary i kluby musiałyby być zamknięte. Jedynie szkoły, uniwersytety, miejsca pracy i sklepy mogłyby pozostać otwarte. Osoby w trzeciej strefie nie mogłyby podróżować do innych stref.  Okres tych restrykcji byłby utrzymany do końca wiosny, kiedy miało być udostępnione zbawienne szczepienie na Covid. Aby złagodzić efekt gospodarczy tych drastycznych zmian lokalnych minister skarbu zapowiedział możliwość rozszerzenia ilości zapomóg, ale tylko w wysokości 67% ich oryginalnego dochodu, i to tylko dla osób w firmach zmuszonych do zamknięcia w trzeciej strefie.

Władze wielkich miast były oburzone. Prasa ogłaszała publicznie przepisy lokalne które nie były nawet z nimi konsultowane. W sobotę burmistrzowie zagrożonych miast północnych, a szczególnie Liverpoolu, Manchesteru i Sheffield, złożyli wspólne oświadczenie o wniesieniu pozwu do sądu przeciw rządowi. Określili proponowany stan czerwonej strefy jako „otwarte więzienie”. Zażądali większej konsultacji, przekazania w ręce samorządów kontroli nad  testowaniem i śledzeniem kontaktów z potencjalnymi ofiarami infekcji, zwiększenie świadczeń dla ofiar bezrobocia aż do 80% i rozszerzenia odbiorców tej pomocy do pracowników zwolnionych w firmach nie podlegających statutowemu zamknięciu.

Johnson miał ogłosić swoje nowe przepisy na konferencji prasowej w poniedziałek. Po groźbie ze strony merów, musiał zmiękczyć przepisy i kontynuować dalsze negocjacje, ku zgrozie własnych naukowców. Ostatecznie jedyny teren objęty na razie czerwoną strefą było miasto Liverpool gdzie szpitale były przepełnione, ale nawet tam restauracjom pozwolono jeszcze funkcjonować a przepowiedziany zakaz poruszania się poza strefą był tylko zalecony, a nie wymagany prawnie. Nowy reżym obowiązywał już tylko 28 dni. Inne miasta jak Manchester, Newcastle i Nottingham objęte są tylko restrykcjami drugiej strefy ale nie dostają za to żadnego gospodarczego wsparcia od rządu. Może jeszcze Londyn dołączy do tej grupy. Cały pakiet uchwalono we wtorek w parlamencie. Za późno.

Teraz dowiadujemy się że ta cała szarada rywalizacji dzielnicowych była zbędna bo doradcy naukowi rządu już od trzech tygodni twierdzą że wymagany jest „wyłącznik elektryczny” w którym, nie tylko gorzej zarażone dzielnice, ale cała Wielka Brytania, powinna być objęta dwutygodniowym zamknięciem wszystkich miejsc spotkań, a jak najwięcej zatrudnionych powinno pracować tylko w domu. Lansuje już takie drastyczne rozwiązanie Keir Starmer i również główni ministrowie w Szkocji i Walii. Północzna Irlandia wprowadza czterotygodniowy „wyłącznik” w którym również zamknięte będą szkoły.

Rząd Johnsona musi teraz docenić że okres zarządzania przepisami odgórnie bez konsultacji z opozycją i z samorządami zakończył się. Tym ostatnim powinien przekazać kontrolowanie rozszerzenia wirusa poprzez lokalne testowanie i monitorowanie. Ale również rząd Johnsona musi słuchać swoich własnych doradców. Żeby uratować gospodarkę, musi wpierw pokonać rozszerzenie pandemii i odzyskać publiczne zaufanie. W dodatku osiodłany jest wciąż swoją samobójczą konfrontacją z Europą o warunki Brexitu. Johnson musi zmienić kierunek i metodę działania aby, nie tylko Anglia, ale cała Wielka Brytania, pokonała zarówno pandemię jak i recesję. Wiara w dotychczasową strategię „byle jakoś do wiosny” już nie wystarcza. 

Wiktor Moszczyński    16 październik 2020                Tydzień Polski

 



Wednesday, 30 September 2020

3 listopad – Dzień Wyzwolenia?



Ostatnie pięciolecie wprawiło świat osaczonej liberalnej demokracji w stan niemal agonalny.

30 lat temu świat ten triumfował po upadku bloku sowieckiego i zniesieniu apartheidu w Południowej Afryce. Wówczas nastąpił okres oświeconego globalnego kapitalizmu gdy prądy do co raz radykalniejszych reform obyczajowych wtórował coraz agresywniejszemu rozpędowi wolnego rynku przy postępującym zaniku granic zarówno celnych jak i kulturalnych. Konserwatyzm stawał się bardziej postępowy a demokratyczny socjalizm coraz bardziej prorynkowy. Znamiennymi charalterystyki owego okresu były szerzący zakresy tolerowania a nawet celebrowania równouprawnienia kobiet, kultur mniejszości narodowych, przybyciu migrantów, szerszych możliwości dla niepełnosprawnych, czy liberalizacji zachowań seksualnych; to wszystko na tle niemal powszechnego pokoju i dobrobytu. Wpływ modelu życia europejskiego czy amerykańskiego rozpowszechniał się na cały niemal świat. Rosja zaniechała tymczasowo imperialistyczne ciągoty i przechodziła okres demokratycznych eksperymentów a liberalna demokracja stawała się wzorem rozwoju w Ameryce Łacińskiej, Czarnej Afryce, we Wschodniej Azji. Sojusznicze wojska państw demokratycznych zwyciężały w obronie Kuwejtu, Bośni, Kosowa. Unia Europejska rozszerzała się a granice wewnętrzne znikały. Nawet państwa muzułmańskie zakosztowały na krótko zapach demokratycznej wiosny.

