Thursday, 20 October 2016

Czy Chcemy Drugi Pomnik Lotnikόw w Londynie?

Śmiały projekt 30-metrowego monumentu ku czci pilotόw polskich w samym sercu Londynu, opisanego w zeszłym tygodniu w “Tygodniu Polskim”, nie wszystkim się spodobał. Już sama ta śmiałość z pozłoconymi skrzydłami husarskimi i samolotem myśliwskim (chyba Hurricane, raczej niż Spitfire) wyłaniającym się z pod tych skrzydeł, szokuje wielu Polakόw. Innym nie odpowiada oryginalny inicjator tego projektu, czyli Jan Żyliński, były kandydat na burmistrza Londynu, i pomawiają go złośliwie że projekt jest zaspokojeniem jego prόżności (po inszemu, “vanity project”).Ale to jest niesprawiedliwe. Inni znόw przypominają nam że szkrzydła husarskie są akurat symbolem Pierwszej Dywizji Pancernej i dlatego nie pasują do wizerunku pilotόw. No tak, symbole są ważne, szczegόlnie jeszcze w pokoleniu wojennym i powojennym. Ale o generale Maczku i jego Dywizji też nie zapominamy bo właśnie w Edynburgu przygotowuje się już nowy projekt jego pomnika kosztem £100,000 gdzie generał siedzi na ławce na terenie gdzie lubił spacerować ze swoją rodziną.
Poważniejszą obiekcją jest istnienie już obecnego Pomnika Lotnikόw przy lotnisku Northolt, gdzie kiedyś służył legendarny Dywizjon 303. Wszyscy albo znamy albo słyszeliśmy o tym pomniku. Nawet Anglicy. Ile razy jest zator na drodze A40 do Londynu z Birmingham czy Oksford, podają wciąż w radiu i w telewizji że jest “traffic congestion at Polish War Memorial”. Pomnik ten oryginalnie powstał jeszcze w roku 1948, a odsłonił go słynny brytyjski marszałek lotnictwa Lord Tedder. Asystowali mu, m.inn. prezydent August Zaleski, generałowie Anders, Kukiel, Iżycki i wielu asόw polskiego lotnictwa. Pomnik jest postawny, ozdobiony na szczycie dumnym orłem z brązu. Zawierał od początku nazwiska 1241 pilotόw ktόrzy zginęli w akcji w walce z hitlerowskim wrogiem a 45 lat pόźniej dopisano dalszych 659 nazwisk pilotόw ktόrzy zginęli w trakcie lotόw niezwiązanych z operacjami bojowymi. Każdego września w związku z rocznicą Bitwy o Brytanię odbywają się ceremonie przy pomniku z udziałem polskich notabli wojskowych i cywilnych, a od czasu do czasu z udziałem prezydentόw RP przyjezdnymi z Polski, od Lecha Wałęsy do Andrzeja Dudy. Uczestniczą w tym rόwnież przedstawiciele brytyjskich władz lokalnych, a nawet czasem brytyjscy ministrowie. Owczesny właściciel Middlesex County Council przekazał grunt na budowę pomnika darując w dzierżawę teren przydrożny na 999 lat. Szczegόlnie do tego pomnika przywiązani są pozostali jeszcze żyjący piloci i rόwnież Stowarzyszenie Polskiego Lotnictwa ktόre ich reprezentuje. Martwi mnie że jak dotychczas nie wypowiedział się jeszcze na ten temat Zarząd Stowarzyszenia. Myślę że przedewszystkiem był to obowiązek Żylińskiego aby z nimi to przedyskutować przez rzucaniem hasła o budowę nowego pomnika w czasie swojej kampanii wyborczej. Wtedy wygłądało to jako nieprzemyślana oferta wyborcza mająca szansę zrealizowania tylko w wypadku gdyby nasz kandydat wygrał wybory. Wybory minęły, Żyliński zdobył łącznie około 38 tys. głόwnie polskich głosόw w pierwszej i drugiej turze co uważał kandydat jako swoje “zwycięstwo”. I projekt nie przepadł. Teraz właśnie nastąpił czas na konsultacje ze starszym polskim społeczeństwem na ten temat. Tymbardziej że są jeszcze tacy ktόrzy powtarzają że jeżeli jest już jeden pomnik lotnikόw a ma być drugi pomnik to niech drugi pomnik, gdzieś w centralnym Londynie, będzie poświęcony wszystkim polskim siłom zbrojnym, marynarzom, artylerzystom, piechurom, czołgistom, spadochroniarzom, powstańcom, a nie tylko członkom lotnictwa. Możnaby wykazać ilu zginęło i ilu walczyło na licznych frontach. Co prawda istnieje pomnik Polskich Sił Zbrojnych w National Memorial Arboretum przy wiosce Alrewas w rolniczym hrabstwie Staffordshire ale jest to jednak zbyt daleko od większości tutejszej polonii i nikt o ten pomnik nie ociera się przypadkowo. Czy jednak nie powinien taki właśnie pomnik powstać w centralnym Londynie? Jest jeszcze sprawa kosztόw. Nie chodzi tylko o koszt erekcji pomnika. Na przykład w wypadku oryginalnego projektu Pomnika Lotnikόw w Northolt koszt przerόsł możliwości finansowe oryginalnych darczyńcόw. Ze względu na potrzebę oszczędności pomnik nie został zbudowany z granitu, jak oryginalnie planowano, ale z kruchego piaskowca. Już czterdzieści lat pόżniej pomnik zaczął się kruszyć a wiele nazwisk zaginionych pilotόw było już nieczytelnych. Trzeba było w roku 1994 ponownie zebrać niemal milion funtόw, sciągnąć autentyczny granit z kamienołomόw dolnośląskich, przebudować pomnik i wprowadzić nowe oświetlenie. Była to jakby ponowna erekcja spowodowana niefortunnymi oszczędnościami przy pierwszej realizacji. Zresztą tak jest i z innymi pomnikami. Drugim aspektem Pomnika Polskich Sił Zbrojnych w Alrewas też był calkowity koszt circa £300,000 oryginalnego projektu wraz z kosztem odsloniecia. Calkowity koszt utrzymania i regularnego oczyszczenia od ptasich odchodόw, wynoszący, rozumiem, £70,000, ktora to kwota pokrywa caly czas do kiedy National Memorial Arboretum in Alrewas oraz Royal British Legion istnieja. Zostalo zagwarantowane prawnie kontraktem podpisanym pare lat temu. Jeżeli myśli się o nowym pomniku w centrum Londynu to kto ma być odpowiedzialny nie tylko za wzniesienie jego ale rόwnież za utrzymanie i ochronę przed wandalami, nie tylko ptasimi, ale rόwnież ludzkimi? Trzeba liczyć się z tym że projekt istnieje. Istnieje już artystyczny i bardzo ambitny wzόr pomnika. Poparli go brytyjscy torysi, jak były minister Lord Tebbit i były skarbnik Lord Ashcroft, ktόry gotόw jest wystawić poważną sumę na budowę. Żyliński szuka szerszego poparcia wśrόd brytyjskich politykόw, łącznie z merem Londynu. Wśrόd członkow Komitetu Honorowego znajduje się poseł Daniel Kawczyński, minister Anna Maria Anders i dr. Marek Stella-Sawicki. Proponowane miejsce przy Hyde Park Corner znajduje się blisko innych militarnych obiektόw jak pomnik Księca Wellington, Łuk Wellingtona, pawilon zawierający pomnik RAF Bomber Command, pomnik poświęcony artylerii brytyjskiej, pomniki honorujące poległych z Australii i Kanady, a nieco dalej pomnik Holocaustu I ofiar zamachu teroru w Londynie. A więc jest to godne miejsce na nowy pomnik wojskowy. Nie wiadomo wciąż jednak czy pomnik polski uzyska pozwolenie w tym wyjątkowym miejscu. Bo tu też jest problem. Pomnik jest jak szampan. Imponuje jego “joie de vivre” wyrażający radość i dumę ku chwale polskich pilotόw w ratowaniu Wielkiej Brytanii w roku 1940. Zaś dla brytyjskich sympatykόw pomnik symbolizuje potrzebę dalszej dwustronnej bliskiej wspόłpracy między Wielką Brytanią a Polską, mimo Brexitu. Dla Polakόw, szczegόlnie z najnowszych pokoleń, pomnik byłby przyjemną niespodzianką odkrytą w czasie zwiedzania wielkiego miasta. Podnosiłoby na duchu i działałaby “ku pokrzepieniu serc”, jak to sobie Jan Żyliński wyobraża. Niestety inne sąsiednie pomniki brytyjskie przy Hyde Park Corner, jak i polskie z okresu powojennego, są z natury poważne i posępne. Wykazują wsztrzemiężliwość uczuć i dają odwiedzającym moment do zadumy czy, w wypadku pomnika katyńskiego, gniewu. Nie gloryfikują wojny. Przypominają ogromne poświęcenie i odwagę tych co walczyli i oddawali życie czy zaznawali kalectwo dla własnego kraju. Przy nich nasz śmiały pomnik ku chwale pilotόw mόgłby nie pasować. Myślę więc że jeżeli ten pomysł nowego pomnika przy Hyde Park Corner miał by być zrealizowany musiałby mieć nieco stonowany wygląd. Inaczej musiałby znaleść alternatywne miejsce, wciąż może w ktόrymś z parkόw krόlewskich, albo gdzieś nad Tamizą, tak jak pomnik gloryfijkujący RAF naprzeciw Wielkiego Koła. Tam byłby arcywidoczny, wymieniany przez każdego komentatora na statkach turystycznych. Powinien zawierać też tablice pamiątkowe o innych oddziałach Polskich Sił Zbrojnych. Według mnie erekcja i dalsze utrzymanie pomnika winny być głόwnie sfinansowane przez samych Brytyjczykόw wyrażających wdzięczność za nasz kluczowy udział w obronie brytyjskiej demokracji. Nie winnyśmy wydawać na to polskiego grosza bo trzeba konsolidować polskie fundusze na inne bardziej żywe pomniki jak np. szkoły sobotnie czy domy polskie w terenie. W każdym razie, czas odnieść się do tego projektu poważnie i zgodnie abyśmy nie zmarnowali niespodziewanej okazji postawienia nowego ciekawego pomnika w Londynie promującego nasz kraj. Wiktor Moszczyński Tydzień Polski 21/10/2016

