Wednesday, 13 October 2021

Zmiana Warty w POSKu



W POSKu nastąpiło trzęsienie ziemi. Coroczne Walne Zebranie, prowadzone zdalnie 25go września, niespodziewanie, ale wyraźną większością, wybrało nowego prezesa w postaci dr Marka Laskiewcza. Była to chyba jego piąta próba kandydowania na prezesa.

Jak to się stało? Poprzednia długoletnia ekipa zarządzająca POSKiem, ostatnio pod prezesurą Joanny Młudzińskiej, miała reputację Rolls Royca, świetnie przygotowanego sprawdzonego pojazdu poruszającego się elegancko bez wstrząsów po gumowych oponach. Ekipa ta była świetnie zgrana. Wszyscy się znali i ufali sobie nawzajem bez żadnych walk wewnętrznych czy personalnych podbojów. Składała się w większości z osób z drugiej generacji powojennej. Byli to patriotyczni wychowankowie polskich szkół sobotnich i harcerstwa, ale oznaczali się również angielskim pragmatyzmem i działali zgodnie z brytyjską poprawnością społeczną. Woleli działanie i ciężką pracę raczej niż wzniosłe przemówienia czy wymachiwanie szabelką. W świecie brytyjskim członkowie zarządu poruszali się bez poczucia inności czy kompleksów. Traktowali swoją społeczną pracę w POSKu jako służbę dla Polski, odziedziczoną po swoich rodzicach, i wykonaną bez myśli o jakimś wynagrodzeniu finansowym.

Właściwie grupa była tak zwarta że dla osób z zewnątrz kojarzyła się z jakąś mafią. Oczywiście żadnej mafii nie było. Właśnie ta zwartość i brak narodowej pompatyczności wydawała się niewystarczająco patriotyczna, szczególnie dla osób przyjezdnych z Polski, a profesjonalizm członków zarządu smakował podejrzanie. Było to odbiciem tej wielkiej przepaści tożsamościowej i braku wspólnego zrozumienia, a więc i zaufania, między Polakami tutejszymi, a wieloma Polakami nowoprzybyłymi po wejściu Polski do Unii. Nowe osoby z Polski nie zawsze czuły się u siebie w auli POSKu. W tych uprzedzonych szeregach rosła opozycja, z początku nie groźna, ale hałaśliwa. Wypowiadała się w polskich i polonijnych mediach online, do których na ogół tutejsze pokolenia powojenne nie miały dostępu. Szczególnie dotkliwe w swoim czasie były artykuły gniewne w nieistniejącym już „Nowym Czasie”, w którym wieloletni sekretarz POSKu Andrzej Zakrzewski był bezpodstawnie szkalowany, a Joanna Młudzińska przezwana złośliwie Żelazną Damą.

Na wszelkie podobne krytyczne uwagi członkowie zarządu POSKu i ich środowisko stawało szykiem jak załoga oblężonej twierdzy. Umorowali jeszcze tą twierdzę nowym statutem przegłosowanym dwa lata temu, wzorowanym bardziej na modelu brytyjskich organizacji charytatywnych, ale w którym wpływ prezesa jest rozszerzony, a to standardowe polskie absolutorium dla ustępującego zarządu zostało zażegnane. Gdy opozycja dochodziła od czasu do czasu do głosu w Komisji Rewizyjnej, opisując stan gospodarowania POSKu jako katastrofalny, często myląc pojęcia deficytu strukturalnego z długiem zasadniczym, sympatycy Zarządu po prostu te krytyki odrzucali w głosowaniu na Walnych Zebraniach.

Przez szereg lat opozycja stawiała Marka Laskiewicza jako alternatywnego kandydata na Prezesa POSKu, ale bezskutecznie. Dr Laskiewicz też był wychowany w Londynie. Uczestniczył w szkole Haberdashers’ Aske, a potem na uniwersytecie londyńskim gdzie studiował inżynierię, i uzyskał doktorat w ekonomii. Był przez szereg lat koordynatorem tzw. Przystanku Historii IPN w Londynie, i sekretarzem Polskiego Towarzystwa Naukowego na Obczyźnie. Mimo pochodzenia znalazł wspólny głos z opozycją, choćby przez swoją ocenę katastrofy smoleńskiej jako zbrodni, czy swoje poparcie dla konieczności „oczysczczania” się osób z obecnością na liście Wildsteina. Te poglądy były raczej  obce dla tradycyjnej powojennej polonii brytyjskiej. Przy każdych wyborach przewaga głosów dla Joanny Młudzińskiej była tak znaczna że kandydatura jej rywala traktowana była coraz mniej poważnie. W poprzednim roku przeszła jako prezes na Walnym Zebraniu już bez kontrkandydata.  

Nadeszła pandemia. Zarząd podszedł do reguł narzuconych przez rządowy lockdown z całą powagą. Przez wiele miesięcy POSK stał pusty. Zebrania Zarządu, Rady i Walnych Zebrań odbywały sie zdalnie. Członkowie organizacji nie spotykali się, udomowieni prezesi czy dyrektorzy instytucji odcięci byli od swoich zajęć i od swoich rówieśników, kontakt międzyludzki został poważnie uszkodzony i pogorszony przez osobiste napięcia spowodowane covidem. Potencjalne różnice zdań między organizacjami stały się wyolbrzymione, brak kontaktu osobistego pogłębiał brak wspólnego zrozumienia, a cała masa zwykłych członków POSKu, również przygnębionych pandemią, odbierała coraz bardziej krytyczne uwagi z działalności POSKu bez możliwości uzyskania wyjaśnień. W tych ograniczonych możliwościach Zarząd dalej działał sprawnie, a skarbnik od niemal 20 lat, Robert Wiśniowski, mógł nawet pochwalić się znacznym polepszeniem w bilansie finansowym POSKu. Ale dla zwykłych członków POSKu to pozostało bez echa.

Jeszcze pod wpływem rosnących obaw o jesiennym wznowieniu zakażeń, Zarząd ponownie zdecydował na prowadzenie tegorocznego Walnego Zebrania zdalnie na Zoomie. Nie była to popularna decyzja gdyż okazało się z czasem że poważne obawy rządowe dotyczące pandemii były nieco przesadzone. Jednak karty do głosowania na Radę i na funkcję prezesa rozesłano do wszystkich członków POSKu. W tej sytuacji elektorat stał się szerszy niż tylko regularni uczestnicy Walnych Zebrań, lecz również uboższy bo pozbawiony udziału starszych członków POSKu mających trudności w dostępie do internetu. Wielu z głosujących z domu nawet nie znało Prezesa osobiście. 

