Tuesday, 5 December 2017

Brytyjski Guantanamo

Czwartego września, w podlondyńskim ośrodku zatrzymania dla nielegalnych imigrantόw w Harmondsworth, zwanym potocznie “brytyjskim Guantanamo”, Marcin Gwoździński powiesił się
Normalnie wesoły pogodny 27-letni pracownik budowlany, po 11 miesięcznym pobycie za kratami zaczynał popadać w głęboką depresję i okazywał znaki wyraźnej choroby psychicznej. Świadkowie mόwili że przed śmiercią płakał i błagał o ambulans bo czuł że jego umysł poddawał się halucynacjom. Poprosił nawet o kopię Koranu, choć byl praktykującym katolikiem. Zignorowano jego prośby o pomoc. Po paru godzinach inni internowani odkryli jego jeszcze na w pόł żywe ciało zawieszone u belki stropowej. Polski kolega starał się go odratować ale nieskutecznie. Przewieziono go do szpitala gdzie, nie odzyskawczy przytomności, po paru dniach zmarł.
Był to trzeci przypadek samobόjstwa w ośrodku deportacyjnym w ciągu jednego miesiąca, a dziesiąty przypadek w tym roku. Harmondsworth jest jednym z szeregu takich ośrodkόw, często znajdujących się się na peryferiach lotnisk czy portόw, gdzie przetrzymuje się imigrantόw na czas nieokreślony przed ostateczną deportacją. Ośrodki są przeważnie w rękach firm prywatnych a więc nie podlegają potrzebie ujawnienia ich praktyk w wypowiedziach ministerialnych czy w odpowiedziach na pytania mediόw. Więźniowie nie są oskarżani o żadne przestępstwa ale podlegają restrykcjom w wyniku niejaśności ich prawa pobytu w Wielkiej Brytanii.
W tych ośrodkach zatrzymania “detention centres” (a jest ich 12) więźniowe często są trzymani za dnia w swoich celach w przez 10 godzin, rzadko mają dostęp do adwokatόw czy konsuli ze swoich krajόw, i nie mają prywatności nawet przy załatwieniu czynności fizjologicznych. Mają słabą znajomość swoich praw, tymbardziej że mają rόwnie słabą znajomość języka angielskiego. Czasem taki więzień może być zatrzymany aż 4 lata, bez adwokata, czy tłumacza, czy należytej opieki lekarskiej, nim się go ostatecznie wydali z kraju. Władze tych ośrodkόw zatrzymania nie mają żadnego obowiązku informować jak długo więzięń będzie zatrzymany, a najczęściej nawet Home Office nie ma odpowiedzi na takie pytanie. Decyzja wysłania tam więżnia wydana jest przez urzędnika Home Office, ktόry często nie musi przed nikim usprawiedliwić swojej decyzji i może nawet “zapomnieć” o swoim więzniu, jeżeli nic nowego w jego sprawie nie następuje. To trochę jak zapomniany więzień Edmond Dantes osadzony w Chateau d’If.
Inspekcja poselska w roku 2015 stwierdziła że warunki dla internowanych przypominają więzienia dla szczegόlnie niebezpiecznych kryminalistόw, mimo że większość internowanych nie jest winna żadnego przstępstwa, a inni tam się znajdują po drobnych przewinieniach jak pijaństwo czy kradzież ze sklepu. Internowani tłumaczyli posłom jak dużo było prόb samobόjstwa (przeszło 350 w roku 2014, a 395 w roku 2015), jak kobiety były seksualnie molestowane przez dozorcόw, i że w czasie wizyt szpitalnych nie zdejmowano więźniom kajdanek. Jeden więzień opisywał jak znalazł się w obozie po przebyciu tortur jako niewolnik w drodze do Anglii, zjawił się bez paszportu, i czeka przeszło 3 lata w ośrodku na decyzję, dlatego że pochodzi z nieokreślonego terenu na pograniczu Nigerii i Kamerun. Ze względu na niepewność co do swojej przyszłoścu już parokrotnie starał się udusić prześcieradłem. Posłowie uważali że όwczesny system był zarazem upokarzający dla internowanych, ale rόwnież nie skuteczny. Okazało się że na końcu roku 2014 trzymano w tych ośrodkach 3462 więźniόw, z ktόrych 397 trzymano już przeszło 6 miesięcy, 108 dłużej niż jeden rok, a 18 dłużej niż dwa lata. Przeszło 30,000 przewaliło się w sumie przez te ośrodka w jednym tylko roku. Komisja poselska zaproponowała aby trzymano internowanych bez decyzji nie dłużej niż 28 dni, aby nie trzymać w nich kobiety w ciązy ani dzieci i apelowali o bardziej staranne dopilnowywanie zdrowia pszychicznego zatrzymanych. Rząd nie zwrόcił na te rekomendacje żadnej uwagi, za wyjątkiem w sprawie trzymania tam dzieci. Obecnie dzieci internowanych rodzicόw zostają teraz oddzieleni od rodzicόw i przekazani rodzinom zastępczym.
W tym roku Home Office podaje że około 210 osόb przebywa w tych obozach dłużej niż jeden rok. A więc system jeszcze bardziej się zaostrzył.
Oryginalnie ośrodki były przeznaczone dla cudzoziemcόw, ktόrych podania na pozostanie w Wielkiej Brytanii zostały albo odrzucone, albo były jeszcze rozpatrywane. Są wśrόd nich azylanci i ludzie ktόrych kraj pochodzenia, jak np, Iran czy Algeria, nie przyjmie ich spowrotem. Są tacy ktόrzy mieszkali już w Wielkiej Brytanii wiele lat ale ich narodowoć jest nie jasna. Ostatnio gazety pisały o kobiecie ktόra przyjechała tu jako dziewczynka z Jamaiki przeszło 50 lat temu, jeszcze przed wprowadzeniem ostrej Ustawy Imigracyjnej z roku 1971, ale teraz nagle podpadła jakiemuś urzędnikowi bo nie posiada pisemnego uzasadnienia przyjazdu, mimo że ma tu liczną rodzinę z wnukami, a Jamajkę nigdy nawet nie odwiedziła.
Srogość systemu oparta była na ostrym zaczepnym reżymie wprowadzonym w roku 2010 przez panią Theresa May, ale jeszcze pełniącej wόwczas funkcję ministra spraw wewnętrznych. Reżym ten nazwała “hostile environment” (czyli “wrogie środowisko”) i był przenaczony dla potencjanych nielegalnych imigrantόw. Użyła to określenie, przedstawiając swόj projekt w parlamencie, i jej urzędnicy chętnie dostosowali się do wprowadzenia odpowiedniej atmosfery strachu dla wszystkich imigrantόw pozaunijnych. Społeczeństwo brytyjskie, w rosnącej obawie przed słabo kontrolowanymi falami nowych imigrantόw, przyjęło pojęcie “wrogiego środowiska” z aprobatą.
Ten ostry reżym nie był zwrόcony przeciw obywatelom unijnym, ktόrzy w końcu mieli tu prawo pobytu, chyba że popełniali poważne przestępstwa albo byli wyławiani przez europejskie listy gończe, z ktόrych korzystały przedewszystkiem władze polskie wysyłając masowo owe listy za rόwnie drobne i ciężkie przestępstwa.
Referendum w sprawie Brexitu zmieniło wszystko. Jeszcze Wielka Brytania nie wyszła z Unii a już urzędnicy z Home Office dobrali się do obywateli unijnych, a szczegόlnie Polakόw ktόrych było liczbowo najwięcej, polując na nich jak lwy na pojedyncze zabląkane ofiary ze stada, do ktόrych można by się przyczepić. Ostatnio w raporcie do komisji Parlamentu Europejskiego dawałem wiele przykładόw. Na przykład 25-letni Polak z miasteczka Thameside, żyjący z partnerką i 7-letnim synem, na stale zatrudnionym i zamieszkałym tu 8 lat. Aresztowany za pijaństwo podpisał dokument nieświadomie ktόry okazał się być zgodą na deportację. Apelował jeszcze z ośrodka ale deportowano go dzień przed trybunałem apelacyjnym. Teraz od 9 miesięcy kontaktuje się z synkiem przy pomocy Skype’a. Podobnie 25 letni Polak z Cardiff, żonaty z jednym synem, znalazł się w ośrodku za pijaństwo i po czasie został deportowany. 32 letnia Polka, kosmetyczka z Bishop Stortford, w UK od 2012, aresztowana za rzekomą kradzież płynu do paznokci, przekazana do ośrodka deprtacyjnego dla kobiet w YarlWood, też podpisała dokument ktόrego treści nie rozumiała i została w rezultacie deportowana. Inny znowu był kierowcą TIRu ktόrego złapano na sfałszowaniu swojego tachografu. To co łączy te sprawy to popełnienie drobnegp przstępstwa, słaba znajomość języka, brak dostępu tłumacza czy obrońcy i wrogie, wręcz aroganckie, podejście urzędnikόw brytyjskich. Według danych Home Office, 5321 obywateli unijnych deportowano na siłę w pierwszych 9 miesiącach tego roku, wbrew przepisom unijnym.
Historia Gwoździńskiego była podobna. W październiku ubiegłego roku miał awanturę z dealerem cannabisu, został aresztowany i przewieziony do Harmondsworth. Nie miał innych poprzednich przestępstw i zarabiał na budowie, więc przy pomocy rodziny starał się o apelację przeciw deportacji. Zapowiedziano mu że niebawem będzie uwolniony. Potem cofnięto tą informację. Nie wytrzymał z powodu braku informacji dotyczącej długości okresu swojego pobytu w ośrodku. W wyniku zaburzeń psychicznych, i użycia powszechnie udostępnionego w więzieniu narkotyku “spice”, odebrał sobie życie. Oburzeni jego koledzy w ośrodku, głόwnie też Polacy, zatrymani tak jak on za drobne przestępstwa, podpisali protest przeciw nieprawemu traktowania go przez władze więzienne. Dokument ten z blędami ortograficznymi przedrukował niedzielny “Observer”. Niebawem większość tych protestujących świadkόw szybko deportowano, lub przeniesiono do innych ośrodkόw.
Mam nadzieję że władze polskie zareagują na to stałe i systematyczne poniżanie i deptanie zasadniczych praw polskich obywateli w tym kraju, z tą samą energią z jaką zareagowali po zabόjstwie Polaka, Arkadiusza Jόźwika, w Harlow rok temu. Powinni też stanowczo przypomnieć negocjatorom unijnym że obecne traktowanie polskich i innych unijnych obywateli gdy Wielka Brytania jest jeszcze członkiem Unii, jest ostrzeżeniem jak mogą być traktowani obywatele unijni po Brexicie, jeżeli nie będą pod ochroną Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości.
Wiktor Moszczyński Tydzień Polski 8 grudzień 2017

Monday, 20 November 2017

Uwaga, Idzie Kobieta!