Tuesday, 4 October 2016

W Poczekalni

W ubiegły piątek na spotkaniu w Ambasadzie z dr. Adamem Bodnarem, Rzecznikiem Spraw Obywatelskich, wyłoniła się ciekawa dyskusja wśrόd przedstawicieli polonii. Czy Polacy powinni sami organizować się i domagać się swoich praw w tym kraju, czy powinni raczej zachowywać się jak goście i uzależnić się od dobrej woli Brytyjczykόw czekając potulnie na brytyjskie rozwiązanie naszych kłopotόw? Często odpowiedż na to pytanie uzależniona jest od tego czy dana osoba czuje się zadomowiona w tym kraju, czy nie. Polacy ktόrzy przyjechali tu już jako osoby dorosłe, niezależnie od tego czy to było po roku 1956 czy po roku 2004, nie czują się swobodnie składając jakieś postulaty wobec otoczenia brytyjskiego i są szczęśliwsze gdy organizują coś we własnym polskim środowisku, np. w parafii czy w lokalnej szkole sobotniej. Natomiast osoby tu urodzone, czy ktόre przyjechały tu jako małoletnie, nie mają żadnego oporu w wypowiadaniu się w brytyjskim środowisku. Oczywiście upraszczam. Są osoby przyjezdne z Polski ktόre śmiało wkraczają w angielskie czy szkockie organizacje lub organizują samopomoc dla rodakόw w oparciu o brytyjskie fundusze i struktury. Jednak ten spόr zaostrzył się w związku z obecnym kryzysem w Wielkiej Brytanii. Już wiemy z niedzielnego przemόwienia pani Theresy May że Wielka Brytania rzeczywiście odrywa się od Unii Europejskiej fundamentalnie. Nie będzie wolnego poruszania się obywateli europejskich poszukujących pracy w obu stronach, nie będzie bezcłowego dostępu Wielkiej Brytanii do jednolitego rynku unijnego. Wielka Brytania jest w tranzycie przemieniając się z członka Unii Europejskiej w państwo w pełni suwerenne. Decyzja podjęta w referendum jest już nieodwracalna. Ale przez następne trzy lata negocjacji, Wielka Brytania pozostaje jeszcze prawnie i formalnie uzależniona od prawodawstwa unijnego, mimo że uczuciowo stoi już jedną nogą poza Europą. Rząd nie ma zamiaru dzielić się szczegόłami czy etapami negocjacji ze społeczeństwem i z parlamentem a więć poczucie niepewności i tymczasowości wzmocni się zarόwno wśrόd tubylcόw jak i obywateli unijnych tu zamieszkałych. Powoli urzędy państwowe i przesiębiorstwa będą też przechodzić pewne zmiany przygotowując się na ostateczny dzień niezależności choć w międzyczasie wciąż obowiązują przepisy unijne ktόre w odpowiednim dniu po zakończeniu rozmόw przemienią się ustawą parlamentarną w przepisy brytyjskie. Nie wiadomo jeszcze czy ostateczny układ wynegocjowany z Unią będzie poddany zatwierdzającemu referendum, jak chce Partia Pracy i wielu konserwatywnych sympatykόw Unii. Ale prawdopodobnie takiego drugiego głosowania nie będzie. W tej sytuacji można spodziewać się co raz więcej napięcia dotyczącego praw obywateli unijnych. Już w czasie poniedziałkowej sesji konferencji Torysόw w Birmingham minister zdrowia zapowiadał potrzebę wprowadzenia rodzimych doktorόw i pielęgniarzy z Wielkiej Brytanii aby zastąpić co raz “mniej intratnych” cudzoziemcόw; minister środowiska zapowiadała potrzebę zatrudnienia co raz większej ilości tubylcόw w rolnictwie na miejsce pracownikόw unijnych. Dzień przedtem minister przemysłu mόwił już o potrzebie wprowadzenia wiz dla polskich i innych unijnych pracownikόw budowlanych. Wszędzie można teraz, 3 lata przed ostatecznym rozstaniem, wyczuć tą wzrastającą niecierpliwość. Już zaczynają kalkulować jak będzie wyglądała służba zdrowia i gospodarka brytyjska bez naszego udziału, czyli ich indygenizacja. Wiadomo co prawdopodobnie czeka nowo przybyłych obywateli polskich szukających pracy w Wielkiej Brytanii za 3 lata – wizy wjazdowe, potrzebę pozwolenia na pracę, niemożnośc ściągnięcia tu swojej rodziny, brak wszelkich możliwości na zapomogi, brak dostępu bezpłatengo do służby zdrowia. Ale co czeka tych co tu już są? Pozatem ta niecierpliwość przenosi się i do szerszego społeczeństwa, a szczegόlnie do tych elementόw ktόre były odpowiedzialne za co raz częściej powtarzające się ataki na Polakόw. Wciąż możemy liczyć na osobistą życzliwość znacznej części społeczeństwa brytyjskiego ale obawiam się że będzie to co raz częściej życzliwość dla nas jako obcokrajowcόw, niż jako tubylcόw z mniejszości etnicznej. Dla 2,9 milonόw obywateli unijnych (w tym 980,000 Polakόw) już tu obecnych, sytuacja pozostaje jaskrawo nie pewna. Są w poczekalni. Obecne prawa unijne gwarantują im wszystko. Ale na jak długo? Za 3 lata nie będą już obowiązywać. Lecz to Wielka Brytania zrywa z Unią Europejską, a nie na odwrόt. Jeżeli Wielka Brytania wybija się na niezależność to ma przy tym obowiązek prawny i moralny zatroszczyć się o tych, ktόrzy tu przybyli i mieszkają dzięki dotychczasowemu dobrowolnemu udziałowi Wielkiej Brytanii w Unii Europejskiej. Powinno być podobne poczucie odpowiedzialności do tego ktόre w roku 1945 nakłoniło rząd brytyjski, po podpisaniu haniebnego układu jałtańskiego, do nadania Polakom znajdującym się na zachodzie prawo osiedlenia się w Wielkiej Brytanii. W czasie kampanii przed referendum głόwni poplecznicy “Leave”, czyli opuszczenia Unii, przyrzekali że obywatele unijni ktόrzy już żyją i pracują w Wielkiej Brytanii, będą mogli pozostać. To samo zażyczyli posłowie w debacie parlamentarnej w tydzień po referendum. Obecnie minister Davis, odpowiedzialny za negocjacje z Unią, zapowiedział że ci obywatele będą mogli zostać o ile inne państwa nie będą dyskryminować Brytyjczykόw za granicą. To znaczy w praktyce że sprawa wciąż pozostaje otwarta aż do ostatniego dnia negocjacji, a więc formalnie ta niepewność zostaje. “Przecież nas nie wyrzucą,” mόwi wielu Polakόw. “Potrzebują nas.” To wszystko prawda. Wszelka logika wskazywałaby na to że Polacy i pozostali obywatele unijni są tu potrzebni i będą mogli pozostać. Ale gdyby logika odgrywała tu rolę to Wielka Brytania nie opuszczałaby Unię. W tej chwili decyzje podejmowane są na falach tej emocji ktόra poniosła elektorat w kierunku opuszczenia Unii. Dlatego aby obronić status Polakόw tu obecnych w okresie pobrexitowskim potrzebna będzie nie tyle wiara w rozsądek i logikę rządu brytyjskiego (choć ewentualnie będzie można na to liczyć), co argument z potężnym ładunkiem emocjonalnym. Mamy np. obecnie przeszło 186,000 dzieci narodowości polskiej w Wielkiej Brytanii. Znaczna większośc ich ma poniżej 9 lat. Rodzimy ich co raz więcej, bo przeszło 22 tysiące rocznie. Wielu z nich nie ma zapewnionego prawa pobytu bo rodzice nie załatwili jeszcze sobie stałej rezydentury, należną im po 5 latach pobytu. Znaczna ich część zaznała strasznej traumy tej nocy kiedy dowiedzieli się że Wielka Brytania zrywa z Europą i że ich prawo pozostania w tym kraju jest zagrożone, a szczegόlnie kiedy ich koledzy zaczęli pytać agresywnie kiedy wracają do Polski. Dla tych dzieci Anglia jest ich światem, nawet kiedy mόwią i piszą po polsku. Polska to tylko kraj gdzie mieszka babcia i jedzi się na wakacje. Trzeba jasno to przedstawiać w mediach brytyjskich. Czy chcą aby te dzieci tu wychowane były zakładnikami przez następne pare lat w grach dyplomatycznych? Pozatem czy chcą aby tylu obywateli unijnych porzuciło przedwczesnie pracę w NHS i w opiece społecznej i przenosiło się za granicę? Czy te 22,000 przedsiębiorstw z polskimi właścicielami ma rozwiązać się na skutek niepewności swojego jutra i rozszerzyć dramatycznie pulę bezrobotnych? Oczywiście dobrze jak te argumenty stawiają sami Brytyjczycy, choćby poseł Tom Brake ktόry w zeszły czwartek przedstawił Polakom w POSKu swoje projekty prywatnej ustawy o prawach pozostania dla obywateli unijnych. Ale mamy pełne prawa i obowiązek sami zorganizować się w grupę nacisku, w stylu jakiejś petycji pod hasłem jak “Justice for UK Poles”, w obronie praw i bezpieczeństwa naszych rodakόw. Po pierwsze dlatego że jeszcze obowiązuje prawo unijne ktόre ich chroni, a po drugie dlatego że wielu z nas już jest Brytyjczykami i nie mamy żadnych kompleksόw że jesteśmy w jakiś sposόb tu osobami obcymi. A trzeba to poruszać teraz, czyli kuć żelazo pόki gorące. Wiktor Moszczyński Tydzień Polski 7 pażdziernik 2016