Zwolennicy liberalnej demokracji wpadli wówczas w stan samozadowolenia. Nie docenili gdy po  światowym kryzysie finansowym w roku 2008 nastąpił okres niepokoju i refleksji. Wzrosła bojaźń wobec imigrantów, zaczęły zanikać etaty w lokalnych rynkach, wprowadzono ograniczenia w wydatkach społecznych a firmy i rządy zaciskały pasy. Ale międzynarodowy rynek finansowy nieprzerwanie rozkwitał się w tym okresie a margines dochodu między bogatszymi elitami a warstwami z niską płacą szerzył się dramatycznie. Nagle wzór liberalnego wyswobodzonego Europejczyka przestał być tak atrakcyjny, i to nie tylko na trzecim świecie, ale również w Ameryce Północnej i w Europie. Nastał okres gospodarczego stresu, rosnącej pauperyzacji i wiary szerokich mas pracujących (czy nie pracujących} że ten model zarządzania światem nie działa na ich korzyść i że te kulturalne elity i eksperci naukowi nie służą społeczeństwu ale siebie samych. Pojawił się okres kultu instynktu, emocji, niewiedzy bo samo wybieralnej warstwie kulturalnym i politycznym elitom w mediach i w parlamentach nie chciano wierzyć. Na miejsce kulturalnego i gospodarczego internacjonalizmu nadeszła era rosnącego nacjonalizmu i ciągot do podejmowania rozwiązań bardziej ekstremalnych kadzących sfrustrowanym potrzebom przeciętnej rodziny z obniżonym standardem życia.

Już dawno w tym kierunku poszła Rosja pod rządami Putina który utrzymywał się przy władzy przez podważenie legendy dobrobytu zachodniego, grając na historycznej paranoi oblężonego imperium. Już niedługo w tym kierunku podążały Turcja, Węgry, Brazylia czy Wenezuela, gdzie tradycje tolerancji i poszanowa nia praw mniejszości kojarzono z dezorientacją społeczną i ubóstwem szerszych mas. Czy hasła były lewicowe, czy prawicowe, czy oparte na wyznaniu religijnym, efekt był ten sam i ujawniaL się w deformowaniu praktyk demokratycznych pod płaszczykiem zniekształconej demokratycznej konstytucji. Dobrowolne wejście Polski na tę drogę z okaleczeniem niezależnego sądownictwa i wprowadzenia radykalnego programu 500plus było już ważnym drogowskazem dla radykalnej prawicy w Europie. W Wielkiej Brytanii ten radykalizm ukazał się w sposób trojaki, w formie szkockiego nacjonalizmu, radykalizacji Partii Pracy przez skrajną lewicę Corbyna i awanturniczego programu Brexit przechwyconego przez prawicowych radykałów i nacjonalistów angielskich na czele którego wysunął się Boris Johnson. A wszędzie zramolałe już siły liberalnego centrum zostały zaskoczone tymi zjawiskami bo były przyzwyczajone że prowadzą dialog między sobą ponad głowami przeciętnego wyborcy.

Zwycięstwo tych ciemniejszych populistycznych ruchów zapieczętował Donald Trump w swoim zaskakującym zwycięstwie wyborczym w USA w listopadzie roku 2016. Kandydatura Trumpa wydawała się być jakimś nieporozumieniem rozegranym jako czarna komedia. Kontrkandydat demokratów, Hillary Clinton, była wypisz-wymaluj reklamą najpozytywniejszych aspektów świata liberalnego gdyż była wykształconą kobietą, z dużym doświadczeniem w administracji państwowej, lobbystką dla praw kobiet i mniejszości etnicznych i dla szerszego dostępu do służby zdrowia dla osób nieposiadających odpowiedniego ubezpieczenia; ale miała też najgorsze wady liberałów, czyli niezachwianą wiarę w wolny handel, ulgowe nastawienie do światowej finansjery i pogardę dla swoich bardziej konserwatywnych przeciwników. Trump pokonał swoich rywali republikańskich, a potem panią Clinton, swoim chamstwem, tupetem i zrzeczeniem się ze wszelkiej próby do poszanowania prawdy. Trafił na czuły punkt wielu rolników i robotników przeświadczonych że elity finansowe i kulturalne Ameryki oszukują i okłamują ich w swoich mediach i że ten zlepek wartości osobistych którym chełpią się ludzie wykształceni ze swoją przyjętą powszechnie poprawnością polityczną są jednym wielkim zakłamaniem, czyli „fake news”. Dla osób prostych ważne było poczucie bezpieczeństwa dla siebie i swoich bliskich. Dlatego woleli prawo do broni, pełne więzienia, wycofanie Ameryki z obowiązków międzynarodowych i niskie podatki. Wierzyli w równowartość wiedzy osób niewykształconych z wiedzą ekspertów. Chcieli dać koniec ciągłemu kajaniu się nowatorskim teoriom o społeczeństwie i zmianach klimatycznych. A te uprzedzenia rozdmuchiwał z bezczelną determinacją kandydat, a potem prezydent, Trump. 

A do tego Trump zawarł dziwny, i samobójczy dla Stanów, alians z Putinem. Dlaczego tak uzależniony czuł się Trump wobec osobowości Putina, trudno powiedzieć. Czy był jakiś kompromitujący haczyk z przeszłości? Na pewno ważną rolę tu odegrało putinowskie schlebianieTrumpowi, bo na to Trump zawsze był uczulony. Narcyz do kwadratu, Trump nie znosił krytyki czy kpin. Poza tym propaganda świadomych rosyjskich agentur wojskowych i medialnych, jak Internet Research Agency (IRA) i Cozy Bear, czy sojusz z wytwórnią tajemnic państwowych Wikileaks, uzupełniały falę kłamstw i zniekształceń którymi sam Trump i jego zwolennicy zalewali prywatne media społeczne w Ameryce. Prawdziwy powód poparcia Rosji dla Trumpa leżał w tym że Trump gotów był podważyć system rządzenia Ameryki przez tradycyjne elity i rozebrać cały system Pax Americana, a więc tą sieć porozumień i sojuszów przez które Stany Zjednoczone dominowały w światowej polityce.