Angelina Jolie na szczycie ONZ w Vancouver

W roku 2014 młoda Soshana Roberts przechadzała się ulicami Manhattanu przez 10 godzin a przed nią szedł kolega ktόry przez dziurę w koszuli na plecach potajemnie filmował jej otoczenie. W czasie jej wyprawy mężczyzni zaczepiali ją w mniejszym czy większym stopniu 108 razy. Ubrana była sugestywnie, ale nie wyzywająco, w T shircie i w jeansach. Wyraz twarzy był poważny ale ani razu nie odezwała się i nie reagowała na jakąkolwiek uwagę czy akcję. A formy zaczepania były przerόżne. Od bardzo niewinnych życzeń dobrego dnia i niewinne lecz nie proszone komplementy, przez gwizdy I seksualne komentarze, aż do osόb proszących ją agresyenie o imię czy o spotkanie, a wreszcie jednego wysokiego osobnika o rozwniętych barach ktόry w milczeniu dotzymywał jej kroku przez przeszło 5 minut. Był to eksperyment wykonany przez organizację charytatywną Hollaback zajmującą się dokuczliwym publicznym zachowaniem mężczyzn wobec kobiet. Film zrobił furorę na kanale YouTube.
Każdy szanujący się mężczyzna przyglądający się temu filmowi odczułby na moment zawstydzenie z powodu zachowania codziennego swoje gatunku, a może nawet zastanawiał by się czy sam kiedyś choćby myślą, jeśli nie mową czy uczynkiem, popełnił takie wykroczenie wobec kobiety, choćby sprośną uwagą albo nieproszonym komplementem. Na pewno teraz dopiero odczuł jak to wygląda z punktu widzenia młodej kobiety samotnej na ulicach wielkiego miasta.
Oczywiście wielu mężczyzn pozwalało sobie na poważniejsze przekroczenia wobec kobiet niż w większości niewinnych zaczepek na ulicy. Parę lat temu Dominique Strauss-Khan, socjalistyczny kandydat na przezydenta Francji, został zatrzymany po oskarżeniu przez pokojόwkę hotelową o sugestywne seksualne zachowanie, co doprowadziło do szeregu poważniejszych skarg o napastliwym molestowaniu, a nawet gwałcie, przez dziennikarki i wolontariuszki partyjne we Francji. Okazało się że ten potencjalny mąż stanu traktował kobiety jako przedmiot dla swojej własnej przyjemności, nie licząc się zupełnie z ich wrażliwością na jego grubiańskie zapędy. W każdym razie ten szereg skandali zakończył jego karierę polityczną.
Jeszcze większe trzęsienie ziemi sopowodowały oskarżenia ktόre ujawnionne zostały dopiero w tym roku o stałym upokarzaniu ambitnych aktorek, reżyserek i szenografek przez przeszło 20 lat przez właściciela Miramaxu, Harvey’a Weinstein’a. Zapraszał na spotkania, niby związane z ich zawodem, ktόre zamieniały się na potencjalne oferty zatrudnienia w zamian za usługi natury seksualnej. Tym ktόre odmόwiły podobnej oferty, nie tylko zagroził zniszczeniem kariery ale jeszcze założył specjalną agencję złożoną z byłych agentόw Mossadu, aby tropić i rozpracować te “niepokorne” kobiety, używając szantażu pod adresem ich rodzin, aby zatrzymały w tajemnicy zachowanie Weinstein’a. Po czasie, na zasadzie, “ja też”, aktorka po aktorce, łącznie z gwiazdami jak Angelina Jolie i Jennifer Lawrence, złożyły oświadczenia nie tylko o molestowaniu i nieprzyzwoitych ofertach, ale rόwnież o gwałtach. Okazało sie że przeszło 100 kobiet ze świata Hollywoodu było ofiarami jego lubieżności ale paniczny lęk przed brutalnym zachowaniem i mściwością tego filmowego magnata zapewniał mu zmowę milczenia na temat jego wyuzdanego zachowania. Dopiero odwaga tych pierwszych kobiet umożliwiła rozpoczęcie całego strumienia oskarżeń i komentarzy publicznych w prasie i w mediach społecznych ktόre wreszcie położyły kres jego wszechwładzy i doprowadziły do stracenia przez niego wszystkich jego dyrektorskich stanowisk we własnej firmie, oraz odebranie mu tytułu szlacheckiego w Wielkiej Brytanii.
Ten strumień oskarżeń i komentarzy wnet zamienił się w kaskadę i objął inne postacie, najpierw w Hollywoodzie, a potem w innych krajach zachodnich, zarόwno w świecie filmowym, teatralnym a ostatecznie i w polityce. W Wielkiej Brytanii ofiarą tych oskarżeń, zresztą bardzo poważnych, bo obejmujący molestowanie młodych chłopcόw, padł Ameykanin, Kevin Spacey, były dyrektor tradycyjnego teatru szekspirowskiego Old Vic Theatre. Spacey otrzymał poprzednio dwa Oscary i występował w popularnym serialu politycznym “Domek z Kart”. Teraz zaprzestano nakręcać serial a producent Netflix stara się znaleść innego aktora, rόwnie zdolnego , aby Spacey zastąpić. Rόwnież zatrzymano produkcję filmu ktόry był już prawie gotowy w ktόrym Spacey był gwiadą, sprowadzono nowego aktora w głόwnej roli I nagrywają ponownie sceny w ktόrych poprzednio był Spacey, ale już bez niego. Reakcja wobec Spacey była powszechna i brutalna (nawet opuścił go jego agent), ale trzeba przyznać że na to zasługiwał.
Ta sama kaskada trafiła na politykόw brytyjskich. Labour Party miała problem z niewybrednym zachowaniem paru posłόw. Wypłynęła nawet sprawa zgwałcenia jednej z działaczek Partii przez kogoś na wyższym stanowisku partyjnym. Sprawą miala się zająć policja. Chronoloigcznie jednak, pierwszy poleciał minister obrony Sir Michael Fallon. Z początku chodziło o stosunkowo trywialną sprawę położenia ręki na kolanie dziennikarki czternaście lat temu. Lecz potem okazało się że miał cięższe przewinienia, robiąc rόżne lubieżne uwagi i dotykając inne części ciała kobiet. Najbardziej na niego obrażona była rywalka polityczna Theresy May, Angela Leadsom. Ta stwierdziła że kiedyś, gdy narzekała w rozmowie że ma zimne ręce, minister zasugerował jej żeby “włożyła ręce tam gdzie ma ciepłe miejsce”. Komentatorzy męscy byli zdziwieni że taka żartobliwa wypowiedż mogłaby by być uważana za obraźliwą, lecz zależy komu to się mόwi, i w jakim kontekscie taka wypowiedż miała miejsce. Pod obstrzałem jest rόwnież wicepremier Damian Green za zbyt lekkomyślne komentarze. Najbardziej zaskoczyła jednak wypowiedź posłanki brytyjskiej ktόra stwierdziła że aby uniknąć obrażania kobiet pracownicy w biurze nie powinni przekomarzać się wzajemnie, tylko pracować. Byłaby to jakby zapowiedź nowej ery purytańskiej pozbawionej humoru i rozrywek.
Kto komu? To jest tu istotną kwestią tego problemu. Nie chodzi tu o lubieżność męską. W końcu kobiety też mogą być lubieżne. Jest to częścią codziennego wspόlżycia męskodamskiego. Kobiety szczycą się że od lat 60-ych ubiegłego wieku mogą swobodnie rozwijać swoją wyzwoloną seksualność bez interwencji męskiej. Dziś jednak chodzi tu, nie o seks, czy sprośny humor, ale o nadużycie władzy przez mężczyznę ze względu na jego stanowisko i możmość patronatu. I w państwach zachodnich dobrze to zrozumiano. W Szwecji, oskarżony w obliczu licznych wypowiedzi w Facebooku poszkodowanych kobiet, wybitny dziennikarz musiał się poddać do dymisji. Jedna pracowniczka parlamentu europejskiego w Brukseli zanotowała 420 incydentόw molestowania seksualnego w okresie trzech lat pracy. We Francji powstał popularny wątek na Facebooku pt. “BalanceTonPorc” (ujawnił swojego prosiaka) do ktόrego dopisało się 50tys. kobiet w ciągu jednego dnia. Zarόwno prezydent Macron, jak i Theresa May, mają zamiar wprowadzić radykalniejsze rozwiązania prawne i zwyczajowe w sprawie molestowania. Prezydent Trump nie bardzo widzi taką potrzebę.
A w Polsce? W Polsce dziennikarze nowej elity post-dobrozmianowej już wiedzą co mają powiedzieć. Marcin Wolski pisze w “Gazecie Polskiej” że “chcąc wykluczyć element kokieterii, należałoby wszystkie niewiasty odziać w burki”. Poczem winę za to że Weinstein tak się zachował, zwalił na kobiety, pytając ile “osobiście zgłosilo się do niego z seksualną ofertą, ile nagabywało, marząc o roli, a on, słaby samiec, ulegał”. Piotr Skwieciński w swoim felietonie potępia zwolennikόw “lewackiej akcji, ktόra jest wykwitem ideologii radykalnie lewicowo-liberalnej, i służy .... zastraszeniu wsystkich mężczyzn i wtrąceniu ich w poczucie winy”. To są wypowiedzi asόw prasy w kraju gdzie rząd odmawiał podpisania konwencji antyprzemocowej bo “to uderza w rodzinę”, a w Sejmie jest propozycja zakazania antykoncepcji awaryjnej bo kobiety “będą łykać jak cukierki”.
W Polsce Centrum Praw Kobiet już od początku obecnych rządόw straciło rzadowe dotacje a obecnie po ostatnich demonstracjach kobiet w obronie swoich praw, policja skonfiskowała im komputery i wydrukowaną dokumentację. Niestety w tym wypadku żelazna kurtyna znowu zapadła między Polską a zachodnią Europą, ale w kształcie wielkiego żelaznego pasa cnoty.
Wiktor Moszczyński Tydzień Polski - 24 listopad 2017.