Monday, 19 September 2016

Klęska dobrobytu.

"Podstawowa węgierska myśl i strategia jest prosta: UE jest bogata, ale słaba, co jest najgorszą z możliwych kombinacji", tak orzekł ostatnio kontrowersyjny premier węgierski, Viktor Orban. Orban lubi szokować. Wie że przy każdej swojej wypowiedzi irytuje przywόdcόw unijnych z “liberalnego Zachodu” (w czasie komuny mόwiło się o “zgniłym Zachodzie”), ale trzeba przyznać że w tej chwili jest sporo spraw, ktόre można poddać krytyce w polityce unijnej. Orban to jednak nadużywa bezwzględnie, wykorzystując instrumentalnie swoich partnerόw wyszehradzkich, w tym Polskę, w rozbijaniu starego porządku europejskiego. Jest w tym dość przebiegły. Buduje mury graniczne z państwami sąsiadującymi, jak np. z Serbią, ale wciąż chce wciągniąć jak najwięcej tych biednych państw sąsiednich do tej wewnętrznie osłabionej Unii. Twierdzi że Węgry nie opuszczą Unii ale wprowadza rozbijackie referendum wstrzymujące przyjmowanie uchodźcόw z Bliskiego Wschodu, a Europę traktuje jako krowę dojną. Lansuje nawet pomysł tworzenia europejskiej armii na zasadzie że ma ona bronić granic zewnętrznych Unii. Lecz taka armia, bez udziału anglosaskich sprzymierzeńcόw, służyłaby w znacznej mierze do podważania roli obronnej NATO. Trzeba zaznaczyć że polityka zagraniczna Orbana jest wyraźnie zbieżna z interesami rosyjskiego agresora. Mam nadzieję że jego sojusznik, Pan Prezes Kaczyński, jest tego świadomy. Ale nie mam zamiaru pisać tu o geopolitycznych planach naszego naddunajskiego “dyktatora”, jak go złośliwie przywitał w Brukseli naczelny komisarz Juncker. Chodzi raczej o co raz bardziej powszechną ocenę Europy jako coś przypominającego imperium rzymskie czy cesarstwo austro-węgierskie przed ich ostatecznym rozkładem; czyli jako dojrzały, a nawet gnijący, owoc, gotowy do spadnięcia. Podobny wątek z tego samego tygodnia. Na przyjęciu konserwatywnych biznesmenόw, dr. Liam Fox, nowomianowany brytyjski minister handlu, pochodzący z obozu jak najbardziej eurospectycznych posłόw, skrytykował brytyjskich dyrektorόw przemysłowych jako “leniwych i utuczonych” ktόrzy bardziej interesują się w piątkowe popołudnie golfem niż eksportowaniem za granicę. Traktowano to jako atak na pro-europejskie sympatie brytyjskich przemysłowcόw. Jest w tym wyraźny paradoks że każde zdrowe i udane społeczeństwo dąży do tego aby zabezpieczyć sobie i swoim dzieciom jak największy dobrobyt w jak najbardziej stabilnych i komfortowych warunkach. Zjednoczone Krόlestwo jest jednym z najlepszych tego przykładόw. Zapewnia dobre warunki materialne swoim emerytom mającycm przeciętnie jeszcze przed sobą ze 30 lat życia by nacieszyć się owocami rozkwitu gospodarki powojennego państwa opiekuńczego. Gdy wprowadzano tu pierwsze zasady państwa opiekuńczego przeciętny emeryt mogł liczyć sobie zaledwie na 10 lat korzystania z tej skromnej emerytury w okresie kiedy zadłużona powojenna Wielka Brytania pozbywała się powoli swoich atrapόw kolonialnych. Rόwnie dobrym przykładem tego rozkwitu są zachodnie państwa Unii Europejskiej ktόre przez podobny okres 70 lat pokoju, zapewnionego wspόlną integracją gospodarczą i społeczną, stały się symbolem społecznego raju sprawiedliwości społecznej, zapewniającej ochronę przed głodem i wojną. Do nich dążą teraz masowo uchodźcy wojen i przemocy na Bliskim Wschodzie, czy biedy w byłych koloniach afrykańskich. Polska przez ostatnie 25 lat utożsamiała się z naśladowaniem liberalnego europejskiego zeitgeistu opartego na wolnym rynku i szerokiej tolerancji w ramach państwa świeckiego ktόry zapewniał Polsce stały, a nawet dramatyczny, wzrost gospodarczy i upodobniał ją do wzorowego przykładu nowoczesnego państwa europejskiego. Lecz wszędzie widzimy bunt przeciw tej prosperity. W Wielkiej Brytanii mamy Brexit i zerwanie z wygodnym dlaszym rozwojem gospodarczym podłączonym do jednolitego rynku europejskiego gdzie każdy ambitny młodzieniec brytyjski miał zapewnioną przyszłość na kontynencie europejskim. Unia Europejska też nagle traci grunt pod nogami po ekcesach polityki stabilizującej wspόlną walutę kosztem stopy życiowej państw śrόdziemnomorskich i nagłą nawałą uchodźcόw z południa. Polska z nowym rządem odchodzi dobrowolnie od swojej misji dziejowej jako kraj wzorujący się na świeckich tradycjach zachodnich. A nawet w Stanach Zjednoczonych zwolennicy Donalda Trumpa zamierzają obecny liberalny kierunek cywilizacyjny swojego państwa obalić. Dlaczego tak jest? Wpadła mi w ręce ostatnio nowo wydana książka byłego urzędnika Białego Domu. Todd Buchholz, pod wymownym tytułem – “Cena Rozkwitu – Dlaczego Państwa Zamożne Zapadają się i jak je ponownie wskrzesić”. Teza jest szokująca. Celem każdego społeczeństwa pozostaje osiągnięcie spokoju, bezpieczeństwa, komfortu i dobrobytu. Lecz z czasem takie państwo unika konfliktόw, nastawia się na konsumpcję, ciężką pracę zwala na innych, rodzi mniej dzieci, traci pęd do polepszenia swojego bytu, wpada w co raz większe długi, a ich emeryci korzystają z owocόw życia co raz dłużej. Jego cykl cywilizacyjny dobiega swojego zenitu, inne państwa im zazdroszczą, obcy starają się tu zamieszkać aby partycypować w tym dobrobycie, wprowadzając własną dynamikę gospodarczą ale i inna kulturę. Zanika poczucie tożsamości własnych mieszkańcόw takiego państwa, podległych co raz bardziej obcym nawykom. Następuje, słowem autora, społeczna “entropia”, czyli wzrastająca miara chaotyczności życia. Według niego ten cykl jest zarazem pozytywny jak i niszczycielski, ale dotychczas nieodwracalny. Buchholz nawiązuje przedewszystkiem co dzisiejszej Ameryki ale opiera to na licznych przykładach historycznych. Widzymy starożytny Egipt, surową Spartę, efemeryczne państwo Aleksandra Wielkiego, długoletnie imperium rzymskie, bogate republiki rakuskie i weneckie. Wszędzie widać ten sam wątek, czyli surowa brutalna energia tworząca wielkie państwa z ogromnymi osiągnięciami cywilizacyjnymi, ktόre tracą swόj sens bytu przez nadmiar dobrobytu, uzależniając gospodarkę od niewolnictwa i prowadzenie wojen od płatnych najemnikόw. Kolejnym przykładem było cesarstwo austro-węgierskie bez wspόlnego języka i wspόlnego poczucia tożsamości poza postacią popularnego cesarza Franciszka Jόzefa, i ktόre było w stanie rozkładu już długo przed wybuchem Pierwszej Wojny. Oczywiście pesymistyczne tezy Buchholza można dostosować nie tylko do dzisiejszej Ameryki, ale i do kontynentu europejskiego, z Wielką Brytanią i Polską łącznie. Poza wiadomymi kryzysami demograficznymi, braku etyki pracy I tożsamości narodowej widoczny jest tu efekt co raz większego uzależnienia od globalizacji. Cała nasza planeta jest zarazem elektroniczną wioską starającą ujednolicić kulturę światową przez sieć internetową, ale podlegającą rόwnież międzynarodowym konglomeratom korporacyjnym ktόrym daje się wolną rękę przez co raz częstsze zliberalizowanie handlu międzynarodowego. Przynosi dramatyczny wzrost w światowym wzbogaceniu się, ale nie chroni lokalnych przedsiębiorcόw od zagłady, dewastuje lokalną gospodarkę i lokalną kulturę. Wielu młodym mieszkańcom świata ten dynamizm rozwojowy odpowiada; granice są dla nich otwarte. Cały kontynent staje się dla nich ojczyzną; może nawet cały świat? Migracja ludόw do krajόw bogatszych też napędza tą dynamikę ale autochtoni, oryginalni tubylcy bogatych krajόw, widzą swoją kulturę i swoją przyszłość odrzuconą na bruk. Brak im tych murόw granicznych ktόre chroniły ich świat. Ale czy odpowiedź na to musi być tak drastyczna jak mury Trumpa, czy Orbana, czy Brexitu? Buchholz głosi tzw. “manifest patriotyzmu” aby tych osiągnięcięć cywilizacyjnych nie stracić. Zaleca aby szkolnictwo budować bardziej na tych wątkach kultury ktόre nas łączą z krajem gościnnym, szanować kulturę i historię tego kraju, wzmacniać poczucie wspόlnych osiągnięć i wartości, wymagać od imigrantόw poszanowania dla tych wartości kraju zamieszkania i wpajać ludziom młodym obowiązek służby (wojskowej lub cywilnej) dla swojego otoczenia przed rozpoczęciem kariery życiowej. Niby to proste i oczywiste, ale trzeba przyznać że w ostatnich latach zachodnie elity liberalne o tym zapominały i dlatego teraz ponoszą klęski. Wiktor Moszczyński Tydzień Polski 23 wrzesień 2016

