Friday, 8 May 2020

Jutro Będzie Lepiej

A więc siedzimy w mieszkaniu. Zaczyna się nasza podróż. Rząd brytyjski zapowiedział, jak zawsze spóźniony, że mamy się wszyscy pozamykać w naszych domach czy mieszkaniach i nie komunikować się z naszymi najbliższymi inaczej niż przez telefon czy internet. Byliśmy na to gotowi i byliśmy spakowani. Kupowaliśmy prowiant na cały miesiąc, łacznie z maskami i rękawiczkami i z tym niezawodnym symbolem każdego kryzysu – papierem toaletowym. Tak jak te piękne żaglowce zapakowane skrzętnie do butelek które można kupić w wielu sklepach nadmorskich, byliśmy „zabutelkowani”. Łatwo było nas tam wprowadzić. Nie tak łatwo wyciągnąć.
Dziwna to podróż. Fizycznie oczywiście stoimy w miejscu. Tydzień w tydzień mamy przez okno ten sam widok. Najwyżej pogoda się zmienia. Natomiast jest to podróż w czasie. Podróż od jednej rzeczywistości do drugiej. Podróż w której dostowujemy się do nowych porządków. Sami się zmienami. Rosną nam włosy, co raz więcej książek przeczytanych, nosimy przez parę dni te same ubrania. Telewizyjne dzienniki poranne zmieniają się w charakterze od zbioru światowych wiadomości do terapii dla pocieszenia samoizolantów. Natomiast w tematyce wcale nie zmieniają się. Wiecznie tylko ten sam temat. Koronawirus. Koronawirus w różnych postaciach. Koronawirus jako wróg gatunku ludzkiego; jako fenomen biologiczny (choć specjaliści twierdzą że jest martwy); jako katalizator zmian w informatyce; jako twórca nowej rzeczywistości (maski, mycie, dwumetrowe odstępy); jako czynnik w śwatowym zastoju gospodarczym; jako niszczyciel narodów. Podróż nasza z początku rusza powoli ale z czasem nabiera rozpędu.
Oczywiście nie wszyscy mają to samo doświadczenie. Dużo osób musiało jeszcze iść do pracy. Szkoły jeszcze na krótko nie zamykali. Pociągi i autobusy są wciąż dostępne. Apteki i supermarkety pracują całą parą. Szpitale stają się pobojowiskiem. Ale instrukcja rządowa jest wyjątkowo wyrazista. Jeżeli nie masz powodu wychodzić, a szczególnie jeżeli jesteś wiekowym emerytem powyżwj 70 lat, lub chory na cukrzycę, astmę czy inne poważne choroby, to masz siedzić w domu. Nawet wprowadzono hasło dość oryginalne, mimo że proste. Jeżeli siedzisz w domu, ratujesz życie swoje i cudze, i chronisz służbę zdrowia, bo Twoja nieobecność na ulicy zmniejsza grożbę dalszego rozszerzenia epidemii. Rząd brytyjski rzeczywiście ma dar w przekazywaniu prostych klarownych haseł. Przedtem było „Kończmy z Brexitem”. A teraz „Zostań w domu. Chronisz NHS”. Szkoda że na tym głównie kończy się ich zasługa w obecnym kryzysie.
Wielka Brytania przeżywa pandemię koronawirusa Covid-19 z większymi przypadkami śmiertelnymi niż jakikolwiek inny kraj europejski. Jak dotychczas (8 maja) padło już przeszło 32 tysięcy śmiertelnych ofiar wirusa, gospodarka skurczyła się o jedną trzecią, 950 tysięcy pracowników straciło pracę, jest już 2 milionów bezrobotnych, brakuje wciąż adekwatnego ubioru ochronnego dla pracowników służby zdrowia i w domach starców, a ilóść osób testowanych nie przekracza 75,000 dziennie. Niezależne media i opozycja oskarżają rząd o spowodowaniw dwutygodniowego opóźnienia w wprowadzeniu regulaminów izolacyjnych z fatalnymi kosekwencjami dla mieszkańców tych wysp. Zastępca premiera nie przyznawał się niemal przez tydzień że premier leży ciężko chory w szpitalnej izolatce, a minister zdrowia podaje fałszywe cyfry na ilość osób testowanych na wirusa. Gdy chwalił się że pewnego dnia osiągnięto przeszło 120,000 testów okazało się że do tej cyfry zaliczono rozesłanie pakiet testowania domowego. To coś tak jak ten lowelas który się chwalił że ma 50 kochanek, bo rozesłał do 50 kobiet list miłosny. Czyli Wielka Brytania przeżywa kłęskę żywiołową i możnaby przypuszczać że panikujące społeczeństwo brytyjskie straciło zaufanie do tak mętnego rządu.