Wynik wyborów zaskoczył niemal wszystkich, łącznie chyba z nowo wybranym prezesem. Dr Laskiewicz stanął nagle przed dramatycznym wyzwaniem bo obejmował prezesurę organizacji w której nie cieszył się zaufaniem ustępującego zarządu, a nie mógł dobrać sobie wystarczającą ilość nowych członków, z odpowiednim doświadczeniem, wśród ograniczonej puli istniejących członków Rady POSKu. Ten brak ciągłości będzie poważną kłodą dla jego przyszłej działalności, a obecna Rada, powołując się na istniejący statut, nie umożliwiła dokooptowania nowych członków Rady potrzebnych do zasilania jego nieco osłabionego zarządu. Z jednej strony ma doświadczonego skarbnika w postaci byłego prezesa POSKu, Wojciecha Tobiasiewicza, i Bohdana Becli w dziale kultury, ale z drugiej strony ma sekretarza który parokrotnie alarmował Radę swoim stwierdzeniem że pandemia jest fikcją i że POSK winien zorganizować konferencję sceptyków antyszczepieniowych.

Jak zawsze pogodny i pełen optymizmu, nowy prezes, siedząc za biurkiem śp prezydenta Kaczorowskiego, uczcił swoją inaugurację orędziem, koncertem i lampką wina. Przedstawił swój program jako wielkie otwarcie POSKu dla wszystkich. Okazuje się że „dla wszystkich” znaczy właśnie to. A więc każdy Polak na całym świecie, i każdy Anglik zainteresowany polskością, będzie miał pełne prawo zostać członkiem POSKu. Jeżeli rzeczywiście Anglicy będą dopuszczeni to z czasem każde Walne Zebranie będzie musiało odbyć się w języku angielskim. Aby potwierdzić tą otwartość podpisał natychmiast z ręki dwa podania o członkostwo i powiedział że podpisane podania nowych członków są ważne natychmiast, ale będą wisieć przez miesiąc w auli POSKu, gdyby ktoś chciał zgłosić obiekcje.

Proponuje też założenie w POSKu muzeum polonii, bliżej współpracować z instytucjami w Polsce, i wyrażał zainteresowanie w nowych inicjatywach jak pokazy mody, nagrody literackie czy konferencje handlowe. Poza istniejącymi organizacjami jak Scena Polska i Teatr Syrena, rezydentujących w POSKu, chciałby udostępnić salę teatralną jakiejkolwiek organizacji czy osobie która chce wystawić sztukę. Jazz Club chce również udostępnić różnym muzycznym inicjatywom, jak np. hip hop czy muzyka klasyczna. Odpowiedział pozytywnie na moje pytanie o myśli wprowadzenia żłobku dla polskich dzieci w POSKu. Kontynuowany ma być dział opieki społecznej, otwarcie atrium i organizowanie corocznej opery. Zależy mu na nagraniu i udostępnieniu przedstawień w POSKu dla szerszej publiczności polskiej w Wielkiej Brytanii. Chce udostępnić zebrania Rady dla członków Komisji Rewizyjnej (co wymagałoby zmian w statucie), a sam statut przetłumaczyć na język polski. Chce być dostępny w każdą sobotę w POSKu na osobiste spotkania z członkami POSKu i szerszą społecznością.

Jak to sam określił „Jest nowy prezes, nowy zarząd, nowa wizja, nowy POSK.” Mógł dodać że będą i nowi członkowie, może nawet masowo, bo w ciągu trzech dni zwerbował więcej członków niż poprzedni zarząd przez cały rok. W końcu po trzęsieniu ziemi zwykle następuje tsunami...

Mimo optymizmu dr Laskiewicza, sytuacja nie jest ciekawa. Jest wyraźna polaryzacja między ekipą i zwolennikami nowego prezesa a sympatykami starego zarządu. To jest niezdrowe. Uważam za konieczne aby jednak Prezes i nowy zarząd konsultowali sie ze starym zarządem w sprawach tak ważnych jak np. negocjacje w sprawie rychłej sprzedaży domu w Warszawie, i radzili się stałego personelu POSKu przy programie ulepszeń technicznych w POSKu czy pilnowaniu bhp. Prezes powinien też unikać wypowiedzi politycznych, tak jak unikała tego jego poprzedniczka. A Rada z kolei powinna wyjść mu na przeciw, pomagając w tych inicjatywach które są pozytywne, a jeżeli jego posunięcia chcą krytykować, to konstruktywnie. Oczywiście w tej atmosferze bardzo ważną rzeczą będzie respekt dla statutu, i to w języku angielskim, bo nawet w wypadku ewentualnego ścisłego przetłumaczenia na język polski, wersja angielska będzie miała moc prawną. 

Osobiście życzę nowemu prezesowi dużo energii i odwagi, ale również rozsądku w nadchodzącym roku. Najważniejszą sprawą jest przetrwanie POSKu, aby nie ucierpiał, lecz wyszedł po tej zmianie warty jeszcze bogatszy i jeszcze bardziej dostępny dla członków i inicjatyw członkowskich.

Wiktor Moszczyński

 

Tuesday, 31 August 2021

Kogo jeszcze „zdradzi” Ameryka?

 



Przyspieszona ewakuacja z Kabulu wojsk NATO, i osób zagrożonych nagłym zwycięstwem Talibów, odbywała się w atmosferze wstydu i upokorzenia. Społeczeństwa zachodnie odczuwały że osiągnięcia cywilizacyjne ostatnich 20 lat w Afganistanie, okupione tyloma ofiarami ludzkimi i materialnymi, zostały zmarnowane, i że zdradzono kiełkujące się państwo afgańskie ze swoimi zrębami demokracji i równouprawnienia kobiet. Wyraźnie ten wstyd i upokorzenie czuli tu brytyjscy parlamentarzyści,  a także media publiczne i społeczne. A najbardziej czuli to wojskowi amerykańscy i brytyjscy, i ich rodziny, które straciły swoich najbliższych lub zostały permanentnie obarczone kalectwem ojca czy brata. Myślę że podświadomie czuli to też Polacy, przewrażliwieni na swoją własną historię, widząc w pierwszej zeszłorocznej umowie Trumpa z Talibami odpowiednik tajnej umowy zawartej w Teheranie, a w ostatecznym ciosie wymierzonym w plecy wolnego Afganistanu przez Bidena, już całkowitą zdradę jałtańską.