Tuesday, 6 September 2016

Harlow - Krzyk Milczących

Maszerowaliśmy w milczeniu, zmoknięci deszczem ktόry nas zaskoczył. Maszerowały dzieci, młodzież i dorośli, Polacy lokalni i przyjezdni z innych miast i tamtejsi Brytyjczycy. Widać było udział lokalnej poskiej szkoły sobotniej im Juliana Tuwima ale rόwnież kibicόw sportowych w barwnych sweatshirtach i z ogolonymi głowami. A we frontowych szeregach, wśrόd flag i transparentόw nasz nowy Ambasador Arkady Rzegocki rozpoczynający swoją kadencję najsmutniejszą misją oddania hołdu zamordowanemu rodakowi i przypomnienia władzom brytyjskim o potrzebie czujności w obronie Polakόw przed podobnymi atakami. Marsz rozpoczęto od zapalenia zniczy, modlitwy, minuty ciszy i odśpiewania hymnu narodowego na placu przed osiedlem sklepowym, The Stow, naprzeciw ławeczki pokrytej kwiatami na ktόrej w ubiegłą sobotę zamordowny został 40-letni Arkadiusz Jόżwik, a jego kolega spożywający z nim pizzę, pobity do nieprzytomności przez bandę nastolatkόw ktόrych poseł lokalny Robert Halfon nazwał jako “pochodzący z rynsztoka”. Przemawiali jeszcze organizatorzy marszu Eric Hind i Magdalena Nowicka, wice-dyrektor polskiej szkoły w ktόrej uczęscza przeszło 250 dzieci. Przemawiali Poseł Halfon i Ambasador Rzegocki ktόry oświadczył że po referendum było już piętnascie incydentόw, jak podpalania, pobicia, zastraszania i dewastacje obiektόw polskich przez graffiti, zgłoszonych przez Polakόw do konsulatόw polskich w Wielkiej Brytanii, ale oczywiście zabόjstwo w Harlow było najpoważniejszym wydarzeniem. Przemawiali też pastor anglikański Robert Findlay, stojący przy wielkim transparencie z napisem “We have more in common than that which divides us”, i wreszcie lokalny proboszcz parafii polskiej, ks Bogusław Kot, ktόry mόwił o potrzebie stoczenia nowej Bitwy o Anglię przez Polakόw, aby mogli być ponownie szanowani przez tubylcόw i mogli żyć bezpiecznie. I wtedy, wśrόd ciszy i skupienia, przeszło 1000 uczestnikόw rozpoczęło swόj marsz. Przed nimi forpoczta około dwudziestu polskich bikerόw. Marsz trwał niemal godzinę. Prowadzono maszerujących najpierw pod polski kościόł Matki Boski Fatimskiej, potem przez puste arterie miasta, następnie przez biedniejsze osiedla mieszkaniowe i przez głόwny plac handlowy do katolickiego kościoła Św Pawła gdzie odbyło się pożegnalne czuwanie. W rozmowie z uczestnikami, nie tylko z Harlow ale i z sąsiednych miast jak Peterborough, Bishops Stortford, Ware czy Haverhill, wszyscy jak jeden mόwili że dopiero głosowanie na Brexit otworzyło im oczy na prawdziwe oblicze angielskiego szowinizmu. Odczuwałem zarazem ich szok z wyniku najpierw referendum, a potem samego zabόjstwa, ale rόwnież ich zaparcie że, ze względu na pracę, czy na studia czy szkołę ich dzieci, mają zamiar tu pozostać, tyle że już nie koniecznie na zawsze, jak to sobie przedtem sobie wyobrażali. Tak, mόwią, w Polsce jest rodzina, dom, własny język, ale niekoniecznie praca na tym samy poziomie i przy tak dobrych warunkach jak w Wielkiej Brytanii. Tak że na razie zostają. Ale czy Anglia jest ich domem – tak jak wielu rodzin z dziećmi było dotychczas przedświadczone? Tu już nie są tacy pewni. Głosowanie za Brexit uświadomiło im, jak twierdziły matki i nauczycielki z lokalnej szkoły, jak dwulicowi są Anglicy kiedy chwalili się swoją tolerancją i szacunkiem dla innych narodowości. “Ten cały multi-kulti”, jak powiedziała mi jedna matka, “to tylko samo-okłamywanie siebie i innych”. Nagle po głosowaniu koledzy i koleżanki w pracy pytają czy już pakują walizki? I czy niedługo wrόcą do Polski? Ci sami ktόrzy jeszcze nie dawno temu popijali razem piwo po pracy. A te same pytania, tylko może podane jeszcze brutalniej, zadawano polskim dzieciom w swoich szkołach od kolegόw i koleżanek w klasie. Oczywiście w Harlow i okolicach brytyjscy wyborcy masowo głosowali za wyjściem z Unii. Dla Polakόw ten wynik był jak nόż w plecy, a cios pochodził od osόb ktόrych traktowało sie jako dobrych sąsiadόw czy kolegόw. Najgorsze że ta świadomość o zawrόceniu się Brytyjczykόw od Europy wyzwoliła wśrόd ich prymitywniejszych elementόw prawo do przywrόcenia słownictwa “hejtu” ktόrą dotychczasowa wyuczona polityczna poprawność skutecznie kamuflowała. I ten “hejt” mόgł wyładować się na kimkolwiek. Na Polakach oczywiście, ale nie tylko, bo rόwnież na innych narodowościach i mniejszościach narodowych, Zależy kto w danym momencie im się podwinie. Tak widzą w tej chwili tragiczny los Arkadiusza, ktόrego “inność” raczej niż koniecznie jego “polskość”, była ostatecznym powodem do ataku przez zdziczały gang nastolatkόw szukających okazji do rozboju i pastwienia się nad bezbronną ofiarą. W każdym razie wraca era destabilizacji w tej harmonii społecznej ktόra panowała dotychczas w Wielkiej Brytanii i dawała Polakom poczucie że mogą tu zostać na stałe. W tym marszu organizatorzy i uczestnicy widzieli jednak szansę wykazania swojej podmiotowości wobec tej dysharmonii. “Był to zryw serca,” powiedziała dyrektor szkoły sobotniej, Iwona Szulc-Nalepka. „Naszym celem nie jest wołanie o zemstę,” mόwi organizator Eric Hind. “Chcemy surowego ukarania sprawców tego zajścia, ale nadrzędnym celem sobotniego wydarzenia jest solidarność wszystkich Polaków, dobre polsko-brytyjskie relacje oraz wsparcie rodziny zmarłego”. Organizatorzy nie mieli chęci siedzieć w domu czekając jak ofiary na następne przykłady dyskriminacji. Motywem marszu milczenia był krzyk gniewu wymagający szacunku dla Polakόw w pracy, w szkole, w sklepie, i by ich nie szykanowano. Skuteczność tego motywu nie da się od razu docenić, tymbardziej że tego samego wieczoru dwuch Polakόw zostało ponownie pobitych, ale Polacy po raz pierwszy od wielu lat poczuli że tworzą w Harlow zwartą dumną wspόlnotę gotową stawić czoło szykanom i dyskriminacji. Mόwiąc krόtko, przestali się bać. Żałowałem tylko że poza posłem nie było obecnych żadnych przedstawicieli brytyjskich władz lokalnych. Obawiam się że może tu jeszcze oddziaływał brak wystarczającego integrowania się Polakόw w życie społeczne środowiska brytyjskiego. Sam Arkadiusz Jόżwik pracował na przykład w fabryce gdzie 80% pracownikόw było Polakami. To odosobnienie od środowiska najczęściej pokonują dopiero dzieci w szkołach angielskich ale to już następne pokolenie. Dziwiło mnie jednak że nie przybyło więcej Polakόw z Londynu. Co prawda lokalni Polacy nie wyrażali żalu że nie przybyli. Dla nich wystarczało że przybył Ambasador i Konsul. Widocznie masowe krajowe organizacje polonijne przestają już zupełnie odgrywać rolę poza Londynem. Polonie lokalne, jak w Harlow gdzie mieszka 1.5 tys. Polakόw, tworzą swόj polski archipelag na Wyspach, trzymają łącznośc z polskościa poprzez telewizję polską, internet, Misję Katolicką, Macierz Szkolną i Konsulat. Co do reszty pozostają samowystarczalne. Czy tak ma być? Sa niby samowystarczalne, ale są wciąż osamotnione. Nie mają poczucia że tworzą większą wspόlnotę polonijną obejmującą całą Wielką Brytanię. Nie ma tego skutecznego głosu w Londynie ktόry w ich imieniu wystąpi w kuluarach władzy, albo na krajowej estradzie, aby domagać się w imieniu wszystkich Polakόw w Wielkiej Brytanii, żeby Polacy, tak jak wszyscy obywatele unijni obecni w tej chwili w tym kraju, mieli zapewnione prawo do stałego pobytu, prawa pracy i nauki, niezależnie od wyniku negocjacji w sprawie Brexit. Ważna będzie reakcja ważniejszych środowisk polonijnych po wyniku sprawy sądowej młodych przestępcόw odpowiedzialnych za skatowanie Arkadiusza Jόzwika na śmierć, ale to nastąpi najwcześniej dopiero w pażdzierniku. Bo sprawiedliwość wymaga aby sprawcy tej zbrodni, obecnie wypuszczeni za kaucją, zostali należycie ukarani, a dopilnowanie tego to już jest obowiązkiem nasz wszystkich, a nie tylko Polakόw w Harlow. Wiktor Moszczyński Tydzień Polski 9 września 2016