Tymczasem, nic podobnego. W sondażach, rząd cieszy się ogromnym poparciem, “konstruktywnie krytyczna” opozycja traci na popularności, a społeczeństwo tak się przyzwyczaiło do reżymu pozostania w domu że wcale nie spieszy się by ten stan rzeczy zmienić. Emeryci maszerują po ogrodzie, dzieci rysują tęcze, pielęgnarki śpiewają po salach a cały naród klaszcze w wdzięczności. Nudę samoizolacji we własnych murach mieszkańcy zwalczają wyczynami sportowymi, psychiczne stresy łagodzą jogą, indywidualną bezsilność zastępują zbiorowymi dotacjami a strach przed wirusem opanowują nostalgią za okresem jeszcze większego strachu, czyli Drugiej Wojny Światowej. Poranny dziennik BBC ogranicza podawanie wiadomości ze świata zamieniając się w istny karnawał dobrych uczynków, zebranych inicjatyw na cele charytatywne i aktów hołdu dla ofiar wirusa. Mimo ciężkich strat i cierpienia, szczególnie u biedniejszych rodzin pochodzących z mniejszości narodowych bardziej podatnych na tą chorobę, mimo nieobliczalnych strat materialnych, Brytyjczycy mają poczucie że wychodzą z obecnego kryzysu pogodniejsi, mocniejszi, niemal zwycięzcy. Właściwie to oni nakłaniali rząd do wprowadzenia kwarantanny a nie na odwrót. To mieszkańcy dobrowolnie poddają się rygorom zamknięcia się bez potrzeby nagań i patroli policyjnych na ulicy. A mimo swoich wyraźnych niedociągnięć premier, zarówno przed i po swojej chorobie, tryska optymizmem. Z kipiącą energią budowano improwizowane szpitale i nakłaniano społeczeństwo najprostszymi hasłami do samoizolacji aby w ten sposób ochronic służbę zdrowia przed lawiną zakarzonych pacjentów.
Pomogła mu w tym 94 letnia Królowa Elżbieta w swoim nagranym orędziu 5 kwietnia. W 523 słowach przekazała młodszym swoim poddanym wszystko to co rząd chciał przekazać a naród wysłuchać. Przy rytualnym podziękowaniu pracownikom służby zdrowia i służbom opiekuńczym Królowa mówiła o narodowej dumie wynikającej z przetrwania i o tym jak następne pokolenia Brytyjczyków będą wspominać obecne czasy jako bohaterskie, tak jak obecnie wspomina się pokolenia wojenne jako bohaterskie. Kończąc powiedziała „Pocieszajmy się myślą że choć będziemy musieli jeszcze wiele wytrwać, lepsze dni powrócą; będziemy znów z naszymi przyjaciółmi; będziemy znów z naszymi rodzinami:; spotkamy się jeszcze.”
„Spotkamy się jeszcze (we’ll meet again)” Te słowa ze szlagiera z czasu wojny popularnej pieśnarki Vera Lynn były jakby tym zaklęciem „otwórz sezamie” który odkrywa dostęp do tajemniczej komnaty. A komnata zawiera wszelkie środki odżywcze, zapakowane jeszcze i nie ruszane od 1945 roku, które mają dać Brytyjczykom, nawet tym których dziadkowie nie mieszkali na tej wyspie, tą rezerwę siły i wytrwałości do zwalczania i przetrwania konfrontacji z wirusem. Jak śpiący rycerze w tajemniczej jaskinie tatrzańskiej czy płomienia palące nad głowami apostołów, te zjawy przeszłości wyzwoliły się zaklęciem słownym Królowej. Wszystko co odtwarzało tamte czasy stało się modne, łącznie ze szlagierami, plakatami i filmami dokumetacyjnymi. Ale najpopularniejszym symbolem tamtych czasów byli ci wiekowi emeryci którzy tamten okres przetrwali a teraz muszą przetrwać wśród nas obecny kryzys.