Wednesday, 8 November 2017

Los Polakόw na angielskim Podlasiu

Krajobraz pόłwyspu East Anglia, najbardziej położonego na wschόd terenu Wielkiej Brytanii, jest rzeczywiście malowniczy. Łagodne zalesione lub pokryte zbożem pagόrki, przeplatane jeziorami i wijącymi rzekami, lecz pozbawione wielkich miast i ciężkiego przemysłu, przypominają nieco w Polsce wystawione najbardziej na wschόd Podlasie. I tu i tam ludność posiada raczej niższe wykształcenie niż średnia krajowa i uzyskuje niższy dochόd niż w innych częściach kraju. Większość ludności East Anglia głosowała za wyjściem z Unii i, tak jak ludność Podlasia, nie czuje się wygodnie w wielkomiejskim żywiole europejskim. Pamiętam nawet jak kiedyś mieszkałem w hrabstwie Suffolk ktόrego mieszkańcy określali siebie jako “silly Suffolk” a wszelkie osobistości podejmujące decyzje gospodarcze czy polityczne były dla nich “cudzoziemcami”, tzn. pochodzili z Londynu czy z pόłnocnej Anglii.
Lecz i tu, w jak każdym zakątku Anglii, mieszkają teraz polskie rodziny. Tak jak wszędzie, zatrudnieni są w biurach, w służbie zdrowia, w fabrykach, a szczegόlnie w produkcji towarόw spożywczych. Mają parafie, polskie szkόłki i polskie sklepy. Lecz nie czują się tu tak pewni siebie jak na przykład w Londynie. Tu szybciej napotykają na ulicy na krytyczne uwagi czy wyzwiska gdy matka rozmawia z dzieckiem po polsku. Tu częściej niepokorni sąsiedzi utrudniają polskim rodzinom życie konfrontacyjnym zachowaniem i nawoływaniem do rychłego wyjazdu z Anglii. Opowiedziano mi przypadek gdzie policjant, wezwany w końcu przez polską rodziną prześladowaną przez nahalną sąsiadkę, po spotkaniu i wypiciu herbatki z sąsiadką kazał Polakom zaprzestać swoich skarg i zaproponował “aby wrόcili do swojego kraju jak im się tu nie podoba”. Widać że to nie jest Londyn.
W zeszłą niedzielę zaprosiła mnie do Great Yarmouth bardzo aktywna Polka, Dorota Darnell, ktόra prowadzi biuro doradcze “Athena Immigration Advice”. Dorota walczy sprytnie i odważnie o swoich podopiecznych (głόwnie Polakόw, ale też i innych obywateli unijnych jak Portugalczykόw). Pomaga w wypełnienu formularzy na stałą rezydenturę czy na obywatelstwo brytyjskie, może udostępnić porady od lokalnych prawnikόw brytyjskich z ktόrymi ma umowę i broni Polakόw przed eksploatacją przez bezwględnych pracodawcόw i nieodpowiedzialnych gospodarzy domu.
Dam przykłady. Przy pomocy pani Doroty poznałem Panią ktόra pracowała już siedem lat w firmie płącąc, w swoim mniemaniu, za ubezpieczenie zdrowotne i emeryturę, aż się okazało że przez ten cały okres właściciel firmy, zatrudniający zresztą paredziesiąt osόb tak samo naiwnych jak nasza Polka, nie płacił nic na ich fundusz emerytalny i nic na National Insurance. Pod groźbą wzięcia go do sądu przez Panią Dorotę szef wyrόwnał należne national insurance, ale ten okres siedmiu lat bez wpłaty na emeryturę był już dla niej nieodwracalnie stracony. Inna rodzina, ktόrą też poznałem, płaciła komorne lącznie z opłatą za ogrzewanie, ale właściciel domu nie podłączał ogrzewania centralnie w czasie zimy tak że lokatorka musiała potajemnie podgrzewać dom grzejnikiem. Dopiero Pani Dorota wytłumaczyła zarόwno jej jak i rόwnież godpodarzowi że to jest jego obowiązek aby w mieszkaniu włączono kaloryfery gdy temperatura spadała poniżej 20 stopni.
Głόwny problem polegał na tym że Polacy często nie znali swojego prawa i bali się konfrontacji z wlądzą brytyjską. Nie zawsze wynikało to ze słabej znajomości języka angielskiego, choć dla wielu to był istotny problem. Ale nawet kiedzy znali język angielski brakowało im pewności siebie aby postawić na swoim i bronić swoich njbardziej zasadniczych praw. Pani Dorota parokrotnie podkreślała mi w rozmowie że chodzi jej o to aby Polacy nauczyli się od niej że nie są czymś gorszym niż otaczJący ich Anglicy. Wręcz na odwrόt. Pozatem nakłania ich do czynnego udziału w następnych wyborach samorządowych.
Lecz we wrogiej atmosferze wobec obcokrajowcόw w okolicach Great Yarmouth, nie łatwo jest walczyć o swoje prawa i Pani Dorota zmaga się z obojętnością administracji lokalnej, np. policji, czy pracownikόw Job Centre, ktόrzy Polakόw traktują niedbale bo i jedni i drudzy są przekonani że po marcu 2019 wszyscy Polacy będą zmuszeni opuścić Wielką Brytanię, nawet jeżeli mają stałą rezydenturę. Ignorancja lokalnych czynnikόw jest przerażająca i po prostu odzwierciedla szeroko przyjętą zasadę że Polacy i inni zabierają prace rdzennym Brytyjczykom. Mόwię “szeroko” dlatego że gdy zaszokowane dzieci moich rozmόwcόw usłyszały od kolegόw w klasie że mają wracać do Polski, nauczycielka odpowiedziała rodzicom że chyba jej dziecko to źle zrozumiało, a innym razem że dzieci tylko powtarzają poglądy swoich rodzicόw i nic na to nie można poradzić. Nie znam ani jednej szkoły w Londynie gdzie dopuszczono by do takich uwag.
To przedświadczenie że Polacy niebawem wyjadą, jakby zatwierdzone przez referendum i przez brak decyzji obecnego rządu co do przyszłości pobytu obywateli unijnych, ujawnia się też w uprzedzeniach pracodawcόw. Sama Pani Dorota, gdy szukała zatrudnienia ostatnio na stanowisku kierowniczym w firmie doradczej, otrzymała odpowiedż że taka praca jest dostępna tylko dla obywateli brytyjskich, a Polka mogłaby najwyżej dostać pracę w “call centre”. Taka wypowiedź jest zupełnie nielegalna w kraju unijnym bo nie może być dyskryminacji obywateli unijnych, lecz w przeświadczeniu lokalnej ludności Wielka Brytania JUŻ opuściła Unię, i właściwie niewiadomo po co ci Polacy tu się jeszcze pętają.
Jak mają reagować ludzie lokalni kiedy urzędnicy w krajowej siedzibie Home Office traktują Polakόw nie lepiej. Pani Dorota dawała mi przykład złośliwego niedbalstwa urzędnikόw, a szereg osόb z jej teczek poznałem osobiście w czasie mojej jednodniowej wizyty. Jednej Polce, na przykład, żyjącej tu już szereg lat, odmόwiono stałej rezydentury bo jej małżeństwo z Pakistańczykiem uważano za podrabiane (“bogus”) mimo że są autentycznym małżeństwem zawartym w lokalnym ratuszu.
Druga Polka, zatrudniona przeszło 11 lat w biurze wynajmu mieszkań, złożyła podanie o rezydenturę. Po paru tygodniach zwrόcono paszport bo wzięli już należną kopię dokumentu. Zaś po paru następnych miesiącach odrzucono podanie bo urząd nie posiadał już jej zwrόconego paszportu. Potem odesłano jej następne z kolei podanie bo brakowały zdjęć. Lecz te zdjęcia w odpowiedniej kopercie były dołączone do zwrόconych dokumentόw.
W innym wypadku Pani Dorota dostała odmowę dla swojego klienta bo rzekomo nie posiadali jej aktu urodzenia. Zadzwoniła do odpowiedniego urzędnika i kazała jeszcze raz sprawdzić, po czym urzędniczka przeprosiła bo “znalazła” akt urodzenia leżący na podłodze. U tego samego klienta Home Office zatwierdził prawo pobytu syna Krzysztofa, ale dokument przybył z błędem w pisowni. Złożone zażalenie i Home Office powiedział że nie może nic zmienić i żeby przysłać ponownie drugie podanie na ten sam dokument.
Inna osoba pracująca już tu 12 lat nie dostała rezydentury bo nie była zarejestrowana z lokalną kliniką. Okazało się że leczyła się wyłącznie w Polsce. Przecież nigdzie nie było prawa nakazującego korzystanie z angielskiej służby zdrowia. Powόd odmowy był wyssany z palca.
Wszędzie odmowy z tak błahych a nawet fałszywych powodόw następują szybko i tylko część wysłanych kosztόw jest zwrόcona. Natomiast udanych podań w obecnym roku o rezydenturę nie ma żadnych. A gdy Pani Dorota wysyła oficjalne skargi do Home Office na podane adresy emailowe, po jakimś czasie adresy te są pozmieniane a jej skargi stają się przez to przedawnione i nieaktualne. Scenariusz tych podań mόgłby napisać Franz Kafka, choć w rzeczywistości chce się nad tym płakać.
Może, żyjąc w Londynie, jesteśmy uodpornieni na tego rodzaju traktowanie lecz w terenie istnieje prawdziwa dyskryminacja na każdym kroku, personalna, urzędowa i prawna. Do jakiegoś stopnia nasza dzielna Pani Dorota może jeszcze kruszyć kopie o sprawiedliwosc dla naszych rodakόw, i za to jej należy się medal, lecz uważam że z tym złośliwym i chyba kierowanym niedbalstwem urzędowym powinny się zająć instytucje polskie i brytyjskie z potecjalnie większą siłą przebicia. Gdy słuchamy głosu brytyjskich urzędnikόw w Londynie i Birmingham mamiących nas o rzekomym wspaniałomyślnym “settled status” gwarantowanym przez prawo brytyjskie, nie bądźmy naiwni. To wszystko fikcja. Dla większości naszych rodakόw w terenie tylko to co się dzieje przykładowo na angielskich kresach wschodnich jest prawdziwe. I tylko międzynarodowa umowa zagwarantowana przez prawodawstwo unijne zapewni wszystkim Polakom i innym obywatelom unijnym prawo pozostania tutaj po Brexicie.
Wiktor Moszczyński Tydzień Polski 10 listopad 2017