W swoim czteroleciu panowania Trump opuścił niechlubnie pole bitwy w Syrii i Afganistanie, podważył wiarygodność Nato, zwalczał Unię Europejską z którą Ameryka tradycyjnie współpracowała, zachęcał Wielką Brytanię do opuszczenia Unii Europejskiej i wszędzie gdzie mógł popierał siły antydemokratyczne, jak np. w Turcji, Indii i Arabii Saudyjskiej. W Izraelu zachęcił do zerwania z polityką dwojga państw. Wywołał wojnę handlową z Chinami. Najpierw grożąc wojną, a potem kadząc kacykowi północnokoreańskiemu KimDżong Un, podniósł jego status międzynarodowy. Zerwał z Transpacyficznym Paktem Handlowym. Zwalczał namiętnie każdą próbę porozumienia międzynarodowego w walce ze zmianami klimatycznymi. Rosną groźby gorących wojen na Morzu Południowochińskim, między Etiopią a Egiptem, Arabów z Iranem, a teraz konflikt między Azerbejdżanem a Armenią, spowodowane przez zaniedbanie roli neutralnego arbitra przez Amerykę. Przy Covidzie robił wszystko aby zakamuflować wiedzę o prawdziwej groźbie pandemii bo ona zagrażała mu w jego ponownym zwycięstwie wyborczym w tym roku. Jego zachowanie skutkowało w 7 milionach zakażeń w USA i przeszło 200 tys. zgonów. Stany Zjednoczone nie wykazały  żadnych tradycyjnych zbawiennych inicjatyw dla świata w obliczu pandemii. Pilnowały tylko aby zmonopolizować szczepienia dla siebie w czasie gdy śmiertelnych ofiar na świecie z powodu Covidu przekroczyło już jednego miliona. Jego dziedzictwo po czterech latach prezydentury to chaos wAmeryce i chaos w polityce światowej. Jedyny kraj który na tym coś uzyskał w tym okresie to Rosja.

Teraz zapowiada się ostateczna batalia o władzę między siłami rozsądku i umiaru pod wodzą 77-letniego Joe Bidena, a 74-letnim DonaldemTrumpem, promującym polityczny rozkład Ameryki przez podważenie z góry prawidłowości nadchodzących wyborów i prowokującym rozruchy społeczne na tle konfliktów rasowych i obyczajowych. Trump chce wygrać na hasłach o prawie i porządku ale coraz wyraźniej szerzy bezprawie i nierząd. Kandydat demokratów, mimo swojego podeszłego wieku i zwolnionego tempa w działaniu, chce przy współpracy ze swoją dynamiczną kandydatką na wiceprezydenta, Kamalą Harris, doprowadzić do uspokojenia zaognionych napięć, uszanowania ponownie konstytucji i odrestaurowania roli Ameryki jako autentycznego lidera wolnego świata. Obecne sondaże wróżą że Trump przegrywa nawet już w tych decydujących stanach jak Ohio, Michigan,Wisconsin, Florida czy Pennsylvania w których elektorat z minimalną większością zapewnił mu zwycięstwo cztery lata temu. 

Jest to tytaniczna walka o ratowanie cywilizacji zachodniej tak kluczowa dla świata jak kiedyś odsiecz wiedeńska czy D-day. Skutki tej walki da się odczuć zarówno w post-Brexitowej Wielkiej Brytanii jak i w samo izolującej się Polsce. Dla obsesyjnego przywództwa obydwu tych krajów klęska Trumpa dałaby możliwość opamiętania się przed dalszymi krokami do nieodwracalnego nieszczęścia. Liczę na to że obserwujemy teraz ostatni miesiąc miotania się nienasyconego władzą molocha, nim rozsądek większości elektoratu amerykańskiego wreszcie go obali z piedestału. 3 listopada może wreszcie Donald Trump legnie, wciąż protestujący, w gruzach historii.

Wiktor Moszczyński         Tydzień Polski      2 października 2020


Friday, 18 September 2020

Kto chce państwo wyznaniowe? - odpowiedź Januszowi Stawarzowi

 Szanowny Panie Redaktorze! 



Czuję się zmuszony znowu łapać za pióro, aby dać odpowiedź panu Januszowi Stawarzowi za jego obronę potencjalnej przemiany Polski w państwo wyznaniowe.  Pamiętajmy, że Polska w swojej długiej historii była zawsze postrzegana jako kraj ludzi pobożnych ze swoim przywiązaniem do tradycji i obrzędów kościelnych, ale także do tolerancji dla innych wyznań. W tym leżała kiedyś jej siła jako państwa obywatelskiego, a później jako fundament w walce o przetrwanie. W XVIII i XIX wieku powstawały już na Zachodzie państwa które, wzorem oddania Bogu co jest boskie a Cesarzowi co  jest cesarskie, umiały zjednać szacunek dla odmiennych wyznań z praktycznymi decyzjami natury świeckiej w organizowaniu życia społeczeństwa. Po odzyskaniu niepodległości, zarówno w roku 1918 jak i w roku 1990, Polska również przyjęła ten wzór, a Papież Jan Paweł II przypieczętował swoją aprobatę osiągnięć Trzeciej Rzeczpospolitej zapraszając ateistycznego prezydenta ze swoją małżonką do przejechania się z nim w jego papamobile.   