Na pierwszy plan wysunął się 10 kwietnia 99-letni weteran wojenny Albert Chambers który wyszedł triumfalnie ze szpitala po pokonaniu wirusa. Ta wiadomość napawała nadzieją bo widziano dotychczas koronęwirusa jako mściwego i nieprzejednanego wroga wszystkich emerytów, szczególnie tych powyżej 70 lat. Służba szpitalna zorganizowała panu Chambers szpaler klaszczących pracowników odprowadzających jego do drzwi wyjściowych szpitala.
Ale tego samego dnia ukazał się nowy wiekowy 99-letni bohater. Był nim kapitan Tom Moore, weteran wojny w Birmie. Już cztery dni wcześniej podjął decyzję zebrania skromnej sumy tysiąca funtów dla pracowników NHS po stukrotnym przekroczeniu odległości 25 metrów wzdłuż i wszerz swojego ogrodu. Oczywiście pan kapitan nie był już atletą. Po przeżyciu operacji na biodro, posuwał się tylko żółwim krokiem pchając mozolnie przed sobą swój balkonik. Ale posiadał wystarczająco zaparcia by swój mozolny wyczyn doprowadziić do skutku. Przy pomocy córki Hanny i wnuków, z którymi mieszkał po śmierci swojej żony, opublikował oświadczenie prasowe o swoim zamiarze które podchwycone zostało przez lokalne media w miejscowości Bedford. Założył konto wpłat w programie JustGiving. Powolutku, przy pomocy lokalnych dotacji, suma uzbierana przekroczyła tysiąc funtów, przekroczyła dziesięć tysięcy, a potem sto tysięcy funtów i nagle wskoczyła w stratosferę milionów.
BBC Breakfast Show podało właśnie informacje o wyzdrowieniu Alberta Chambers a był to Wielki Piątek i nadchodził żmudnie zapowiadający się okres świąteczny, zwiastujący piękną pogodą którą skazani byliśmy oglądać przez okna naszych mieszkań. BBC szukało nowych rozrywek powiązanych z nutą wojennej nostalgii. Wyłapało filmik z poprzedniego dnia o dzielnym kapitanie i zdecydowało na wstępny wywiad z nim. Pan kapitan przerwał na krótko swój maratoński spacerek, usiadł przy swojej nieodłącznej córce i wsłuchał się słowom spikerki BBC Nagi Munchetty.
„Już Pan długo żyje,” mówi Naga. Kapitan przytaknął skromnie. No cóż, nie da się ukryć.„I przeżył Pan ciężke czasy w tym kraju.” Znów Pan Kapitan skinął grzecznie na znak zgody. Po czym spytała, „czy może Pan dać otuchy ludziom przyglądającym się Panu teraz, i zapewnić im, że będzie dobrze?”
Córka powtórzyła słowa dziennikarki posępnemu starcowi ze spuszczoną twarzą, siedzącemu przy niej na ogrodowej ławeczce. Bez podnoszenia głowy, ale już patrząc w kierunku nastawionej kamery, nasz weteran odrzekł „Pamiętajcie, jutrzejszy dzień będzie dobrym dniem. Może jutro odkryjecie że wszystko będzie o wiele lepiej niż dziś.”
I znów te słowa zaklęcia. Jutro. Jutro będzie lepiej. Wie to bo sam przeżył Wojnę. Jest jeszcze starszy niż Królowa. Tymi słowami Kapitan Tom przemienił się ze zwykłego dziarskiego weterana w wyrocznię delfińską kraju. I nie tylko to. W czasie tej krótkiej rozmowy ilość dotacji na jego cel wzrosła do trzech milionów funtów.
Przez następne pare dni BBC objął jakby patronat nad nim a dzielny kapitan maszerował dalej, owdziany w niebieski blazer z odznaczeniami jak Burma Star i Defence Medal. Już nazbierał £5ml. Szybko wkroczyły inne media. Najpierw Good Morning Britain na kanale ITV wtargnął w akcję poparcia. Ich buńczuczny i często cyniczny prezenter Piers Morgan sam zaofiarował £10,000 od siebie. Potem inne stacje jak Sky News, gazety brytyjskie, media społeczne, a w końcu media z całego świata. W dniu w którym miał zakończyć swoje sto zapowiedzianych obrotów po ogrodzie, zjawiła się warta honorowa z pierwszego batalionu Pułku Yorkshire i ustawiła się w dwumetrowych odstępach wzdłuż jego trasy. Był to pułk do którego kiedyś wcielono Pułk Księcia Wellingtonu w którym służył jeszcze porucznik, a potem kapitan, Tom Moore w ostatnich latach wojny. Był to trafny wybór dla warty honorowej bo kapitan Moore urodził się w miasteczku Keighley, w samym sercu hrabstwa Yorkshire, i był traktowany jako godny reprezentant tej dumnej prowincji. Uparty trwały „Yorkshireman” ma ten sam wyraz dla Anglika co twardy zawzięty Mazur dla Polaka.