  Poczucie wstydliwej przegranej wzmocniła świadomość że wojna która została rozpoczęta jako akcja przeciw napadom terrorystycznym w Ameryce, zakończyła się niespodziewanym aktem terroru który zabił niemal 200 osób, w tym 12 amerykańskich żołnierzy. Amerykanie i ich sojusznicy stracili nie tylko 3500 żołnierzy w czasie tej wojny z Talibami i ich sojusznikami, ale w wyniku masowej kapitulacji sojuszniczych wojsk afgańskich, zostawili w rękach wrogów $85 mld sprzętu wojskowego, w tym 72 tys. ciężarówek wojskowych, niezliczoną ilość nowoczesnej broni palnej i 33 helikopterów typu Black Hawk.

Oryginalny powód inwazji był uzasadniony i wynik był skuteczny. Pozbyto się Talibów z terenu Afganistanu, a razem z nimi te grupy terrorystyczne jak Al Kaida, które wykorzystywały anarchię w tym państwie aby prowadzić ataki na Wielkiego Szatana, czyli Stany Zjednoczone. Ale następny projekt, aby zjednoczyć regionalne szczepy w jedno scentralizowane państwo o obliczu demokratycznym z zabezpieczonymi prawami kobiet, był jednak za bardzo ambitny. Wzory demokratyczne wprowadzone odgórnie w krajach pozbawionych tych tradycji i przywiązane do swoich szczepowych hierarchi, nie byłyby w stanie funkcjonować bez nepotyzmu i korupcji, która z czasem stawała coraz mniej znośna dla cierpiącej ludności wiejskiej. Talibowie, chowający się w jarach sąsiedniego Pakistanu, mogli szybko wykorzystać niechęć mieszkańców. Wprowadzenie demokratycznego i scentralizowanego państwa wymagałoby przynajmniej dwa pokolenia, a nie tylko dwie dekady. Tymbardziej że w międzyczasie Ameryka zobowiązała się wprowadzić taki sam eksperyment z Irakiem. Podatnik amerykański widział tylko bezterminową wojnę: toteż kolejno Obama, a potem Trump, i w końcu Biden, zobowiązali się z tym eksperymentem państwowotwórczym zakończyć. 

Szczególnie Trump chciał zabezpieczyć swój elektorat amerykański który narzekał na ciągłe „wojny na zawsze” w Afganistanie i w Iraku, ofiarowując mu wreszcie zejście z pola walki bez dalszego rozlewu krwi. Od początku Trump chciał zerwać z zobowiązaniami Ameryki wobec sojuszników, jeżeli jego elektorat nie miał z nich bezpośrednich korzyści. Był gotów popierać bezgranicznie Izrael by uzyskać poparcie potężnej lobby żydowskiej. Natomiast jedyne lobby wewnętrzne w sprawie Afganistanu były osierocone rodziny wojskowych, i znużeni podatnicy, kwestionujący koszty wiecznych wojen. Trump zwalniał z kolei wojskowych i doradców którzy nie mogli mu zaoferować konkretnego rozwiązania w Afganistanie, ani strategicznego zwycięstwa, ani strategicznego wyjścia. Jego priorytetami były Ameryka Pierwsza, potem jeszcze Izrael, a potem długo, długo nikt, a na koniec niewdzięczni alianci europejscy i azjatyccy, którzy marudzili i nie dopłacali do kosztów ich obrony przez Amerykę. W takim rozumowaniu, zbankrutowany rząd afgański, cieszący się poparciem tylko 5% elektoratu, i spenetrowany przez korupcję na każdym szczeblu, w ogóle się nie liczył.

W polityce zagranicznej Trump był oportunistą, a nie ideologiem. Nie miał światowej wizji roli Stanów Zjednoczonych jako powszechnego obrońcy demokracji, wolnego rynku czy praw człowieka na świecie, którą posługiwali się jego poprzednicy, a szczególnie Reagan, Bush senior, Clinton czy Obama. Trumpowi wystarczały cele bardziej przyziemne. Chodziło mu nie o stały pokój, ale o święty spokój. Nie rozumiał że jeżeli Ameryka opuszcza teren i zostawia tam próżnię, ktoś inny, niekoniecznie sojusznik, Amerykę zastąpi. Nie szanował sojuszników demokratycznych jak Merkel, Macron czy Theresa May, zmagających się z opornymi sceptycznymi elektoratami. Czuł się lepiej w otoczeniu bezkompromisowych decydentów nie oglądających się za bardzo za prawami demokratycznymi, jak Putin, Netanyahu czy Mohammed bin Salman, lub z kolei wpatrzeni bezkrytycznie w jego opatrzność, jak Andrzej Duda czy Boris Johnson. Lecz ten niekonwencjonalny oportunizm dał Trumpowi możność innej, bardziej realistycznej, oceny dla groźby militarnej i handlowej ze strony imperialnych Chin. Gotów był nawet wywołać wojnę celną z Chinami, oskarżając ich bezpośrednio o subsydiowanie swoich cen eksportowych

Biden po prostu kontynuuje Trumpa odejście Stanów od konfliktów na Bliskim Wschodzie. Amerykanów nie ma już w Syrii, Jemenie, Somalii. Trump zdradził poprzednio Kurdów syryjskich z którymi wcześniej pokonał Emirat Islamski. W grudniu ostatnie wojska wyjdą z Iraku, o ile ten kraj nie powtórzy implozji Afganistanu. Ameryka nie interweniuje w wojnach domowych w Etiopii, Południowym Sudanie, lub Mozambiku, Kongo, Nigerii czy Mali, mimo że w tych ostatnich zagraża islamski terror. Usuwa pociski antyrakietowe z Kuwejtu, Jordanii i Arabii Saudyjskiej. Coraz bardziej kontrolującą rolę mają tu Rosja i Iran, choć ten ostatni wciąż jeszcze jest przyciśnięty do muru w sprawie swojego programu nuklearnego.

Alianci i wrogowie Ameryki na całym świecie obserwują negocjacje supermocarstwa z Talibami już nie z poczucia siły, ale z zupełnego uzależnienia. Amerykanie pokładają jednak wiarę że Talibowie wypuszczą jeszcze dalszych sprzymierzeńców, będą eliminować grupy międzynarodowego terroru i nie będą podburzać porządek w sąsiadujących terenach jak Pakistan i Tadżykistan. Ale po swoim wyjeździe we wtorek, Amerykanie nie będą mieli żadnej formy nacisku, nawet nie te $7 mld dolarów należących do Afganistanu, leżących w łożach Banku Ameryki. Zależy która frakcja, umiarkowana Baradura, czy wręcz krwiożercza Haqqaniego, opanuje sytuację w Afganistanie. Talibowie mogą w końcu egzystować z eksportu maków, a z resztę dopomogą im Chiny.