Przypominają mi się słowa Johna Fitzgeralda Kennedy, kiedy kandydował w roku 1960 na prezydenta Stanów Zjednoczonych: “Niezgodnie z częstymi komentarzami w prasie, nie jestem katolickim kandydatem na prezydenta. Jestem kandydatem Partii Demokratycznej na prezydenta, który akurat w tym wypadku jest katolikiem. Nie przemawiam w imieniu mojego kościoła w sprawach publicznych, i kościół nie przemawia w moim imieniu.” Tymi samymi słowami prezydent-kandydat Andrzej Duda mógł równie dobrze zapewnić obywatelom polskim nie wyznającym tradycyjno-katolickich poglądów na sprawy społeczne, że mogą mieć równie ważny głos nad debatą o przyszłości stosunków międzyludzkich w kraju, obejmujących nauki, których pismo święte nie przewidywało. I mógłby również swoim głosem (a przecież jest szanowany przez tysiące obywateli) potępić akty przemocy i wulgarne wypowiedzi posłów rządowych wobec uchodźców, cudzoziemców czy gejów.  

Nie znaczy to jednak, że Polska ma automatycznie przyjąć wzory europejskie dotyczące reform społecznych w państwach zachodnich, które, jak wiemy, poprzedzone są często zażartą dyskusją. A dyskusje te toczą się bez obsesyjnych prymitywnych napaści i bez cenzury, które mają miejsce w naszych mediach państwowych. Uważam, że rząd ma prawo dalej wprowadzać swój bardziej konserwatywny program, ale po należytej dyskusji, i to nie tylko w saloniku na Nowogrodzkiej i w studiach Radia Maryja, ale również w Sejmie i w szerszym społeczeństwie. Dlatego ja i wielu innych Polaków tak bardzo obawiamy się tej „repolonizacji” mediów i rozparcelowania polskiego przedsiębiorstwa Agora.  Prasa brytyjska też jest częściowo własnością Amerykanów i Australijczyków, ale jest to wciąż sytuacja, która wzbogaca debatę publiczną i zapewnia przetrwanie demokracji na Wyspach. 

Jeżeli już mam ubolewać nad czymś (co tak bardzo irytuje p. Stawarza), to raczej z tego powodu, że nasze prawodawstwo w sprawach społecznych coraz bardziej zbliża się do prawodawstwa w Rosji, Kazachstanie a nawet u państw muzułmańskich, a oddala się coraz bardziej od wzorów prawodawstwa europejskiego. Czy naprawdę tędy ma iść nasz obecny kierunek cywilizacyjny? Czy nie odstępujemy coraz bardziej od europejskiej spuścizny Mieszka Pierwszego czy Kazimierza Wielkiego? 

 Z poważaniem 

Wiktor Moszczyński 

Tydzień Polski  25 Wrzesień 2020

Obsesyjne Mantra - odpowiedź Janowi Maślonie

 Szanowna Pani Redaktor!


Smutno mi się zrobiło gdy przeczytałem wydłużony list pana Jana Maślony obwiniający mnie o napisanie „bardziej stronniczego artykułu.....niż można byłoby napisać”, po czym sam napisał list jeszcze bardziej stronniczy od mojego. A więc tu przelicytował mnie. Zresztą mój smutek nie bierze się z faktu że byłem krytykowany za wyrażenie poparcia dla Rafała Trzaskowskiego bo tego się nie wstydzę. Zresztą nie byłem samotny w Wielkiej Brytanii bo tak samo jak ja głosowało 77% tutejszej polonii.  Raczej boli mnie przeświadczenie że istnieją obok siebie dwa plemiona Polaków tworzące jedno państwo ale dwa narody. Ich poczucie rzeczywistości jest kompletnie inne bo jedna strona, chyba ta „gorsza”,  wpatrzona jest w widnokrąg na zachodzie, a drugi, tych „prawdziwych Polaków”, na wschodzie. Dlatego muszę przebaczyć panu Maślonie który powtarza poglądy polityczne i obyczajowe osób słuchających niemal wyłącznie TVP lub telewizję Trwam, tymbardziej że wiele ich  oponentów  też ma zwężone źródła informacji od pism i społecznych mediów liberalnych.

Ci pierwsi powtarzają obsesyjne mantra równające konieczną edukację seksualną, powszechną w całej Europie, z masturbacją dla dzieci, czy bronią konstrukcję szkodliwych infrastrukturalnych molochów jak Centralny Port Komunikacyjny gdy na całym świecie zachodnim kurczy się długoterminowy popyt na podróże lotnicze które zagrażają klimatowi. Ci drudzy nie doceniają obecny sukces gospodarczy w Polsce z którego korzysta szersza część społeczeństwa niż za czasów ich poprzedników. Każdy dostrzega tylko to co chce dostrzec, przy pomocy algorytmów internetowych sortujących przekazy informacji w mediach społecznych dopasowanych do indywidualnych gustów i uprzedzeń swoich odbiorców.

Ale jedno muszę od razu skorygować. W europejskim świecie dyplomatycznym Polska nie jest teraz „traktowana jako równy liczący się partner” ale raczej jako pośmiewisko. Nawet przy obecnym kryzysie u naszego białoruskiego sąsiada mało kto liczy się z głosem Polski, i głównym linkiem między zachodem a Białorusią jest raczej Litwa, niż Polska. W wyniku sobiepaństwa ministra sprawiedliwości odnośnie upolitycznienia nominacji sędziowskich, sądy europejskie zaczynają kwestionować prawomocność polskich listów gończych. Polska chełpi się swoją rolą w marginalnym Trójmorzu, a zaniedbuje konieczną współpracę z Francją i Niemcami. Tylko w wypadku podlizywania się Trumpowi Polska uzyskuje autentyczne korzyści w obronie, ale nie wiadomo czy te przetrwają jeśli Trump nie wygra ponownie wyborów. Tusk jest uważany jako europejski mąż stanu, Wałęsa wciąż jest międzynarodową gwiazdą medialną, a obecny rząd Polski ośmiesza się każdym razem gdy stara się bezskutecznie ich oczerniać, tak jak nie jest w stanie docenić sukcesów polskich noblistów czy polskich filmów. Rząd polski miałby lepszy profil międzynarodowy gdyby starał się te atuty wykorzystać a nie gnębić.