Gdy nasz dzielny wojak w końcu dopiął mety 16 kwietnia zebrał już £10mln. Niebywały wyczyn. Celebryci brytyjscy i zagraniczni przysyłali gratulacje. Śpiewak Michael Ball zaśpiewał mu popularny niemal hymn drużyny Liverpoolu, „You’ll Never Walk Alone” (Nigdy nie Idziesz Sam), choć pieśń pochodziła od powojennego musicalu „Carousel”. Pieśń ta symbolizowała dumę zbiorową skierowaną na małego skromnego człowieka którego nie opuszcza się w okresie napięcia. Gdy Ball wcielił się w tą pieśń całą gamą widać było jak nasz weteran z łzami w oczach powtarzał z nim znane mu słowa. Powstało wspólne nagranie które z kolei zaczęło windować w górę wśród prebojów muzyki popularnej.
Choć Kapitan Tom zapowiedzianą trasę wykonał, pięniądze wciąż wpływały jak fale z nabrzmiałej rzeki. Przeszło milion darczyńców pchało cyfrę co raz wyżej w kierunku dwudziestu milionów. Kapitan zapowiedzial że jak długo nadchodzą pieniądze dla pracowników NHS, tak długo będzie maszerował. Wdział znowu swój wojskowy blazer z medalami i uzbrojony w balkonik, kapelusz i parasolkę, maszerował dalej aż dobił 30 kwietnia do swoich setnich urodzin. Rząd wykorzystał to i przez następne dwa tygodnie upoważnił pocztę do ostemplowania każdego listu datownikiem pocztowym z życzeniami urodzinowymi dla kapitana. Lokalną skrzynkę pocztową, którą używała rodzina kapitana Toma, Poczta Królewska przemalowała niebieską farbą, czyli barwami służby zdrowia, i ukoronowała ją złotym balonem.
A honory sypały się dalej. Był zdalnie obecny jako gość honorowy przy otwarciu nowego szpitala antywirusowego w Harrogate. Uzyskał miano honorowego obywatela City of London i rodzinnego miasteczka Keighley. Malowano wielokrotnie jego portrety zarówno na obrazach jak i w malowidłach ściennych. Jego nazwiskiem nazwano łodzie ratunkowe, lokomotywy i autobusy w różnych częściach Anglii. Stał się jakby maskotką wszelkich przedsięwzięć szukających społecznej aprobaty.
Lecz przegląd jego życia wykazał że ten grzeczny pogodny dżentelman żadną maskotką nie był. Zawodowo był inżynierem. Przy wybuchu wojny zaciągnął się do Pułku Księcia Wellingtona w Kornwalii, i szybko wyznaczono go na kadeta do szkoły oficerskiej. Już jako podporucznik służył w Królewskim Korpusie Pancernym gdy przeniesiono go do Indii gdzie doczekał się promocji na kapitana w wojnie z Japończykami. To była najstraszniejsza wojna. Służył w piekle dżungli birmeńskiej. Brał udzial w zaciekłej 6-tygodniowej bitwie o wyspę Ramree na wybrzeżu Birmy. Bitwa ta otoczona była horendalną legendą o setkach osaczonych japońskich żołnierzach przekradających się przez namorzynowe bagna, którzy, nie godząc się na poddanie się brytyjskiej armii, pożarci zostali przez krokodyle. Po zakończeniu wojny na wschodzie służył w Sumatrze a póżniej przeniósł się do Anglii jako instruktor w Szkole Wozów Pancernych. Przez 64 lata organizował coroczne pułkowe zjazdy.
