Monday, 16 December 2013

Tryzub na Majdanie

Konfrontacje na kijowskim Majdanie Niepodległości były dramatyczne w ostatnich trzech tygodniach od momentu kiedy prezydent Janukowycz odmówił podpisania umowy współpracy między Ukrainą a Unią Europejską. Dokument ten przygotowywano przez szereg latach rozmów i zawierał niemal 10,000 stronic. Pozatem Europejczycy domagali się wypuszczenia na leczenie w Niemczech uwięzionej Julii Timoszenko skazanej za korupcję. Ale umowa nie posiadała najważniejszego elementu dla prezydenta – zakamuflowanej premii osobistej. Po stronie demonstrantów I przeciw brutalnym atakom policji I komandosów “Berkuty”, interweniowali na majdanie politycy amerykańscy, europejscy, wśród nich i Polacy jak Jarosław Kaczyński i Jacek Protasiewicz (obecnie wiceprzewodniczący parlamentu europejskiego) wzywając tłumy do wytrwania i utrzymania więzi z Unią. Interweniowali księża greko-katoliccy i duchowni autokefalicznego kościoła prawosławnego opartego o monastir Św. Michała. Podobne demonstracje ukazywały się w innych miastach zachodniej Ukrainy, a szczególnie we Lwowie, gdzie policja i burmistrz byli po ich stronie. Natomiast w miastach wschodnich i południowych nastały demonstracje pro-rosyjskie inspirowane najczęściej z Rosji ale mające wyraźne wsparcie wśród wielu prawosławnych duchownych uznających patriarchat moskiewski i wśród oligarchów władających ciężkim przemysłem Donbasu. O tych demonstracjach prawie nic nie ukazuje się w praise zachodniej. Dopiero demonstracja z ostatniej niedzieli odbywająca się o paredziesiąt metrów od demonstracji pro-zachodniej dobrnęła do zachodnich mediów choc paru demonstrantów potwierdziło że płacono im za udział. Polacy na ogół podziwiają demonstrantów występujących tak odważnie przeciwko pałkarzom prezydenta Janukowycza. Orientujemy się na tyle w zawiłej historii post-sowieckiej Ukrainy aby zrozumieċ że chodzi tu o wybór Ukrainy między dominacją rosyjską a bliższymi stosunkami z Unią Europejską. Przypomina się nam idealizm rewolucji pomarańczowej z przed 9 lat. Lecz symbolami konfrontacji nie są już barwy pomarańczowe ruchu też niestety skompromitowanego przez korupcję ich kiedyś popularnych przywódców. Wszędzie widaċ flagi unijne i narodowe barwy ukraińskie – z żółtym polem dojrzewającego żyta pokrytym błękitem bezgranicznych niebios. A przy nich powiewa tryzub. Dla wielu Polaków jest to złowrogi symbol. W ostatnim piątkowym numerze Tygodnia Polskiego Jędrek Śpiwok ostrzegał że dla niego “tryzub i swastyka niczym się nie różnią, kiedy myślę o tym czego ich nosiciele dokonali na polskim narodzie”. Tryzub nie jest nowym symbolem; sięga do bardzo wczesnego średniowiecza kiedy Kijów był największym i najbardziej zcywilizowanym miastem w Europie. Kształt tryzuba pochodził ze stylizowanego wzoru polującego jastrzębia który był nordyckim symbolem suwerenności, przypominający wpływy Wikingów na starą Ruś. Trudno mieċ za złe ruchowi narodowemu na Ukrainie który pod koniex XIXw. przyjął ten historyczny znak jako symbol ukraińskiego renesansu kulturalnego, szczególnie we Lwowie, kolebką ukraińskiego ruchu niepodległościowego. Dla Ukraińców Polak był wówczas tym czym Prusak dla Polaków w Wielkopolsce, czyli historyczny ciemiężca, właściciel ziemski, patrzący pogardliwie na Rusinów jako niższą od siebie kategorię cywilizacyjną. Habsburgowie rozruszyli wspólną niechęċ między narodami jako częścią ich polityki “divide et impera”. Umożliwili Ukaraińcom opanowanie Lwowa przy rozpadzie cesarstwa austriackiego w roku 1918 i założenie krótkotrwałej Republiki Zachodnio-Ukraińskiej która też operowała pod znakiem tryzuba ale którą my z kolei im odebraliśmy traktując miasto Lwów jako polskie miasto. Tryzub pozostał symbolem państwa dla atamana Symona Petlury w czasie sojuszniczej interwencji polskiej na Ukrainie i po upadku jego rządu stał się tytułem kulturalno-politycznego pisma ukraińskiego wydawanego przez Petlurę w Paryżu, sfinansowanego zresztą przez wywiad polski. W czasie ostatniej wojny faszystowskie ruchy ukraińskie, objęte przez Organizację Ukraińskich Nacjonalistów, przysposobiły ten szlachetny symbol w swojej zdeprawowanej “walce o niepodległośċ” zwróconej teoretycznie przeciw “trzem zaborcom” - niemieckim, rosyjskim i polskim - ale faktycznie wyżywając sie przedewszystkiem na tych najbardziej bezbronnych z tej trójki, czyli na rdzennych polskich mieszkańcach Wołynia i Podola. Lecz tryzub pozostał również symbolem walki z komunizmem i sowietyzacją Ukrainy. Dlatego w roku 1990 powrócił jako symbol wolnej niepodległej Ukrainy i został uznany jako godło nowego państwa. Mimo że pamięċ bestialskiego wymordowania Polaków pozostaje żywa dla tych którzy stracili rodziny w tych masakrach a ofiary rzezi zaliczani są do naszej tradycyjnej martyrologi wojennej i mimo że historycy I politycy ukraińscy są dośċ powściągliwi w swoich moralnych ocenach tych wydarzeń, polska racja stanu wymagała śmiałe postawienie na przetrwanie demokratycznej niepodległej Ukrainy jako częściowego przedmurza przeciw potencjalnym ambicjom imperialnym Rosji. Nie widzę więc powodu aby politycy polscy mieliby się wstydziċ występując na wiecach w którym pojawiają się sztandary i transparenty z tryzubem. Co innego zniekształcony tryzub w formie dłoni z trzema podnoszymi palcami który jest symbolem nacjonalistycznego ruchu Swoboda, organizacji wywodzącej się z Socjalno-Narodowej Partii Ukrainy. Są oni wrogo nastawieni nie tylko do Rosji ale do wszystkich mniejszości narodowych na Ukrainie, w tym Polaków i Żydów szczególnie. Niestety ta grupa tworzy jedną z trech partii opozycyjnych które w nieco spóźniony sposób zidentyfikowały sie z demonstrantami na Majdanie. Demonstranci nie mieli z początku przywódców I przyjeżdzali spontanicznie. W tej próżni politycznej walczą o wpływy nad kierunkiem demonstrantów Tiagnibok, przywódca szowinistycznej Swobody, Jacieniuk, reprezentujący uwięzioną Julię Timoszenko i jej partię i naiwny nieco lecz popularny bokser Witalij Kliczko który reprezentuje nowoczesną młodą idealistyczną niezkorumpowaną Ukrainę. Obawiam się jednak źe jest słabo przygotowany w wypadku wygranych przyszłych wyborów by opanowaċ skutecznie kryzys gospodarczy i poprowadziċ kraj skutecznie w kierunku Europy. Wiemy że układ Ukrainy z Unią leży w interesie Polski. Ale czy leży w interesie Ukrainy? Ukraina jest na skraju bankructwa a jej przywódcy polityczni bogacą się plądrując naturalne zasoby kraju. Przeciętny zarobek na Ukrainie wynosi £150 miesięcznie a wiele instytucji państwowych nie jest w stanie od paru miesięcy wypłacaċ żołd własnym pracownikom. Projektowany układ z Unią miał kierowaċ kraj na długi okres reform rynkowych i administracyjnych na które ani elity ani większośċ mieszkańców nie jest przygotowana. Zamykano by wielu zakładów i instytucji państwowych. Do tego trzeba by było liczyċ się z sankcjami ze strony Rosji któraby szybko zakręciła kurek od dopływu ropy naftowej. Natomiast Rosja, poza groźbami, ofiarowała bezpośrednie inwestycje i wsparcie kapitałowe które przedewszystkiem zadowoliłoby interesy osobiste rodziny prezydenta i jego zamożnych współpracowników. System plądrowania mienia państwowego mogłby kontynuowaċ bezgranicznie tymbardziej że system gospodarczy Ukrainy, a szczególnie uprzemysłowionej Ukrainy wschodniej, jest bardziej dostosowany do kierowanej gospodarki Rosji niż do bardziej przejrzystej gospodarki europejskiej. Obecnie ukraiński premier Azyrow domaga się od Unii zapłaty 20mld euro jako ceny podpisania umowy dwustronnej lecz Unia na taki szantaż już się nie zgodzi. Chiny też odrzuciły propozycje dużej pożyczki. Zresztą sama Unia Europejska przechodzi kryzys szczególnie w sprawie waluty wspólnej i masowych migracji pracowników z krajów biedniejszych. Co tu wiele mówiċ. Unia nie jest w stanie zaofiarowaċ Ukrainie pełne członkostwo Unii. Ale Putin jest gotów od razu zaofiarowaċ unię celną. Decyzja o orientacji geopolitycznej Ukrainy zależy od samych Ukrainców. Dla jednej strony jest to wybór gospodarczy, dla drugiej jest to wybór cywilizacyjny. Jest to ten sam wybór dla Ukrainy który stał między wolną Rzeczpospolitą a autokratycznym Caratem, między zaborem austriackim a rosyjskim. Może i dobrze że Janukowycz nie podpisał umowy z Unią. Gdyby podpisał nie byłby w stanie jej wykonaċ. Lepiej aby przyspieszyċ nowe wybory z nowym mandatem od większości wyborców do wybierania odpowiedniej drogi na przyszłośċ. Inaczej groziłoby krajowi coś jeszcze gorszego – wojna domowa i podział kraju na dwie części. A wiemy że w takich sytuacjach taki konflikt byłby krwawy, szczególnie dla mniejszości narodowych, a w tym Polaków. Bardziej potrzebna jest tu rozwaga niż odwaga. I to bardziej niż wiecowe wystąpienia powinni ofiarowaċ Ukraińcom polscy politycy. Wiktor Moszczyński - Dziennik Polski - 21 grudzień 2013

Tuesday, 3 December 2013

Super-Senator z Okręgu “Zagranica”