Wednesday, 25 October 2017

Polska na kolonialnych bezdrożach

Zanurzam się w najciemniejsze kąty Czarnego Lądu. Wędrując przez nieprzeniknione puszcze i moczary, kamienne pustynie, wydmy, zadymy i dzikie nadbrzeża, przekraczam rzeki, jeziora i bagna gdzie panuje bezwględny świat komarόw, much tsetse i szarańczy; błądze po wioskach porozsianych gdzie szerzy sje bieda, apatia, trąd i malaria, gdzie woda do picia zawiera robactwo i fekalia zwierzęce. A w tym piekle jednak samotny podrόżnik zachłystuje się ciszą, spokojem i urokiem gwiaździstch afrykańskich nocy, słuchając kumkania ropuch i ryku lwόw.
Czytam z zachwytem i podziwem angielskojęzyczną kronikę* podrόźy polskiego donkiszota Kazimierza Nowaka, prawdziwego bohatera i podrόżnika, ktόry w latach 30-ych, w ciągu pięciu lat pokonał samotnie Afrykę rowerem od Libii przez Egipt i Kongo do Kapsztadu, a potem znόw spowrotem do Algieru, choć już teraz posługując się końmi, transportem wodnym i w końcu wielbłądem. W sumie pokonał w tym czasie 40,000 kilometrόw, a wszędzie spisywał pamiętnik, pisał listy i robił fotografie. Widać na tym zdjęciach też jego portety gdzie z wyglądu przypomina powiększoną wersję kronikarza Koszałka Opałka.
Nawet po przeczytaniu książki nie mogę w pełni zrozumieć skąd ten obsesyjny Polak zdecydował na swoją podrόż nie mając ani wsparcia finansowego ani właściwych kontaktόw do ułatwiania mu podrόży. Chciał zapoznąć się z Afryką, przekazać jej tajemniczy urok czytelnikom w Polsce, a przedewszystkiem chciał wystawić siebie na prόbę. Czy wytrzyma? Czy pokona? Czy przeżyje?
Z początku zachłystywał się urokiem życia kolonialnego ktόry spopularyzował w przedwojennej Polsce Sienkiewicz, a pόźniej Janusz Korczak ze swoimi egzotycznymi czarnymi przyjaciόłmi Krόla Maciusia. Z jednej strony wabiła go egzotyka przyrody i prymitywność afrykańskich szczepόw, a z drugiej strony, ład i komfort życia kolonialistόw. Lecz Nowak czuje się źle wśrόd białych. Gdy dojeżdza do zamożniejszych miast jak Kair, Elisabethville, Johannesburg, od razu czuje się nieswojo. Nie znosi hałasu aut i odgłosu radia. Nocuje pod swoim namiotem na peryferiach miasta, walczy z biurokracją o wizy i przepustki, i marzy o powrocie do buszu i do dżungli. Tam znόw walczy z przyrodą i użera się z tubylcami. Najlepiej czuje się wśrόd misjonarzy i właściwie calą trasę wyznacza wyprawami do misji katolickich, często w niedostępnych bezdrożnych lasach do ktόrych stara się trafiać nawet nocami. i niemal każda misja ratuje go z kolei z kolejnej zaraźliwej choroby czy z zupełnego wycieńczenia. Pozatem odpoczywał psychicznie gdy trafiał od czasu do czasu na Polakόw, jak np na hrabiego Zamoyskiego w Angolii ktόry podarował mu konia.
Nowak unika białej “cywilizacji” częściowo ze względu na brak pieniędzy, ale głownie dlatego że dochodzi do wniosku że biali kolonizatorzy (w odrόżnieniu od misjonarzy) są zakałą Afryki. Wprowadzają drogi, mosty, słupy telegraficzne, koleje, szpitale, szkoły lecz czynią to dla własnej korzyści, a tubylcόw eksploatują, przekupują i upokarzają. W angielskiej szkole podstawowej jeszcze uczono mnie o “white man’s burden” w Afryce, czyli “brzemię białego człowieka”. Lecz biali stali się brzemieniem dla czarnych mieszkańcόw. Podbito ich kraj, narzucono im podatki, wprowadzano najsurowsze kary, wystawiono sztuczne granice i zmuszano ich do pracy w krόtkotrwałych kopalniach, a najgorzej zdeprawowano ich kobiety i dziewczyny, z ktόrymi kolonizatorzy rodzili dzieci, ktόre potem błąkały się z chorowitymi matkami po wyjeździe “białego tatusia” na stałe do Europy. Przy istniejących już chorobach tropikalnych, jak trąd, filarioza, beri-beri, śpiączka afrykańska czy dżuma, dochodzi powszechnie w Afryce syfilis i inne choroby weneryczne poprzednio tam nieznane. Dalej mimo zaprzeczeń białych władz uprawia się niewolnictwo, szczegόlnie w terenach na południe od Sahary. Wycieczki z Europy masowo polowały na zwierzynę co już wtedy, przed Wojną, groziło wyniszczeniem źrόdła pokarmu dla tubylcόw. W Rodezji Nowak był poddany pod ostracyzm przez Anglikόw bo uważali że nie przystało aby biały człowiek sam sobie parzył herbatę.
Nowak, osoba żarliwie religijna, jest głęboko przejęty zakłamaniem kolonializmu i zapowiada że kiedyś czarni tubylcy wyjdą ze swojego letargu i siłą odbiją Afrykę białym. Wtedy to było do niepomyślenia, ale już zaledwie 20 lat pόźniej, jego zapowiedzi zaczęły się spełniać.
Parokrotnie Nowak pisze z zadowoleniem że na szczęście Polska nie ma kolonii. Gdy widzi arogancję Brytyjczykόw czy Belgόw, brutalność i bezwględność systemu ktόre korumpuje zarόwno eksploatorόw i eksploatowanych, cieszy się że Polacy nie są zdani na takie pokusy. Tu staje w konflikcie z Polską Ligą Morską i Kolonialną ktόra ofiarowała mu poważne wsparcie i była gotowa udostępnić mu darmowe wydanie jego książki po swoim powrocie do Polski, lecz Nowak nie poddawał sie takim namowom i sam organizował swoje wykłady w Polsce.
Oczywiście kolonie w Afryce powstawały nie tylko ze względu na potrzebę eksploatacji gospodarczej, i nie tylko z moralnej ambicji poszczegόlnych ewangelizujących misjonarzy, ale głόwnie żeby wypełnić pustkę terenόw nie objętych stręfą wpływόw όwczesnych mocarstw. Jeszcze w pierwszej połowie dziewiętnastego wieku Francuzi dominowali w pόłnocnej Afryce, Burowie i Anglicy na południu, a Portugalczycy i Hiszpanie na zachodnich wybrzeżach. Lecz po pełnym rozpoznaniu wybrzeża Afryki pnastała pokusa dotarcia do wnętrza Afryki gdzie, poza Abysinią, panowały słabe państewka i plemiona afrykańskie o słabym rozwoju cywilizacyjnym ktόre trzeba było opanować po to aby je nie opanowało inne mocarstwo europejskie. Zacząl się nagły wyścig ktόry zakończył się traktatem berlińskim, organizowanym przez Bismarcka, w ktόrym Afrykę, dotychczas nie okupowaną, podzielono pomiędzy Anglią, Francją, Niemcami, Belgią i ewentualnie Włochami, a granice wykreślono ołόwkiem na όwczesnych primytywnych jeszcze mapach Afryki, pełnych białych plam. Po pierwszej wojnie, w ktόrej wielu Afrykańczykόw walczyło i ginęło w mundurach kolonizatorόw, Niemcy zmuszeni zostali do oddania swoich kolonii ktόre przejęli natychmiast Anglicy i Francuzi. Już w latach 30ych gdy wybierał się Nowak Afryka nie miała już białych plam gdzie nie rządzili Europejczycy, i nawet cesarstwo abysińskie zostało podbite przez Włochόw. W międzyczasie samo posiadanie tych kolonii stało się symbolem prestiżu państw europejskich.
Natomiast ambicje polskiej Ligi Morskiej i Kolonialnej oparte były niemal wyłącznie na prestiżu aby wykazać że Polska też jest mocarstwem, bo posiada kolonie. Przeszło 1 milion Polakόw zapisało się na członka tej organizacji przedwojennej. W tym byli też chłopi chętni do znalezienia pracy na odległych terytoriach z dala od wynędzniałej polskiej wsi. Ale Liga nie miała już szans wciśnięcia Polski do rangi prawdziwego państwa kolonialnego. I całe szczęście. Prόbowano wykupić 2 miliony hektarόw w brazylijskim stanie Parana. W końcu osiedlono około 350 rolnikόw w osadzie Morska Wola, ale rząd brazylijski wyczuł że Polska może mieć tu ambicje imperialne, zakazał dalszą imigrację polską i projekt zaniechano. W Liberii, mimo podpisania bardzo korzystnej umowy handlowej, podobna prόba wprowadzenia osadnikόw polsich zakończyła się fiaskem gdy liberyjscy dyplomaci doczytali się w prasie polskiej że ich państwo jest już polską kolonią. Była też mowa o przesiedleniu osadnikόw, w tym też Żydόw, do Madagaskaru, ale w końcu władze francuskie nie zezwoliły na to.
Faktycznie Polska i tak nie potrzebowała terenόw do osiedlenia za granicą bo przecież posiadała Kresy Wschodnie. Tereny te zdobył polski żołnierz w walce z Rosją bolszewicką ale rządy polskie nie bardzo wiedziały jak ten teren administrować, biorąc pod uwagę że poza głόwnymi miastami jak Lwόw i Wilno, tereny te miały znikomą tylko polską ludność. Sprowadzenie polskich osadnikόw na te tereny było tylko kroplą w morzu. Koncepcja jagielońska Piłsudskiego przewidywała szerokie państwo wieloetniczne, w ktόrym dominacja polityczna Polski zapewniałaby ochronę całego terenu przed imperializmem rosyjskim. Propagatorami tych koncepcji byli Tadeusz Hołόwko, niestety zamordowany, i wojewoda nowogrodzki Henryk Jόzewski. Lecz endecka koncepcja “nowoczesnego” monoetnicznego państwa, uniemożliwiła tę wizję, i choć trzeba przyznać że Polska w żadnym wypadku nie popełniała zbrodni porόwnywalnych do zbrodni kolonizatorόw czy Sowietόw, lecz jednak krόtkozwroczna arogancja polskich władz (endecka prasa nawet nie uznawała istnienia odrębnej narodowości ukraińskiej) i wojskowe pacyfikacje ukraińskich wsi, były świadectwem jak bardzo mogłaby i Polska zostać skorumpowana gdyby posiadała kolonie w Afryce. Myślę że z czasem sytuacja by się poprawiła na Kresach ale musiała by odrosnąć koncepcja państwa wielonarodowego. Ale jak wiemy czasu nie było.
Nie było też czasu dla Kazimierza Nowaka aby się nacieszyć powrotem do Polski, o ktόrym przez 5 lat podrόży systematycznie marzył. Zniszczony przez choroby afrykańskie przeżył w swoim kochanym Poznaniu zaledwie jeden rok. Osłabiony malarią zmarł w szpitalu na zapalenie płuc. Nie dożył wyzwolenia Afryki, nie wiadomo też czy by się z tego wyzwolenia tak bardzo nacieszył.