Tuesday, 23 August 2016

W Pogonii za 303

Zaczyna się od małego chłopczyka na głuchej polskiej wsi gdzie nie ma drόg asfaltowych czy prądu. Chłopak spogląda na kłębiące się stada szybujących bocianόw nad jego głową i marzy o tym aby samemu unieść się nad tymi polami ktόre jego rodzina od wiekόw mozolnie uprawia. Dwadzieścia lat pόźniej ten sam chłopczyk jest już pilotem w słynnym Dywizjonie 303 zestrzeliwującym Messerschmitty w ciągu dnia nad polami południowej Anglii a wieczorem balującym z zachwyconymi Angielkami w londyńskim klubie nocnym. Poznajemy go osobiście i jego kolegόw dzięki filmowi “303”, nowo wyświetlonego w Ognisku w czwartek. Film jest wyprodukowany i wyreżyserowany przez polsko-amerykańskiego filmowca Tomasza Magierskiego. 80-minutowy film jest jakby elegią poświęconą polskim pilotom w Bitwie o Anglię, raczej niż analizą historyczną czy zwykłym hołdem. Odtwarza ich role jako zarazem bohaterόw i zwykłych śmiertelnikόw ale widziane z rόźnych perspektyw zarόwno όwczesnych jak i dzisiejszych. A więc widzimy ich z bezkrytycznym zachwytem oczu deklamujących dzieci szkolnych w szkołach noszących nazwiska pilotόw Dywizjonu 303, np. Mirosława Ferića w Ostrowie Wielkopolskim czy Witolda Urbanowicza w Olszance. Miasteczka te były miejscami pochodzenia tych poszczegόlnych bohaterόw. Widzimy ich też oczyma ich własnych dzieci, lecz w poważnym już wieku. Widzimy jak dopiero teraz zaczynają doceniać role własnych rodzicόw po wielu latach niedostregania kim na prawdę byli. W wypadku syna Mirosława Ferića to o tyle było zrozumiałe że nigdy nie poznał swoich rodzicόw. Stracił ich w najwcześniejszym dzieciństwie, a mając zaledwie 7 lat został obarczony (nie wiadomo przez kogo?) odznaczeniami ojca i pamiątkami osobistymi w momencie gdy był wysyłany w tym przedwczesnym wieku do brytyjskiego internatu. Natomiast w wypadku syna asa Witolda Urbanowicza i cόrki kanadyjczyka John’a Kenta (zwanego “Kentowski”), zastępcy komendanta Dywizjonu, nastąpił typowy zanik w dialogu międzypokoleniowym ktόre doświadczyło dużo osόb z naszego pokolenia powojennego. Rodzice nasi ktόrzy przeżyli wywόzki do Syberii czy roboty do Niemiec, lub walczyli w polskich siłach zbrojnych czy służyli w Polsce podziemnej, zranieni swoimi przeżyciami i powojennym potępieniem ze strony brytyjskiego środowiska, niechętnie dzielili się swoimi osobistymi przeżyciami wojennymi ze swoimi dziećmi. My natomiast rzadko chcieliśmy wiedzieć wiele więcej o tym niż to co nam wpojono w polskiej szkole sobotniej i w harcerstwie. Nie docenialiśmy naszych rodzicόw i dziadkόw aż nagle ich zabrakło, i to się szczegόlnie dało znać w ostatnich latach kiedy pojawił się brak naocznych świadkόw historii i powstał wielki głόd wiedzy o ich roli, szczegόlnie wśrόd młodych polskich historykόw. Teraz gdy nie ma już prawie weteranόw, ich synowie i cόrki ocknęli się i chcą maszerować z odznaczeniami rodzicόw przed Cenotafem w Londynie. Następnie, w filmie Magierskiego, widzimy naszych pilotόw oczyma όwczesnych polskich kronik filmowych i newsreel’όw angielskich, wprawdzie pochlebnych, ale jednak podkreślających egzotykę tych wojownikόw z końca świata. Mniej ciekawie wypadają sceny z notorycznego “Marszu Zwycięstwa” z ktόrego Polakόw wykluczono i powojenne wycinki prasowe o naszych żołnierzach o tak jadowitej tresci że prześcigają wzelkie o nas donosy prasowe w dzisiejszych brukowcach. Pozatem młody brytyjski historyk wojskowy z kamienną twarzą podaje rzeczowe statystyki wkładu pilotόw polskich do zwycięstwa nad Luftwaffe, poczym informuje, już z chochlikem w oku, jak wielu brytyjskich pilotόw nakładało polskie barwy do munduru aby mieć większe powodzenie z dziewczynami. Najsympatyczniej wypada świadectwo dwuch autentycznych weteranόw Dywizjonu 303, Stanisława Sochy (nie dawno zmarłego) i Franciszka Kornickiego. Mόwią pokornie i skromnie o swoim prostym pochodzeniu jako dzieci ze wsi czy z okolic Lwowa, ktόrzy od najwcześniejszych lat mają ambicję być pilotami. Jak powiedział jeden z nich, jedyną możliwością postępu społecznego dla chłopaka ze wsi to “wojsko, abo pόjść na księdza”, a to drugie mu nie odpowiadało bo podobały mu się dziewczyny. Pilnie uczyli się, zdali maturę, praktykowali loty na szybowcach, wstąpili do lotnictwa, szkolili się w Oficerskiej Szkole Lotniczej w Dęblinie, gdzie jednym z instruktorόw był właśnie Witold Urbanowicz. Trudno nie mieć w tym miejscu uznania dla tych możliwości ktόre istniały dla prostych ludzi w przedwojennej Polsce do spełnienia swoich ambitnych marzeń przez naukę i pracę nad sobą. Potem z rόwną skromnością opowiadali jak uczestniczyli jako piloci w Kampanii Wrześniowej, jak zgodnie z rozkazem wykradli się z Polski poprzez Morze Czarne do Francji, a stamtąd po upadku Francji do Anglii, jak przydzielono ich najpierw do szwadronu bombowcόw, a pόźniej do jednego z polskich dywizjonόw myśliwskich. Mόwili o walkach z Niemcami i o życiu towarzyskim pilotόw, szczegόlnie kiedy byli jeszcze, w oczach Brytyjczykόw, legendarnymi bohaterami. Nie dramatyzowali walkę z wrogiem, wystarczył zimny opis przebiegu potyczki z samolotem niemieckim, zaduma nad tym że się człowieka zabiło ale rόwnież przeświadczenie że niemal każdego dnia sami mogli zginąć. Mόwili też bez patosu o poczuciu zdrady i o osobistych przykrościach od tubylcόw po układach jałtańskich. Te momenty producent przeleciał szybko i wrόcił do scen obecnych składania hołdu pilotom polskim, czy to na terenie szkoły w Polsce czy przy pomniku lotnikόw w Northolt. Wiemy wszyscy jak kluczowa była “Battle of Britain” ktόra uchroniła Wielką Brytanię przed inwazją i klęską. Wiemy też jak ważny był polski wkład do tej akcji. Magierski, ktόry sam wstrzymuje się od komentarza, nie uwypukla tej sprawy bo przyjmuje to jako oczywiste. Koncentruje się raczej nad tym że ci bohaterowie wykonali swoją służbę czyli swόj obowiązek żołnierski narażając własne życie, aby pokonać wroga a potem odejść w zapomnienie, jeżeli nie do tych wsi ktόre ich wychowały i do tego polskiego krajobrazu za ktόrym tęsknili, to przynajmniej do życia w tym kraju deszczόw i herbaty ktόry ich z początku hołubił, potem upokarzał a wreszcie przygarnął. Film nie jest propagandą czy nawet promocją polskich pilotόw, ale przez swόj osobliwy czar i prostą konstrukcję w opowiadaniu życiorysiόw i wyczynόw tych skromych bohaterόw, prybliża ich do nas. W tym samym stylu Magierski tworzy swoje inne utwory kinematograficzne, jak np.“Pianiści” – o czterech artystach amerykańskich biorących udział w konkurse chopinowskim w Warszawie, czy “Mόj ojciec Luo” o amerykańskiej mulatce odkrywającej swoje afrykańskie korzenia w Kenii, czy “Dzikie Sny o Orchidei” o awangardowym polskim projektancie mody w Londynie. W tych filmowych portretach narracja tworzy się niby sama w wypowiedziach bohaterόw i uczestnikόw wyłapywanych w czasie podrόży w ktόrej odkrywają żrόdła swojej niecodzienności, lub niecodzienności swoich bliskich. Filmy takie jak “303” są perłami bo obnażają mimochodem tożsamość swoich postaci. Poznajemy bohaterόw przez ich własne refleksje o swoim dzieciństwie i o swoim specyficznym wyczynie ktόry jego, czy ją, tak wyrόżniają. Każdy film jest w języku angielskim ale każdy w drobny czy większy sposόb posiada swόj wyraźnie atrakcyjny lecz subtelny element polski, lśniący w rόwnie barwnym obcym otoczeniu. Uważam że właśnie przez tą odkrywczą bezpośredność i brak nabrzmiałego patosu film “303” staje się lepszym świadectwem życia i bohaterstwa polskich pilotόw Dywizjonu 303, niż nie jedna uroczystość im poświęcona pławiąca się w szablonowych frazesach, w szablonowych odczytach, przez szablonowych prezesόw. Wiktor Moszczyński Tydzień Polski 26 sierpień 2016