Już jako cywil pracował w firmie produkującej beton. Po przeszło 30 latach pracy wykupił sobie firmę a potem po czterech latach jako jej dyrektor naczelny przeszedł na emeryturę sprzedając firmę z dużym zyskiem dla siebie. Ale kochał jezdzić motocyklem, zdobył szereg pucharów, a był przede wszystkim fanem Formuły Jeden. Nic dziwnego więc że przy jego celebracjach urodzinowych zaproszony został do zdalnego udziału w podcascie Sky Sports F1 rozmawiając z bohaterami swoich młodszych lat. W czasie wywiadu pamiętał i komentował każdy szczegół w historii tego sportu. Okazało się był szczególnym fanem brytyjskiej stajni samochodów wyścigowych Mc Laren. „Nigdy mnie nie znudziło słyszeć brytyjski hymn po każdym zwycięstwie” powiedzial wspominając obecnych asów brytyjskich jak Hamilton i Button. Dla szerszej publiczności trudno nie docenić jego rosnącą popularność, nie tylko jako człowiek, ale jako Brytyjczyk.
”Cieszę się nezmiernie z tych wszytkich honorów którymi mnie opsypujecie. To jest na prawdę zdumiewające. Ale,” Kapitan dodał, ”cokolwiek ludzie powiedzą, ja jestem dalej tylko ten sam Tom Moore”.
Na dzień jego urodzin świat oszalał. Któreś dziecko zaproponowało jeszcze tydzień wcześniej w Facebooku aby wysyłać jemu kartki urodzinowe. Doręczono ich 160 tysięcy. Tylko najważniejsze, jak telegam od Królowej czy specjalna karta od 103-letniej weteranki pieśnarki Vera Lynn, dotarły do jubilata. Resztę kartek jego wnuk wyłożył skrupulatnie na podłodze sali gimnastycznej swojej szkoły. Pozdrowienia telefoniczne i wirtualne wpłynęly od wszytkich możliwych światowych celebrytów, poczynając od Księcia Karola i sekretarza generalnego ONZu. Był tak popularny że sam premier Boris Johnson, który nazwał go „promieniem światła w naszych życiach”, nie mógł się nawet do niego dodzwonić. Rano nad jego domem przeleciały myśliwce Spitfire i Hurricane, a popołudniu dwa helikoptery wojskowe. BBC poświęciło mu cały jednogodzinny poranny program BBC, a przybył do niego osobiście Michael Ball aby zaśpiewać mu „Happy Birthday”. A jubilat przestał już być kapitanem bo nagle uzyskał awans wojskowy na pułkownika. (Wyobrażam że przeskoczył od razu dwa stopnie omijając tytuł majora, bo inaczej kojarzono by go z wykpiwanym astronautą Major Tom kreowanym przez Davida Bowie.) 800,000 osób podpisało petycje domagającą się uszlachetnienia naszego bohatera tytułem „Sir”.
Jakby tego było mało jego wspólne nagranie piosenki z Michaelem Ball przeskoczyło na pierwsze miejsce w liście przebojów akurat na dzień jego urodzin. Guinessowa Księga Rekordów Światowych przyznała mu dwa wyczyny. Po pierwsze, był najstarszym artystą który zdobył miejsce numer jeden w liście przebojów i, po drugie, zebrał więcej na cel charytatywny niż jakakolwiek inna pojedyncza osoba (ostatecznie przeszło £32 miliony).
Ten całogodzinny koktail laudacji wymierzony został w biednego jubilata jak w otwartą tarczę. Lecial cios po ciosie. Aż się w końcu nasilił apetyt medialny. A tą lawinę pochwał i życzeń nasz wojak przyjmował godnie, stojąc wśród udekorowanych tortów w kształcie samolotów i czołgów, wsłuchując się cierpliwie córce gdy powtarzała słowa wińszujących notabli które już nie dosłyszał. I powtarzał wciąż że, tak, że dziękuje, za wszystko i wszystkich, ale że to robił nie dla siebie, ale dla służby zdrowia walczącej z zarazą na pierwszej linii frontu, że Brytyjczycy przeżyli już podobne kryzysy w przeszłości i przetrwali, i że teraz też wszyscy przetrwamy, bo „usuną się ciemne chmury i znowu nam słoneczko zaświeci”.
Była to już nawet nie uczta jubileuszowa dla przemęczonego stulatka, ale wręcz orgia. Do tej pory nie wiem jak w swej naturalnej skromności nie mógł powiedzieć „Stop. Mam dość”. Lecz do końca został na posterunku. Poczekał aż ostatni biesadnik i ostatni natrętny zwiastun medialny wnikający w jego życie i uzbrojony w długodystansową kamerę, zaspokoił swój apetyt na zdjęcia, i wreszcie odszedł.