Biden nie przeprasza za tę klęskę w Afganistanie, bo uważa że to było tylko skutkiem poprzedniej decyzji Trumpa, którą nie był w stanie zmienić. Odejście miało być zorganizowane i bezkrwawe. I to by się nawet Bidenowi udało, gdyby nie docenianie terminu wyjścia. Jego administracja nieprzewidziała że jeżeli Amerykanie mogą dogadywać sie z Talibami bezpośrednio, to tak samo każdy lokalny przywódca wojskowy w Afganistanie też może sie z nimi dogadać, bez niepotrzebnego rozlewu krwi. Dlatego Talibowie tak szybko opanowali niemal cały kraj, łącznie ze stolicą, i zmusili wojska alianckie do organizowania swojego wyjazdu i ratowaniu swoich rodaków i podopiecznych w terminie dyktowanym już przez Talibów. Zamiast wycofywać się w ładzie i spokoju gdy Kabul był jeszcze w rękach rządu afgańskiego, Amerykanie i Brytyjczycy zwlekali do ostatniej chwili, nie licząc na nagłą implozję władzy. Francuzi szybciej się zorientowali i wyprowadzili swoich podopiecznych w maju i czerwcu. W końcu, aby dokonać gorączkową ewakuację swoich podopiecznych, przekazali ich osobiste dane Talibowi, chcąc  ułatwić dostęp tych uciekinierów na lotnisko. Kto dotarł tam na czas, ten dotarł. Kto nie dotarł, pozostał wyliczony na liście wręczonej Talibowi. Był to jakby akt donosu. Pozostają w Afganistanie pod groźbą odwetu, a nawet może śmierci, od nowych władz. Jest ich wiele tysięcy, a brytyjski minister przyznał że nie wiadomo właściwie ilu ich jest. I to było szczególnie upokarzające dla Ameryki i Wilkiej Brytanii.

Biden uważa że USA będzie miała większe wyzwania niż walkę z terroryzmem islamskim i lokalnymi wojnami domowymi. Priorytetem Bidena jest, na pierwszym miejscu, konfrontacja na wszystkich kontynentach z Chinami, a następnie, kolejno, ochrona Europy przed Rosją, walka z zagrożeniami w świecie cybernetyki, i inicjowanie współpracy w walce ze zmianami klimatycznymi.

Przyjmując że Chiny są największym wyzwaniem dla Stanów Zjednoczonych, jak wyglądają amerykańskie plany dla Europy? Artykuł piąty paktu północno-atlantyckiego ciągle obowiązuje, i nawet w najczarniejszej godzinie, po ucieczce afgańskiego prezydenta, Prezydent Biden podkreślił to zobowiązanie. Ale zapowiedź zimnej wojny amerykańsko-chińskiej może z czasem zaabsorbować znaczne rezerwy militarne i dyplomatyczne Ameryki. Obecnie Chiny i Rosja współpracują w formie tzw. „kompleksowe partnerstwo strategiczne na rzecz koordynacji na rzecz nowej ery”. Zagrożona przez Rosję, Europa pozostaje militarnie uzależniona od amerykańskiej tarczy ochronnej. Jest też jej największym partnerem handlowym. W roku 2020 Unia Europejska importowała 195 mld euro z Ameryki (a eksportowała do USA 351 mld euro). Lecz Unia jest jeszcze bardziej uzależniona handlowo od Chin, z których importuje aż 383 mld euro (przy mniejszym eksporcie zaledwie 202 mld euro). Przy takim długu w bilansie handlowym, Europejczycy (poza Wielką Brytanią) nie będą wplątywali się w militarną konfrontację z Chinami, czy przyglądali się za bardzo naruszonym prawom mniejszości w Chinach, czy krępować się ich agresywnym nacjonalizmem. Byle nie były naruszone prawa własności prywatnej w Chinach.  W wypadku groźby  wojny z Chinami, Ameryka, pozbawiona wsparcia Europy, nie będzie chciała prowadzić walkę na dwóch frontach, z Chinami i z Rosją. Przy takim kryzysie, USA szukała by złagodzenia konfrontacji z Rosją, i namawiała Europę do pogodzenia się z utratą niezależności Ukrainy i Białorusi.

Nie jest to okoliczność prawdopodobna, ale w momencie krytycznym mogłoby to nastąpić, ze wszelkimi konsekwencjami dla przyszłego bezpieczeństwa Polski i jej sąsiadów. Pamiętajmy też że Trump pozostaje niezwyciężony i może jeszcze wrócić do władzy. NATO mogłoby wówczas zostać rozwiązane. Dlatego trzeba liczyć się z możliwością wzmocnienia własnych armii narodowych w Europie i stworzyć z nich militarnego ramienia dla Unii. Polska powinna zbliżyć się bardziej do Szwecji i Finlandii z którymi dzieli podobne zagrożenia w bezpieczeństwie, niż tkwić w mało skutecznym sojuszu Trójmorza. Broń nuklearną Francja już posiada i mogłaby jej potencjał wzmocnić dla całej Europy. Niezależna militarnie samowystarczalna Europa mogłaby dalej być partnerem militarnym, lecz niezależnym, Stanów Zjednoczonych. Nie znaczy to że proponuję rozwiązania NATO i ich gwarancji obronnych. Ale nie zaszkodzi zbudować w niedalekiej przyszłości, alternatywną strukturę mniej uzależnioną od potencjalnie niechętnego  opiekuna poza oceanicznego. Nie określiłbym koniecznie taką volte-face Ameryki jako „zdradę”, ale raczej jako poprzestawienie priorytetów na które Polska powinna być przygotowana. Ale skutek byłby taki sam.  

 

Wiktor Moszczyński        3 wrzesień 2021 

Monday, 16 August 2021

Nie mamy planety B



To już nie jest globalne ocieplenie. To globalna pożoga. Odkąd prowadzone są pomiary, świat jeszcze nigdy nie był tak gorący. Wzrost temperatury przynosi fale upałów, rekordowe susze i coraz większe zakwaszenie oceanów. Miliony gatunków flory i fauny znajdują się na skraju wyginięcia.