Monday, 8 August 2016

Czy Unia Europejska przetrwa do roku 2020?

Brytyjczycy martwią się o postępach negocjacji z Unią do czasu następnych wyborόw w roku 2020. Ale zapominają o tym że nie wiemy nawet czy Unia Europejska będzie w roku 2020 istniała. Oczywiście jako struktura organizacyjna Unia będzie na pewno istniała. Administracyjny rozkład jej nie mόgłby postąpić tak szybko. Ale Unia nie będzie w stanie zachować się jako konsekwentny czynnik zdolny do podjęcia decyzji o własnym losie. Brexit powoduje że istniejące podziały unijne między interesami Unii a elektoratem poszczegόlnych państw są już nie do opanowania. Już bez problemu brytyjskiego Unia była w rozterce. Przedewszystkiem chodziło o kryzys gospodarczy, sankcje przeciw Rosji i fale uchodźcόw. Nowymi kłopotami pojawiającymi się na porządku dziennym europejskiej rady ministrόw w Bratysławie we wrześniu będą referendum włoski i nieudany zamach w Turcji. Ale niespodziewany wynik referendum brytyjskiego trafia w same sedno istoty Unii. Efekt jest piorunujący i długotrwały. Na razie pewne decyzje zostały podjęte przez Unię w związku z nadchodzącymi negocjacami ktόre sugerują jeszcze jakąś spόjność w działaniu, choćby wyznaczenie na negocjatora belgijskiego dyplomaty Didier Seeuws, ktόry ma dość rygorystyczne podejście do regulaminόw unijnych. Lecz na razie film ma tylko swojego bohatera; pełnego scenariusza jeszcze nie posiada. W tej chwili każdy z 27 pozostałych krajόw członkowskich zaczyna lobbying pana Seeuws aby zapewnić obronę interesu swojego państwa w rozmowach. Oczywiście co kraj, to inny priorytet. Dla jednych subsydia rolnicze, dla drugich ochrona waluty euro, dla innych problem wolnego poruszania się, czy znowu eksport samochodόw do Wielkiej Brytanii. Aby zapobiec manipulacji w sprawie potencjalnych tzw. “pra-rozmόw” brytyjsko-unijnych Komisja Europejska zapowiedziała że negocjacje mogą się rozpocząć oficjalnie dopiero w momencie kiedy rząd brytyjski powoła się na Artykuł 50, a, jak wiemy, pani May tę decyzję odłożyła do zimy. Wobec tego rząd brytyjski rozpoczął z własnej inicjatywy rozmowy z indywidualntmi państwami oddzielnie. Niemcy, Francja, Polska, Słowacja…. to tylko początek takich rozmόw w ktόrych Brytyjczycy starają wynegocjować z gόry to co najbardziej będzie odpowiadało interesom poszczegόlnych krajόw, a nie Unii jako całośći. Rolą Komisji będzie utrudnienie tych negocjacji dla Wielkiej Brytanii i nie dopuszczenie tego kraju do pełnoprawnego dostępu do rynku bez przyjęcia zasad pełnego wolnego poruszania się pracownikόw. Wielką Brytanię trzeba po prostu ukarać za to że chciała ten złoty raj wspόlnego rynku opuścić. I niby każdy kraj unijny z tym się zgadza, ale ……. Ale dla większości państw europejskich dostęp do rynku brytyjskiego i do wspόłpracy w innych dziedzinach, np. bezpieczeństwa, jest jeszcze większym priorytetem. A więc nie wiadomo czy szyki nie będą się załamywać. Kiedyś wystarczało aby szefowie rządu Francji i Niemiec uzgodnili wspόlną linię i kierunek Europy był jasno określony. Komisja Europejska dostosowywała się automatycznie do narzuconego kierunku. Obecny szef komisji Juncker był typowym produktem takiego kompromisu z jasnym celem stałego przyspieszenia integracji handlowej, prawnej i monetarnej. Juncker i Seeuws pozostają pewni swojego celu i wciąż prą energicznie w tym kierunku a ich program pozostaje wciąż vademecum kasty urzędniczej w Brukseli i większości posłόw parlamentu europejskiego. Lecz cały ten świat brukselski zaczyna wreszcie rozumieć że, po szoku referendum brytyjskiego, Juncker jest już anachronizmem. Jeszcze w tę misję wierzą obecne rządy francuskie i niemieckie, a nawet do pewnego stopnia ich holenderscy i belgijscy sąsiedzi, ale zarόwno rządy i europosłowie wiedzą że ich mandat jest oparty na co raz bardziej glinianych nogach. Bo wynik brytyjski odsłonił wreszcie gorzką prawdę że nie całe społeczeństwa są zgodne z kierunkiem coraz większej integracji tak korzystnej dla europejskich elit. Ten cudowny świat gdzie cały niemal kontynent europejski jest zarazem ojczyzną i polem dla rozkwitu własnych ambicji ludzi młodych, nie wszystkim pasował. Nie pasował emerytom ktόrzy widzieli jak nagle ich środowisko zmieniało się kulturalnie i etnicznie; nie pasował rodzicom gdy zabrakło nagle miejsca w szkole dla ich dziecka; i nie pasował robotnikom kiedy widzieli jak międzynarodowe koncerny zamykają im lokalne fabryki. Przyjmowano to przez długie lata jako nieuchronny koszt postępu i globalizacji. Ale po krachu finansowym roku 2008 gdzie jet ten postęp? Widać tylko recesję pogorszoną tym że sztuczna polityka wspierania euro na tym samym poziomie we wszystkich krajach członkowskich tylko pogorszyła kryzys, szczegόlnie dla państw środziemnomorskich. Politycznie tracą na tym tradycyjne partie ktόry kiedyś tak korzystały z ideałόw zintegrowanej Europy, a więc przedewszystkiem socjaldemokratyczne i chadeckie. Rośnie popularność partii bardziej radykalnych ktόre lepiej odzwierciedlają frustrację tej części elektoratu pozbawionego korzyści materialnych wynikających z dalszej integracji. A te partie pojawiają sie na prawym i na lewym skrzydle. W Hiszpanii i w Grecji liczebność radykalnych ugrupowań marginalnych uniemożliwia utworzenie rządu partii umiarkowanych. W Wielkiej Brytanii tradycyjny elektorat Labour Party rozkłada się między radykałami Corbyna a zwolennikami nacjonalistycznej UKIP. W Austrii wybory prezydenckie rozgrywają się między skrajną prawicą a lewicą. W Polsce era liberalizmu już minęła. Popatrzmy na kalendarz. W październiku jest referendum na Węgrzech gdzie znaczna większość elektoratu prawdopodobnie odrzuci kwoty uchodźcόw narzuconych im przez Unię. Premier Orban przypomina że w wypadku przyjmowania uchodźcόw przez inne państwa, żaden rząd europejski nie konsultował tego ze swoim elektoratem. W październiku też powtόrzone mają być wybory prezydenckie w Austrii z możliwym zwycięstwem dla prawicowego kandydata Hofera. Rόwnież w październiku przypada referendum konstytucyjne we Włoszech ktόre ma na celu wprowadzenie Senatu Regionόw zamiast Senatu Republiki, ale ktόre może skończyć się dymisją premiera i wyborami. A rosnący w siłę populiści już zapowiadają kolejne referendum w sprawie członkostwa Włoch w strefie euro. Włochy mają szczegόlny problem bo Brexit podważył zaufanie do włoskich bankόw, powodując, że wszystkie problemy sektora i całej włoskiej gospodarki wypłynęły na powierzchnię. Cały włoski sektor bankowy zaczyna dławić się własnymi toksynami, czyli niespłacanymi kredytami. W marcu następują wybory parlamentarne w Holandii z coraz potężniejszym udziałem prawicowych radykałόw i wybory prezydenckie we Francji ktόre może wygrać kandydat francuskiego Narodowego Frontu wspomagany przez fundusze Putina. W następnych wyborach federalnych w Niemczech we wrześniu 2017 grozi upokorzenie obydwu partii centrowych ktόre wspόlnie posiadają obecnie mniej niż 50 procent poparcia a dwie trzecie wyborcόw nie chce żeby pani Merkel ponownie kandydowała. Kto wtedy zostanie aby nadawać właściwy kierunek dla Europy? Nie chodzi tu tylko o właściwy kierunek w negocjacjach z Londynem, ale rόwnież w sprawie wspόlnej polityki wobec uchodżcόw czy wspόlnej polityki ratowania euro. Brexit najpierw zmusił elektorat brytyjski do przypatrzenia sobie I swoim elitom w lustro aby wyczuć czego elektorat najbarziej sobie życzy, a teraz grozi to samo całemu elektoratowi unijnemu. To co elektorat widzi w lustrze jest przerażające, widmo strachu i ksenofobii. Żeby temu zapobiec kierunek polityki integracyjnej musi zmienić sie dramatycznie. Lecz w ktόrym kierunku? I kto to poprowadzi? Wiktor Moszczyński Tydzień Polski 12th August 2016