Po tak przesadnej uczcie pochwał rzeczywiście nastąpiły wymioty. Wkroczyły na arenę mediów społecznych trolle z owłosiałymi nogami. Nagle rodzina musiała się bronić przed oskarżeniem że korzysta materialnie z zebranych funduszy charytatywnych na służbę zdrowia. Również ich pośrednik w zbieraniu funduszy, JustGiving, oskarżony został o przetrzymanie przeszło dwuch milionów funtów. Trolle zwróciły się też w innym kierunku. Zaczęły atakować polityków chwalących Kapitana Toma którzy poprzednio żałowali wsparcia finansowego dla tej służby zdrowia którą teraz Kapitan starał się ratować. Albo wykpiwali załamanych artystów narzekających na swoją samoizolację, porównując ich z dzielnym kapitanem który zdobywa tyle funduszy na NHS i nie poddaje się osobistym kłopotom. Szczególnie brutalnie hejterzy na Twitterze zaatakowali tu popularnego młodego śpiewaka Sam Smith który ujawnił się cały zapłakany na zdjęciu medialnym. Jest to niesmaczny objaw obecnego konfliktu pokoleń. Z jednej strony puszy się twardsza generacja powojenna ze sztywną górną wargą nie zdradzająca emocji w okół problemów osobistych, a po drugiej błądzi generacja „mileniaków” pławiąca się w litości nad sobą i swoim nieuporządkowanym bagażem psychicznym. Niestety spokojny nimb Kapitana otoczony został nagle wirem pokoleniowego hejtu. Przecież w obliczu epidemii to konflikt zupełnie zbyteczny.
No i wkroczyła również opozycja. „Cieszymy się wspaniałymi osiągnięciami Kapitan Toma,” woła labourzystowsi rzecznik od obrony, „ale dostęp do emerytur i kompensacji dla jego 126,000 kolegów weteranów powyżej 90 lat został wstrzymany na okres walki z wirusem.” Głośniej jeszcze lider Partii Pracy przypomniał że przesło 6 tysięcy rowieśników Kapitana Toma zmarło w domach opieki w których zabrakło odpowiednich ochronnych strojów i testów dla mieszkańców i służby. Ozłocony wirtualny posąg wspaniałego kapitana zamienia się tu w maczugę w konfrontacji politycznej.
Przykład skromnego żołnierza podchwytują jednak inni naśladujący jego wyczyny. 90 letnia Margaret Payne, prabacia czwórki dzieci, zebrała dla służby zdrowia £45,000 wchodząc na swoje schody 282 razy. Miał to być odpowiednik zdobycia góry mającej 750 metrów wysokości. Przyznała się że inspirował ją Kapitan Tom. 91-letni walijski farmer Rhythwyn Evans, też zainspirowany przez Kapitana, chciał zebrać £1000 powtarzając 91 razy spacer w około własnego domu. W końcu zebrał £35,000.
Najwięcej naśladują go jednak dzieci. 6-letni chłopak z rozszczepem kręgosłupa który ledwo co nauczył się chodzić zdecydował zdobyć £99 od rodziny i znajomych jeżeli przejdzie 10 metrów. W końcu powtarzał ten wyczyn wielokrotnie i zdobył £195,000. 9-letni chłopczyk z porażeniem mózgowym który nie mógł normalnie przejść więcej niż 50 metrów, przy pomocy balkonika zdobył się na pokonanie 750 metów dziennie. Zdobył £12,000. 10-letnia dziewczynka, pozbawiona obu nóg jako niemowlę, postanowiła przejść cały maraton po swoim ogrodzie. Przy tych herkulesowych wyczynach najmłodszych i najstarszych bohaterów, społeczeństwo „zabutelkowane” w swoich mieszkanach mogło conajmniej ich naśladować w ramach swoich możliwości albo rozkoszować się rozpowszechionym świadectwem brytyjskiej odwagi i poświęcenia którymi można było osłodzić codzienną dietę biuletynów o rosnącej ilości zakarzeń i śmierci.