Na spotkaniu 22 listopada w Senacie z absolwentami Szkoły Liderów Polonijnych pojawiła się koncepcja senackiego okręgu wyborczego “Zagranica”. Okręg ten byłby terytorialnie nieco większy niż typowy okręg wyborczy w Polsce. Sięgał by od Szczecina do Lublina ale poprzez Amerykę, Azję I wszystkie pozostałe kontynenty i składałby się z mieszkańców polskiego pochodzenia na całym świecie zarejestrowanych przez lokalne konsulaty polskie do udziału w głosowaniu w wyborach do Sejmu i Senatu polskiego. Reprezentowałby ich jeden “super-senator”. Podobne debaty nad udostępnieniem Polakom prawa do głosowania trwają od 1990 roku, od momentu kiedy Polska odzyskała niespodziewanie niepodległośċ. Wtedy debata dotyczyła byłych żołnierzy polskich za granicą którzy narażali swoje życie w walce o wolną Polskę i uważali siebie za Polaków chodź byli przeważnie pozbawieni polskich dokumentów tożsamości. Nagle nastąpił moment w którym Polska odzyskała tą wolnośċ a tu nagle urzędnicy polscy, hołdujący fetyszowi przepisów prawnych, nie dopuszczali zasłużonym kombatantom do głosowania bo nie posiadali polskich paszportów czy dowodów osobistych. Dwa tygodnie przed wyborami Ambasador de Virion zorientował się że główni przedstawiciele polskiej emigracji żołnierskiej z Ryszardem Kaczorowskim na czele nie posiadali żadnego polskiego paszportu. Nastąpiła panika. Jak można było nie dopuściċ ich do głosowania w pierwszych w pełni demokratycznych wyborach na prezydenta Polski? Załatwiano jak pamiętam jakieś tymczasowe dowody. Ale nie mogły one objąċ szerokie jeszcze wtedy rzesze polskich żołnierzy i wywiezionych Sybiraków w Wielkiej Brytanii. Ten lament o potrzebie uzyskania polskiego paszportu dla osób którze całe życie poświęcili dla wolnej niepodległej Polski był nie gojącą się raną przez następne dziesięċ lat i pojawiał się na każdym zjeździe polonijnym. Najczęściej wysocy urzędnicy państwowi tłumaczyli jak prosta jest procedura uregulowania obywatelstwa polskiego a działacze polonijni wciąż domagali się aby państwo polskie zatwierdziło to obywatelstwo i prawo do głosowania kombatantom automatycznie. Dawne czasy ale pamiętam jeszcze jak zadzwonił wówczas do mnie arcy-sympatyczny konsul Marek Pędzich i powiedział “Słuchaj, Wiktorze! Wszystko jest już załatwione i ostatecznie mam na to zgodę Ambasadora de Viriona. A więc nie możesz już znaleśċ argumentów żeby mi odmówiċ.” “Co takiego?” “Masz byċ przewodniczącym komisji wyborczej w nadchodzących wyborach parlamentarnych”. Była to duża odpowiedzialnośċ szczególnie dlatego że wtedy był tylko jeden punkt wyborczy na całą Anglię, Walię i Północną Irlandię, mianowicie w Ambasadzie. Westchnąłem, podziękowałem za zaufanie jego i Ambasadora, ale ze szczerym smutkiem powiadomiłem go że jednak muszę odmówiċ tego zasczytnego obowiązku. Dlaczego? “Bo nie jestem obywatelem polskim.” Zaskoczony konsul nawet nie przewidział takiej okoliczności. Procedura zatwierdzenia czy przyznania obywatelstwa wydała mu się taka prosta,I nie pojmował jak tej nieco skomplikowanej czynności obywatelskiej nie mogłem jeszcze wykonaċ. Ewentualnie miejsce moje zajął Ryszard Gabrielczyk, prezes Polskiej Macierzy Szkolnej. Z czasem rozrosła ilośċ punktów wyborczych i konsulat londyński zadbał o to aby można było głosowaċ praktycznie w każdym poważniejszym ośrodku polonijnym w tym kraju. Drugie wybory do sejmu po akcesie Polski do Unii, a więc w roku 2007, były szczególnie dramatyczne. Nowo przyjezdna polonia zdecydowaną większością chciała odrzuciċ rząd braci Kaczyńskich, który w realiach brytyjskiego środowiska wydawał im się staroświecki, nawet groteskowy. Zdjęcia sznurów młodych obywateli polskich stojących w dwugodzinnych ogonkach wokół konsulatu czy POSKu były szczególnie wymowne. Nie obowiązala tu już żadna cisza wyborcza. Atmosfera była wręcz karnawałowa i sypały się anegdoty i piosenki o niefortunnych braciach. Zarówno telewizja polska i brytyjska nagrywały te sceny z podziwem i zrobiło ogromne wrażenie na następny rząd polski. Zdecydowano wyjśċ na przeciw żądaniom polonii. Jeszcze bardziej powiększono ilośċ punktów wyborczych. Zespół Kontroli Kampanii Wyborczych Krajowego Biura Wyborczego wprowadził ostatnio możliwośċ kandydowania za granicą korespondencyjnie i zaproponował zmianę w tworzeniu rejestru wyborców tak aby osoby przebywające za granicą nie musiały przed każdymi wyborami zabiegaċ o umieszczenie w spisie wyborców. Politycy polscy i brytyjscy oczekiwali dramatycznego ożywienia polskich wyborców w następnych wyborach, co się jednak nie stało. Zrażeni do polskiej polityki i z poczuciem wyobcowania od polityki brytyjskiej nowi wyborcy polscy stracili nieco zapał do udziału we wszelkich wyborach. Wydaje mi się że w wypadku wyborów polskich wchodzi tu w grę jeszcze jeden element – poczucie że właściwie jakim prawem (moralnym) głosują tu w wyborach do Sejmu i Senatu obywatele polscy którzy nie płacą podatków i nie odczuwają na co dzień efektów polskiej polityki gospodarczej na szkoły, szpitale, emerytury, przepisy drogowe, itd. Teraz co raz więcej warszawiaków chce wiedzieċ dlaczego głos Polaków za granicą ma ważyċ na wybór posłów i senatorów z warszawskiego okręgu wyborczego. Nikt nie kwestionuje prawa wyborczego pracownikom państwowym na służbie za granicą, żołnierzom w koszarach czy marynarzom na statkach polskich. Polski Instytut Turystyki poruszył nawet możliwośċ turystów polskich porozsianych po świecie mających prawo do głosowania ze swojego hotelu o ile załatwili z góry prawo do głosowania z lokalnym biurem wojewódzkim przed wyjazdem. Lecz dlaczego mają mieċ prawo głosu osoby które wyjechały z Polski 10 lat temu, kreują sobie nowe życie za granicą, nie myślą jeszcze o powrocie i nawet nie znają nazwisk i poglądów kandydatów w Warszawie na których mają głosowaċ? Ċzy mają potwierdziċ przed rejestracją że do Polski wrócą? Co raz więcej odsuwa się od udziału w polskiej scenie politycznej. Jak w takim wypadku konsul za granicą ma rostrzygnąċ kto będzie miał prawo głosu bez poważniej interwencji administracyjnej w życie codzienne polskiej rodziny w tym kraju? Debata się komplikuje. Nawet na spotkaniu młodych liderów polonijnych w Senacie nastąpił moment olśniewający dla senatorów. Przewodniczący zebrania zapytał obecnych ilu z uczestników brało lub chciało by braċ udział w życiu politycznym kraju zamieszkania. Prawie wszyscy podniesli rękę. A ilu chciałoby odgrywaċ role w polityce polskiej? Tylko dwie osoby podniosły palce do gory. Dla organizatorów spotkania było to szokiem. Nikt nie chce aby polonie wyobcowaċ zupełnie od uczestnictwa w życiu politycznym w Polsce. Jedno rozwiązanie to zatrzymaċ prawo obywateli polskich za granicą do udziału w wyborach na Prezydenta. To są wybory związane z wizerunkiem Polski w kraju i za granicą. Nie ma to bezpośredniego wpływu na płacenie podatków w Polsce. Jest to prosta decyzja dla wyborców za granicą. Ze względu na to że wybory prezydenckie odbywają się normalnie co pięċ lat nie byłaby to procedura administracyjna która przekraczałaby racjonalny budżet MSZ nawet gdyby odbywała się w dwuch turach. Głosowanie korespondencyjne też byłoby dozwolone. Pozatem ze względu na charakter całokrajowy tych wyborów warszawiacy nie musieli by mieċ pretensji do polonii za ingerencję w ich mandacie wyborczym. Lecz teraz padła jeszcze druga propozycja w Senacie poruszana na spotkaniu z młodymi liderami polonijnymi. Ma rzekomo powstaċ jeden okręg wyborczy zwany “Zagranica” z którego zarejestrowani wyborcy wybierają jednego super-senatora do reprezentowania ich za granicą. Obecny na spotkaniu w Senacie poseł Adam Kwiatkowski zaproponował od razu że kandydatami na to stanowisko będą politycy z Polski. Czy nie przewidywał aby jacyś polonijni kandydaci mogliby reprezentowaċ za jednym zamachem polonie amerykańską, brytyjską, ukraińską, brazylijską, australijską, południowo-afrykańską? Może miałby tu rację ale jeszcze gorzej byłoby mieċ jakiegoś polityka wybranego z klucza partyjnego. Potrzeby i aspiracje poszczególnych polonii są za bardzo zróżnicowane aby reprezentowała ich jedna osoba, z kraju czy z zagranicy. Zapomnijmy o tym super-senatorze. Lepiej mieċ przedstawicieli wybranych z różnych polonii z bezpośrednim dostępem do kancelarii prezydenta i do specjalnych sesji plenarnych Senatu. Wtedy będzie wiadomo że autentyczny głos poszczególnych polonii dociera do najwyższych szczebli władz wykonawczych w Polsce. Wiktor Moszczyński Dziennik Polski 06/12/2013

Wednesday, 20 November 2013

Zmowa Milczenia

Chyba nic nie ma tak emocjonalnej mocy jak długie milczenie zmasowanego tłumu. Wtedy panuje nie zgiełk, nie rozkazy, nie pośpiech, nie stres codziennego życia, lecz wyobraźnia i pamięċ każdego uczestnika. Myśli się o bliskich, o tych którzy już odeszli, o tym co już się we własnym życiu dokonało i o tym co jeszcze powinno się dokonaċ o ile starczy na to siły i czasu. Ten moment zbiorowej zadumy, czasem wielu tysięcy ludzi na raz, jest wyrazem wolności emocjii każdego uczestnika a zarazem zwycięstwem wspólnej zbiorowej myśli głośniejszej od jakiegokolwiek krzyku czy skandowania. Ta wspólna zbiorowa milcząca myśl woła: “Już nigdy więcej”. Oglądając londyńską ceremonię Remembrance Sunday w telewizji BBC tą ciszę przeżywa z uczestnikami marszu każdy widz. Przemarsz w szykownym stylu 10,000 żołnierzy, weteranów i uczestników organizacji zastępczych przed Cenotafem zawsze budzi mój podziw, tymbardziej że ma się to poczucie dumy że w tym marszu uczestniczy co roku kontyngent polskich weteranów. I tak jak wielu Polskich widzów czekam przez niemal godzinę na ten moment kiedy ukażą się polskie mundury i znajome nam polskie twarze. Czekamy wszyscy, czekamy i…. nic. Już od drugiego roku ani słowa o udziale Polaków w przemarszu i składaniu wieńca, a wiemy że normalnie biorą udział. Wygląda to jakby była próba umniejszania naszego udziału w podobnych angielskich uroczystościach i milczeniem pokrycia naszej obecności. Ale tu już inne milczenie od tego uroczystego dwuminutowego milczenia na Whitehall. Rzeczywiście 14 Polaków maszerowało z pułkownikiem Ryszardem Ciąglińskim i niezastąpioną Marzeną Szejbal na czele. Maszerowali weterani z AK, Dywizji Pancernej, Drugiego Korpusu a towarzyszyli im wybitni synowie kombatantów. Witano ich rzęsistymi brawami ze strony widzów I uczestników. Dlaczego więc ani słowa o nich od komentatora przemarszu David Dimbleby? Czy to typowa brytyjska zmowa milczenia czy brak odpowiedzialności z czyjejś strony? Mimo że większośċ polskich uczestników przemarszu załatwiało swój udział przez prywatne kontakty to jednak ogólną odpowiedzialnośċ za udział polskich uczestników przyjęło na siebie biuro Fundacji SPK. Czy może znowu, jak w poprzednim roku, ktoś nie omieszkał poinformowaċ BBC o udziale polskim? Tak zawsze narzekamy że brytyjskie media nie doceniają naszego wkładu do zwycięstwa Aliantów w Drugiej Wojnie Światowej. A może to z naszsej własnej winy tak się dzieje? Jest to tak samo mistyfikacją oświadczeni a rzecznika Fundacji że tylko weterani wojenni mogą w przemarszu wziąśċ udział. Patrząc na ekranizację pochodu to widaċ że żadna organizacja uczęszczająca tego rzekomego przepisu nie przestrzega. Dlaczego więc my? Czy ktoś naumyślnie zmniejsza ilośċ polskich uczestników i stara się zacieraċ ich ślady w mediach publicznych? Polski udział w ceremoniach Remembrance Sunday odbywa się w brytyjskich miastach co roku od wielu lat. Wiem że i w tym roku Koła SPK brały udział w tych przemarszach organizowanych przez władze miejskie. Maszerowali w Manchesterze, w Oldham,w Bradford, w Eastleigh (koło Portsmouth). Nawet w Glasgow maszerowali członkowie koła SPK nr 105 z 90-letnim kombatantem na czele i to mimo nieudanej “patriotycznej” próby zakazu ich udziału przez lokalnego rzecznika Fundacji SPK. To właśnie maszerowały te koła których istnienie powiernicy Fundacji SPK nie uznają, albo po prostu przezywają “huliganami”. W Bristolu Koło SPK uczestniczyło w wielkim zgromadzeniu zorganizowanym przez Lorda Mayora o tydzień wcześniej. Jest to stała tradycja i zawsze Polacy są mile witani na tych okazjach przez społeczeństwo brytyjskie. Tylko w Londynie pozostaje milczenie na temat pochdu W tej chwili pozostałe istniejące Koła SPK kwitną. Jest ich 18. Nie są już obciążone zarządzeniem starego Zarządu o zakazie rekrutowania nowych członków. Pomagają lokalnym szkołom, organizują akademie, planują obchody 70-lecia wielkich bitew na następny rok, popierają projekt zwiększenia frekwencji wyborczej nowoprzybyłych Polaków w wyborach brytyjskich. Pielęgnują swoje historyczne sztandary i z duma paradują te sztandary przy narodowych i kościelnych obchodach na swoim terenie. W prawdzie na niektórych terenach reprezentanci Fundacji SPK grożą policją aby skonfiskowaċ te sztandary i przenieśċ je do Londynu ale do tego nie mają żadnych podstaw prawnych. Koła wpatrzone są zarówno w naszą przeszłośċ I naszą przyszłośċ. Na prośbę Urzędu do Spraw Kombatanckich i Osób Represjonowanych Koła przygotowują statystyczne dane o ilości kombatantów wojennych w ich gronie. Ale o osiągnięciach tych kół, posiadając już w całości przeszło tysiąc członków, stare władze wolą milczeċ. Tasiemcowy list prezesa Fundacji SPK mówiący o lojalności raczej atakował Stowarzyszenie Polskich Kombatantów Limited i moją osobę, zapominając że zarówno ja, jak i SPK Ltd, są tylko tymczasową nadbudową tych poszczególnych kół i że lojalności do własnych członków nie dotrzymali. To koła się tu liczą bo SPK Ltd jest ich stworem i komisja statutowa przez nich powołana zdecyduje o przyszłej strukturze i nawet nazwie tej organizacji. Koła te dostosowały się już do nieodwracalnych zmian które nastąpiły w strukturze SPK w zeszłym roku mimo poczucia głębokiej krzywdy. Na skutek gniewu i rozpaczy w tamtym okresie niejeden błąd popełniono po obu stronach lecz koła gotowe byłyby do zaniechania dalszych nieporozumień i mieċ możnośċ rozwinięcia swojej działalności w spokoju o ile udałoby się rozstrzygnąċ dwie sprawy. Są to sprawy które Fundacja SPK też otacza milczeniem. Pierwsza sprawa to sprawa dostępu członków Kół SPK do Domów Kombatanta gdzie urzędowali i organizowali polskie uroczystości i życie społeczne przez ostatnie 50 lat. Choċ tytuły posiadania były w rękach PCA Ltd, a obecnie są kierowane przez Fundację SPK to zaskakująca jest jawna niechęċ Fundacji do wszelkiej negocjacji z istniejącymi Kołami które przez szereg dekad wypełniały te budynki życiem i gotowe są robiċ to dalej. Fundacja nie dostrzega i nie chce dostrzegaċ zapału nowych pokoleń tutejszych do uszanowania tradycji niepodległościowych i kombatanckich. Ciągła groźba usunięcia członków Kół z pozostałych domów przy użyciu lokalnej policji i nakazów sądowych świadczy źle o sumieniu społecznym powierników Fundacji. Nagłe zamknięcie Klubu Kombatanta w Glasgow było odpowiedzią Fundacji na mój apel wydrukowany po czasie w Dzienniku Polskim abyśmy wreszcie rozmawiali wspólnie o przyszłości. A druga sprawa to przejęcie funduszy poszczególnych kół zdeponowanych przez wiele lat za radą starego Zarządu na koncie bankowym PCA Ltd. Przy likwidacji SPK, stare władze zaskoczyły orzeczeniem że depozyty nie mogą byċ zwrócone kołom ze względu na charytatywny status Fundacji do której zostały przekazane. To nie jest bagatelna suma. Istniejącym jeszcze Kołom należy się przeszło £562,000 z tych niezwróconych depozytów. Szczególnie pokaźne sumy winni są najbardziej aktywnym jeszcze kołom jak Bradford, Rugby, Luton, Swindon, Oldham, Preston i Bristol. Odpowiedzią na te skargi jest wciąż milczenie. Koła zresztą wciąż mają poczucie krzywdy gdy widzą że Fundacja obecnie operuje funduszami którymi obdarza różne instytucje i inicjatywy polonije, gorsze i lepsze, bez żadnej potrzeby rozliczenia się przed polskim społeczeństwem, a szczególnie przed autentycznymi kombatantami w terenie którzy przez wiele lat tworzyli ten dwumilionowy majątek, z którego organizacje SPK nie otrzymują ani jednego grosza. Jeszcze niedawno przyznali nagrodę autorowi w Australii który określał Prezydenta Komorowskiego za “kolejnego agenta”. Kiedyś ogłaszali co roku listę dotacji na zjazdach SPK ale obecnie nie widziano ich ostatnich wydatków w odróżnieniu np od PAFTu, który ogłasza swoje dotacje kwartalnie w Dzienniku Polskim. I tu też zachodzi Wielkie Milczenie. Koła SPK kwitną w terenie i są samowystarczalne, o ile inne ciała nie przeszkadają ich rozwojowi. Lecz rany zadane społeczeństwu polskiemu w terenie przez sposób w którym SPK likwidowało się i dalej likwiduje lokalny majątek i żywy dorobek polonii można tylko zagoiċ rozmową a nie alternatywą grożb przeplatanych milczeniem. Wymowne milczenie na Whitehall wzbudza zachwyt; milczenie Fundacji SPK budzi tylko zgrozę i głębokie poczucie niesprawiedliwości. Wiktor Moszczyński 48 Inglis Road London W5 3RW 15/11/2013 “Dziennik Polski”

Wednesday, 30 October 2013

Czy dzieci polskie są dyskryminowane w angielskich szkołach?