Już teraz kryzys klimatyczny zmusza 20 milionów osób rocznie do opuszczenia swoich domów. Mieliśmy w tym miesiącu upały dochodzące do 49 stopni C na niemal całym basenie   śródziemnomorskim. Akompaniowały im pożary lasów w Turcji, Grecji, Włoszech, Algierii, ze śmiercią ponad 100 osób. Podobne pożogi nie wygasają w Kalifornii, gdzie buszuje od miesiąca pożar zwany Dixie, który już spalił 170 tys. hektarów. Płoną łuny w puszczach Indonezji i nawet na Syberii, a dymy z pożaru tajgi dochodzą do północnego bieguna. Lasy amazońskie, dotychczas największy  dostarczyciel tlenu dla naszej kuli ziemskiej, również się palą. Zamiast tlenu, produkują trujący dwutlenek węgla CO2. Topnieją lodowce w Himalajach i na Antarktydzie, wzrasta niebezpiecznie poziom mórz i rzek. Nagłe opady deszczów powodują dramatyczne powodzie w Niemczech, w Nowym Jorku, i w Chinach, gdzie m.in. ludzie topili się w miejskiej kolejce podziemnej. 

To potężny wstrząs dla życia na Ziemi, a spowodował go globalny wzrost temperatury o zaledwie 1.1stopnia C. Na pewnym terenach, jak na przykład na arktycznej pokrywie lądowej, wzrósł nawet o 3 stopnie C, co powoduje topnienie lodowców. I pomyśmy teraz, jak spustoszoną i groźną dla życia planetę odziedziczą nasze dzieci i wnuki.

W zeszłym tygodniu ONZ opublikował nowy Szósty Raport Międzyrządowego Panelu ds. Zmian Klimatycznych (IPCC). Składa się on z 4000 stronic analiz i konkluzji przygotowanych przez 234  naukowców z 66 krajów, podpisanych przez 196 rządów z całego świata, w tym takie kraje jak Vanuatu czy Kiribati, które mogą przestać istnieć za 50 lat, z powodu utonięcia pod wzmożonymi  wodami Pacyfiku. Wśród autorów widziałem polskie nazwiska z Australii i USA, ale chyba nie z Polski. Nic dziwnego, bo obecny rząd polski nie bierze tego jeszcze poważnie. Na ONZ-owskiej konferencji klimatycznej w Katowicach w roku 2018, polscy urzędnicy sumiennie przygotowali „mapę drogową” dla międzynarodowych akcji do kontrolowania klimatu, a tymczasem oficjalni polscy gospodarze zaprezentowali wystawę zachwalającą polskie górnictwo, a delegatów przyjęła ostentacyjnie orkiestra górnicza. Nawet teraz, polski sejm przeprowadził ustawę prowadzącą do wycinania lasów dla budowy fabryki samochodów Izera w Jaworznie. 

Dokument IPCC potwierdza, że globalne ocieplenie przyspiesza wszędzie chaos w atmosferze; wiele procesów, np. podnoszenie poziomu oceanów, rozmarzanie wiecznej zmarzliny i topnienie lodowców, trwać będzie dziesiątki, a nawet setki lat, niezależnie od tego, czy uda się powstrzymać wzrost temperatury atmosfery, czy nie. Autorzy nie mają wątpliwości, że to człowiek i emisja gazów cieplarnianych, głównie dwutlenku węgla oraz metanu, odpowiadają za nasilający się kryzys, którego skutkiem są coraz częstsze ekstremalne zjawiska, jak gwałtowne opady, fale upałów, susze i pożary. Stężenie CO2 w 2019 r. osiągnęło poziom najwyższy od co najmniej 2 mln lat, a średnia temperatura atmosfery wzrosła o 1.1 stopnia C w stosunku do okresu przedprzemysłowego. Aby zatrzymać wzrost temperatury atmosfery na poziomie 1.5 stopnia, wymagane jest natychmiastowe ograniczenie emisji gazów cieplarnianych. Dotychczasowe deklaracje i podejmowane inicjatywy nie przynoszą skutków. Nie pomogła nawet pandemia i związane z nią spowolnienie gospodarcze, bo gospodarka prawie wszędzie ożywia się ponownie.

Problemem są wciąż paliwa kopalne jak węgiel, nafta, gaz ziemny czy łupkowy. Jeszcze 20 lat temu  były one światowym motorem wzrostu gospodarczego i rosnącego dobrobytu, szczególnie dla naszego powojennego pokolenia, pławiącego się w konsumpcji i w wyścigu zbrojeń. Obecnie te paliwa są czymś odwrotnym. 

 

Ale potężne lobby paliw kopalnych jest zdeterminowanym wrogiem proponowanych reform klimatycznych i inwestycji w energię odnawialną jak woda, wiatr czy promienie słońca. To lobby wpływa na polityków, argumentując, że inwestycja w energię odnawialną potrzebuje kosztownych  nakładów wspieranych „zielonymi podatkamI”. Rząd brytyjski ocenił na przykład, że od roku 2030 do 2050 taki koszt wyniesie £50mld rocznie. W Polsce oznaczałoby to przyspieszenie zamknięcia kopalń węgla, będących od stulecia chlubą polskiego przemysłu. A główni rzecznicy tradycyjnej lobby paliwowej, jak Trump, czy Bolsonaro, czy Putin, czy prawicowi politycy w Wielkiej Brytanii i w Polsce, rozdmuchują bojaźń przed nowymi inwestycjami i wykpiwają ambicje i plany opanowania emisji CO2 przez liberalnych „pięknoduchów”. 

To jest jedna strona medalu. Ale koszt wytwarzania elektryczności przez wiatr lądowy spadł o 40% w ciągu jednej dekady, a przez turbiny przybrzeżne o 30%. W tym czasie ceny solarnych paneli spadły o połowę.  Już 40% elektryczności w Wielkiej Brytanii pochodzi ze źródeł odnawialnej energii, i to się powiększa z każdym rokiem. Po prostu popyt na nową energię rośnie i z czasem pęd ku tej energii  będzie decydował o rynku, bez potrzeby wyżej wymienionego sztucznego bodźca państwowych inwestycji i „zielonych podatków”. Z tych samych powodów drogie pompy ciepła, które mają powoli zastępować obecne kotły cieplarniane, też opadną w cenie. Natomiast koszta gospodarcze klęsk żywiołowych, wynikająch z  zaniedbania katastrofy klimatycznej, będą o wiele, wiele większe.  