Monday, 25 July 2016

Polskie Dzieci po Brexit

Wyobrażam sobie jak pewnego dnia na piątej stronie poczytnej gazety angielskiej pojawia się duże ogłoszenie ze zdjęciem naszych uśmiechniętych pociech z ktόrejś z polskich szkόł sobotnich a nad nimi wielki napis głoszący “Mrs May, don’t make them your bargaining chips – these children deserve a secure future!” (czyli “Pani Premier!, nie rόb z nich swoich żetonόw do przetargu – tym dzieciom należy się bezpieczna przyszłość”). Pod tym hasłem przedłożone zostałyby argumenty dlaczego już teraz winno się dać gwarancję pozostania w Wielkiej Brytanii wszystkim obecnym obywatelom unijnym. Czy stać naszym organizacjom na taki wydatek? Myślę że przy pomocy licznych polskich przedsiębiorstw, chyba tak. A może byśmy mogli tu wystąpić z innymi organizacjami pochodzącymi z krajόw unijnich jak np. Institut Francais czy Goethe Institut. Czy Zjednoczenie Polskie byłoby w stanie to przeprowadzić? Efekt byłby dramatyczny. Wyobrażam że tylko przy takiej kombinacji logicznej perswazji i wyrafinowanej emocji będzie można przekonać obecny rząd brytyjski aby dopełnił przyrzeczenia rzecznikόw Leave że wszyscy obywatele unijni będą bezpieczni. Wiadomo że jest to zgodne z obecną opinią publiczną gdzie 84% społeczeństwa jest za tym aby obywatele unijni mogli zostać, w tym 77% tych ktόrzy głosowali za Leave. Za taką afirmacją wypowiedziała się też pani Nicola Sturgeon, jako pierwszy minister Szkocji. Zgodne jest to też z wynikiem debaty parlamentarnej z dnia 6 lipca kiedy 245 posłόw głosowało za wnioskiem posła Andy Burnham że “rząd JKM zatwierdzi prawo dla unijnych obywateli obecnie żyjących w UK do pozostania”. Wniosek poparł bardzo elokwentnie Boris Johnson, mający już wόwczas ambicję pozostania premierem, a ktόry obecnie został mianowany ministrem spraw zagranicznych. Tylko dwuch posłόw sprzeciwiło się temu wnioskowi ale przedstawiciel rządu, James Brokenshire, zastępujący όwczesnego ministra spraw wewnętrznych Theresa May, wstrzymał się od głosowania. Tłumaczył się że chciałby zabezpieczyć prawo Brytyjczykόw w innych krajach europejskich aby rόwnież mieli gwarancję co do swojej przyszłości i dlatego rząd brytyjski nie może podpisać się przedwczesnie pod taką gwarancją w tym kraju. Wyraził też obawy że po takim przyrzeczeniu wzrośnie ilość nowo przyjezdnych migrantόw poszukujących pracy. Co prawda pan Brokenshire nie jest już rzecznikiem od spraw imigracji a jego przełożona, pani May, jest już premierem, ale ta sama zimnokrwista wyrachowana polityka obowiązuje. Nie ma być żadnych gwarancji bez podobnych gwarancji z innych państw unijnych. Będzie to częścią wielkiej spirali wymagań i ustępstw ktόre przez następne parę lat staną się głόwnym przedmiotem pracy rządu i jej urzędnikόw ale ktόre do znudzenia zamęczą brytyjskich wyborcόw. Dlatego uważam że trzeba kuć żelazo pόki jest gorące, wykorzystać obecną popularność tej sprawy i domagać się gwarancji już teraz od razu dla naszych rodakόw. Nikt poważny nie kwestionuje że przetrwanie prawa pobytu obywateli unijnych byłoby samo w sobie pozytywne dla gospodarki Wielkiej Brytanii i sprawiedliwe dla tych co przyjechali tu legalnie i ostatecznie osiedlili się tu w ostatnich 13 latach, w wielu wypadkach zakładając rodziny. Nawet Nigel Farage z tym się zgadza a mocno popierają to instytucje gospodarcze jak CBI i Insitute of Directors. Chodzi tylko o to czy przyznać od razu im prawo czy włączyć kwestię do talii kart potrzebnych przy ostatecznym brydżu negocjacyjnym. Serce każdego Brytyjczyka mόwi że powinno być im przyznane to prawo, ale tzw. pragmatyzm rządowy ociąga się. Myślę jednak że nawet w tym swoim pseudo-logicznym rozumowaniu rząd jest w błędzie.
Po pierwsze, wszelki zwiększony najazd (tzw. “surge”) obywateli unijnych po terminie referendum z myślą o uzyskaniu ewentualnego stałego pobytu, zostałby automatycznie ograniczony gdyby rząd brytyjski teraz ogłosił że taka gwarancja pobytu dotyczyłaby tylko osoby ktόre przebywały i pracowałyby tu legalnie w czasie lub przed terminem 23 czerwca br. Odwlekanie takiego oświadczenia utrudniałoby uzgodnienie daty od ktόrej nie obowiązywałoby takie gwarancje. Po drugie, w sprawie pobytu wszelkich obywateli unijnych zarόwno w Europie jak i w Anglii, ktόraś strona musi podjąć pierwszy krok. Zerwanie z Unią było decyzją brytyjską więc Wielka Brytania powinna podjąć pierwszy krok pojednawczy w specyficznej sprawie obywateli unijnych niezależnie od tego jaki będzie ostateczny wynik negocjacji. Powinni liczyć się z tym że reakcja negocjatorόw unijnych do pewnego stopnia jest uzależniona od nastrojόw panujących wśrόd decydentόw europejskich. A tu akurat znaki są dobre. W Niemczech wice-kanclerz Sigmar Gabriel wręcz zaofiarował młodym Brytyjczykom obywatelstwo niemiecke gdyby chcieli pozostać, i to nawet bez zrzekania się obywatelstwa brytyjskiego. W rozmowie z Theresą May, przezydent Hollande, na ogόł dość pesymistycznie nastawiony do negocjacji, od razu oświadczył że sprawa stałego pobytu Brytyjczykόw we Francji powinna być zatwierdzona od ręki na tej samej zasadzie co Francuzόw na Wyspach. A więc ze strony europejskiej nic nie sugeruje że byłyby samowolnie podjęte kroki do wyrzucenia Brytyjczykόw, chyba że sami Brytyjczycy będą traktować obywateli unijnych jako zakładnikόw. Pozatem jest i trzeci powόd. Jak wiemy po decyzji wyjścia z Unii nagle ujawniła się nienawiść do cudzoziemcόw wśrόd pewnych części społeczeństwa brytyjskiego ktόre dotychczas były zakamuflowane. Znamy już sprawy graffiti na oknach POSKu i podpalenie przybudόwki domu polskiego w Plymouth. Wiemy że rόżni Polacy z wyraźnym akcentem zaznają przykrości jeżdząc w autobusach, czy obsługując trudnych klientόw w sklepach. Nie tylko Polacy oczywiście, rόwnież Rumuni, Włosi. Dotyczy to nawet osόb z ciemniejszą pigmentacją skόry nawet jeżeli są tu urodzeni i mόwią czystym akcentem tubylcόw. Sprawcy tych atakόw, często ludzie zakompleksieni, teraz czują się upełnomocnieni przez wynik referendum do wyrażania swoich uprzedzeń wobec cudzoziemcόw i mniejszości narodowych i do nawoływania obcych do powrotu