Parę dni temu byłem jednym z uprzywilejowanych działaczy polonijnych którzy otrzymali email od autorki artykułu w ostatnim Tygodniu Polskim proszący o dodatkowe przykłady dyskryminacji wobec dzieci Polskich w angielskich szkołach. W tytule i we wstępie do artykułu autorka pisze o “imigrantach” ale lwia częśċ artykułu dotyczy wyłącznie poslkie dzieci których rzekomo smutny los w angielskich szkołach opisują zestresowane polskie matki. (Zauważcie że nikt nigdy nie pyta polskich ojców o ich komentarz). Zrozumiałem z emailu że autorka chce do tej sprawy powrócic już w pełni uzbrojona pełnym rynsztunkiem przykładów znęcania się nad polskimi dzieċmi. Normalnie staję pierwszy w szeregu jeżeli chodzi o prawa pokrzywdonych polskich rodzin w tym kraju. Tym razem jednak nie czułem potrzeby stawiċ się na apel. Nie zaprzeczam że czasem jakieś dziecko polskie może czuċ się nieszczęśliwe czy zestresowane w angielskiej szkole i że polscy rodzice mogą na to byċ szczególnie uczuleni, ale moje doświadczenie z angielskimi szkołami i mój kontakt z różnymi polskimi dzieċmi i rodzicami nie potwierdza tezy o powszechnej dyskryminacji naszych pociech w angielskim środowisku – w każdym razie nie w Londynie. W artykule autorka cytuje wypowiedzi matek zgorszonych traktowaniem ich dzieci. Jest zrozumiałe że wielu z nich żałuje że nie staċ ich wysyłaċ swoje dzieci do prywatnych przedszkoli i szkół powszechnych. Jest to zrozumiały żal ale w praktyce państwowe szkoły w Londynu w ostatnich dziesięciu latach należą do najlepszych w Anglii, posiadają najnowocześniejsze metody nauczania i to szczególnie w przygotowaniu dzieci nie mówiących po angielsku w domu do partycypowania w pełni w regularnych lekcjach szkolnych. Przeciętnie w szkołach londyńskich około 50% dzieci mówi innym językiem w domu – pundżabi, gudżerati, somali, tamil, farsi, turecki, grecki. Język polski jest tylko jednym z wielu takich języków. To dzieci anglo-saskiego pochodzenia są już prawdziwą mniejszością w wielu szkołach i to oni szybciej by mogli czuċ się dyskryminowani i upośledzeni, bo jedynie oni znają tylko jeden język i jedynie oni posiadają tylko kulturę jednego kraju.Nauzyciele zaś zajmują się przedewszystkiem udoskonaleniem angielszczyzny dzieci z rodzin imigranckich, a w tym I dzieci polskich. Jestem świadkiem jak dzieci z zagranicznych domów przyciągane są raz w tygodniu na specjalne jednogodzinne klasy składające się z pięciu czy sześciu uczni na dodatkowe lekcje a ich postępy są indywidualnie monitorowane w programach komputerowych. W normalnych klasach dzieci są wprowadzone do poznania i szanowania kultury i religii innych dzieci ze swojego środowiska. Nie chodzi tu tylko aby wiedziały czym jest Boże Narodzenie dla brytyjczyków czy Haloween, czy Diwali czy Eid i Ramadan. Sam byłem zaproszony do takiej szkoły aby daċ wszystkim uczniom w wieku od 5 do 10 lat pogadankę o Trzecim Maja i w ogóle o Polsce. Czułem się jakby przemawiał przed dzieciecą sesją plenarową ONZ. W rozmowach z polskimi dzieċmi nie spotkałem jeszcze żadnych który czuły się specjalnie neszczęśliwe z powodu swojego pochodzenia. Dotyczyły to zarówno dzieci polskich w szkołach gdzie tworzą znaczny procent uczniów (na przykład 10%) i tych którzy uczęszczają do klas gdzie są jedynym polskim dzieckiem. Jedynie dzieci w szkołach katolickich czasem stresują się gdy księża pytają ich czy ich rodziców dlaczego uczęszczają w mszach polskich zamiast lokalnych mszach w regularnych kościołach katolickich. W tych samych rozmowach zauważyłem że te dzieci polskie bez wyjątku widzą swoją przyszłośċ w Anglii. Gdyby byli w Polsce siedzieli by w klasie z samymi tylko polskimi dzieċmi, a tu mają różnorodnośċ i przyjaźnie przekraczają nie tylko narodowości ale i kontynenty. Nie siedzą koło Jasia czy Bożenki, ale koło Kevina, Ajashy, Mahmuda czy Tahiro. Nawet jeżeli te dzieci nie korzystają z nauki w prywatnych szkołach to i tak wygrały los na loterii jeżeli znajdują sie w szkole w Londynie. Z artykułu dowiaduję się że rodzice mają za złe dyrektorom szkół bo nie zezwalają na zabieranie dzieci ze szkoły w czasie semestru. Ale to nie jest żadna dyskryminacja wobec dzieci polskich, ale ostro przstrzegana powszecha zasada że dzieci mają korzystaċ z nauki w szkole przez cały semestr. Ci rodzice którzy chcą wyciągaċ swoje dzieci w okresie semestru wykazują słabe zainteresowanie rozwojem swoich dzieci w szkole. Powody takich proponowanych wyjazdów są preśmieszne. Na przykład jedna matka chciała koniecznie wziąśċ dziecko do Polski na pierwszą komunię. Jeżeli matce zależało na tym aby jej córeczka miała pierwszą komunię w białym fartuszku zgodnie z polską tradycją to może to łatwo zorganizowaċ z polskim kościołem czy szkołą sobotnią w Londynie, zamiast pchaċ dziecko do rodziny w Polsce. Babcia, dziadek i reszta rodziny mogą przecież przybyċ wtedy do Anglii na tą ceremonię. Trudno też tłumaczyċ że tylko w Polsce można leczyċ dziecko na astmę. Pamiętam jak jedna matka narzekała że szkoła nie pozwoliła jej dziecku wyjazdu do Polski aby sprawdziċ zęby bo tam taniej. Przecież w Anglii wizyta dziecka u dentysty jest za darmo. Oczywiście nauczycielka która doradzała rodzicom aby mówili w domu z dzieckiem po angielsku była w błędzie. Mam nadzieję że była wyjątkiem. Na szczęście nie znam żadnej nauczycielki w szkole angielskiej która by coś takiego proponowała jeżeli angielszczyzna rodziców byłaby słaba. Lepiej żeby dzieci nauczyły się płynnej angielszczyzny bez akcentów obcych w szkole niż żeby wchłaniały wady językowe rodziców. Nasze pokolenia urodzone w Wielkiej Brytanii po wojnie znają to dobrze. W szkole mówiliśmy bezbłędnie po angielsku, w domu i szkole sobotniej po polsku. Myślę że dobrześmy na tym wyszli. Właściwie jesteśmy żywym wzorem dla tych dzieci z nowo przybyłych rodzin jak będą ich dzieci wyglądaċ gdy dorosną. Uważam że jest obowiązkiem naszego pokolenia abyśmy zainteresowali się losem tych dzieci I bylyśmy świadomym wzorem dla nich. Natomiast jest rzeczą ważną aby rodzice polscy posiadali w domu książki zarówno polskie i angielskie. Powinni też mieċ dostęp do naukowych programów w telewizji angielskojęzycznej. Z przyjemnością natomiast muszę stwierdziċ że nauczyciele angielscy chwalą polskie matki (znowu tylko matki?) bo częściej interesują się programem szkolnym i postępem swojego dziecka niż inne narodowości. Mam dużo sympatii dla rodziców dziecka otyłego wymienionego w tym artykule ale znęcanie się nad fizycznie niesprawnym dzieckiem jest zjawiskiem powszechnym raczej niż związanym z jego polskością. Oczywiście rodzice powinni natychmiast przedyskutowaċ tą sprawę z dyrektorem szkoły czy nawet radą szkolną jeżeli sprawa się przewleka. W każdym razie nie jest to przykład dyskryminacji wobec polskich dzieci. Najbardziej zestresowane są dzieci polskie które mają stresującą sytuację w domu i wstydzą się zachowania własnych rodziców. Alkohol i przemoc mogą byċ w domu, a nie w szkole. Szkoły szybko podchwytują takie sytuacje i są pod obowiązkiem prawnym monitorowaċ zachowanie nie tylko dziecka ale i jego środowiska domowego. Równie stresujące są momenty kiedy młode dzieci są wzywane przez rodziców do roli tłumaczy w szpitalach czy urzędach podatkowychi i zmuszone są do zapoznania się z problemami nie zawsze odpowiednimi dla dzieci w tym wieku. Wiadomo że zawsze pierwsze tygodnie w szkole gdzie się nie zna języka mogą byċ stresujące, ale szkoły londyńskie są przygotowane na to. Takie stresy przeszło już paredziesiąt tysięcy polskich dzieci przez ostatnie 60 lat. Wówczas nauczyciele i uczniowe angielscy wyśmiewali się z naszych nazwisk i tradycji, co nie byłoby dziś dozwolone przez polityczną poprawnośċ. Samo życie. Trzeba było to przegryśċ i iśċ dalej. Na początku mogą byċ łzy ale po paru miesiącach dzieci o tym już nie pamiętają, a za dwa lata mówią często lepszą angielszczyzną niż tubylcy. Natomiast łzy pamiętają i przeżywają rodzice świadomi że to ich decyzją pozostania w Anglii było powodem wysyłania dziecka do obcej szkoły. Stres nie jest winą dziecka i nie jest winą angielskiej szkoły, szybciej rodziców i badaczy naukowych szukających zjawisk potwierdzających tezy o nieszczęśliwych polskich dzieciach na obcej ziemi. Wiktor Moszczyński Londyn Dziennik Polski 1 listopad 2013