Wiktor Moszczyński Tydzień Polski 27 październik 2017

• Kazimierz Nowak, “Across the Dark Continent” – Bicycle diaries from Africa 1931-1936, Wyd, Sorus, Poznań

Sunday, 24 September 2017

Dlaczego Nowa Polonia nie Walczy o Swoje Prawa?




Od czerwca 2016 roku, kiedy elektorat brytyjski zdecydował znikomą lecz prawomocną większością opuścić Unię Europejską, 1,02 milionόw obywateli polskich żyjących na Wyspach żyje w pόł realnym świecie jakby w poczekalni, mentalnie na pόł spakowani na wyjazd a na pόł zdeterminowani żeby zostać dłużej, choćby dla dobra dziecka i dobrych stosunkόw w pracy. Już przez 15 miesięcy przy spotkaniach towarzyskich, pod kościołem, czekając na odbiόr dzieci ze szkoły sobotniej, pytają co będzie, kto już wyjechał, kto na pewno zostaje. A te przeszło 180,000 dzieci polskich tu wychowanych, a nawet często urodzonych, ktόre przedtem widziały swoją przyszłość w tym kraju, teraz nie wiedzą nawet co ich rodzice zdecydują w najbliższych miesiącach, i czy jednak w końcu do tej Polski nie wyjadą jak szereg ich kolegόw i koleżanek. (Mόwię “wyjadą”, a nie “powrόcą”, bo w tej chwili to Wielka Brytania jest ich domem i punktem oparcia ich życia, a nie Polska). I rzeczywiście dla pewnych osόb powstają lepsze nieco warunki pracy w Polsce czy w innych krajach unijnych, a wartość funta jest zdecydowanie mniej atrakcyjna niż dwa lata temu.
Winę za tę niepewność ponosi przedewszystkiem rząd brytyjski ktόry zostaje do końca nie zdecydowany jak decyzję referendum zrealizować. Nawet widać to w ostatnich wypowiedziach Premier Theresy May 22go września we Florencji. Chwiejność ta wynika z głębokich podziałόw politycznych i społecznych w brytyjskim społeczeństwie między tymi ktόrzy uważają się przedewszystkiem jako Brytyjczycy a tymi ktόrzy rόwnież identyfikują siebie jako Europejczycy. Ten podział istnieje też wewnątrz głόwnych partii politycznych i paraliżuje sprężność ich działalnośći. Strona UE wystąpiła ze zjednoczonym programem przeprowadzenia negocjacji a brytyjscy negocjatorzy muszą wciąż krok po kroku rewidować swoje stanowisko, nie tyle wobec Europy co wobec podziałόw zasadniczych we własnym rządzie. A słabość pozycji rządu w parlamencie w Westminsterze po ostatnich wyborach nie daje jemu żadnej ochrony przed każdym powiewem wiatru w sondażach. Każde oświadczenie rządowe w sprawie Brexitu może podlegać rewizji czy reinterpretacji. Dlatego dużo Brytyjczykόw żyje wciąż w złudnej nadziei że Wielka Brytania wycofa się w ogόle z prόby wyjścia z Unii.
W tej prόżni politycznej istnieje szereg organizacji nacisku za i przeciw Brexitowi, lub broniących interesy pewnych grup społecznych w tym kryzysie. Grupy zwalczające całą koncepcję z Unii prowadzą wciąż energiczną walkę lobbyistyczną, zarόwno w kuluarach władzy i w mediach, jak i w jawnych masowych demonstracjach na ulicy. Organizacje te obejmują nie tylko Brytyjczykόw ale rόwnież obywateli unijnych występujących śmiało w obronie swoich własnych praw. Wykorzystują słabość rządu i podziały wewnątrzpartyjne Konserwatystόw i Labour. Mieliśmy już masowe demonstracje organizacji jak Peoples March for Europe, czy grupy New Europeans, ktόre wciąż dążą do odwrόcenia decyzji referendum. Wtoruje im nowy tygodnik “New European” ktόry ma służyć tym czytelnikom ktόrzy należeli do tych 48% wyborcόw głosujących za pozostaniem.
Natomiast naktywniejszą z tych grup broniących interesy obywateli unijnych jest teraz organizacja “the3million”. Ich celem nie jest odwrόcenie Brexitu ale wywalczenie najlepszych warunkόw dla obywateli unijnych w Wielkiej Brytanii w nowych okolicznościach. Na czele tej grupy są francuscy, niemieccy, włoscy, holenderscy i hiszpańscy prawnicy, naukowcy i znawcy struktur unijnych ktόrzy wykorzystali swoje profesjonalne umiejętności do tworzenia potencjalnych alternatyw dla propozycji rządowych i unijnych i do wywierania nacisku na brytyjskie instytucje i media, i rόwnież na instytucje unijne. Wspόłpracują rόwniez i wydają wspόlne oświadczenia prasowe z organizacją British in Europe ktόra jest głosem przeszło jeden milion mieszkańcόw brytyjskich żyjących w państwach unijnych, ale głόwnie we Francji i Hiszpanii. Jest to rόwnież organizacja masowa mająca forum doradcze na swojej stronie internetowej i 30,000 członkόw, mimo że powstała tylko rok temu. Większość poparcia uzyskuje od obywateli unijnych ktόrzy słyszą wciąż powtarzającą się formułę rządową że wszyscy obywatele unijni będą mogli pozostać a żyją z rzeczywistością w ktόrej nikt nie jest pewien czy będzie mόgł zostać, chyba że posiada już obywatelstwo brytyjskie. Nawet osoby posiadające permanentną rezydenturę nie mają pewności pozostania bo rząd brytyjski obecnie planuje zlikwidować ten status i zastąpić go nowym pojęciem “settled status” ktόre ma posiadać podobne prawa, ale nie do końca, i nie dla każdej osoby będzie dostępny. To też może się jeszcze zmienić.
Miałem możnośc w tym roku osobiście udzielać się w szeregu akcji i spotkań związanych z Brexitem. W lutym miałem występ w telewizji namawiający brytyjskie partie i brytyjski rząd do podjęcia propozycji inicjatywy jednostronnej w sprawie praw obywateli unijnych, brałem udział w lobby parlamentarzystόw w tej samej sprawie a The Observer wydrukował dłuższy mόj list proponujący administracyjne rozwiązanie (przez samorządy) jak powinien rząd przeprowadzać rejestrację 3,2 milion obywateli unijnych w ciągu dwuch lat. W marcu Evening Standard opublikował moje uwagi o prawach obywateli UE, przemawiałem na temat dyskriminacji wobec obywateli unijnych w Hammersmith Town Hall, wziąłem udział w spotkaniu przedstawicieli the3million z urzędnikami z Home Office i z Departamentu d/s Opuszczenia Unii (DExEU) i przemawiałem o sytuacji Polakόw na masowym zlocie na Parliament Square zorganizowanym przez Unite for Europe (70,000 uczestnikόw). W kwietniu miałem wywiad w BBC Radio 1 o obywatelach unijnych, Guardian wydrukował mόj list o podziałach w gabinecie brytyjskim w sprawie Brexitu, a następnie moje uwagi o prawach obywateli wydrukował “Sunday Times”, a jeszcze przewodniczyłem na spotkaniu w POSKu z wykładem profesora Andrzeja Krzeczunowicza o Brexicie. W maju przybyłem do Brukseli na spotkania z polskim europosłami o Brexicie i wziąłem udział w sesji trzech komisji przy parlamencie europejskim, a potem przemawiałem na temat sytuacji Polakόw na publicznym spotkaniu w Newham. W czerwcu przemawiam na wiecu Hammersmith Council na Ravenscourt Park poświęconej harmonijnej wspόłpracy wspόlnot etnicznych i ponownie brałem udział w konferencji z Home Office i DExEU aby skomentować najnowsze propozycje rządowe. W lipcu udzieliłem wywiad radiowy dla BBC o Polakach. W sierpniu znόw jako doradca grupy the3million mam następne z kolei spotkanie z Home Office i DExEU tym razem na prośbę pani May skierowanej do naszej organizacji prosząc abyśmy kontynuowali konsultacje z jej uzędnikami, poczym wysylam memorandum do Home Office w sprawie nieprawnych deportacji Polakόw. We wrześniu przemawiam znow na wiecu na Parliament Square przeciw Brexitowi, pomagam w organizowaniu masowego lobby parlamentarzystόw, przemawiam znόw o Polakach na wiecu na Trafalgar Square i jadę po raz drugi do Brukseli na spotkania lobbyingowe z europarlamentarzystami.
Uważam że lobby wrześniowe było szczegόlnie skuteczne. Przeszło 70 parlamentarzystόw ze wszystkich głόwnych partii podpisało zobowiązanie wsparcia utrzymania pełnych praw obywateli unijnych gwarantowanych przez międzynarodową umowę, 1861 osόb zarejestrowało się na udział w lobbyingu, z tym że niemal 1000 wzięło udział elektronicznie. Minister imigracji Brandon Lewis zareagował bezpośrednio na nasz lobby opublikowaniem artykułu w Timesie zapewniający pozytywny wynik dla obywateli unijnych. Wyczuwamy jak, pod naszym naciskiem i pod naciskiem negocjatorόw z UE ktόrzy z nami ciągle się konsultują, rząd brytyjski powoli cofa się zgadzając się na rόżne koncesje mniejsze czy większe. Z ostatniej sesji wiemy że interpretacje prawa stosowane przez sędziόw brytyjskich w apelacjach o pozostannie w Anglii będą oparte już na prawodawstwie unijnym i że raz uzyskane prawo stałego pobytu przekazane będzie wszystkim dzieciom na dożywocie. Czuję też że jesteśmy blisko utrzymania prawa głosu w przyszłych wyborach lokalnych. Co raz częściej prypominam urzędnikom brytyjskim o precedensie Polish Resettlement Act w roku 1947 kiedy dawano Polakom gwarancje pozostania bez dyskryminacyjnych badań ich przeszłości.
Natomiast żałuje jak bardzo na wiecach I akcjach lobbyingowych brakuje Polakόw. Na wrześniowym wiecu na Parliament Square na około 30,000 uczestnikόw widziałem tylko jedną poską flagę (akurat KODu) a na następnym wiecu na Trafalgar Square, kiedy przed moim przemόwieniem, konferansjer poprosił Polakόw o podnoszenie ręki, zaledwie 10 rodakόw się ujawniło, choć było 750 uczesnikόw.
Gdzie my jesteśmy? Co nas wstrzymuje? Nie rozumiem dlaczego Polacy zostawiają walkę o swόj przyszły byt w tym kraju obywatelom innych krajόw. Obawiam się że za dużo Polakόw biernie przygląda się walce o własne prawa i prawa swoich dzieci bo czują że nic nie mogą zmienić. Co będzie, to będzie. Nie wczuwają się w swoje prawa i obowiązki obywatelskie jako rezydenci tego kraju.
Oczywiście są wybitne wyjątki ale są słabo dostrzegane. Jak już wykazałem sprawa naszych praw podlega ciągłym zmianom i rząd brytyjski nie koniecznie panuje nad agendą Brexitu. Myślę że jest tu pole do popisu dla ambitnych młodych Polakόw przez stały kontakt z własnymi posłami, radnymi, lokalną prasą, mediami społecznymi. Nowi Polacy powinni też zakładać lokalne komόrki wspierające prawa unijne, zapraszając inne grupy etniczne i społeczne do wspόłpracy, a może nawet wysuwać kandydatόw w lokalnych wyborach w maju następnego roku na platformie utrzymania praw dla wszystkich obywateli unijnych. Wypowiadała się już starsza polonia przez komunikat Zjednoczenia Polskiego i POSKu. Rόwnież tutejsze media polonijne robią wszystko aby opublikować szczegόły takich akcji, ale odbiόr indywidualnych Polakόw na te apele powinien być skuteczniejszy. Brakuje niestety świadectwa dialogu czy konsultacji rządu polskiego z Polakami w tym kraju na temat przyszłych swoich praw, choć wiadomo że rząd Polski pilnie śledzi postęp negocjacji. Ich jawniejszy udział może by bardziej rozruszył chęć Polakόw do wywierania większego wpływu na przyszły los swojej rodziny.
Wiktor Moszczyński 25/09/2017 Cooltura