Na końcu niemal każdego teraz felietonu politycznego apeluję wciąż o znalezieniu wspólnego języka i zaniechania wspólnej nienawiści aby przeskoczyć tą przepaść światopoglądową która dzieli nasz naród i podważa nasz status w świecie.  

Z poważaniem

Wiktor Moszczynski.     

Tydzień Polski  18 Wrzesień 2020

Monday, 7 September 2020

Plakaty „Solidarności” Przywołują Ów Rok

 



O roku ów! Kto ciebie widział w naszym kraju!

Z tymi wstępnymi słowami o roku 1812, zaczerpniętymi z „Pana Tadeusza”, pisałem w roku 2000 artykuł redaktorski w miesięczniku „Orzeł Biały”, nawiązując do 20ej rocznicy powstania Solidarności w roku 1980. I tamten rok przypomniał mi się znów gdy oglądałem teraz program zdjęć, plakatów i rekwizytów w Galerii POSKu rekapitulujący, w 40 rocznicę powstania Solidarności, ten wspaniały zryw narodu polskiego który zadziwił świat i zatrząsł raz na zawsze rdzą pożarte żelazne fundamenty sowieckiego imperium.

Na wystawie oglądać można piękne zdjęcia Krzysztofa Niedenthala ze stoczni. Jest rok 1980. Koniec sierpnia. Pamiętam ówczesny reportaż BBC. Wpierw widać skupiony tłum na klęczkach przed majestatem ołtarza polowego, po obu stronach bramy stoczni ozdobionej kwiatami i obrazami z Papieżem i Matką Boską. Widać jak po mszy stoczniowcy w kombinezonach powstają buńczucznie w obliczu drugiego majestatu, majestatu władzy partyjnej. Otaczają delegację z Warszawy, z początku groźnie, później już pewniej, niemal pogardliwie. Ludność Gdańska, żony, matki, weterani narodowych klęsk i uniesień, studenci, dziennikarze, kamery – cała Polska słucha i czeka. Cały świat stara się wyłapać szczegóły negocjacji transmitowanej ponad głowami pracowników przez stoczniowe głośniki. 

Nagle zrywają się okrzyki, zgiełk, wiwaty, flagi narodowe wzniesione przed czerwonym transparentem. (Aż oto nowe stada, jakby gilów, siewek i szpaków, stada jasnych kit i chorągiewek.) Tłum stoczniowców wynosi na ramiona młodego wąsacza, którego doprowadza już do otwartej teraz bramy. Wszyscy cichną. Wąsacz, uśmiechnięty i dumny, odczytuje główne punkty porozumienia pomiędzy Międzyzakładowym Komitetem Strajkowym a delegacją PZPR. Władze uznają prawa do powołania pierwszego niezależnego związku zawodowego, gwarantują prawo do strajku, zapowiadają reformy gospodarcze, sprawiedliwszą politykę płac, ograniczenia w cenzurze prasy, wprowadzenie niezależnych wydawnictw i zapewniają radiowe transmisje mszy św. w każdą niedzielę. Miano zrehabilitować i przywrócić pracę represjonowanych uczestników zajść grudniowych i czerwcowych; postawić pomnik tym co zginęli; więźniowie polityczni mieli być natychmiast wypuszczeni na wolność. Zwycięstwo bezkrwawe.

Była to rewolucja: odwrót władzy PZPR na całym froncie. Tłum, szalejący ze szczęścia, wyniósł tryumfalnie wąsacza na ulice miasta (Wiwat Król kochany! Wiwat Sejm! Wiwat Naród! Wiwat wszystkie Stany!); stacje telewizyjne przetransmitowały dorobek negocjatorów na całą Polskę i na cały świat. Tego wieczoru wąsacz gdański, uzbrojony w ogromne pióro, z ikoną Matki Boskiej na piersiach, sam stał się nową światową ikoną medialną.

Oczywiście, ocenianając dzisiaj, widzymy że ten epokowy tekst posiadał poważne ograniczenia. Nie było demokracji parlamentarnej, żadnej mowy o wolnych wyborach, o zmianie konstytucji dotyczącej „kierowniczej roli Partii”. Nie zakładano w nim nowych partii czy ugrupowań politycznych. Nie było wolnej niepodległej Polski i nie likwidowano sojuszu z ZSRR. Rewolucja musiała być samo-ograniczająca. Trzeba było budować wolność i demokrację wewnątrz żywiołowych organizacji dozwolonych przez umowę gdańską. Samorządy pracownicze miałyby być namiastką parlamentu, „pluralizm” – namiastką demokracji, zapowiedziana gospodarka „planowo-rynkowa” miałaby być namiastką wolnego rynku, a późniejsze „struktury poziome” miały zabezpieczyć żywiołowość i demokratyczną alternatywę rozkładającej się partii rządzącej, której dalsze istnienie, jako przykrywka władzy, gwarantowało neutralność wojskową przerażonych sąsiadów.