Tuesday, 15 October 2013

Życiorys Polskiej Damy

Te same bujne kasztanowe włosy; ten sam rząd perlistych zębów zdobiący dobrze znany mi promieniujący uśmiech; ten sam podniejący, pełen tajemnic, jedwabny głos jakby zakropiony winkiem czy kłębiącym dymkiem papierosa. Tyle że w ciemniejszym świetle jeszcze w pełni nie odrestaurowanej sali balowej w “Ognisku” nasza dama czuła się zmuszona założyċ okulary aby przeczytaċ pierwszy rozdział swojej autobiografii “Rula – My Colourful Life”. Poza okularami wszystko było niemal tak jak to przypominałem sobie na moich 21 urodzinach które obchodziłem w mieszkaniu Stefana Przedrzymirskiego i na którym Rula też była obecna, razem z siostrą Gabą. Czytając w końcu o jej życiu w jej gorzko-słodkich wspomnieniach dopiero teraz uświadomiłem sobie jaki różnorodny był jej los, i jak daleko ambicja, czar, talent i apetyt na przygody ją zaprowadziły. Okazuje się że już w swoim dzieciństwie i latach młodzieńczych miała tyle sekretów i smutków rodzinnych o których ani ja, ani moi koledzy i koleżanki, nie byli świadomi. Jej wesołośċ kamuflowała dramaty rodzinne, łącznie z chorobą jej matki, rozwodem rodziców i nieszczęśliwym pobytem w internacie. Widziało się wówczas obie siostry Łubieńskie, Rulę i Gabę, jako atrakcyjne, hoże nawet, dziewczyny, pełne werwy i posiadające autentyczną klasę, ale bez snobizmu czy pruderii. Chwaliły się jeszcze wówczas swoimi występami jako śpiewaczki w Radiu Wolna Europa. Rula była wtedy widziana jako dziewczyna jednego z moich bliższych kumpli. Uważałem że on jej w niczym nie dorównywał i nie mogłem się dopatrzyċ co ona takiego w nim widziała, tymbardziej że najwierniejszym kochankiem pewno też nie był. Najwyżej chyba spodobała się Ruli jego wesoła łobuzowatośċ. W najbliższym czasie jej życiorys i życiorys naszej paczki się rozdzieliły. Wiem tylko że od czasu do czasu występowała w “Ognisku” na scenie. Wtedy też miałem moje występy na scenie w “Ognisku” w warsztacie teatralnym prowadzonym przez Barbarę Reńską i Janinę Jakubówną ale niestety nie w tym czasie co Rula. W tym okresie musiała się odbyċ jej szokująca przygoda we Włoszech, na skutek której spędziła 5 miesięcy w więzeniu w Sardinii, pomówiona o współudział w szajce handlującej narkotykami, po czym została zwolniona po umorzonym śledztwie. Nic a nic o tym sensacyjnym wydarzeniu nie wiedziałem, ani ja, ani moi koledzy, ani moje rodzice którzy normalnie wiedzieli o wszystkim co się dzieje w zamkniętym gecie polskiego świata emigracyjnego. Potem i tak już straciłem kontakt. Rula wypłynęła ponownie na powierczhnię mojej świadomości gdy zagrała w popularnym, a nawet można by powiedzieċ, awangardowym serialu telewizyjnym “Rock Follies”. Była częścią 3-osobowego żeńskiego zespołu rockowego, co samo w sobie było jeszcze wówczas niecodzienne. Czar jej występu polegał na tym że w charakterze i wyglądzie nie pasowała jako tradycyjna “rock chick”, a jednak jej uroda i psotliwy tumiwisizm pchały ją do sukcesu w tym środowisku. W moich oczach jej rola jako Q w tym serialu była tylko jakby dalszym odźwierciedleniem jej prawdziwej osobowości. Praktycznie grała siebie. Przy każdym pozytywnym zakręcie w jej karierze rockowej myślałem, “Brawo, Rula!” I rzeczywiście w swojej autbiografii Rula przyznaje się że postaċ Q była “tym czym myślałem że ja byłem w tym czasie”. Książka nie tylko jest porywająca ale pełna zarówno wzniosłych, jak i gorzkich, scen z jej życia które nie każdy chciał by ujawniċ. Czytamy o jej działalności charytatywnej, szczególnie dla dzieci i zwierząt, o jej przygodach w Tybecie, w Kenii, w Peru. Jest wspaniały opis jej uczestnictwa na wyprawie z naukowcami w Nepalu w poszukiwaniu zaginionych słoni gigantów. Przy sukcesach w karierze i szczęścia zaznanego z życia swojego rodzeństwa pokazany jest też cały dramat jej współżycia z popularnym aktorem telewizyjnym Dennis Waterman. Inteligentny czaruś i wesoły kumpel, ale nie stroniący od alkoholu, a raczej obojętny na tradycyjne wartości rodzinne które Rula wyniosła z domu. Dennis stał się jej Nemezys na skutek jej słabości dla namiętnych lecz łobuzerskich chłopców. Nikt nie przeczy że wzbogacił jej życie i razem tworzyli jedną z najbardziej wówczas znanych partnerstw w świecie celebrytów brytyjskich. Występowali razem w teatrze, wspierali się zawodowo, mieli piękny dom na wsi, stworzyli wspólne skupisko rodzinne dla swoich córek, wytrwali wiele lat razem. W końcu wszystko się rozbiło o jego ciągłe zdrady małżeńskie, jego pijanśtwo i ostatecznie, niestety, jego rękoczyny wobec jej osoby. W końcu wyprowadziła się z ich wspólnego mieszkania i zamieszkała sama z córką. Ciężko przeżyła to rozstanie, tym gorsze że zwaliły się jej na głowę krętactwa brukowców pogarszających jej cierpienia. Dużo szczegółów nie mogłem tu znaleśċ. Mało pisała o swoich sukcesach ze serialem “Take a Letter, Mr Jones” w której odgrywała główną rolę jako wymagający szef w biurze eksploatujący swojego męskiego lecz zniewieściałego sekretarza. Tą rolę zagrał niezapomniany aktor komiczny John Inman. Nie wymienia też swojej cudownej konfrontacji z australijskim przebierańcem Dame Edna Everage, który pochwalił “jej przecudny układ kostny”. Natomiast pisze aż trzy rozdziały o incydencie z komunizującym posłem George Galloway przebranym za kotka którego karmiła mlekiem z miseczki. Po tej scenie, w czasie programu “Celebrity Big Brother”, Rula ukazała się na pierwszej stronie niemal każdej brytyjskiej gazety. Żałuję natomiast braku w książce skorowidza nazwisk. Polscy czytelnicy mieliby duzą satysfakcję z tej książki bo jej polskośċ wybijała się na każdej stronie, nie tylko w pierwszych rozdziałach o jej dzieciństwie. Pisze o swoim arystokratycznym lecz, mimo wszystko, materialnie skromnym pochodzeniu, o szkole sobotniej, o generale Andersie, o występach w teatrze z Hemarem, opisuje przeżycia wojenne swojej matki w Ravensbrucku, wymienia swoją przyjaźn z polskim kuzynem, z którym planuje w pewnym momencie przeprowadziċ się do Polski, nim zmieniła zdanie. Jej duma narodowa jest wyraźna a jednak nigdy nie zmusza ją do wyrażania pogardy dla innych narodowości i innych relgii, a szczególnie nie do buddyzmu, do którego czuła wyraźny pociąg. Pamiętam że polskie organizacje charytatywne zawsze mogły liczyċ na jej pomoc i przypominam sobie jak występowałem z nią wspólnie na spotkaniu publicznym o “Solidarności”. W grudniu 1989 miałem zaszczyt załatwiċ przyjazd Lecha Wałęsy,wtedy u szczytu swojej popularności, do ratuszu na Ealingu. Z wielką satysfakcją załatwiłem również zaproszenie dla Ruli. Przybyła z uradowaną matką. Wspólne zdjęcie Ruli z Lechem ukazało się w wielu gazetach. Było to rzeczywiste spotkanie dwuch Polskich celebrytów. Nie wiem które z tych dwuch, Rula czy Wałęsa, było największym punktem zainteresowania moich brytyjskich kolegów radnych. Pare dni po wieczorze z Rulą Lenską w Ognisku byłem obecny na szumnych uroczystościach w POSKu w związku z 60-leciem Polskiej Macierzy Szkolnej Zagranicą. Rzeczywiście była to wspaniała okazja wzbogacona między innymi obecnością ministra spraw zagranicznych i cudownymi występami chórów z Balham i z Ealingu. Nad dorobkiem Macierzy i polskiego społeczeństwa w Wielkiej Brytanii, którą Macierz do wielkiego stopnia wykreowała, zastanowił się w swoim występie historyk Adam Zamoyski, też wychowanek szkoły sobotniej na Willesden Green. Przypomniał że wielkie i małe cywilizacje kruszą się gdy braknie im spoiwa wspólnej kultury. Przy wielkich migracjach ludności brak wspólnej kultury wśród przyjezdnych prowadzi albo do zacofanego kulturalnego getta pełnego zakompleksionych mniejszości negujących wartości krajów zamieszkania, albo do asymilującego rozmycia się w nowym środowisku do którego nie dokłada już żadnych wartości z własnego kraju pochodzenia. Przy takich naciskach spójnośċ kultury kraju zamieszkania z czasem zanika i kruszą się węzły stabilizujące w życiu codziennym. Rośnie anarchia i wspólna nienawiśċ; zapadają narody i cywilizacje. Zamoyski uważa że właśnie tutejsze polskie społeczeństwo wskazuje odpowiednią drogę integracji bez asymilacji. Powinno byċ wzorem dla innych. Jest to społeczeństwo które zjawiło się w Wielkiej Brytanii ze swoim bogatym dorobkiem kulturalnym z którego dokłada i wzbogaca spoistośċ kulturalną tubylców. Adam Zamoyski sam jest przykładem tego fenomenu który wnosi pozytywny element polskości do swojego brytyjskiego środowiska; równie dobrym przykładem jest Rula Leńska. Rula Lenska – “Rula My Colourful Life” – cena £20 The Robson Press. Wiktor Moszczyński Dziennik Polski 18 październik 2013

Sunday, 15 September 2013

Głosowaċ na Wyspach? Po co? Przecież to nie mój kraj

. Około 400,000 polskich obywateli posiada w tej chwili prawo do głosowania w wyborach lokalnych i europejskich w Wielkiej Brytanii. W samym Londynie wiemy że w tym roku 98,799 polskich obywateli zarejestrowano z prawem głosu, a więc niemal tyle ile ma wyborców dzielnica londyńska jak Hammersmith. W dzielnicy londyńskiej Ealing mamy nie tylko 13070 wyborców z polskim obywatelstwem, czyli przeszło 6% elektoratu całej dzielnicy, ale mamy też liczną powojenną polonię składającą się już z trzech pokoleń, a więc dalsze 2% elektoratu. Czy to znaczy że mamy duże wpływy na lokalny magistrat? Cieszymy się dużą reprezentacją polską w lokalnych władzach? Gdzie tam. Na Ealingu powinnyśmy mieċ przynajmniej 5 polskich radnych na 69. Mamy tylko jednego radnego na Ealingu, i nie wiele więcej w całym Londynie. Posłowie przestali liczyċ się z naszymi głosami, naszymi opiniami, niedbale wyrażają się o nas gdy chcą poruszaċ zaogniony temat imigracji. Dlaczego? Po roku 2004 było duże zainteresowanie brytyjskich partii politycznych polskimi głosami. Konserwatyści i Labour drukowali specjalne dwujęzyczne ulotki dla polskiego elektoratu. Organizowano spotkania w Polskich klubach. W wyborach na londyńskiego burmistrza w roku 2008 wszyszcy czołowi kandydaci zabiegali aktywnie o polskie głosy. Poprzedni burmistrz zorganizował specjalne dla nas przyjęcie a potem odwdzięczył się wizytą w POSKu. W wyborach do parlamentu europejskiego w roku 2009 kandydaci ze wszystkich partii londyńskich zjawili się na wspólnym wiecu wyborczym w “Ognisku” zorganizowanym przez Radio Orła. Pod presją lokalnych polityków urzędnicy samorządowi szukali możliwości taniego wynajmu dla lokalnych polskich organizacji czy szkółek sobotnich; ułatwiano pozwolenia na lokowanie polskich lokali; robiono wszystko w urzędach magistratu, w policji czy w straży pożarnej aby udostępniaċ materiały w języku polskim. Z czasem to się zmieniło. W swoich badaniach nad częstotliwością w głosowaniu poszczególnych grup etnicznych na swoim terenie, urzędnicy dzielnicy Hammersmith and Fulham stwierdzili że zaledwie 19% polskich obywateli głosowało w wyborach na burmistrza Londynu w roku 2012. Potwierdzało to doświadczenie brytyjskich kandydatów że odzew ze strony polskiego elektoratu jest słaby. Ich zwolennicy (“political canvassers”), zabiegający od domu do domu o poparcie dla swojej partii, już wiedzą z góry że jak na liście wyborczej ukaże się polskie nazwisko to nawet nie warto pukaċ do drzwi. Reakcja polskiego wyborcy najczęściej brzmi “Nic mnie to obchodzi; to nie mój kraj”. Z nowej polonii najwyżej przedsiębiorcy lub rodzice dzieci już uczęszczających do szkół angielskich mieli jakąkolwiek chęċ wypowiadaċ się czy głosowaċ. Skutek jest taki że politycy i urzędnicy samorządów nie liczą się już z polskimi potrzebami, nie palą się do bronienia nas gdy jesteśmy szkalowani lub krytykowani w decyzjach sądowych czy w mediach, a zmniejszają się dotacje samorządowe na polskie cele, kiedyś tak entuzjastycznie nam przekazywane. Przy rosnącej niechęci w Wielkiej Brytanii do imigrantów wszelkiego pokroju, to tylko często wyśmiana przez nas polityczna poprawnośċ wśród urzędników panstwowych broni nas przed dyskryminacją administracyjną. Dotychczas ten stan mógł nam zadawalaċ ale teraz koniunktura prawna i polityczna może się drastycznie zmieniċ na niekorzyśċ polskich obywateli. Nastroje anty-imigracyjne i anty-europejskie na Wyspach, a szczególnie wśród Anglików, nasiliły sie dramatycznie od czasu kryzysu bankowego i następującej po tym długoterminowej recesji. To już nie jest ten sam wyrozumiały tolerancyjny naród który nas witał po naszym akcesie do Unii Europejskiej. Wtedy co prawda odzywały się głosy krytyczne na nasz przyjazd, ale pozostały to głosy na marginesie społecznym i politycznym. Oczywiście ta obecna podskórna niechęċ wobec Polaków nasycona jest obawą że już w następnym roku, przybędą tu masowo Bułgarzy i Rumuni, najnowsi obywatele unijny z prawem wolnego dostępu do brytyjskiego rynku pracy. Jeżeli te nastroje anty-europejskie znajdą swój upust w populistycznych hasłach i główne partie polityczne poddadzą się temu nurtowi, możemy znaleśċ się pod rosnącą próbą ograniczenia naszych praw. Nawet mogą nastąpiċ zagrożenia dla pobytu Polaków w tym kraju, o ile polscy obywatele nie załatwili sobie prawo stałego pobytu (“permanent residence”). Stoi przed nami widmo referendum na temat dalszego członkostwa Brytyjczyków w Unii Europejskiej. To referendum może byċ poprzedzone próbami renegocjacji obecnych warunków członkostwa przez rząd brytyjski. W tej chwili sytuacja jest tak płynna i tak uzależniona od obecnego kryzysu gospodarczego w Wielkiej Brytanii i zastoju w Europie,że trudno przewidzieċ jakie elementy prawodawstwa brytyjskiego wobec cudzoziemców mogą byċ zaproponowane. Czasem inicjatywę w tym zakresie mogą podjąċ populistyczne hasła partii UKIP lub ich zwolenników w partii konserwatywnej lub w anty-europejskich mediach. Oczywiście nie wyobrażamy sobie że polskie rodziny czy jednostki pracujące tu rzetelnie przez szereg lat bez łamania przepisów byłyby wydalone a kraju. Polacy którzy będą mieszkali i pracowali tu legalnie, płacąc podatki przez przeszło 6 lat, na pewno będą mogli zostaċ, tymbardziej jeżeli uzyskają po siódmym roku pobytu obywatelstwo brytyjskie. Lecz to nie jest powód do lekceważenia sprawy. Na skutek renegocjacji stosunków Wielka Brytania/Unia Europejska, a tymbardziej w wypadku negatywnego wyniku przyszłego referendum w którym Wielka Brytania opuściłaby Unię, mogą byċ inne poważne zmiany w przepisach dotyczących obywateli unijnych, a szczególnie nas. Wśród potencjalnych propozycji ograniczenia naszych praw mogłyby byċ następujące: 1/ przemiana statusu Polaków z obywateli unijnych na zwykłych imigrantów 2/ utrata prawa głosu w wyborach lokalnych i europejskich dla osób bez obywatelstwa brytyjskiego 3/ potrzeba użycia paszportu polskiego a nie dowodu osobistego przy przekroczeniu granicy brytyjskiej 4/ każdy nowy przyjazd Polaka bez prawa stałego pobytu ma byċ poprzedzony listem zapraszającym i ewentualnie wizą graniczną 5/ ograniczenia w prawach dostępu nowo przybyłych Polaków do rynku pracy, do świadczeń społecznych, do mieszkań komunalnych 6/ wstrzymania dostępu dzieci mowoprzybyłych polskich rodziców do szkół angielskich 7/ ograniczenia na przyjazdy członków rodziny do opieki nad dzieċmi 8/ wstrzymanie dotacji brytyjskich dla dzieci polskich zamieszkałych w Polsce 9/ wstrzymanie dostępu do środków unijnych dla kulturalnych i naukowych inicjatyw polskich w Wielkiej Brytanii 10/ wstrzymenie dostępu do środków unijnych (jak fundacja Erasmus) i tańszego czesnego dla polskich studentów na uczelniach brytyjskich Taki stan rzeczy byłby klęską dla polskiego społeczeństwa w Wielkiej Brytanii i jest naszym obowiązkiem zrobiċ wszystko aby temu zapobiec. Musimy włączyċ się w debatę nad przyszłością Wielkiej Brytanii w Unii Europejskiej. Trzeba zrozumieċ argumenty tych którzy mają w tej chwili uprzedzenia wobec Unii ze względu na ograniczenia suwerenności, nadmiaru przepisów handlowych i obyczajowych I obawami przed dalszą imigracją, ale trzeba przypomnieċ im jeszcze raz o ogromnych korzyści ach wynikających z udziału brytyjskiej gospodarki w największym rynku na świecie z którym wszystkie inny rynki świata, łącznie z amerykańskim i chińskim, chcą współpracowaċ na najkorzystniejszych warunkach. Przypomnijmy o młodych Brytyjczykach pracujących w innych krajach europejskich I przywilejach dla brytyjskich emerytów w krajach jak Hiszpania. Domagajmy się aby te potrzebne poprawy w uciążliwych przepisach unijnych można było uzgodniċ na forum ogólno-europejskim a nie tylko jako warunki wybrania przez Wielką Brytanię drogę izolacji. Wspierając pozostanie Wielkiej Brytanii w ramach zreformowanej Unii Europejskiej bronimy również interesy Polski i nasz własny status obywatela unijnego w Wielkiej brytanii. Lecz na pierwszym planie nauczmy się korzystaċ z naszego prawa do głosu w Wielkiej Brytanii. Zróbmy to nim nam to prawo zabiorą. 22 maja 2014 odbywają się wybory do parlamentu europejskiego I do lokalnych samorządów w Wielkiej Brytanii. Musimy zapewniċ że się zarejestrowaliśmy I braċ udział masowo w głosowaniu, szczególnie w wyborach europejskich, przeciw kandydatom anty-europejskim z UKIP i ich sprzymierzeńcom w innych partiach. Głosujmy za tymi którzy chcą aby Wielka Brytania pozostała w strukturze Unii. Parę miesięcy przed wyborami powinnyśmy przygotowac wspólnie szereg postulatów dla kandydatów z głównych partii dotyczących spraw bytu i praw Polaków w Wielkiej Brytanii i musimy domagaċ się odpowiedzi od ich kandydatów. Wtedy politycy i media brytyjskie zainteresują się naszymi opiniami i będziemy w stanie mieċ wpływ na przebieg i wyniki referendum europejskiego jeżeli, jak się zapowiada, nastąpi to za parę lat. Mamy prawo jako obywatele polscy I unijni tu mieszkaċ z naszą rodziną. Zasłużyliśmy na to naszą ciężką pracą. Nikt nie powinien decydowaċ o naszej przyszłości w Wielkiej Brytanii bez naszego udziału. Pamiętajcie – nic o nas, bez nas. A głos posiadamy. I dlatego musimy tu głosowaċ. Wiktor Moszczyński Londyn 14/09/2013