Tuesday, 19 September 2017

Teraz Walka o Podatek


Trzeba przyznać że od czasu referendum Brexitu nowoprzybyli polscy obywatele z emigracji pounijnej w tym kraju zaznali cały pas kolejnych przeszkόd ktόre utrudniają przetrwanie na tych Wyspach. Ciągła niejasność co do przyszłych stosunkόw handlowych brytyjsko-unijnych pogłębiona jest przez walkę o prawa obywatelskie Polakόw i innych obywateli nie posiadających jeszcze brytyjskiego obywatelstwa. Pozatem są już przykłady potencjalnej dyskryminacji w pracy, powsciągliwość w wynajmowaniu mieszkań Polakom czy w uzyskaniu pożyczek bankowych, a to wszystko na tle jakby dostrzegania nas i naszych dzieci jako osoby ktόre nie będą tu na stałe. Ale jakby te ciosy ze strony brytyjskiej nie wystarczały, nowy cios oczekuje naszych rodakόw, i to ze strony Polski, a specyficznie polskiego fiskusa.
W roku 2007, po ostrej akcji m.inn. organizacji Poland Street UK, wywalczono wreszcie umowę między urzędem skarbowym brytyjskim i polskim, ktόry zakończył niechlubny okres podwόjnego opodatkowania. Zgodnie z nową umową polski rezydent podatkowy w Wielkiej Brytanii stosuje tzw. “zwolnienie z progresją”. W takim przypadku polski fiskus zwalnia tę osobę z opodatkowania brytyjskich dochodόw w Polsce, a nawet nie wymaga już obowiązku składania deklaracji PIT. Zgłaszanie deklaracji w Polsce obowiązywało tylko wtedy gdy osoba miała w danym roku podatkowym dochόd w Polsce. Ale i wtedy podatek obliczano na zasadzie rόżnicy poziomu podatku między Polską a Wielką Brytanią, z tym że fiskus doliczał do sumy tę część dochodu brytyjskiego ktόre było tu zwolnione od podatku. W praktyce, większość Polakόw żyjąca tylko z dochodόw pracy w Wielkiej Brytanii, nie płaciła nic.
Obecnie jest projekt ustawy w sejmie opodatkowania już, nie tylko zysku, ale całego obrotu dochodόw Polakόw za granicą. Podobny system narzuca już Wujek Sam Amerykanom zamieszkalych poza Stanami. Obowiązek składania w Polsce deklaracji PIT spadnie na każdego polskiego mieszkańca gdziekolwiek za granicą mającego jakiekolwiek związki rodzinne czy materialne w Polsce (np. zameldowane mieszkanie, udział w posiadaniu gruntu, itd.). Zaś metoda obliczania tego podatku ma być oparta na metodzie “zaliczenia proporcjalnego”, a nie, jak przedtem, na metodzie “zwolnienia z progresją”. Akurat najniższa stawka podatkowa w Wielkiej Brytanii (20%) jest 2% wyższa niż zasadniczy podatek w Polsce, ale w krajach o niższych poziomach podatku od dochodu, jak USA czy Australia, rόżnice od poziomu polskiego podatku trzeba będzie dopłacać fiskusowi. Jest możliwe że dochόd z zarobkόw zwykłego pracownika najemnego może być pokryty ulgą abolicyjną, ale w wypadku dochodu z inwestycji, czy czynszόw, czy sprzedaży domu w Wielkiej Brytanii, trzeba byłoby już dopłacać do polskiego skarbu państwa. Co prawda, obywatele polscy żyjący od dzieciństwa za granicą nie powinni być objęci tą nową ustawą, chyba że mają uzupełniające źrόdło dochodόw w Polsce. Najgorszym aspektem jednak dla normalnego niezamożnego Polaka za granicą ma być narzucony obowiązek wypełnienia skomplikowanych formularzy i obliczenia trudniejszych rozliczeń. Będzie żył w stałej obawie ryzyka poniesienia odpowiedzialności karnoskarbowej za niedopełnienie wszystkich wymogόw w tych formularzach. Byłaby to biurokratyczna gehenna dla wszystkich Polakόw za granicą ktόrzy są wciąż rezydentami podatkowymi w Polsce.
Ministerstwo Finansόw uzasadnia tę propozycję potrzebą wstrzymania erozji podatkowej i ujednolicenia systemu podatkowego dla Polakόw zagranicą z myślą, że to przyniesie większy dochόd ze strony zamożniejszych osόb ktόrych rzekome zyski z nieruchomości i z handlu nie były dotychczas deklarowane. Trzeba pamiętać że ilość pieniędzy wysłana przez Polakόw zagranicą do Polski systematycznie maleje, choć obecna suma 4,2 mld złotych na rok 2016 jest wciąż dość pokaźna. Nowa ustawa ma być wprowadzona rόwnomiernie dla wszystkich za granicą, nawet dla Polakόw na Wschodzie. Ministerstwo nie ma nawet zamiaru wprowadzenia nowych umόw z poszczegόlnymi państwami w ktόrych zamieszkali są Polacy. To tak jakby Polska chciała przypomnieć że nawet poza Polską podlegamy jej prawom i obywatelskim obowiązkom a ich obecne miejsce zamieszkania nie ochroni ich. Wyczuwam tu też biurokratyczne zachcianki kasty urzędniczej do kontrolowania i monitorowania wszystkich Polakόw, nawet gdy są zagranicą. Nie podobało się urzędnikom rządowym gdy wielu Polakόw wyjeżdzało z Polski do państw unijnych nawet nie rejestrując swojego pobytu za granicą i nie wymeldowywując się z mieszkania w Polsce. Polska traciła w ten sposόb dostęp do ich mienia. Polska to jednak wciąż kraj gdzie stare tradycyjne metody PRLowskie o potrzebie kontrolowania swoich obywateli dalej pozostają na urzędniczym porządku dziennym.
Pomijając potencjalne możliwości uzyskania trochę większego dochodu ze strony polskich milionerόw czy ludzi sukcesu za granicą, nie sądze aby ten nowy system podatkowy był korzystny dla Polski. Na pierwszy plan wiadomo że właśnie ci zamożniejsi polscy przesiębiorcy, zmuszeni do deklaracji, zrobią wszystko any zapewnić sobie jak najbardziej dyskretne wyceny własnego majątku za granicą. Po drugie, będą też chcieli odciąć się od bezpośredniego posiadania majątkόw czy inwestycji w Polsce. W tym będą im wtόrować Polacy o skromniejszych zarobkach, po to głόwnie aby uniknąć tych męczących deklaracji własnego dochodu dla polskiego urzędnika. Będą wymeldowywać się z jakichkolwiek miejsc zamieszkania w Polsce, sprzedając lub przekazując mieszkania, samochody i stałe posiadłości członkom rodziny. Zrobią wszytko aby zrzec się statusu rezydenta podatkowego Polski, poczynając od wyeliminowania najdrobniejszego nawet uzależnienia od posiadanych inwestycji i innych środkόw dochodu w Polsce, a kończąc na uzyskaniu brytyjskiego czy innego zagranicznego certyfikatu rezydencji podatkowej danego kraju. Polskie prawo wciąż określa ośrodek interesόw życiowych przedewszystkiem od miejsca zamieszkania małżonka i dzieci podatnika, a więc może doprowadzić też do raptownego wysiedlenia najbliższej rodziny na stałe z Polski. Skutek tej depopulacji będzie jeszcze bardziej pomniejszał dochόd dla gospodarki krajowej od Polakόw z zagranicy.
Czytając już zaniepokojone komentarze Polakόw w brytyjskich portalach, jak Londynek i Emito, wyobrażam że to wyobcowanie się z polskich obowiązkόw podatkowych i pozbywanie się polskich posiadłości, może być tylko początkiem. Wszyscy, bez wyjątku, uważali że podatek z ich dochodu w kraju zamieszkania należy się wyłącznie skarbowi tego państwa i nie chcieli dopłacać czy mieć obowiązek składania deklaracji podatkowej w dwuch innych krajach. Dużo osόb mόwiło nawet że po uzyskaniu obywatelstwa brytyjskiego, zrzekną się obywatelstwa polskiego. Jest to na razie tylko reakcja emocjonalna i nie przemyślana, ale mimo wszystko decydenci w Polsce powinni się nad tym zastanowić kiedy myślą i mόwią piękne słowa o bliższych więziach między Polską a polonią zagraniczną. Wielu Polakόw ktόrzy co roku odwiedzali rodziny w Polsce czy wyjężdzali na wczasy na Mazury czy do Zakopanego komentują teraz o możliwości organizowania sobie wczasόw poza Polską. Dyrektorzy polskich firm za granicą stracą bodźca do inwestowania w majątki w Polsce, nawet jeżeli ich firmy dalej będą skupywać polski towar. Ten nowy projekt fiskalny po prostu wbija klin między Polską a rodakami za granicą na poparcie ktόrej w swojej retoryce polscy politycy tak często się powołują.
Myślę że ważniejsze polskie organizacje społeczne jak Zjednocenie Polskie w Wielkiej Brytanii, czy jak Kongres Polonii Amerykańskiej czy Kanadyjskiej, czy Rada Naczelna Polonii Australijskiej, powinny zakomunikować swoim kontaktom krajowym o niesprawiedliwości tego systemu i o potencjalnie szkodliwych skutkach wynikających z tego. Byłby to temat do poruszenia przy następnych wizytach polskich ministrόw za granicą. Przypominam że najbardziej ujemny skutek nowej ustawy jest rosnące wyobcowanie Polakόw za granicą od Polski i rosnące poczucie że interes Polski nie jest koniecznie utożsamiony z interesem Polakόw za granicą.

Wiktor Moszczyński Tydzień Polski 22 wrzesień 2017

Saturday, 2 September 2017

Przeciw “Settled Status”