Ale najważniejsze jest to, że wciąż możemy zatrzymać ten proces. Być może, mimo naszych konsumpcyjnych skłonności, jesteśmy ostatnim pokoleniem, które ma taką szansę. Gniewne młodsze generacje czekają na to. Coraz masywniejsze i gwałtowniejsze demonstracje, jak Extinction Rebellion, świadczą o niecierpliwości młodych.

Zbliżają się dwa ważne szczyty ONZ. Światowi przywódcy, którzy wezmą w nich udział, będą musieli podjąć doniosłe decyzje w sprawie kryzysu klimatycznego i kryzysu wymierania gatunków. To moment, w którym może zmienić się wszystko – albo nie zmieni się nic.  24 listopada b.r. odbędzie się konferencja ONZ online poświęcona bioróżnorodności, która ma ustanowić nowe, ambitne zasady ochrony środowiska, by powstrzymać wymieranie gatunków. Nieco wcześniej, od 31 października do 12 listopada, odbędzie się światowy szczyt klimatyczny w Glasgowie: najlepsza okazja na podjęcie nowych zobowiązań w celu uniknięcia katastrofy klimatycznej. 

To nie będzie łatwe, ale jest nadzieja. Prawie wszystkie największe gospodarki świata zobowiązały się, że do 2050 roku zredukują emisje dwutlenku węgla do zera, a pandemia pokazała, że śmiałe, systemowe zmiany mogą nastąpić o wiele szybciej, niż się to komukolwiek marzyło. Jeśli osiągną emisje zerowe na 2050 to naukowcy przewidują, że globalna temperatura nie zwiększy się do 2 stopni C i może się ustabilizować na wzroście nie przekraczającym 1.5 stopnia C. Wówczas nie dosięgną globu najgorsze skutki zmian klimatycznych, które na pewno nastąpiłyby przy wzroście 2 stopni C. 

Ale nie wszystko jest takie proste. Ostatnio w Wielkiej Brytanii premier Johnson, który jeszcze 6 lat temu drwił z farm wiatrowych, pokłada wielkie ambicje (temat będzie podjęty na konferencji w Glasgowie) w nowej energii „niebieskego wodoru”, która stwarza zerowy dwutlenek jako paliwo dla pieców przemysłowych, pociągów czy ciężarówek. Niestety, produkcja tego wodoru wymaga masowego spożycia gazu ziemnego i pozostaje równie szkodliwa dla emisji dwutlenku, co ropa naftowa. Jak dotychczas, Johnson, poza deklaracjami, nie wykazał żadnej systematycznej mapy drogowej do wykonania zerowej emisji na rok 2050. Starmer, szef Partii Pracy, potępia go za zwłokę, ale też sam nie zaszedł wiele dalej od rządu, bo powstrzymują go zachowawcze związki zawodowe w sektorze energetycznym.

A Ziemia nie może już dłużej czekać. To jeden z najważniejszych momentów dla życia na tej kruchej planecie, bo jej i nasz los wisi na włosku. Nie musimy tylko czekać na rządy. Możemy jako konsumenci uprawiać recykling naszych towarów, jeść mniej wołowiny, lepiej izolować ściany i dachy w naszych mieszkaniach, mniej korzystać z samolotów, zamienić piece gazowe na elektryczne, czy pojazdy benzynowe na samochody elektryczne, lub inwestować więcej w transport publiczny. Możemy naszymi dotacjami wspierać liczne charytatywne organizacje informacyjne, które rozbudzają świadomość społeczeństw o kryzysach klimatycznych i zanikaniu w świecie wielu gatunków zwierząt. 

Dzięki upowszechnieniu tych informacji i raportów dochodzi do uświadomienia społeczeństw, budzi się aktywny konsument i elektorat naciskający na elity polityczne, gospodarcze i medialne, aby zamiast czczych deklaracji podejmowały konkretne działania i na szczycie uzgadniały kierunki ostatecznej międzyrządowej współpracy. Same decyzje takich państw jak Wielka Brytania, czy Francja, czy Włochy, czy Polska, nie wystarczą, bo każdy z nich obecnie dokłada zaledwie 1 procent do światowej emisji dwutlenku. Natomiast Chiny mają już wkład przerastający 29% światowej emisji, USA 14%, Indie 7%, Rosja 4%. Ich współudział w tych inicjatywach klimatycznych jest konieczny. Poza tym pamiętajmy, że dla wielu państw afrykańskich wzrost gospodarczy pozostaje priorytetem w pokonaniu nędzy i głodu ich ludności, a więc rolę kierowniczą w opanowaniu zmian klimatycznych muszą odegrać w pierwszym rzędzie państwa bardziej rozwinięte. Politycy i media będą wciągani w inne, zastępcze, problemy jak upadek Kabulu, czy wojna w Etiopii, czy powracająca groźba pandemii, czy rosnąca konkurencja handlowa Chin i Ameryki w trzecim świecie, ale naszym obowiązkiem jest przypominanie, że priorytetem pozostaje wciąż potencjalna katastrofa klimatyczna.  

Zagrożenia przed którymi stoimy są już bardzo poważne; dziś stawiają pod znakiem zapytania nasze przetrwanie. To nie jest coś, co można przeczekać. Ziemia potrzebuje silnego głosu, który się o nią upomni, gdy światowi przywódcy będą decydować o przyszłości. 

W walce o ocalenie świata nic nie jest pewne. Są tylko szanse i możliwości. Długie lata wspólnych marszów, protestów i rzecznictwa utorowały drogę do tego, co musimy zrobić teraz.. Indywidualnie, i na skali narodowej, będziemy zmuszeni dokonywać nadzwyczajnych zmian w naszym życiu codziennym. Jeśli chcemy ocalić planetę, bez rzeczy nadzwyczajnych się nie obędzie. A innej planety zastępczej, planety B, nie mamy. 

 

Wiktor Moszczyński                     Tydzień Polski      20 sierpień 2021

To już nie jest globalne ocieplenie. To globalna pożoga. Odkąd prowadzone są pomiary, świat jeszcze nigdy nie był tak gorący. Wzrost temperatury przynosi fale upałów, rekordowe susze i coraz większe zakwaszenie oceanów. Miliony gatunków flory i fauny znajdują się na skraju wyginięcia.