Niezdecydowany Prezydent

We wtorek ubiegłego tygodnia Prezydent Barack Obama wreszcie przemówił bezpośrednio do społeczeństwa amerykańskiego uzasadniając dlaczego mają poprzeċ atak military skierowany przeciwko rządowi syryjskiemu. Na koniec zdenerwował swoich przeciwników, zdenerwował swoich popleczników a pozostali słuchacze, zakłopotani nierozwiązywalnym dylematem syryjskim jeszcze przed przemówieniem, pozostali równie zakłopotani po zakończeniu przemówienia. Amerykanka w Massachusetts zapytana przez dziennikarza brytyjskiego o swoje zdanie skomentowała, “Nie znosiłam prezydenta Busha, i byłam zagorzałą przeciwniczką jego polityki zagranicznej. Ale przynajmniej miał jakąś politykę zagraniczną. A Obama?” I tu wzruszyła ramionami. Trudno określiċ jego ciągłe zmiany decyzji i zmiany nastroju inaczej niż emocjonalną huśtawką. Raz będzie pokój, potem wojna, potem konsultacja, potem znowu wojna, a na koniec, przy współudziale rządu Putina zarazem i wojna i pokój. Mamy “Wojnę i Mir” z nowym rosyjskim autorem. Na pierwszy rzut oka wygląda to jak amatorska zabawa w wielkiego wodza który wydobywa cały arsenał zbrojny super mocarstwa na światło dzienne po to aby go znowu zaprowadziċ do składu, tym samym jednak paraliżując wszystkie obecne inicjatywy w polityce wewnętrznej, a szczególnie tak ważnych dla niego reform w służbie zdrowia. Chwiejnośċ w polityce wewnętrznej grozi upadkiem zaufania społecznego i znacznym podważeniem jego autorytetu; ale chwiejnośċ w polityce zagranicznej grozi kataklizmem na skali światowej. Chytrzy tyrani świata, jak kolejno Hitler, Stalin, Mihaiłowicz, Saddam, obserwując chwiejnośċ przeciwników zachodnich a sami pozbawieni wszelkich skrupułów, podejmują oportunistyczne kroki w kierunku agresji i ewentualnej wojny, tej samej wojny której przywódcy zachodni swoją chwiejnością starali się uniknąċ. Tradycyjnie prezydenci amerykańscy nie musieli zwracaċ się do Kongresu czy do społeczeństwa aby podjąċ inicjatywy militarne, ale wiedzieli że po odważnym pierwszym uderzeniu mogą normalnie liczyċ na poklask kongresmanów i ewentualnie wyborców. W dwudziestym wieku liczyli że każda inicjatywa prezydencka zakończy się pozytywnie. Dopiero Wietnam podważył pewnośċ siebie Ameryki i podważył jej pierwszoplanową pozycję w świecie. Potem nastąpiło najdotkliwsze upokorzenie – uprowadzenie dyplomatów amerykańskich w Teheranie. Te niepowodzenia nauczyły Amerykanów podejmowania wojen krótkich i angażujących jak najmniej wojsk regularnych. Bombardowanie Kambodży, pierwsza wojna iracka, Serbia i Kosowo, początkujący Afganistan angażowały gigantyczną przewagę amerykańskiego lotnictwa i marynarki wojennej nad wrogim wojskiem i, w wypadku pierwszej wojny w Iraku o Kuwejt, dopuszaczało wojsko lądowe dopiero po druzgocącym wstępie najnowoczesniejszego amerykańskiego sprzętu technicznego. Czasem, jak w wypadku Somalii, wystarczyło tylko wystrzeliċ parę rakiet międzykontynentalnych I zadowoliċ się tym że coś się zrobiło i odwróciło uwagę społeczeństwa od innych niepowodzeń . Gdy prezydent Reagan stracił paredziesiąt żołnierzy piechoty morskiej na skutek bomby w Libanie odwrócił uwagę społeczeństwa bezkrwawą inwazją marksistowskiej wyspy Grenady. Pociski w Sudanie odwróciły uwagę od skandali osobistych prezydenta Clintona z Moniką Lewińską. Przy całej propagandize o wojnie gwiazd już nikt w świecie nie kwestionował że USA za rządów Reagana jest supermocarstwem wojskowym a społeczeństwo amerykańskie liczyło na to że wojny będą technicznie spektakularne, względnie krótkie, ze znikomą ilością strat w personelu wojskowym i nieprzekraczające obręby zbalansowanego budżetu rocznego. Efekt przewlekłej drugiej wojny irackiej i przedłużenie wojny w Afganistanie znowu odebrało Amerykanom pewnośċ siebie. Ameryka traciła ponownie swój status nie tylko jako supermocarstwo militarne ale gospodarcze również. Nawet krótkotrwała interwencja w Libii nie wzbudziła zaufania społeczeństwa a prezydent Obama wybrany został prezydentem już jako przeciwieństwo swojego poprzednika. Przyrzekł że nie powtórzy wojny podobnej do Iraku i że zakończy wojnę w Afganistanie. Nie miał zamiaru odgrywaċ role herosa wojennego i do kaźdej inicjatywy wojskowej podchodził sceptycznie. To odzwierciedlało stosunek amrykańskiego wyborcy do dalszych wojskowych przygód. W wypadku wojny domowej w Syrii prezydent Obama zachowywał dużą ostrożnośċ, nawet w kwestii poparcia dla rebeliantów, i robił to ze zrozumiałych względów. Świecki pro-rosyjski reżym Assada, odziedziczony po bezwględnym ojcu, była oświeconą dyktaturą tolerującą rolę kobiet w społeczeństwie i chroniącą prawa chrześcijan który tam mieszkali przeszło tysiąc lat. Zagrożony dwa lata temu podczas “arabskiej wojny”, ze strony zarówno pro-zachodnich liberałów i fanatyków muzułmańskich, reżym bronił się zaciekle przy wsparciu finansowym I militarnym Rosji. Dla Obamy był to gniazdo szerszenii i przestrzegał kolegów w Londynie i Paryżu przed interwencją po czyjejkolwiek stronie. Zastrzegł tylko jedno. Przypomniał reżymowi że nie wolno mu używaċ broni chemicznej wobec rebeliantów bo to przekracza zasadnicze normy prowadzenia wojny. Myślał że samo ostrzeżenie wystarczy. Gdy opozycja syryjska wskazywała przykłady przekroczenia tego przepisu starał się to ignorowaċ. Lecz gdy świadectwo o użycia środku chemicznego “saryn” w przedmieściu samego Damaszku zostało jaskrawo opisane w telewizji, nie mógł już stanąċ na uboczu. Nagle dramatycznie zmienił front. Nie czekając nawet na sprawozdanie z masakry przez specjalną komisję badawczą ONZ, z palcem na cynglu Obama nakazał wojsku przygotowaċ się na karny odwet w kztałcie pocisku “Tomahawk”. Wtórowali mu entuzjastycznie premier Cameron i prezydent Hollande. Poparcie wyrażali Turcy, Arabia Saudyjska, Katar. Nie oglądał się na ONZ bo Rosja i Chiny blokowały możliwośċ uchwały w Radzie Bezpieczeństwa uzasdaniającej interwencję w Syrii. Co prawda Putin zagroził nawet drastycznymi konsekwencjami w wypadku takiego ataku, i nadał rozkaz okrętom rosyjskim aby przepłynęli przez Bosfor na wschodnie wybrzeże Morze Śródziemnego. Lecz mimo groźby eskalacji Obama nie zawahał się dopóki……. Dopóki nie podważył jego strategię sojusznik brytyjski. Najbardziej buńczuczny w kwestii interwencji był rząd brytyjski. Cameron zapowiadał że interwencja nie potrzebuje uzasadnienia ze strony ONZ i że brytyjskie pociski wesprzą atak amerykański. Ale na wszelki wypadek, aby nie powtórzyċ błędu poprzednika przed drugą wojną iracką, i świadomy że brytyjska opinia publiczna była bardzo ostrożna wobec możliwości dalszych interwencji , Cameron ogłosił że zwoła specjalną sesję parlamentu aby uzyskaċ ich zatwierdzenie akcji wojskowej. Tu wszystko mu się rozkleiło. Opozycja zastrzegła że potrzebuje zatwierdzenia ze strony komisji ONZ w wypadku odpowiedzialności reżymu za zbrodnie, i co więcej, uzyskania aprobaty ONZ, nim poprze wniosek rządowy a liczna grupa posłów konserwatywnych głosowała przeciw wszelkiej interwencji. Zdenerwowany premier nagle obrócił się o 180 stopni i orzekł że Wielka Brytania nie będzie pod żadnym pozorem uczęszczaċ w akcji militarnej, mimo że to wcale nie było stanowiskiem Izby Gmin. Odciął się zupełnie od opcji militarnej. Obama, świadomy że 60% opinii publicznej w Ameryce sprzeciwia się interwencji zbrojnej, poczuł nagle że grunt mu się usunął spod nóg. Mimo że konstytucja tego nie wymagała czuł że nie mógł dalej po fiasku brytyjskim utrzymaċ swoje stanowisko bez poparcia ze strony swoich najgorętszych wrogów w Partii Republikańskiej. Decyzją tą zaskoczył nawet swoich ministrówiI najbliższych doradców. Wszystko wskazywało na to że poparcia nie uzyska. I tu przyszła interwencja rosyjska o możliwości nakłonienia Assada do ujawnienia składów broni chemicznej i przekazania jej przestawicielom ONZ. Na szczęście prezydent, mimo swoich lawirowań, w odróżnieniu od Camerona, nie odrzucił opcji militarnej. A bardziej stanowczy od Obamy sekretarz stanu John Kerry, zasłużony weteran Wietnamu, powziął umowę z ministrem rosyjskim Ławrowem na podstawie której Assad ma zaledwie jeden tydzień aby ujawniċ gdzie leżą składy broni chemicznej, i byċ gotowy przekazaċ je na zniszczenie pod kierownictwem ONZ do wiosny następnego roku. Do jakiego stopnia Rosja i Syria dotrzymają słowa w wykonaniu umowy? Jak długo Obama i Kerry nie zrezygnują z opcji militarnej to istnieje szansa że ta broń nie będzie już użyta ponownie. Mimo swojego pokojowego nastawienia prezydent rozumie dobrze że rezygnacja z opcji militarnej oznacza wprowadzenie próżni którą, tak w polityce jak w przyrodzie, wypełnią inne mocarstwa i mocarstewka która będą zwiastunem większego chaosu i ostatecznie wojny. Aby utrzymaċ pokój trzeba byċ gotowym o niego walczyċ. Wiktor Moszczyński 20 wrzesień 2013

SPK Limited i Fundacja SPK

Szanowny Panie Redaktorze, Chyba nie byłem jedynym czytelnikiem “Dziennika Polskiego” który na widok listu Przewodniczącego Polish Ex-Combatants Association in Great Britain Trust Fund (czyli w skrócie po polsku “Fundacji SPK”) z 6 września br wyraził obawę że powróci ostra polemika. Pomijając meritum sprawy, łącznie z odrzuconą statutowo ważną petycją 873 członków SPK z września ub. roku, konflikt o przyszłośċ SPK który rozwinął się w zeszłym roku między starym Zarządem SPK w Londynie a grupą najliczniejszych kół SPK w terenie, doszedł do specyficznego etapu gdzie stary Zarząd ogłosił na końcu maja br. że Stowarzyszenie Polskich Kombatantów w Wielkiej Brytanii już nie istnieje, a Koła SPK które nie uznawały tej decyzji zwołaly w lipcu br zjazd na terenie POSKu gdzie ogłosili że dalej istnieją jako kontynuacja starej organizacji i ukonstytuowali się pod nazwą Stowarzyszenie Polskich Kombatantów Limited, rejestrując tą nazwę w Companies House. W tej sytuacji ku uldze większości polskiego społeczeństwa nastał okres de facto jakby sytuacji patowej i zaniku ostrzejszych polemik, choċ wiadomo było że pozostaje jeszcze wiele palących spraw do rostrzygnięcia. Z jednej strony mamy wyżej wymieniony Trust Fund (popularnie “Fundacja SPK”) składający się z ośmiu powierników, poprzednio członków Zarządu SPK WB, który przejął 100% funduszy i majątku starego SPK lecz który również wykonuje czynności reprezentacyjne starego SPK WB w Londynie i w Arboretum w porozumieniu z innymi polskimi organizacjami społecznymi których częściowo subsydiuje. Z drugiej strony mamy Stowarzyszenie Polskich Kombatantów Limited składające się z 18 kół SPK posiadających w sumie przeszło 1100 płatnych członków SPK, czyli więcej niż 75% członków starej organizacji SPK, ale bez żadnych należnych funduszy, które też również wykonują czynności reprezentacyjne starego SPK WB w terenie w Anglii, Walii i Szkocji w porozumieniu z lokalnymi parafiami, szkołami sobotnimi , kołami Royal British Legion i brytyjskimi władzami miejskimi. W wielu Polskich ośrodkach piastują rolę głównej polskiej organizacji społecznej. Prezesem honorowym SPK Ltd jest też poprzedni członek Zarządu SPK WB, Otton Hulacki. Obydwie organizacje używają logo starego SPK bo uważają że mają do tego historyczne prawo. Logo SPK, tak jak powszechnie uznane logo “Solidarności”, nie jest rejestrowane i nie powinno byċ monopolizowane. SPK Ltd uzgodniło że w lipcu następnego roku komisja statutowa przygotuje nowy statut dla organizacji i tam będzie rostrzygnięta sprawa przyszłej nazwy, choċ nie wyobrażam aby odstąpili od inicjałów “SPK” Oczywiście jest wiele niesprawiedliwości do wyrównania i SPK Ltd wciąż chce upomnieċ się dla swoich kół o dostęp do niesprzedanych jeszcze Domów Kombatanta i o zwrot własnych funduszy , a szczególnie skonfiskowanych depozytów Kół SPK w terenie, ale to są sprawy które powinne byċ rostrzygnięte na innym forum. Natomiat jest sprawą konieczną aby obie instytucje nie odgrywały roli rywali przy swoich czynnościach reprezentacyjnych ani w Londynie ani w terenie. Pisałem o tym w liście do sekretarza Fundacji, Antoniego Siemiernika, który wysłałem na prośbę Charity Commission. Apelowałem tam aby nasze spory finansowe i prawne nie przeszkadzały przy ułożeniu możliwości współpracy we wspólnych występach naszych członków i naszych sztandarów przy takich okazjach jak rocznice świąt narodowych czy udziału w londyńskim Remembrance Sunday. Ta ostatnia sprawa jest szczególnie pilna gdyż w tej chwili londyńska centrala Royal British Legion powiadomiła nas że nie bardzo wie z którą organizacją reprezentującą Polskich kombatantów ma rozmawiaċ, tymbardziej że tu w gre wchodzi jeszcze trzeci pretendent ogłaszający w “Dzienniku” bilety na udział w przemarszu. Może skończyċ się tym że British Legion nie będzie skłonna z nikim rozmawiaċ i po raz pierwszy zabraknie polskiej reprezentacji na tym ważnym wydarzeniu corocznym. Jest rzeczą konieczną aby z British Legion rozmawiaċ jednym głosem, reprezentującym wszystkich polskich żołnierzy. Dam inny przykład. Nasi weterani w Manchesterze wyrazili chęċ wyjazdu w maju 2014 do Włoszech na 70 rocznicę Bitwy o Monte Cassino. Nie chcą aby organizacyjne spory przeszkodziły im w uczestniczeniu w takiej uroczystości. Pisałem już o tym do Urzędu do Spraw Kombatantów. Niestety pan Siemiernik nie zdążył odpowiedzieċ na mój list do Fundacji, a adwokat Fundacji rozsyłał listy grożąc sądami. Troche za późno. Nazwa naszej organizacji jest już znana w brytyjskich mediach i instytucjach bo pod naszym logo występowałem w obronie nowej Polonii przed dyskriminacją i przeciw ukazaniu się niemieckiego serialu. Mamy nadzieje że pan Maryszczak nie będzie chciał kontynuowaċ sprawy w sądzie bo sprawa ciągnęła by się przez szereg lat i mogłaby byċ dla nich, a więc dla nas wszystkich, bardzo kosztowna. Czy nie lepiej rosztrzygnąċ te sprawy majątkowe we wspólnym dialogu przy stole jak przystoi Polakom a nie ośmieszaċ społeczeństwo polskie poruszając je na prawnym i medialnym forum brytyjskim, tak jak miało miejsce z Ogniskiem. A najpilniejszą sprawą pozostaje uzgodnienie “modus vivendi” obu organizacji w uczczeniu polskich I brytyjskich rocznic wojennych. Nie polemizujmy. Rozmawiajmy. Łączę wyrazy poważania, Wiktor Moszczyński Przewodniczący Stowarzyszenie Polskich Kombatantów Limited