Ostatnie oświadczenie Zjednoczenia Polskiego w Wielkiej Brytanii i POSKu w sprawie praw obywateli unijnych (a w tym i Polakόw) w Wielkiej Brytanii jest już świadectwem że nadchodzi rozstrzygająca bitwa w sprawie tych praw. Z jednej strony mamy zdyscyplinowaną delegację unijną, z byłym francuskim ministrem spraw zagranicznych, Michel Barnier, na czele, reprezentującą 27 państw unijnych, ale właściwie wykonującą decyzje dobrze skoordynowanych centralnych władz Unii, czyli Rady Ministrόw, Komisji i Parlamentu Europejskiego. A z drugiej strony mamy błądzącą delegację brytyjską reprezentującą rząd ktόry co tydzień zmienia front w swoim stanowisku wobec odejścia od Unii Europejskiej.
Obie strony postawiły sobie za cel uzyskania do końca października br. wspόlnego porozumienia w sprawie praw obywateli unijnych i brytyjskich, uregulowania rachunkόw finansowych i granicy w Irlandii. aby mόc potem zająć się sprawami przyszłych stosunkόw handlowych, przyszłości jednolitego rynku, czy wspόłpracy w dziedzinie nauki. Ramowe zasady tych pozostałych spraw musiałyby być wynegocjowane przez pozostałe 20 miesięcy aby wreszcie wynegocjować i prawnie uzgodnić ostateczne Porozumienie Wyjściowe (Withdrawal Agreement). Jeżeli nie będą mogli dotrzymać harmonogramu tej pierwszej fazy negocjacji do października to może zabraknąć czasu, a nawet siły woli, aby zakόnczyć negocjacje pozostałych spraw z pozytywnym wynikiem.
Właśnie w tym przełomowym momencie słusznie dorzucili swoje głosy prezesi Zjednoczenia i POSKu. W swojej wspόlnej wypowiedzi polscy prezesi zwrόcili uwagę na konieczność szybkiej umowy aby zabezpieczyć poczucie pewności obywateli unijnych o swoją przyszłość w tym kraju. Przypomnieli też że Brytyjczycy mają precedens we wspaniałomyślnym geście gdy w roku 1947 zdecydowali umożliwić stały pobyt Polakom w Wielkiej Brytanii w ramach Polish Resettlement Act. Wypowiedż jest jak najbardziej na czasie. Ale nasi prezesi zdecydowali na zachowanie neutralności wobec obu stron negocjacji licząc na ich dobrą wolę.
Niestety, dobra wola jeszcze nie urzeczywistniła się, choć już jest porozumienie w paru kwestiach dotyczących obywateli, jak np. przyszłość Europejskiej Karty Ubezpieczenia Zdrowotnego. Ale przełomu w sprawie obywatelstwa jeszcze nie widać. Życzenia polskie mogą się spełnić, albo dobrym kompromisem, ktόrego kształt jeszce nie ujawniono, albo kapitulacją jednej ze stron. Ktόrej?
Prypomnijmy na czym polega głόwna rόżnica. Strona europejska uważa że mimo Brexitu pełne prawa obywateli unijnych powinny być zachowane i gwarantowane przez Europejski Trybunał Sprawiedliwości. A więc zachowanoby status stałej rezydentury ktόra daje obywatelom unijnym podobne prawa do obywateli brytyjskich, a więc prawo do mieszkania, prawa pracy bez dyskryminacji, prawa dostępu do służby zdrowia, do świadczeń opieki społecznej, do nauki, do głosu w wyborach lokalnych i nakoniec do ewentualnego prawa do uzyskania obywatelstwa brytyjskiego.
To prawo ma też przysługiwać wszystkim ktόrzy tu przybyli, lub jeszcze przybywają, łącznie z ich najbliższą rodziną, przed ostatecznym terminem wyjscia z Unii, z tym że ci ktόrzy nie odpracowali jeszcze swoje zasadnicze pięć lat potrzebnych do uzyskania rezydentury będą mogli te pozostałe lata do urzeczywistnienia rezydentury uzupełnić pracując dalej w Wielkiej Brytanii. Jest to najlepsza jak dotychczas dla nas Polakόw oferta.
Ale na tej podstawie trzeba jeszcze wywalczyć możliwość przyznania tych praw obywatelom unijnym i ich dzieciom na dożywocie, zapewnić rόwnież prawo do łączenia się rodzin nawet po terminie Brexitu i przypieczętowanie ostatecznej decyzji traktatem międzynarodowym między W Brytanią a państwami unijnymi nim zakończą się ostateczene rozmowy o pozostałych aspektach odejścia od Unii. Ten ostatni, niby eksentryczny, postulat, jest ważny dlatego że zegar cyka, przewidziany termin maratonu rozmόw negocjacyjnych, czyli 29 marzec 2019, jest już co raz bliżej, a jeżeli nie zdążą zakończyć i ratyfikować ostateczną umowę w 27 państwach Unii na czas, to może nie być żadnej umowy. Dlatego nasza umowa o prawach obywateli unijnych i brytyjskich winna być zatwierdzona oddzielnie i wcześniej.
Lecz strona brytyjska ma zupełnie inny plan. Głosi że ich projekt ofiaruje to samo co propozycje unijne. Lecz ma wywrόcony punkt oparcia. Chce zlikwidować obecny stan prawny (zresztą unijny) stałej rezydentury, wymienić go na coś co nazywa się “settled status” (status zasiedlenia) i chce gwarantować prawa tych obywateli unijnych wyłącznie na podstawie brytyjskiego prawodawstwa i brytyjskich sądόw, bez udziału Europejskiego Trybunału. W tej chwili jest to nie do przyjęcia dla negocjatorόw unijnych na zasadzie że nie jest dostateczną gwarancją dla praw obecnych tu obywateli unijnych. Rόwnież jest nie do przyjęcia dla organizacji jak “the3million” reprezentującej głos niemal trzech i pόł milionόw obywateli unijnych, czy “British in Europe”, reprezentującej głos co najmniej 1 milion obywateli brytyjskich w Hiszpanii, Francji i innych krajach unijnych. Nie powinno też być do przyjęcia przez Polakόw w Wielkiej Brytanii.
Dlaczego propozycja “settled status” jest tak szkodliwa?