do swojego kraju. Oczywiście rząd to potępia. Lecz najefektowniejszym sposobem do wstrzymania takich atakόw byłaby wczesna deklaracja rządu że osoby przebywające tu legalnie będą miały prawo pozostać. Wtedy grożby prześladowcόw okazałaby się bezpostawne. Nigdzie taka interwencja rządowa zapewniająca stały pobyt nie jest bardziej potrzebna jak w szkołach. Do 23 czerwca dzieci polskie, i inne pochodzące z krajόw unijnych, czuły się bezpieczne co do swojej przyszłości. Decyzja o Brexit zachwiała ich światem. Kiedy uświadomieni przez rodzicόw że coś strasznego stało si ę tej nocy przyszli do szkoły zrozpaczeni i przerażeni co do swojej przyszłości. Nagle odczuwają niechęć ze stronydotychczasowych kolegόw i koleżanek. Nauczyciele boją się poruszyć te sprawy otwarcie w klasie bo wyszłaby na jaw ta ksenofobia przed ktόrą polityczna poprawność dotyczhczas ich chroniła. Polonijne organizacje powinny na pierwszym miejscu myśleć o naszych dzieciach i zorganizować spotkania informacyjne tak jak organizowali to Francuzi w Institut Francais. Już Hindu Council UK i Muslim Council of Britain w porozumieniu z policją i lokalnym samorządem mieli rozmowy w związku z rasizmem post-Brexitowskim. Na takie zebrania nalega z chęcią pomocy biuro Burmistrza Londynu. Winne być zorganizowane listy do posłόw i prόby spotkania z Home Office. 21 października ma być przedyskutowany prywatny projekt ustawy posła Tom Brake domagający aby obecni obywatele unijni w UK mogli tu pozostać na pełnych prawach. Uważam że polonia powinna te możliwości ogarnąć I doprowadzić do zebrania funduszy razem z innymi mniejszościami aby pozwolić sobie na takie ogłoszenie ktόre musiałoby się ukazać na tydzień przed wnioskiem posła. Musimy tą sprawę wygrać teraz bo należy się naszym dzieciom bezpieczna przyszłość. Wiktor Moszczyński Tydzień Polski 29 lipiec 2016 Po pierwsze, wszelki zwiększony najazd (tzw. “surge”) obywateli unijnych po terminie referendum z myślą o uzyskaniu ewentualnego stałego pobytu, zostałby automatycznie ograniczony gdyby rząd brytyjski teraz ogłosił że taka gwarancja pobytu dotyczyłaby tylko osoby ktόre przebywały i pracowałyby tu legalnie w czasie lub przed terminem 23 czerwca br. Odwlekanie takiego oświadczenia utrudniałoby uzgodnienie daty od ktόrej nie obowiązywałoby takie gwarancje. Po drugie, w sprawie pobytu wszelkich obywateli unijnych zarόwno w Europie jak i w Anglii, ktόraś strona musi podjąć pierwszy krok. Zerwanie z Unią było decyzją brytyjską więc Wielka Brytania powinna podjąć pierwszy krok pojednawczy w specyficznej sprawie obywateli unijnych niezależnie od tego jaki będzie ostateczny wynik negocjacji. Powinni liczyć się z tym że reakcja negocjatorόw unijnych do pewnego stopnia jest uzależniona od nastrojόw panujących wśrόd decydentόw europejskich. A tu akurat znaki są dobre. W Niemczech wice-kanclerz Sigmar Gabriel wręcz zaofiarował młodym Brytyjczykom obywatelstwo niemiecke gdyby chcieli pozostać, i to nawet bez zrzekania się obywatelstwa brytyjskiego. W rozmowie z Theresą May, przezydent Hollande, na ogόł dość pesymistycznie nastawiony do negocjacji, od razu oświadczył że sprawa stałego pobytu Brytyjczykόw we Francji powinna być zatwierdzona od ręki na tej samej zasadzie co Francuzόw na Wyspach. A więc ze strony europejskiej nic nie sugeruje że byłyby samowolnie podjęte kroki do wyrzucenia Brytyjczykόw, chyba że sami Brytyjczycy będą traktować obywateli unijnych jako zakładnikόw. Pozatem jest i trzeci powόd. Jak wiemy po decyzji wyjścia z Unii nagle ujawniła się nienawiść do cudzoziemcόw wśrόd pewnych części społeczeństwa brytyjskiego ktόre dotychczas były zakamuflowane. Znamy już sprawy graffiti na oknach POSKu i podpalenie przybudόwki domu polskiego w Plymouth. Wiemy że rόżni Polacy z wyraźnym akcentem zaznają przykrości jeżdząc w autobusach, czy obsługując trudnych klientόw w sklepach. Nie tylko Polacy oczywiście, rόwnież Rumuni, Włosi. Dotyczy to nawet osόb z ciemniejszą pigmentacją skόry nawet jeżeli są tu urodzeni i mόwią czystym akcentem tubylcόw. Sprawcy tych atakόw, często ludzie zakompleksieni, teraz czują się upełnomocnieni przez wynik referendum do wyrażania swoich uprzedzeń wobec cudzoziemcόw i mniejszości narodowych i do nawoływania obcych do powrotu do swojego kraju. Oczywiście rząd to potępia. Lecz najefektowniejszym sposobem do wstrzymania takich atakόw byłaby wczesna deklaracja rządu że osoby przebywające tu legalnie będą miały prawo pozostać. Wtedy grożby prześladowcόw okazałaby się bezpostawne. Nigdzie taka interwencja rządowa zapewniająca stały pobyt nie jest bardziej potrzebna jak w szkołach. Do 23 czerwca dzieci polskie, i inne pochodzące z krajόw unijnych, czuły się bezpieczne co do swojej przyszłości. Decyzja o Brexit zachwiała ich światem. Kiedy uświadomieni przez rodzicόw że coś strasznego stało si ę tej nocy przyszli do szkoły zrozpaczeni i przerażeni co do swojej przyszłości. Nagle odczuwają niechęć ze stronydotychczasowych kolegόw i koleżanek. Nauczyciele boją się poruszyć te sprawy otwarcie w klasie bo wyszłaby na jaw ta ksenofobia przed ktόrą polityczna poprawność dotyczhczas ich chroniła. Polonijne organizacje powinny na pierwszym miejscu myśleć o naszych dzieciach i zorganizować spotkania informacyjne tak jak organizowali to Francuzi w Institut Francais. Już Hindu Council UK i Muslim Council of Britain w porozumieniu z policją i lokalnym samorządem mieli rozmowy w związku z rasizmem post-Brexitowskim. Na takie zebrania nalega z chęcią pomocy biuro Burmistrza Londynu. Winne być zorganizowane listy do posłόw i prόby spotkania z Home Office. 21 października ma być przedyskutowany prywatny projekt ustawy posła Tom Brake domagający aby obecni obywatele unijni w UK mogli tu pozostać na pełnych prawach. Uważam że polonia powinna te możliwości ogarnąć I doprowadzić do zebrania funduszy razem z innymi mniejszościami aby pozwolić sobie na takie ogłoszenie ktόre musiałoby się ukazać na tydzień przed wnioskiem posła. Musimy tą sprawę wygrać teraz bo należy się naszym dzieciom bezpieczna przyszłość. Wiktor Moszczyński Tydzień Polski 29 lipiec 2016