Friday, 6 September 2013

Słuszna demonstracja

O godzinie 11 ej we wtorek 30 września, 74 lata temu warszawskie tłumy wiwatowały przed gmachem Ambasady Brytyjskiej ciesząc się z wiadomości o wypowiedzeniu wojny Hitlerowi przez rząd brytyjski. Jak wiemy był to tylko dla Polski przeważnie pusty gest, ale który doprowadził w końcu do ostatecznej klęski Trzeciej Rzeszy, wykonanej niestety joż po wcześniejszej klęsce niepodległej Polski. 74 lata później tłum Polaków, przeważnie młodych, zebrał się przed gmachem BBC aby zaprotestowaċ preciwko decyzji emitowania niemieckiego mini-serialu “Nasze matki; nasi ojcowie” która starała pogrzebaċ pamięċ o wysiłku narodu polskiego w walce z Trzecią Rzeszą w otoczce farsowej licytacji obydwu narodów w nienawiści do Żydów. Niestety nie mogłem przybyċ na tą arcysłuszną demonstrację zorganizowaną przez młodych zapaleńców z organizacji Patriae Fidelis. Zainterweniowała tu niestety choroba , ta sama która na początku sierpnia skierowała mnie do szpitala na 10-dniowy pobyt i która wciąż nie pozwala mi wyjśċ z domu bez oparcia na lasce. To ta sama dolegliwośc która uniemożliwia mi jazdę samochodem I kolejką podziemną, do uczęsczenia na otwarciu roku szkolnego w szkole na Greenford gdzie miałem zaproszenie, I która mnie powstrzymała od udziału w celebrowaniu imienin Księdza Prałata przy Misji Katolickiej w ubiegłą sobotę. Pobyt w szpitalu przypomina na swój sposób pobyt na pokładzie statku kosmicznego. Czuję że to nie jest epizod nieznany w życiu wielu czytelnikwów “Dziennika”. Odizolowany murami szpitala od kłopotów świata zewnętrznego, od nieznośnej korespondencji, pozwań i rachunków, poddany jestem nowym dyscyplinom i nowym przygodom. Żyje nowymi osiągnięciami swoimi i moich sąsiadów; cieszy każdy pierwszy krok poza łóżkiem, każdy pierwszy spacer po pokładzie, odzyskania apetytu, opanowania gorączki, uregulowania ciśnienia. Ma się wielkie poczucie wyzwolenia gdy udaje się samemu uwolniċ w środku nocy z łóżka chronionego z obu stron barierkami bezpieczeństwa i dostarczenia do oddalonego gniazdka pielegniarek trąbiącego i błyskającego jak choinka powozu z zawieszoną lecz już od godziny opróznioną sakiewką z dożylnym antybiotykiem. Czołówka załogi prowadzi ten statek w stanie stałego pogotowia koncentrując się na opanowaniu wszelkich wirusów i infekcji, a inni zajmują się pielęgnowaniem, zmianą opatrunków, dostarczaniem pokarmów a nawet karmieniam poszczególnych pacjentów. Panuje niby ordnung, ale oparty wciąż na codziennym przezwyczężaniu przeszkód częściowo przez ciężko zapracowaną załogę a najczęściej przez samych zdenerwowanych pacjentów zdanych na zaimprowizowane pokonanie własnych dylematów w związku z częstą nieobecnością ich opiekunów. Przy takim ruchliwym scenariuszu od czasu do czasu coś z zewnętrznego kosmosu przenika do świadomości zajętych swoimi troskami pasażerów. Kryzys w Egipcie i Syrii, polowanie na angielskie borsuki, katastrofa helikopteru w Szkocji, uczczenie Święta Żołnierza Polskiego, wypociny posła Bryant na temat zatrudnienia Polaków przez Tesco. Brak dostępu do internetu utrudnia zagłębienie się w tych tematach lecz co raz większa świadomośċ o życiu poza szpitalnym statkiem kosmicznym wprowadza pacjenta w okres gorączkowego wyczekiwania na ewentualne zwolnienie lekarskie, przekroczenie progu szpitala i powrotu do domu, do własnego łóżka i własnego laptopu. I wtedy zwróciłem uwagę na łamach Facebooku na problem serialu “Unsere Mutter, unsere Vater”. Oświadczenia zamieszczone tam przez Patriae Fidelis i przez Polish Media Group Jana Niechwiadowicza informowały o decyzji BBC emitowania wczesną jesienią tego serialu w trzech odcinkach na programie wieczornym BBC 2. Przygotowano list do Dyrektora BBC Tony Hall z apelem o odwołaniu decyzji emitowania programu ze względu na kłamliwy obraz Armii Krajowej w szeregu epizodach tego serialu. Cytowano niemieckich i żydowskich historyków potępiających “polskie” odcinki serialu. O programie tym już słyszałam wcześniej bo spowodował wielką burzę w Polsce i wśród polonii amerykańskiej, toteż zupełnie zrozumiałem szkodliwośċ emitowania filmu w brytyjskiej telewizji. Oczywiście jako przewodniczący Stowarzyszenia Polskich Kombatantów Limited natychmiast zadeklarowałem nasze poparcie dla listu do Dyrektora BBC. Zresztą znalazłem się w dobrym towarzystwie bo wśród podpisujących znaleźli się wybitni przedstawiciele starej polonii brytyjskiej jak Marzena Schejbal , Jan Mokrzycki, Barbara Kaczmarowska-Hamilton, Lady Malgorzata Belhaven, Irena Grocholewska, Regina Wasiak-Taylor, Alicja Dzik-Jurasz, Helena Sikorska, Danuta Szlachetko, konsul Fran Oborski , jak również wybitniejsi działacze z młodszego pokolenia jak Jurek Byczyński, Andrzej Tutkaj, Agnieszka Adamska, Lukasz Filim i redaktor Elżbieta Sobolewska. Obawiam się że mimo naszych protestów BBC nie zmieni zdania. Z ich punktu widzenia jest to bezcenna próba najmłodszego pokolenia filmowców niemieckich dostosowania się do objęcia poczucia winy za zachowanie się ich, już nie rodziców a, dziadków, w obliczu zbrodnii wykonanej przez obywateli Trzeciej Rzeszy. W tym zakresie film jest bezlistosny. Pięciu “dobrych” Niemców, sympatycznych, rodzinnych, młodych dwudziestolatków spotyka się z pełnym optymizmem w momencie inwazji Rosji przez Niemcy w roku 1941. Potem trzech z nich spotyka się po wojnie, a dwuch ginie, choċ wszyscy są do pewnego stopnia splamieni swoim udziałem w hitlerowskich zbrodniach w Polsce i Rosji. Dwuch walczą w szeregach Wehrmachtu, jedna robi karierę jako śpiewaczka i metresa wysoko postawionego SSmana, druga jest pielęgniarką wojskową a ostatni z piątki, jako Żyd, ucieka wraz z Polką z transportu do obozu. Na końcu zbrodniczy SSman znajduje się w administracji nowego powojennego państwa niemieckiego. Tymczasem zbieg żydowski przyłącza się do oddziału AK, który podziela anty-semityzm hitlerowskiego okupanta. W jednej scenie przypadkowo “AKowcy” odbijają transport więzniów żydowskich ale decydują ich nie ratowaċ. Wolą ich utopiċ. To tak jakby, jak pisał były ambassador izraelski w Warszawie, professor Shevach Weiss, “Niemcy szukają partnerów do podzielenia się winą (za zbrodnie) … nie są w stanie przyjąċ wszystko na siebie.” Nic dziwnego, że dla dyrekcji BBC, uzyskanie tego mini-serialu traktowane będzie jako wielki sukces i na pewno będzie szeroko reklamowany. Dla nich ujemna ocena polskiego podziemia będzie sprawą marginalną. Dlatego jest rzeczą ważną że podjęto tą akcją protestu. Rozgłos był potrzebny. Ale na dłuższą metę trzeba lliczyċ się z tym że jeśli ten program się ukaże musimy uzyskaċ prawo do wypowiedzi (“right to reply”) przy odpowiednich epizodach tak jak tego domaga się prezes Zjednoczenia Polskiego Tadeusz Stenzel. Oczywiście byłoby kłamstwem powiedzieċ że wśród szeregów Armii Krajowej nie było indywidualnych anty-semitów. W końcu w przedwojennej Polsce, pewne środowiska mieszczańskie i chłopskie były przesiąknęte szowinystyczną ideologią narodową czy uprzedzeniami religijnymi o roli Żydów w zabiciu Chrystusa. Lecz w szeregach Armii Krajowej byli również Żydzi a dyscyplina wojskowa Armii Krajowej i patriotyczna ideologia większości ochotników była oparta na zasadzie ratowania Żydów i przyjmowania do szeregów wszystkich gotowych do walki z niemieckim okupantem. Było wielu wypadków gdzie oddziały ZWZ, pózniejszej Armii Krajowej, uwalniały Żydów; ich pierwsze akcje zbrojne w Warszawie miały na celu pomoc bojownikom żydowskim zbiec z palącego się getta. Możemy dużo powiedzeċ o roli AK w założeniu akcji Żegota i karania karą śmierci osób szantażujących lub wydających Żydów w ręce Gestapo. Musielibyśmy te materiały przygotowaċ skrupulatnie na taką ripostę medialną korzystając nie tylko ze świadectwa weteranów AK i wypowiedzi polskich historyków ale również w komentarzach ze strony profesorów niemieckich I żydowskich. Niech nowe pokolenie niemieckie, wychowane w nowoczesnym anty-militarnym demokratycznym społeczeństwie w samym sercu Europy, wykorzysta swoją szansę na wypowiedzenie swojej spowiedzi za grzechy wojenne swoich dziadków, ale niech też zrozumi że naród niemiecki musi sam ponieśċ odpowiedzialnośċ za swoje zbrodnie. Za zbrodnie popełnione przez inne narodowości w tym czasie niech nowe pokolenia tych krajów same się do nich przyznają. Wiktor Moszczyński Dziennik Polski 06/09/2013

Friday, 23 August 2013

Stop Victimization of UK Poles

P R E S S R E L E A S E London 23/08/2013 As long standing British citizens of Polish origin who have lived and worked here since our parents had fought alongside the British Armed Forces to defeat Nazi Germany during World War Two, our generation was largely supportive when the United Kingdom joined the then European Common Market in 1973 and very enthusiastic indeed when a free independent post-Communist Poland was able to accede to the EU in 2004. Many young Poles were finally given the same opportunity that Western Europeans had enjoyed for two generations, namely access to a Europe-wide free market economy which also guaranteed democracy, human rights and safety from external invasion. Although the Polish economy still has much catching up to do to match Western European living standards, yet its younger generation has impressed the UK with its industrious and entrepreneurial work ethic as well as its growing contribution to Western culture and education. More than 700,000 Polish citizens have remained here, many of them setting up families here and ensuring a steady input into the British economy and UK exchequer. Largely, with some inevitable exceptions, they are integrating into the UK economic and social mainstream as smoothly as our generations did more than half a century ago, while retaining also the best of their distinct Polish culture and national traditions. It is understandable that, with the current stagnation in the Eurozone and with the on-going crisis in the British economy, British citizens and their political parties are seeking to redefine how the EU should work and also their own relationship to the Union. However we are increasingly aware that the newer communities of Poles and other Central Europeans who have lived and worked here legally since 2004 are being singled out as scapegoats by irresponsible politicians from all parties, anxious to curry favour with the recent upsurge in a more intense anti-European sentiment in this country. There are threats and insinuations about their right to work and travel, to their access to the health service and basic benefits, despite the fact that they are now long-term UK taxpayers. EU citizens from Central Europe have every right to live and work here not only under current EU regulations on the free movement of labour but also under UK immigration laws on permanent residence and UK citizenship. I would appeal to these irresponsible politicians to desist from the insidious and cowardly sniping at Poles and other EU citizens. While this behaviour strengthens the prejudices of those seeking to blame the current crisis on foreigners, I doubt that it will convert any of them to support a mainstream party, and it will not impress the electorate at large and convince it of the sincerity of those politicians most of whom expressed quite different opinions barely five years ago. Nor should they think that making Poles scapegoats for the ills of the British economy is an electorally win/win strategy. In the spring of this year the total number of Polish citizens on the London electoral register amounted to 98,799, nearly as large as that of an Inner London Borough. As a quarter of the Polish population in the UK lives in London that indicates a total of some 400,000 votes of Polish citizens in this country eligible to vote next May in the European and local elections. That figure also does not include some tens of thousands of second and third generation British citizens of Polish origin who will object strongly to parties and candidates that seek to gain short term popularity by making derogatory comments about their fellow countrymen. Is this a sleeping giant that those errant politicians are seeking to raise against themselves? Our organization members urges that any future debate on UK-EU relations will be conducted on a more rational and less chauvinistic basis paying proper respect to all those who contribute to the UK economy and way of life. Issued by Wiktor Moszczyński, Chair, Stowarzyszenie Polskich Kombatantów Ltd, (Polish Veteran Support Association) 48 Inglis Road, London W5 3RW - tel 0208 992 7816 ; 07553018956