Już teraz kryzys klimatyczny zmusza 20 milionów osób rocznie do opuszczenia swoich domów. Mieliśmy w tym miesiącu upały dochodzące do 49 stopni C na niemal całym basenie   śródziemnomorskim. Akompaniowały im pożary lasów w Turcji, Grecji, Włoszech, Algierii, ze śmiercią ponad 100 osób. Podobne pożogi nie wygasają w Kalifornii, gdzie buszuje od miesiąca pożar zwany Dixie, który już spalił 170 tys. hektarów. Płoną łuny w puszczach Indonezji i nawet na Syberii, a dymy z pożaru tajgi dochodzą do północnego bieguna. Lasy amazońskie, dotychczas największy  dostarczyciel tlenu dla naszej kuli ziemskiej, również się palą. Zamiast tlenu, produkują trujący dwutlenek węgla CO2. Topnieją lodowce w Himalajach i na Antarktydzie, wzrasta niebezpiecznie poziom mórz i rzek. Nagłe opady deszczów powodują dramatyczne powodzie w Niemczech, w Nowym Jorku, i w Chinach, gdzie m.in. ludzie topili się w miejskiej kolejce podziemnej. 

To potężny wstrząs dla życia na Ziemi, a spowodował go globalny wzrost temperatury o zaledwie 1.1stopnia C. Na pewnym terenach, jak na przykład na arktycznej pokrywie lądowej, wzrósł nawet o 3 stopnie C, co powoduje topnienie lodowców. I pomyśmy teraz, jak spustoszoną i groźną dla życia planetę odziedziczą nasze dzieci i wnuki.

W zeszłym tygodniu ONZ opublikował nowy Szósty Raport Międzyrządowego Panelu ds. Zmian Klimatycznych (IPCC). Składa się on z 4000 stronic analiz i konkluzji przygotowanych przez 234  naukowców z 66 krajów, podpisanych przez 196 rządów z całego świata, w tym takie kraje jak Vanuatu czy Kiribati, które mogą przestać istnieć za 50 lat, z powodu utonięcia pod wzmożonymi  wodami Pacyfiku. Wśród autorów widziałem polskie nazwiska z Australii i USA, ale chyba nie z Polski. Nic dziwnego, bo obecny rząd polski nie bierze tego jeszcze poważnie. Na ONZ-owskiej konferencji klimatycznej w Katowicach w roku 2018, polscy urzędnicy sumiennie przygotowali „mapę drogową” dla międzynarodowych akcji do kontrolowania klimatu, a tymczasem oficjalni polscy gospodarze zaprezentowali wystawę zachwalającą polskie górnictwo, a delegatów przyjęła ostentacyjnie orkiestra górnicza. Nawet teraz, polski sejm przeprowadził ustawę prowadzącą do wycinania lasów dla budowy fabryki samochodów Izera w Jaworznie. 

Dokument IPCC potwierdza, że globalne ocieplenie przyspiesza wszędzie chaos w atmosferze; wiele procesów, np. podnoszenie poziomu oceanów, rozmarzanie wiecznej zmarzliny i topnienie lodowców, trwać będzie dziesiątki, a nawet setki lat, niezależnie od tego, czy uda się powstrzymać wzrost temperatury atmosfery, czy nie. Autorzy nie mają wątpliwości, że to człowiek i emisja gazów cieplarnianych, głównie dwutlenku węgla oraz metanu, odpowiadają za nasilający się kryzys, którego skutkiem są coraz częstsze ekstremalne zjawiska, jak gwałtowne opady, fale upałów, susze i pożary. Stężenie CO2 w 2019 r. osiągnęło poziom najwyższy od co najmniej 2 mln lat, a średnia temperatura atmosfery wzrosła o 1.1 stopnia C w stosunku do okresu przedprzemysłowego. Aby zatrzymać wzrost temperatury atmosfery na poziomie 1.5 stopnia, wymagane jest natychmiastowe ograniczenie emisji gazów cieplarnianych. Dotychczasowe deklaracje i podejmowane inicjatywy nie przynoszą skutków. Nie pomogła nawet pandemia i związane z nią spowolnienie gospodarcze, bo gospodarka prawie wszędzie ożywia się ponownie.

Problemem są wciąż paliwa kopalne jak węgiel, nafta, gaz ziemny czy łupkowy. Jeszcze 20 lat temu  były one światowym motorem wzrostu gospodarczego i rosnącego dobrobytu, szczególnie dla naszego powojennego pokolenia, pławiącego się w konsumpcji i w wyścigu zbrojeń. Obecnie te paliwa są czymś odwrotnym. 

 

Ale potężne lobby paliw kopalnych jest zdeterminowanym wrogiem proponowanych reform klimatycznych i inwestycji w energię odnawialną jak woda, wiatr czy promienie słońca. To lobby wpływa na polityków, argumentując, że inwestycja w energię odnawialną potrzebuje kosztownych  nakładów wspieranych „zielonymi podatkamI”. Rząd brytyjski ocenił na przykład, że od roku 2030 do 2050 taki koszt wyniesie £50mld rocznie. W Polsce oznaczałoby to przyspieszenie zamknięcia kopalń węgla, będących od stulecia chlubą polskiego przemysłu. A główni rzecznicy tradycyjnej lobby paliwowej, jak Trump, czy Bolsonaro, czy Putin, czy prawicowi politycy w Wielkiej Brytanii i w Polsce, rozdmuchują bojaźń przed nowymi inwestycjami i wykpiwają ambicje i plany opanowania emisji CO2 przez liberalnych „pięknoduchów”. 

To jest jedna strona medalu. Ale koszt wytwarzania elektryczności przez wiatr lądowy spadł o 40% w ciągu jednej dekady, a przez turbiny przybrzeżne o 30%. W tym czasie ceny solarnych paneli spadły o połowę.  Już 40% elektryczności w Wielkiej Brytanii pochodzi ze źródeł odnawialnej energii, i to się powiększa z każdym rokiem. Po prostu popyt na nową energię rośnie i z czasem pęd ku tej energii  będzie decydował o rynku, bez potrzeby wyżej wymienionego sztucznego bodźca państwowych inwestycji i „zielonych podatków”. Z tych samych powodów drogie pompy ciepła, które mają powoli zastępować obecne kotły cieplarniane, też opadną w cenie. Natomiast koszta gospodarcze klęsk żywiołowych, wynikająch z  zaniedbania katastrofy klimatycznej, będą o wiele, wiele większe.  

Ale najważniejsze jest to, że wciąż możemy zatrzymać ten proces. Być może, mimo naszych konsumpcyjnych skłonności, jesteśmy ostatnim pokoleniem, które ma taką szansę. Gniewne młodsze generacje czekają na to. Coraz masywniejsze i gwałtowniejsze demonstracje, jak Extinction Rebellion, świadczą o niecierpliwości młodych.