Ten wyraźny umiar MKS-u, a później związku „Solidarność”, jak i jego zdolność do podejmowania inicjatyw i dynamicznego postępowania naprzód jako lodołamacz społeczny, bez stosowania jakichkolwiek aktów gwałtu, zastraszenia czy przemocy, wywodził się zarówno z tradycji i nauki kościelnej, pouczeń KORowców, jak i z tradycji partyjno-reformatorskich, liberalnych, narodowych i chrześcijańskich. Wizyta papieska z roku 1979 (z dawna byłeś niebieskim oznajmiony cudem) była chyba najważniejszym czynnikiem, umożliwiającym teraz masowe wystąpienia narodu, który poczuł po raz pierwszy od kilkudziesięciu lat, że społeczeństwo w większości duchowo nie podlega ideologii partii rządzącej i że klejnoty tradycji narodowych i niepodległościowych nie były zachowane wyłącznie w skrytkach rodzinnych szaf (poprzedzony głuchą wieścią między ludem). Wychowanie obywatelskie promowane przez organizacje takie jak KSS-KOR i ROPCiO odegrało też zasadniczą rolę w metodach walki i konfrontacji użytych przez przywódców strajkowych pamiętnego sierpnia, choć na szczęście ci przywódcy, spadkobiercy PRL-owskiej edukacji ale i patriotycznego wychowania w domu, okazali dużo więcej odwagi niż ich KOR-owi i kościelni doradcy. (Ludźmi błyszcząca, obfita we zdarzenia, nadzieją brzemienna! )

Z czasem, jak pokazują piękne plakaty wystawy w POSKu, ta odwaga doprowadziła do założenia polskiego państwa solidarnościowego wewnątrz obcego, pseudo-polskiego państwa „ludowego”. „Solidarność” stała się nie tylko organizacją związkową, nie tylko masowym wielowymiarowym ruchem społecznym, ale i „słowem-nadzieją”, parasolem wszelkich niezależnych inicjatyw społecznych, rosnących jak grzyby po demokratyzującym deszczu. Był to renesans kulturalny, społeczny i moralny. Pod egidą niezależnych związków zawodowych powstawały ruchy obrony praw człowieka, praw kobiecych, ochrony konsumenta, ochrony środowiska, ochrony mniejszości narodowych, nowe niezależne gazety, książki i sztuki teatralne. Można było mówić znów o Piłsudskim, AK, Katyniu, emigracji niepodległościowej, wypadkach poznańskich, grudniowych i radomskich. Podwyżki płac pielęgniarek gwarantowały strajki górników i hutników; prawa załóg mniejszych zakładów gwarantowała narodowa sieć większych załóg; rejestrację związku rolników gwarantował bratni związek robotników. Pod egidą „Solidarności” powstawały nawet związki milicyjne, ruchy demokratyzujące PZPR, próby założenia niezależnych samorządów rejonowych, niezależne ruchy pokojowe i rozbrojeniowe, apele do innych inicjatyw demokratycznych i wolnych związków w innych krajach bloku sowieckiego.  „Solidarność” nie była już tylko nazwą instytucji, ale nazwą nowej ideologii, nowej moralności.

Cały świat przejmował się tym polskim sierpniem i jego następstwami. Każdy patrzył przez subiektywnie nastawiony teleskop. Rządy zachodnie i ruchy demokratyczne upatrywali w „Solidarności” symptomy zawalenia się totalitaryzmu sowieckiego (i nawet nieco bały się konsekwencji tego). Międzynarodowe ruchy praw człowieka widziały w Polsce nowy model działania na rzecz praw człowieka. „Solidarność” jako związek zawodowy był nie tylko partnerem dla zachodnich wolnych związków socjaldemokratycznych i chrześcijańskich, ale nowatorem godnym naśladowania przez prześladowane związki brazylijskie (ich przywódca Lula, przyszły prezydent Brazylii, był widziany jako „brazylijski Wałęsa”), przez państwowe związki w Senegalu i na Wybrzeżu Kości Słoniowej czy przez niezależne związki japońskie starające się wyrwać spod kontroli wielkich koncernów przemysłowych. Zachodnie ruchy rozbrojeniowe widziały w „Solidarności” pierwowzór niezależnego ruchu pokojowego na Wschodzie. Socjaliści zachodni, a szczególnie trockiści, zachłystywali się radykalnym polskim wzorem samorządów pracowniczych w zakładach i w rejonach. Każdy ruch społeczny na Zachodzie, konserwatywny czy postępowy, religijny czy świecki, widział w Polsce nadzieję powstania autentycznego dla siebe partnera wschodniego. Polska była drogowskazem dla wszystkich, bo każdy widział w nowej Polsce solidarnościowej odbicie tego, czego szukał daremnie u siebie.

Dramatyczny przebieg wypadków w Polsce przez następne miesiące ukazuje się w plakatach wystawy. Odbierano postępy tego ruchu z wielkim napięciem w mediach zachodnich. Strajki krajowe; umowy w Szczecinie, Gdańsku, Jastrzębiu; upadek Gierka, odmowa rejestracji związku we wrześniu, wreszcie rejestracja w październiku; pogróżki Kremla, sprawa Narożniaka; nowe krzyże strzeliste w Gdańsku; rejestrację Solidarności Wiejskiej, wizyty Wałęsy we Włoszech, Francji i Japonii. Potem już pajwaiły się ciemniejsze chmury, a więc; prowokacja bydgoska; odwołanie strajku krajowego; śmierć Prymasa; nowe groźby moskiewskie; zastąpienie Kani przez Jaruzelskiego na Zjeździe Partii; dramat zjazdu Solidarności w Oliwie; wnioski o samorządach i bratnich wolnych związkach zawodowych; marsze głodowe; strajki jesienne. Poprzez plakaty widać wyraźnie ten korowód wydarzeń.  I w końcu nóż w plecy, bo nadchodzi stan wojenny.



Teraz, z okazji 40 rocznicy powstania „Solidarności”, i dzięki Polish Solidarity Campaign i Komitetu Obrony Demokracji UK, z pomocą finansową PAFTu, będzie można zwiedzić od 19 września do 5 października w Galerii POSKu wystawę plakatów ze zbiorów Biblioteki Polskiej i osób prywatnych, upamiętniającą historię epopei solidarnościowej. Oglądając ją będzie można znów dumnie powtórzyć za Mickiewiczem o owym roku wspaniałym: Ja ciebie dotąd widzę, piękna maro senna! Urodzony w niewoli, okuty w powiciu, Ja tylko jedną taką wiosnę miałem w życiu.