Tuesday, 6 August 2013

Matka Polka

Spoglądała na nas w dziennikach niemal codziennie niewinna twarzyczka małego 4-letniego blondyna, uśmiechnięta, wypatrująca przez przymrużone oczy, jeszcze pełna zaufania. Twarz Daniela to typowa twarz polskiego dziecka. Twarz jak tysiące innych twarzy polskich dzieci uczęsczających w Anglii do szkół sobotnich czy widziane w drodze do szkoły angielskiej trzymające kurczowo za rączkę mamusię. Ale za tym zdjęciem kryje się tragedia zagłodzonego dziecka, duszonego do nieprzytomności, bitego aż do złamania lewego ramienia, topionego parokrotnie w wannie, karmionego solą, zamkniętego przez wiele godzin w pustym pokoju z zabrudzonym materacem. W szkole wyłapano go parokrotnie przy kradzieży jedzenia od kolegów czy wyciąganiu odrzuconych ochłapów w śmietniku. Doktór znalazł na jego ciele szereg poważnych obrażeń i zwrócił uwagę na wyraźne niedokarmienie dziecka. Zaproponował pigułki i ponowną wizytę która już się nigdy nie odbyła. Miało to miejsce zaledwie parę tygodni przed śmiercią. Na oczach wszystkich którzy mogli jemu pomóc, dziecko, które jeszcze dwa lata przedtem było całe, wesołe i zdrowe, zapadało w patologiczną otchłań której nikt nie był w stanie zapobiec. Złamana ręka? Podbite oczy? To spadł z fotela. Wyglądający jak przeżytek Oświęcimia? Kradnie jedzenie? Bo ma zaburzenia gastronomiczne, i to rzekomo “genetyczne”. A nauczyciele, lekarze, pracownicy służby społecznej, policjanci którzy trzykrotnie w ostatnim roku zwiedzili mieszkanie, polscy parafianie w Coventry, nawet siostra matki, w to wierzą, bo chcą uwierzyċ. Bo nie chcą za bardzo wnikaċ. Kwestionowaċ role rodziny. Bo wtedy będą dalsze kłopoty natury biurokratycznej. W końcu 1 marca znaleziono w domu zmasakrowane ciało małego chłopczyka. Wyglądał jak “torba kości”, jak to określił pracownik służby zdrowia. Odkryto poważne uszkodzenia czaszki i 23 inne rany i obrażenia na ciele. Rzekomo 33 godziny umierał od ciosów zadanych mu przez ojczyma-krymynalistę które znęcał się przez szereg lat nad dzieckiem. A gdzie matka? Otucha I ratunek każdego polskiego dziecka? Matka Polka rzeczywiście. To ona tak chytrze okłamywała władze szkolne i socjalne. To ona znęcała się sama nad dzieckiem trzymając wciąż pełną wannę z groźbą topienia go w niej, głodziła i zamykała bo “hałasował”, “denerwował” a przedewszystkiem przeszkadzał jej w uzyskaniu miłości i wsparcia od nowego męzczyzny jej życia i ojca następnych z kolei jej dzieci. Mimo że ją bił i poniewierał, mimo że był wielokrotnym przestępcą kryminalnym zarówno w Polsce i w Anglii, to jednak w nim pokładała nadzieje, bo zapewniał jej dostęp do alkoholu. Wyzbyta z wszelkiego poczucia własnego obowiązku wobec dziecka którego kiedyś jeszcze kochała i brała na wakacje, sama zamieniła się w sadystkę kpiącą z cierpienia własnego syna. Na kamerze CCTV podchwycono ostatnie chwile Daniela. Była zima. Matka wychodzi z podwórka szkoły nawet nie oglądając się za swoim dzieckiem, a on, opatulony w płaszcz z kapturkiem, leci za nią. Leci za swoją matką bo to jedyny autorytet który posiada. Leci już do swojej śmierci. Sąd brytyjski skazał matkę Daniela i jej partnera na 30 lat więzieni za morderstwo i za znęcanie się nad dzieckiem. Nikt, za wyjątkiem babci w Polsce, nie miał wątpliwości co do słuszności ich kary. Ale pozostaje wciąż tajemnica środowiska. Jak przedewszytkiem mogła na to zezwoliċ szkoła. W takiej uczulonej na ochronę dziecka instytucji jak angielska szkoła, gdzie np. za pomyłkowe poczęstowanie dziecka muzułmańskiego kawałkiem szynki doprowadziło w zeszłym tygodniu do zwolnienia kucharki szkolnej, jak można było pozwoliċ na taki brak odczytywania sygnałów rozpaczy dziecka? Lokalny poseł Geoffrey Robinson zakwestionował jak mogły wszystkie instytucje, które istnieją do ochrony dziecka w Coventry, tak zaniedbaċ swoje obowiązki. Pytał dlaczego taki kryminalista jak ojczym dziecka nie został wcześniej deportowany do Polski. W końcu był tu skazany za kradzież, za pobicie innego człowieka, parokrotnie za prowadzenie wozu po pijanemu. (Obawiam się, o ironio! że mocnym argumentem w obronie przed jego deportacją byłyby jego obowiązki rodzinne jako ojczym) Poseł domagał rezygnacji lokalnego Dyrektora do Usług Dziecięcych. Kierownik szkoły już wczęśniej ustąpił i przeniósł się do innej szkoły, twierdząc że końcowy jego pobyt w starej szkole “nie był zbyt przyjemny dla nikogo”. Policja terenowa z hrabstwa West Midlands zwaliła winę za swoje nieróbstwo na policję polską bo nie wystawiła Europejskiego Nakazu Aresztu za przestępstwa drogowe ojczyma jeszcze w Polsce. To też ironia. Polska prokuratora i policja oskarżane są już od wielu lat w Unii Europejskiej że wystawiają podobne listy gończe i nakazy aresztu nagminnie za każde najdrobniejsze przestępstwo w Polsce. Policja brytyjska zmuszona jest wtedy wyłapywaċ i aresztowaċ setki młodych Polaków rocznie, często za drobną kradzież czekoladki w sklepach, porwanie owcy, bójkę w knajpie, niezapłacenie mandatu drogowego. Policja wyrywa ich w kajdankach z domów rodzinnych czy z zakadów pracy, niszcząc w ten sposób podkłady nowego życia jakie udało im sobie ułożyċ na Wyspach. To jakby powtórka historii Jean Valjean w “Les Miserables”. Potem co tydzień wylatują razem z małą grupką prawdziwych kryminalistów do Polski gdzie załatwiają w końcu swoje prawne obowiązki i wracają do zrujnowanego życia w Anglii. Koszt i wysiłek dla policji brytyjskiej jest ogromny i w większości zbyteczny. Myślę że prawodawstwo w Polsce powoli dojrzewa do podziału przestępstw na poważne które zasługują na Międzynarodowy Nakaz Aresztu I te drobniejsze którymi nie powinny zawracaċ głowy europejskim służbom bezpieczeństwa. W każdym razie w tym wypadku policja polska nie uważała przewinienia ojczyma w Polsce jako zbyt poważne, a jego przestępstwa w Anglii były znacznie poważniejsze. Więc wymówka policji midlandzkiej jest bezpodstawna. Ale jeszcze większą ironią była nieczynnośċ władz lokalnych w sprawie Daniela kiedy od szeregu lat prasa polska narzeka na rzekomą nadgorliwośċ służb ochrony dziecka wobec polskich rodzin w tym kraju. Niemal co roku około 100 polskich dzieci odbiera się polskim rodzicom oskarżonym o pijaństwo, narkomanię, głośne awantury, znęcanie się fizycznie nad partnerem czy nad dzieckiem. Tak jak inne mniejszości narodowe w tym kraju, polskie rodziny wciąż nie rozumieją dlaczego policja wkracza gdy odbywa się głośna awantura wewnątrz rodzinna a szczególnie gdy są znaki przemocy. W Polsce te sprawy najczęściej były traktowane jako sprawy prywatne, czyba że nastąpiłaby śmierċ lub poważne okaleczenie. Tradycyjna polska dyscyplina wewnątrz-rodzinna oparta na używaniu przemocy jest już źle widziana w instytucjach brytyjskich, mimo że nie jest jeszcze prawnie zabroniona. Ale nawet w wypadku nieodpowiedniego nakarmienia, czy pozostawania małych dzieci bez opieki w domu na dłuższy okres czasu, może byċ powodem interwencji. Pozatem rodzinom bezdomnym też grozi utrata praw rodzicielskich. A wtedy działa zasada że rodzina jest winna dopóki nie wykaże swojej niewinności. Na to narzekają nie tylko rodziny polskie. Takie znaki jakie wykazał mały Daniel normalnie spowodowałyby interwencję władz wielokrotnie. Odebrano by rodzicom Daniela, i również pozostałe dzieci w rodzinie, i przekazano by je do Domu Dziecka lub do rodziny zastępczej. Zresztą taki los spotkał pozostałe dzieci tej rodziny tak jak i wielu innych “uratowanych” dzieci . Mały odsetek takich dzieci wraca do Polski, do pozostałego rodzica lub do dziadków. Zresztą polskie sądy czasem odsyłają takie dzieci spowrotem do Anglii. Można byċ pewnym że na skutek historii Daniela rząd zaostrzy przepisy interwencji w sprawie małych dzieeci w rodzinach problematycznych, a szczególnie może to dotyczyċ polskie rodziny. Dlatego słusznie Konsulat RP nawoływał do zgłoszenia się polskich rodzin w UK do spełnienia roli rodzin zastępczych aby przynajmniej dzieci wyrwane z jednego polskiego piekła nie zaznały potem wynarodowionia i pozbawienia języka ojczystego w obcym środowisku. Przez ostatnie tygodnie, ogarniały nas wstyd i zgroza że w taki sposób wykazała się polska rodzina w brytyjskich mediach. Serce każdego polskiego czytelnika zaznało głęboki szok na myśl że tak mogła się zachowaċ polska matka. Matka biednego Daniela wykazała że tradycyjny, niemal mistyczny, wizerunek “Matki Polki”, opiewany przez wieszczów i tradycyjne polskie media, może byċ w tych czasach złudną iluzją. Wiktor Moszczyński 09/08/2013