Sława Kapitana Toma nie była wcale monopolem brytyjskim. Obiegła świat zarówno w mediach społecznych i publicznych. Już w maju ukazał się filmik z Moskwy. „Zdrastwuj Tom”, wita go Zena, 95-letnia bohaterka z wojennej sowieckiej baterii przeciwlotniczej. Ze względu na niedawną operację na biodro nie może wykonać żadnych marszów ale wszczęła na internecie kółko Moskali na kwarantannie którzy opowiadają sobie bajki z dawnych lat, łącznie ze wspomnieniamy wojennymi, szyjąć w międzyczasie maseczki i ubiory dla głodujących rodzin. Na dowód swojego hołdu dla kapitana Toma Zena wysyła mu ciepłe wełniane skarpetki aby mógł łatwiej maszerować po ogródku. „From Russia with Love”.
Przy 75ej rocznicy zakończenia wojny dnia 8 maja obsypano nas całą lawiną wojennych wspomnień, oczywiście nie tych przykrych, ale tych świadczących o społecznej solidarności, samopomocy i samodyscypliny. I znów na naszych ekranach pojawia się Królowa, znów czarno-białe propagandówki wojenne z prrzemawiającym Churchillem z którym premier Johnson identyfikuje się. Widać bombardowany Londyn, tańczące tłumy z końca wojny a na koniec powtórzony koncert w którym Vera Lynn swoim dzwięcznym trelem mami zaczarowanych brytyjskich żołnierzy. Premier wykorzystał okazję rocznicy przemówieniem gdzie powoływał się na wskrzeszenie w nowej walce z koronawirusem „tego samego ducha narodowego wysiłku” którym kierowało się społeczeństwo w walce z reżymem Hitlera 75 lat temu.
No i oczywiście było miejsce dla Pułkownika Toma. W swoich wypowiedziach przypomniał że choć sam przebywał 8 maja w Anglii jako instruktor to wiele jego kolegów żołnierzy brytyjskich walczyło na Wschodzie z Japonią. Pokój nastąpił dopiero w sierpniu tego roku. Przypomniał że Wielka Brytania była częścią wielkiego sojuszu który zwyciężył. „Ale nam się dobrze udało!” zakończył. Kanał telewizyjny ITV przygotował półgodzinny program „Captain Tom’s War” o jego karierze wojskowej. I znów pułkownik wyciągnięty jest z lamusa aby przyjmować honory i podziękowania jako ten wzorowy siebie lekceważący Yorkshireman gotowy wykonać swój obowiązek w pokonaniu wirusowego smoka. I znów pułkownik Tom przytakuje i znów dziękuje i znów zapowiada że złe czasy przeminą.
Tymczasem nasz premier zapowiada że już nie długo zacznie łagodzić regulaminy antywirusowe. Może otworzą niedługo szkoły, udostępnią sklepy odzieżowe, pozwolą emerytom wyjść na spacery. Wcale nie wszystkim to dogadza. Tak jak po długiej podróży pociągiem transyberyjskim pasażerowie przyzwyczajają się do tej dłużyzny i do tego bezpieczeństwa. Nie chcą zmiany. Wróg wirus czycha na zewnątrz ale w naszym domku jesteśmy pod ochroną. Przywykliśmy. Nie tak łatwo odkorkujemy się z butelki. Trzeba dopasować się do nowej rzeczywistości gdzie znów trzeba podróżować w niebezpiecznym, niewygodnym tłumie z innymi potencjalnymi nosicielami zarazku jak my. Tylko że będziemy w maseczkach, gumowych rękawiczkach, otoczeni przestrzenią dwumetrową która ma nam gwarantować ten sam pancerz ochrony co nasze obecne domowe mury. Do naszych komórek mamy jeszcze dostarczyć aplikacje przez którą będą śledzić nasz każdy ruch i każde spotkanie. Nie wiem czy nawet nasz Kapitan Tom będzie chciał się poddać takiej dyscyplinie.
Ale Kapitanowi Tom, i jemu podobnych, którzy nam towarzyszyli w podróży i którzy w swoim skromnym bohaterstwie kamuflowali nas przed ochydą otaczającej nas klęski żywiołowej, zawdzięczamy to że przetrwaliśmy ją bez kompletnego stracenia naszych zmysłów. A teraz czeka nas wszystkich zupełnie nowa przygoda. I może nawet będzie lepiej.

Wiktor Moszczyński Londyn 8 maj 2020

No comments:

Post a comment