Wiktor Moszczyński  18 wrzesień 2020    Tydzień Polski 

Sunday, 30 August 2020

Lament za Chrześcijańskim Imaginarium



„Religia stała się skansenem, parkiem krajobrazowym, muzeum etnograficznym,” tak główny ekspert Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego, dr Marcin Kędzierski, elokwentnie lamentuje powolny zmierzch obyczajów chrześcijańskich w społeczeństwie polskim. Z wielkim żalem Kędzierski uznaje pełną klęskę czegoś co nazywa „chrześcijańsko-katolickim imaginarium”, które tworzyło kiedyś tkankę wartości składających się na moralność i obyczaje w prawodawstwie, w pracach naukowych i w mediach, nie tylko Polski, ale wszystkich krajów europejskich. Chodziło mu przede wszystkiem o dość powszechnie uznawaną wiarę w Boga i w stabilność społeczeństwa opartego o tradycyjną rodzinę. Ubolewa, na przykład, że zamiast pojęcia altruistycznej miłości bliźniego jako motoru sklejającego społeczny ład, nastąpiło pojęcie miłości siebie. To ujawnia się zarówno w pogoni za dorobkiem materialnym gdzie prawa rynku uzasadniają wszystko, jak i zadowoleniem własnych przyjemności „bo mi się to należy”. Według niego emocjonalny stan jednostki staje się nowym bogiem, co ostatecznie może unicestwić wszelkie normy stabilnego społeczeństwa.

Proces dekompozycji „chrześcijańsko-katolickiego imaginarum”, który rozpoczął się w okresie Oświecenia w XVII wieku, został, według niego, dramatycznie przyspieszony w latach 60-ych ubiegłego wieku kiedy umożliwiono antykoncepcję płodu, a potem wprowadzono prawo do aborcji, tolerowano związki pozamałżeńskie, uszanowano relacje homoseksualne i praktykowano eutanazję wobec osób cierpiących na nieuleczalne choroby. Choć do końca kościół katolicki nie przyjął tych nowych wartości, ale w praktyce kościół dostosował się do dialogu i zrozumienia tych, zarówno wierzących jak i niewierzących, którzy te wartości propagowali, naśladując ich humanitarne słownictwo które te nowoczesne normy społeczne uzasadniały. Wobec tego kościół, mimo swoich obiekcji, dopuścił do upowszechnienia tych wartości w świeckim imaginarium i stał się intelektualnie bezbronny i skazany na pozycję krytykowaną jako fundamentalistyczną. „Patrzę i dostrzegam walec,” pisze Kędzierski, „który zaczyna po nas przejeżdzać. Jestem kompletnie bezradny wobec tak zdefiniowanych pojęć.”

Do jakiego stopnia Kędzierski ma rację gdy mówi że katolicy w Polsce są pod pręgierzem nowych świeckich wartości? Trochę przesadza. On sam, jako uczony konserwatysta, obraca się oczywiście w kręgach akademickich zarówno konserwatywnych i liberalnych, więc tak jak większość ludzi z wyższym wykształeceniem zamieszkałych w wielkich miastach, ociera się wciąż o kulturę i światopogląd zachodniej Europy. A ta oparta jest na poszanowaniu praw człowieka, i to nie tylko w pierwszych trzech pokoleniach tego prawa, ale również w czwartym pokoleniu również. Świadectwem tego było 10 milionów Polaków głosujących w lipcu na liberalnego kandydata Rafała Trzaskowskiego. Ale byli wciąż tylko mniejszością.

Przypominam że pierwsze pokolenie praw człowieka pochodzi jeszcze z czasów XVIII wiecznego Oświecenia. Oparte było na uznaniu prawa do życia, bezpieczeństwa osobistego, wolności słowa, równości wobec prawa i prawa do posiadania własności.  Amerykańska Deklaracja Niepodległości uważała „następujące prawdy za oczywiste: że wszyscy ludzie stworzeni są równymi, że Stwórca obdarzył ich pewnymi nienaruszalnymi prawami, że w skład tych praw wchodzi prawo do życia, wolność i dążenia do szczęścia.” Chrześcijaństwo nie przewidywało poprzednio pojęcia automatycznego „dążenia do szczęścia” na tym padole, gdyż nagrodą za prowadzenia czcigodnego życia miało być szczęście wieczne w niebie. Z czasem dostosowało się do tych pojęć, co było już w opinii Kędzierskiego pierwszym kompromisem.

Drugie pokolenie praw człowieka nastąpiło już w XIX wieku i dotyczyło praw ekonomicznych, a więc prawa do pracy, prawo opieki społecznej, ochrony przed wyzyskiem. Ekstremalnym przypadkiem tych praw był Manifest Komunistyczny ale już w Niemczech Bismarcka szanowano prawo pracy. Teraz powszechnie szanujemy prawa do żywności, mieszkania i opieki zdrowotnej, jak również do zabezpieczenia społecznego i do płatnego bezrobocia. Kościół też dostosował się do tych praw w encyklice Papieża Leona XIII „Rerum Novarum”, która promowała uznanie powszechnego prawa do głosowania, do tworzenia wolnych związków zawodowych i do uszanowania godności człowieka. Kapitalistyczne demokracje zachodnie oparte o prawa człowieka pierwszego pokolenia nie zawsze chciały uznać te gospodarcze prawa drugiego pokolenia. Tymczasem państwa komunistyczne opierały swoje rządy totalitarne właśnie o prawa człowieka drugiego pokolenia dla którego były gotowe stłumić poprzednie „burżuazyjne” prawa pierwszego pokolenia. Już w okresie powojennym znaczna część państw kierowała się konstytucjami świeckimi obejmującymi zarówno pierwsze i drugie pokolenie praw człowieka, i Kościół Katolicki dostosowywał się do tego, szczególnie gdy podobnie reagowały konkurencyjne religie.