Wednesday, 17 July 2013

Jeszcze o Generale Sikorskim

Polski Londyn w poniedziałek w Ambasadzie i w katedrze Westminsterskiej uczcił 70 rocznicę katastrofy gibraltarskiej. Przemówienia, filmy, uroczysta msza, wieńce składane przed pomnikiem. Wspominają wszyscy gen. Sikorskiego jako patriotę i męża stanu. Tak samo określali go w roku 1993 gdy jego zwłoki przewieziono z Newark Cemetery do Polski i umieszczono w krypcie pod katedrą wawelską. We wrześniu 2000 książe Kentu odsłonił jego pomnik przed Ambasadą przy podobnych ocenach jego cnót i osiągnięċ. Zarówno przyjazni Brytyjczycy jak i polskie społeczeństwo traktowało go z wielką czcią, choċ może nie z tą głęboką gorliwością wykazaną zwykle wobec marszałka Piłsudskiego czy generała Andersa. Sikorski wzbudzał ogólnie szacunek, raczej niż miłośċ. Generał rzeczywiście był osobą o wielkim formacie. Miał dobrze uporządkowany umysł inżyniera i awansował szybko jeszcze w zaborze austriackim jako organizator i teroretyk wojskowy mimo że nie był zawodowym oficerem w wojsku austriackim. Był widziany jako fachowiec raczej niż marzyciel w fermencie przygotowań do czynu zbrojnego na początku pierwszej wojny światowej. W pierwszych miesiącach tej wojny umiał uzyskaċ wystarczająco zaufanie austriackiego sztabu aby uratowaċ koncepcję legionów po nieudanej próbie wywołania powstania polskiego na terenie zaboru rosyjskiego. Od tego czasu jego inteligencja, rozsądek i zdolnośċ do spokojnej analizy zapewniały mu szczególną role opoki w momentach największych kryzysów. Ale okazał się nie tylko zdolnym administratorem sztabowym ale również zdolnym oficerem liniowym. Na czele pułku obronił przed Ukraińcami Przemyśl a potem Gródek Jagielloński a w pierwszej fazie wojny z Bolszewikami już jako generał dowodził grupę Polesie osłaniając z północy odwrót wojsk polskich z Kijowa a następnie na czele V Armii walczył na północ od Warszawy zabezpieczając cięzką walką lewe szkrzydło polskiej linii frontu w momencie gdy Piłsudski wykonywał swoją kontrofensywę na południu od stolicy. Zabezpieczał I ochraniał aby inni mogli zwyciężyċ. Po zakończeniu wojny został szefem sztabu polskiej armii. Mimo poprzednich sprzeczności z Piłsudskim w czasie kryzysu przysięgi Legionów okazał się mężem opatrzności w przerażającym kryzysie który powstał po zabójstwie prezydenta Narutowicza kiedy Polsce groziła autentyczna wojna domowa między endecją a piłsudczykami. Mianowano go wówczas premierem Polski i ministrem spraw wewnętrznych. Pełnił tą funkcję zaledwie 5 miesięcy. Niby krótko, ale wystarczająco aby zabezpieczyċ porządek i zażegnaċ dalszemu rozlewowi krwi. Udało mu się uzyskaċ uznanie Ligi Narodów dla wschodnich granic Polski i rozpocząċ budowę portu w Gdyni. Póżniej pełnił funkcję ministra spraw wojskowych kiedy był założycielem Korpusu Ochrony Pogranicza i przeprowadził uchwałę sejmową o rozbudowie floty wojennej. Dbał o techniczne unowocześnienie wojska polskiego. Znalazł się niestety w ostrym zatargu z marszałkiem Piłsudskim w sprawie przekazywania władzy nad wojskiem rządowi cywilnemu odrzucając koncepcję “władzy hetmańskiej”. Piłsudski mu tego nigdy nie wybaczył. Po zamachu majowym, mimo jego neutralności, Piłsudski usunął go z komendy korpusu lwowskiego i przez 11 lat ten wybitny żołnierz pozostał w dyspozycji ministra spraw wojskowych ale bez funkcji. Nawet po najeździe Wehrmachtu na Polskę władze nie dały mu żadnego przydziału. W 1939 roku znowu stał się mężem opatrznościowym i stanął zarówno na czele rządu emigracyjnego i nowo tworzonego wojska. Szanowany przez rządy francuskie i brytyjskie szybko zdobył ich zaufanie. Dla Polaków rozrzuconych po świecie, a szczególnie dla Polaków pod okupacją niemiecką i sowiecką stał się postacią wręcz legendarną. Był jakby zapowiedzią ostatecznego zwycięstwa. W każdym pamiętniku z podziemia wieśċ o powołaniu rządu Sikorskiego widziana była jako zbawcza. Znalazł sie w podobnej sytuacji po raz trzeci w następnym roku gdy nastąpiła potrzeba ewakuowania rządu i wojska do Anglii. Co prawda Sikorski nie przewidywał tak szybki upadek Francji i faktycznie nikt tego wówczas nie przewidywał. Na wiadomośċ o upadku Paryża Polaków wszędzie ogarnęła czarna rozpacz, bo klęska polska była bardziej przewidywalna niż klęska takiego “mocarstwa” jak Francja. Ostatecznie Sikorski postawił mocno na przetrwanie w wojnie Wielkiej Brytanii i na stały polski sojusz z nią. Wielka Brytania korzystała z użycia Polskich wojsk w Afryce, w Norwegii i we Włoszech, z polskiej floty na Atlantyku i morzu północnym, z polskich sił powietrznych i z polskiego wywiadu. Sikorski zostawił sobie tylko brygadę spadochronową do własnej dyspozycji licząc na jej udział w ostatecznym oswobodzeniu Warszawy. Dzięki temu wspólnemu tymczasowemu uzależnieniu wojskowym Polski i Anglii, dyplomacja brytyjska poczuła potrzebę umowy Polski z Sowietami po inwazji Rosji przez Hitlera. Wielu Polaków, szczególnie kresowiaków, miało Sikorskiemu za złe że nie uzyskał od rządu sowieckiego uznania wschodnich granic ale Sikorskiemu chodziło o ratowanie jak najwięcej Polaków z Rosji i na uniknięciu stawiania rządu brytyjskiego przed dylematem wyboru sojusznika – Polska czy Sowiety. Wiadomo w którą stronę poszłaby taka decyzja. Sikorski czuł że polskie terytorium nie uda się uratowaċ w całości bo trudno oczekiwaċ od żołnierza brytyjskiego aby walczył do upadłego o moczary pińskie i granicę na Zbruczu, ale Sikorski był zdeterminowany zatrzymaċ Wilno i Lwów jako polskie miasta. Po bitwie pod EL Alamein i po wkroczeniu wojsk amerykańskich i brytyjskich na arenę frontu śródziemnomorskiego gorąco ale zarazem logicznie namawiał władze brytyjskie na przekonanie Amerykanów do przeprowadzenia następnej inwazji na terenie Bałkanów. Po upadku tej koncepcji miał już czarne myśli o możliwościach oswobodzenia suwerennej Polski. To zostało potwierdzone odkryciem grobów w Katyniu i zerwaniem stosunków dyplomatycznych przez Stalina. Jak długo Sikorski żył Polacy mogli uwierzyċ że nie wsyztko jest stracone mimo ciemnych chmur na horyzoncie. Osoba tak dotychczas ceniona przez sojuszników, widziana na spotkaniach z Rooseveltem, Churchillem i królem Jerzym, była jakby gwarancją że Polska odzyska niepodległośċ. Do jakiego stopnia te nadzieje w nim były realne to pozostaje sprawą spekulacji, ale te nadzieje w okresie ówczesnej gehenny polskiej trzymały Polaków przy życiu a żołnierzy polskich przy broni. Dlatego katastrofa gibraltarska była dla Polaków tak bolesna. Odebrała im już ostateczną nadzieję. Pozostały już tylko iluzje że będzie można Polskę oswobodziċ i z tą złudną iluzją walczyli Polacy w Normandii, we Włoszech i w Powstaniu Warszawskim, negocjowali ze Sowietami i wracali do Polski. Ci bez iluzji potępili układ jałtański i pozostali na emigracji. Czy autorytet Sikorskiego wystarczyłby do uratowania Polski? Na pewno nie takiej jaka była przed rokiem 1939. Może miał by wystarczający autorytet aby powstrzymaċ marnowanie sił narodu w Powstaniu Warszawskim i uzyskaċ lepsze warunki ze Stalinem i aliantami ale na terenie Polski dominowa łaby już ostatecznie Armia Czerwona i wszelkie strzępy suwerenności Polski w takim układzie nie przetrwałyby dłużej niż przetrwały w Czechosłowacji pod Beneszem do której Sikorski był zwrócony przychylnie. Zachód zdradził osobę na miarę Mihajłowicza, ongiś bohatera zachodniego, i mógł to samo zrobiċ z Sikorskim. Najwyżej Sikorski uzyskałby może lepsze warunki dla Polaków pozostających na Zachodzie. Ale to nie jest pełny obraz. Sikorski nie wszystkim się podobał. Ciekawe że nawet wielu tych notabli którzy uczęsczali wówczas w tych uroczystościach w Londynie, prywatnie wyrażają się o nim krytycznie. Potępiają jego brak przygotowania na klęskę francuską, mściwośc wobec byłych oponentów sanacyjnych i naiwnośċ w podejściu do Rosji sowieckiej. Mają w tym nieco racji. Często myślę, jeżeli tak go negatywnie oceniają to czemu stawiają mu pomniki i obchodzą regularnie rocznice śmierci? Wydaje mi się że głównym powodem do stałego promowania jego postaci na tych wyspach jest jego autentyczna popularnośċ wśród zainteresowanych Brytyjczyków. Gdy potrzebna jest postaċ z czasu wojny strawna dla nowoczesnego Brytyjczyka to wyłania się na pierwszy plan postaċ generała Sikorskiego, nie związanego ani z arbitralnymi rządami sanacji ani z nacjonalistycznym ruchem endeckim. To on odtworzył ponownie polskie siły zbrojne na Zachodzie, był na czele pierwszego obcego rządu który zaofiarował rządowi brytyjskiemu wsparcie po upadku Francji i na każdym kroku alarmował o potrzebie wstrzymania zagłady Żydów. W swoim eleganckim mundurze z egzotyczną polską rogatywką był również w ich oczach uosobieniem nowoczesnej demokratycznej Polski. Wiktor Moszczyński “Dziennik Polski” 19 lipiec 2013

Tuesday, 2 July 2013

“Ptasie Radio” w Ognisku

“Halo! Halo!” tu komentuje Julian Tuwim w czasie improwizowanej inscenizacji swojego poematu “Ptasie Radio” w majestatycznych salach polskiego Ogniska. Tutaj ptasie radio nadaje audycję na Exhibition Road i prosi aby każdy nastawił aparat bo “sfrunęły się” orły “dla odbycia narad”. Zjawili się rzeczywiście nawybytniejsi z Tuwimowskiego Panteonu – Słoń Tomasz Trąbalski, Pan Hilary co gubił okulary, spóźniony słowik, tańcujące do zawrotu głowy dwa Michały, no i Smok który czekając daremnie na otwarcie ogniskowej restauracji “zjadał prosię lub barana” a przy “obiedzie smok połykał cztery kury lub indyka nadto krowę albo byka”. A tymczasem w przedsionku czyhały stwory ze stajni Brzechwy, a wsród nich, Samochwała co kiedyś w końcie stała, Kłamczucha , Kwoka która “traktowała świat z wysoka” i Pająk “co na stare lata był ślepy i głuchy”. Narady były z początku spokojne: “Gdzie się ukrywa echo” pustych słów na Sali? Kto się ma pierwszy kąpaċ” w szatach prezesury? Jak poznaċ, kto w Zarządzie, a kto nie w zarządzie”. Lecz po pierwszych rozmowach padły już oskarżenia “Tu nie teatr Ani cyrk! Patrzcie go! Nastroszył piórka! I wydziera się jak kurka! Dośċ tych arii, dośċ tych liryk”. “A to co za spółka? Kuku-ryku? Nie pozwalam rozbójniku! Bierz co chcesz bo ja nie skąpię ale kuku nie ustąpię.” “I od razu wszystkie ptaki w sczebiot, w świergot, w zgiełk… Widzisz go! Nie dam ci! Moje! Czyje?” “Nie dasz mi? Takiś ty? Wstydż się, wstydż się!” I wszystkie ptaki zaczęły biċ się. Przyfrunęła ptasia milicja I tak się skończyła ta leśna audycja”. Inscenizacja w Ognisku “Ptasiego Radia” zrobiła duże wrażenie po kawiarniach I zebraniach innych organizacji. Wywołała też entuzjastyczną recenzję w patriotyczno-cynicznym “Nowym Czasie” który akurat zdązył wyjśċ z tym soczystym reportażem. Nie mamy co się dziwiċ że coś podobnego wystawiono w “Ognisku”. Pamiętajmy że przez 30 lat w Sali Teatralnej (dziś Balowej) Ogniska wystawiano regularnie rewie, komedie I dramaty. Tu występował Hemar , Jarosy, Ref-Ren, Lawiński. Tu grano dramatyczne sztuki “Ulica Podwale 7” “Dzwony z Czeremszy” “Oberlangen”. Ostatnio historia tego budynku zamieniła się w zabawę w chowanego gdy zjawiali się kolejni dyrektorzy i członkowie Zarządu poczym znikali, a natępnie znów się pojawiali tam gdzie się ich nie spodziewano. Jednych zwolniono po czym ci zwolnieni zwolnili tych co ich zwolnili dopóki nie dzoszło do Trzeciego Aktu sztuki gdzie znowu zwolniających zwolnili zwolnieni. Komedia? Tak, ale to był również dramat. Widownia nie wiedziała czy ma płakaċ czy śmiaċ się. Jedno tylko pewne. Nie była to inscenizacja do oklaskiwania. Nie jestem sentymentalny, ale jednak do płaczu było mi blisko. Nie dlatego że byłem rozczulony tą sceną ale dlatego że byłem blisko rozpaczy. Przecież to była nasza obecna elita polonijna obwieszona zasczytami, orderami brytjskimi i polskimi, przykryta płaszczem maltańskim. Wszyscy uczestnicy to moi bliscy koledzy w działalności społecznej; znam ich osiągnięcia i przywary. Wieloletni prezesi, zdolni zapaleni organizatorzy. Wierzę że wersje przedstawienia które mi przekazano lub opisano mogło byċ przesadnie nieco rozdmuchane, ale mimo wszystko byłem zaskoczony. Dlaczego? Podobne i gorsze incydenty miały miejsce w starej emigracji. Osiągnięcia ich były wielkie – POSK, Instytut Sikorskiego, liczne parafie, szkoły sobotnie, morze wspaniałej literatury która póżniej oświecała polską drogę do wolności. Lecz na niejednym zebraniu politycznym zasłużeni politycy policzkowali się lub w dramatycnych gestach opuszczali sale obrad. Raz nawet oficerowie w czynnej służbie zpoliczkowali Prezydenta. W rządzie emigracyjnym, tym czołowym zwartym ośrodkiem walki z komunizmem, stronnictwa dwoiły się i rozdzielały jak ameby, gabinety tworzyły się i padały, powstawały dwa ośrodki władzy, dwa Skarby Narodowe. Zgoda narodowa była piękną fasadą pod którą kłębiły się gniazda żmij. To były pokolenia wychowane częściowo na patriotycznych zrywach ale również na haśle “Hajże na Soplicę”. Bohaterem tej generacji mógł byċ czasem Cześnik Raptusiewicz ale nigdy Rejent Milczek. Nowa elita polonijna też ma osiągnięcia choc nie na tej skali co ich ojcowie i poprzednicy. Dbają o przetrwanie zbiorów, budynków, tradycji ale ich plany oparte są bardziej na realiach życia w Wielkiej Brytanii. To już nie jest polskie getto czy zaścianek. To jest całe pokolenie wychowane na podkulturze anglo-polskiej, nasiąknięte polskim zapałem ale zarazem też rzekomym angielskim umiarem i poczuciem ironii. I to właśnie te elity pozwalają sobie na takie improwizowane występy oparte na braku samokontroli i pomachowaniu szabelką (wirtualną). Widaċ ten zaskakujący brak elastyczności w różnych ostrych konfliktach które objęły schedę po starej polonii post-emigracjyjnej I w wypadku “Ogniska” stają się regularnym odcinkiem sensacyjnego serialu o kłótliwych Polakach które ukazują się od czasu do czasu w humorystycznym dziale “Daily Telegraph” I w “Evening Stanadard”. Oczywiście pod kierownictwem tego pokolenia polskich powojennych “baby boomers” rozwijają się wciąż stałe bastiony polskości jak POSK, Penrhos, Polska Macierz czy Instytut Sikorskiego.Nie ma tu szarż z szablami. Wykonywana jest spokojna praca organiczna oparta wciąż na wizji powojennych założycieli ale w otoczce rozsądnej oceny realiów finansowych I prawnych wykonywanych w duchu demokracji i poszanowania poglądów swoich członków i społeczeństwa któremu służą. Tam gdzie nastroje były najmocniejsze nadchodzi chyba już czas na spokój i refleksję. Trzeba znowu budowaċ i pielęgnowaċ co najlepsze, bo co jest już zburzone nie odbuduje się ale co jeszcze stoi i działa warta rozbudowywaċ. Powoli wyrasta na naszych oczach cała nowa diaspora ze swoimi ambicjami i problemami, często w izolacji I jeszcze bez poczucia społeczej wspólnoty ale kreująca swoje własne środowiska oparte przedewszystkiem na ich dzieciach. Nie wszystkie tradycyjne instytucje im odpowiadają ale z czasm dostosują się do nich o ile nie stworzą sami dla siebie lepsze bardziej “udzisiejszone” modele działania. Dla dokonań naszych rodziców pozostanie jeszcze pewien sentiment, a z czasem I dla nas tez. Ale musimy też wykazywaċ pewne wzorce zachowania które oparte są na najlepszych cechach zangliczonej polskości do której oni sami się dostosuwają. Uświadamiają to sobie każdym razem kiedy wybierają się na wycieczkę z dzieċmi do Polski I mają do czynienia z polskimi urzędnikami i polskimi kierowcami. Ostatecznie czy tylko w naszej literaturze Raptusiński pogodził się z Milczkiem? Zmusiło ich do tego młodsze pokolenie. Mam nadzieję że nasza świadomośċ potrzeb nowych pokoleń polskich na Wyspach umożliwi naszym elitom ma otrzeźwieniu I na pracy twórczej i konstruktywnej. Po “Ptasim Radiu” czekamy na spokojniejszą audycję. Już pod srogim okiem Redakcji śpieszę jeszcze dopisaċ wyjaśnienie że wszelka zbieżnośċ bohaterów inscenizacji opisanej przez mnie powyżej a prawdziwymi osobami byłaby oczywiście tylko przypadkowa. Wiktor Moszczyński “Dziennik Polski” 5 lipiec 2013