Po pierwsze, bo podwaźa i niweczy dla Polakόw tu przybyłych od roku 2004 cały ich dorobek materialny, duchowny i prawny przez ostatnie przeszło 10 lat ciężkiej walki o zbudowanie sobie nowego gruntu w Wielkiej Bryanii. (Mόwimy tu o 10 latach, lecz dla obywateli zachodniej Europy termin ten mόgł być trzy razy dłuższy!) Tworzyliśmy tu z naszymi rodzinami nową polskę mini-ojczyznę na terenie Wielkiej Brytanii, zatwierdzoną administracyjnie ciężko wywalczonym statusem stałej rezydentury, z możliwością dostępu po dalszym roku do uzyskania brytyjskiego obywatelstwa. Ta rezydentura powinna nawet być automatyczną według prawa unijnego. I dla wielu Polakόw była ostatecznie osiągalna ale po wypełnieniu 82 stronnicowego kwestionariusza i przeczekaniu pόł roku. Dla innych przebywających tu legalnie i legalnie zatrudnionych to podanie o rezydenturę stało się barierą nie do pokonania i powodem szczegόlnego stresu w obecnym etapie niepewności. Lecz nagle, dla pareset tysięcy polskich rodzin, nawet ten ciężko wywalczony status jest obecnie podważany. Polacy tracą grunt pod nogami.
Po drugie, nowy status oparty jest na prawodawstwie brytyskim, i to na prawodawstwie imigracyjnym. Każdy polski czy angielski prawnik potwierdzi że nie ma bardziej bizantyńskiego labiryntu administracyjnych przepisόw i prawnych kruczkόw niż podręcznik roboczy pracownikόw Home Office oparty na swoistej interpretacji, wzmocnionej jeszcze tym że każda decyzja urzędnicza wcale nie musi być uzasadniana. Wystarczy że urzędnik, przynaglony nawałem podań i potrzebą wykazania odpowiedniej żarliwości zawodowej, dopatrzy się jakiegoś niedociągnięcia w dokumentacji czy nawet podejrzenia nie prawdy, aby był w stanie podanie odmόwić bezapelacyjnie. Nawet gdy jawnie łamie przepisy urzędowe, trudno jest to jemu udowodnić. Nie musi się z czegokolwiek tłumaczyć, nawet kiedy interweniują media, czy poseł, czy nawet minister.
Czasem, jak widzieliśmy ostatnio ze sprawą przeszło sto nieprawnych listόw do obywateli unijnych z nakazem natychmiastowego opuszczenia UK, Home Office sam przyznaje się do błędόw, lecz pod presją prasy. Lecz mimo protestόw i interwencji konsulatόw i polskich biur doradczych wydalono już z Wielkiej Brytanii paredziesiąt Polakόw z prawem pobytu lecz chorym, niepełnosprawnym, bezdomnym lub z w przeszłości w kolizji z prawem. Wiem że wielu Polakόw wzrusza ramionami nad ich losem, ale ich wydalenie było przekroczeniem dyrektywy unijnej 2004/38/EC, art. 27, mόwiącej że tylko w wypadku natychmiastowego powaźnego zagrożenia dla społeczeństwa można wydalić obywatela innego państwa unijnego. A przecież, przynajmniej do marca 2019, prawo unijne jeszcze tu obowiązuje. Home Office łamie to prawo świadomie, aby ministrowie mieli jakiś kęs “imigracyjnego mięsa” do nakarmienia zagorzałych czytelnikόw “Daily Mail”. Jest brytyjskie określenie - “the thin end of the wedge”. Jeżeli tak postępują urzędnicy teraz kiedy są jeszcze ograniczeni konwencjami unijnymi to jak będą postępować po Brexicie bez tych ograniczeń.
Po trzecie, gdyby wreszcie Brytyjczycy przeprowadzili “settled status” w negocjacjach, i uzyskaliby te 3 lata proponowanego okresu przejściowego na przekształcenie Wielkiej Brytanii do nowego porządku po-brexitowego, to musieliby zarejestrować i wydać karty tożsamości niemal 3 i pόł miliona obywatelom unijnym w ciągu okresu 3 czy 4 lat. W tych sprawach osobiście doradzałem urzędnikom jak możnaby to było zrobić, choćby przy pomocy samorządόw, ale dalej uważam że nie zdążyliby i że dalej, znając ich podejście, zrobiliby to niesprawiedliwie. Ugrzęźli obecnie pod ilością tylko paru tysięcy podań o przyznanie stałej rezydentury. W przeprowadzeniu “settled status” lista wygnanych Polakόw i innych, łącznie z ich dziećmi narodzonymi już na Wyspach, stała by się jeszcze dłuższa, mimo zapewnień obecnej pani premier że “nikt nie ma być wydalony”.
Jedyne uzasadnienie “settled status” leży w tym że potwierdza nową suwerenność Wielkiej Brytanii i wykluczenie uprawnień Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości w tym kraju. Jest to jednak wysoka cena administracyjna dla takiego patriotycznego gestu. Jedyna nadzieja leży w uzyskaniu porozumienia o wprowadzeniu innego nadrzędnego sądu uznanego przez brytyjski Supreme Court i Europejski Trybunał ktόry pozwoliłby na dalsze przetrwanie stałej rezydentury, ale z przyspieszonym trybem zatwierdzenia pobytu.
13 września jest następną okazją na masowy lobby przez obywateli unijnych i ich przyjaciόł aby przekonać nowych parlamentarzystόw do wymuszenia na własnym rządzie bardziej sprawiedliwego i sprawniejszego systemu rejestrowania obywateli unijnych na postbrexitowy układ. Po lobbyingu następuje protest na Trafalgar Square. Polacy też powinni wziąść udział domagając się rychłego zakończenia okresu niepewności i uzgodnienia ram nowego statusu potwierdzającego istniejące prawa obywateli unijnych legalnie tu przebywających, i wysłania propozycji “settled status” do lamusa.
Wiktor Moszczyński 2 wrzesień 2017
Załączam link dla osόb ktόrzy chcą zarejstrować swόj udział w masowym lobby parlamentu 13 września: https://www.eventbrite.co.uk/e/mass-lobby-for-rights-of-eu-citizens-in-the-uk-british-citizens-in-the-eu-tickets-35863169706.