Trzecim pokoleniem praw człowieka są prawa grupowe czy zbiorowe, dotyczące albo całych narodów, albo poszczególnych warstw społecznych. Do nich należały na przykład prawa do samostanowienia, do rozwoju gospodarczego i społecznego, do zdrowego środowiska, do zasobów naturalnych, do komunikowania się czy do uczestnictwa w dziedzictwie kulturowym. Prawa te są szerzone przez wiele postępowych organizacji międzynarodowych, jak ONZ czy Unia Europejska, i są również szanowane przez organizacje kościelne.

Bardziej kontrowersyjne jest czwarte pokolenie praw człowieka oparte na prawach już nie uniwersalnych, lecz na prawach kobiet i dyskryminowanych mniejszości, a więc praw dla ochrony  niepełnosprawnych, mniejszości narodowych, homoseksualistów. W większości państw zachodnio-europejskich ich prawodawstwo uwzględnia większość tych praw. Ustawy te odgrywają dla tych mniejszości coś w rodzaju wyzwolenia z opresji patriarchalnej dotychczasowej rodziny tradycyjnej. Niemal z każdym rokiem przybywa nowa grupa szukająca równouprawnienia na zasadzie poszanowania równości każdego obywatela. Coraz więcej krajów uznaje prawa do małżeństwa i do adoptowania dzieci przez osoby tej samej płci, czy do uznania prawa do samookreślenia własnej płci przez transwestytę. Nie wszyscy na Zachodzie podążają za tymi zmianami, a wiele z nich kościół katolicki wciąż odpiera. 

Jeszcze mniej podążają za tym w Polsce i to właśnie wśród elektoratu wiejskiego głosującego z wyraźną przewagą na Andrzeja Dudę który prowokacyjnie równał ideologię LGBT z ideologią bolszewizmu. Napięcia emocjonalne wokół tych i innych obyczajów zachodnich z ostatnich dwóch dekad są jednak dużo szerzej odrzucane przez Polaków niż się, zarówno Kędzierskiemu, jak i miejskim elitom kulturalnym, wydaje. Kędzierski ma rację że w sferach intelektualnych dominują już świeckie i bardziej materialne reguły w codziennej rozmowie, ale duża część elektoratu nie podziela tych poglądów a kręgi rządowe starają się tym praktykom i poglądom oprzeć nie dialogiem publicznym lecz drogą przyspieszonego prawodawstwa, uzasadnionego argumentami opartymi najczęściej na katolickim fundamentalizmie.  

Jest to bardzo niebezpieczna droga bo pozbawia polityków krajowych możliwości dialogu i prowadzi do otwartej konfrontacji ideologicznej dwóch stron narodu którą naukowcy i pisarze liberalni i konserwatywni nie są w stanie przeskoczyć. Przy tak bardzo czarno-białym podziale społecznym bardziej skrajne elementy w obecnej partii rządzącej gotowe są ograniczyć najbardziej fundamentalne prawa człowieka, jak możliwość głoszenia różnorodnych poglądów w mediach państwowych, czy niezależne sądownictwo. Coraz bardziej utożsamiają prawo polskie z tradycyjną nauką kościelną w zakresie płodu in vitro, edukacji seksualnej czy aborcji, zgodnie ze stalinowską koncepcją  „Katolicyzmu w Jednym Państwie”. Nawet Kędzierski jest przerażony tym kierunkiem który właściwie unaocznia tylko obecne ubóstwo intelektualne dzisiejszej polskiej hierarchii kościelnej a jednocześnie z każdym krokiem oddala Polskę od głównego nurtu cywilizacyjnego dzisiejszej Europy i dzisiejszego kościoła powszechnego.

Andrzej Duda argumentuje że nie jest negatywnie nastawiony do homoseksualistów, lecz tylko wobec jakiejś zmyślonej „ideologii LGBT”. Może nawet w to wierzy. Ale nie robi nic aby powstrzymać ostatnie posunięcia ziobrystów do tzw. „repolonizacji” mediów (tylko za PRLu były media „zpolonizowane”), subsydiowania samorządów deklarujących się jako „wolnych od LGBT”, czy groźbie zdelegalizowania Reformowanego Kościoła Katolickiego. Nic nie robi aby apelować przeciw coraz częstszym fizycznym atakom na cudzoziemców czy gejów. Nic nie robi aby powstrzymać stek homofobicznych czy antysemickich wypowiedzi w audycjach Radia Maryja czy wśród kiboli Legii. Nie wypowiada się przeciw próbie odrzucenia konwencji stambulskiej dotyczącej ochrony przed przemocą domową. Nie wstrzymuje pędu do powrotu do średniowiecznych przepisów w sprawie przerywania ciąży kiedy, już teraz, Polska posiada najbardziej regresywne prawodawstwo w tym zakresie.

Nie jestem osobiście zwolennikiem dość powszechnego dostępu do aborcji jaki istniał jeszcze w PRLu ale uważam że trzeba ten drażliwy temat poddać szerokiej społecznej i medycznej, a nie tylko wyznaniowej, debacie wśród (przede wszystkiem!) kobiet. Bo sprawa dotyczy nie tylko poczęcia embrionu ale również ingerencji w ciało kobiety. Jeżeli prezydent Duda chce uratować Polskę przed niszczącą wojną światopoglądową i przed wycofaniem się z głównego nurtu myśli i prawodawstwa europejskiego, i jeśli chce uratować polski kościół katolicki przed intelektualnym samobójstwem, powinien jasno przeciwstawić się głosom fanatyzmu i zaproponować autentyczną debatą nad aborcją, i innymi aspektami życia społecznego. Powinno to doprowadzić do odpowiedniego kompromisu między tym co należy do Boga, a tym co nakeży do Cesarza.

 

Wiktor Moszczyński                            Tydzień Polski     4 wrzesień 2020