Zbliżają się dwa ważne szczyty ONZ. Światowi przywódcy, którzy wezmą w nich udział, będą musieli podjąć doniosłe decyzje w sprawie kryzysu klimatycznego i kryzysu wymierania gatunków. To moment, w którym może zmienić się wszystko – albo nie zmieni się nic.  24 listopada b.r. odbędzie się konferencja ONZ online poświęcona bioróżnorodności, która ma ustanowić nowe, ambitne zasady ochrony środowiska, by powstrzymać wymieranie gatunków. Nieco wcześniej, od 31 października do 12 listopada, odbędzie się światowy szczyt klimatyczny w Glasgowie: najlepsza okazja na podjęcie nowych zobowiązań w celu uniknięcia katastrofy klimatycznej. 

To nie będzie łatwe, ale jest nadzieja. Prawie wszystkie największe gospodarki świata zobowiązały się, że do 2050 roku zredukują emisje dwutlenku węgla do zera, a pandemia pokazała, że śmiałe, systemowe zmiany mogą nastąpić o wiele szybciej, niż się to komukolwiek marzyło. Jeśli osiągną emisje zerowe na 2050 to naukowcy przewidują, że globalna temperatura nie zwiększy się do 2 stopni C i może się ustabilizować na wzroście nie przekraczającym 1.5 stopnia C. Wówczas nie dosięgną globu najgorsze skutki zmian klimatycznych, które na pewno nastąpiłyby przy wzroście 2 stopni C. 

Ale nie wszystko jest takie proste. Ostatnio w Wielkiej Brytanii premier Johnson, który jeszcze 6 lat temu drwił z farm wiatrowych, pokłada wielkie ambicje (temat będzie podjęty na konferencji w Glasgowie) w nowej energii „niebieskego wodoru”, która stwarza zerowy dwutlenek jako paliwo dla pieców przemysłowych, pociągów czy ciężarówek. Niestety, produkcja tego wodoru wymaga masowego spożycia gazu ziemnego i pozostaje równie szkodliwa dla emisji dwutlenku, co ropa naftowa. Jak dotychczas, Johnson, poza deklaracjami, nie wykazał żadnej systematycznej mapy drogowej do wykonania zerowej emisji na rok 2050. Starmer, szef Partii Pracy, potępia go za zwłokę, ale też sam nie zaszedł wiele dalej od rządu, bo powstrzymują go zachowawcze związki zawodowe w sektorze energetycznym.

A Ziemia nie może już dłużej czekać. To jeden z najważniejszych momentów dla życia na tej kruchej planecie, bo jej i nasz los wisi na włosku. Nie musimy tylko czekać na rządy. Możemy jako konsumenci uprawiać recykling naszych towarów, jeść mniej wołowiny, lepiej izolować ściany i dachy w naszych mieszkaniach, mniej korzystać z samolotów, zamienić piece gazowe na elektryczne, czy pojazdy benzynowe na samochody elektryczne, lub inwestować więcej w transport publiczny. Możemy naszymi dotacjami wspierać liczne charytatywne organizacje informacyjne, które rozbudzają świadomość społeczeństw o kryzysach klimatycznych i zanikaniu w świecie wielu gatunków zwierząt. 

Dzięki upowszechnieniu tych informacji i raportów dochodzi do uświadomienia społeczeństw, budzi się aktywny konsument i elektorat naciskający na elity polityczne, gospodarcze i medialne, aby zamiast czczych deklaracji podejmowały konkretne działania i na szczycie uzgadniały kierunki ostatecznej międzyrządowej współpracy. Same decyzje takich państw jak Wielka Brytania, czy Francja, czy Włochy, czy Polska, nie wystarczą, bo każdy z nich obecnie dokłada zaledwie 1 procent do światowej emisji dwutlenku. Natomiast Chiny mają już wkład przerastający 29% światowej emisji, USA 14%, Indie 7%, Rosja 4%. Ich współudział w tych inicjatywach klimatycznych jest konieczny. Poza tym pamiętajmy, że dla wielu państw afrykańskich wzrost gospodarczy pozostaje priorytetem w pokonaniu nędzy i głodu ich ludności, a więc rolę kierowniczą w opanowaniu zmian klimatycznych muszą odegrać w pierwszym rzędzie państwa bardziej rozwinięte. Politycy i media będą wciągani w inne, zastępcze, problemy jak upadek Kabulu, czy wojna w Etiopii, czy powracająca groźba pandemii, czy rosnąca konkurencja handlowa Chin i Ameryki w trzecim świecie, ale naszym obowiązkiem jest przypominanie, że priorytetem pozostaje wciąż potencjalna katastrofa klimatyczna.  

Zagrożenia przed którymi stoimy są już bardzo poważne; dziś stawiają pod znakiem zapytania nasze przetrwanie. To nie jest coś, co można przeczekać. Ziemia potrzebuje silnego głosu, który się o nią upomni, gdy światowi przywódcy będą decydować o przyszłości. 

W walce o ocalenie świata nic nie jest pewne. Są tylko szanse i możliwości. Długie lata wspólnych marszów, protestów i rzecznictwa utorowały drogę do tego, co musimy zrobić teraz.. Indywidualnie, i na skali narodowej, będziemy zmuszeni dokonywać nadzwyczajnych zmian w naszym życiu codziennym. Jeśli chcemy ocalić planetę, bez rzeczy nadzwyczajnych się nie obędzie. A innej planety zastępczej, planety B, nie mamy. 

 

Wiktor Moszczyński                     Tydzień Polski      20 sierpień 2021

Tuesday, 3 August 2021

Powrót Donalda

 



Donald Tusk podjął decyzję powrotu do polityki krajowej. Po swoich sukcesach w Europie jako Przewodniczący Rady Ministrów w Unii Europejskiej, a potem jako prezes parlamentarzystów europejskich z ramienia partii ludowych, doszedł do przekonania że Ojczyzna, a przede wszystkim jego ukochana Platforma, jest w potrzebie. Wrócił do krajobrazu przyciemnionego przez ostatnie 6 lat ciężkimi chmurami monopolu władzy Zjednoczonej Prawicy i jej lidera Jarosława Kaczyńskiego.

Teren tej bitwy zdominowany był w ostatnich latach przez zmasowaną i świetnie zdyscyplinowaną armię PiSowców i ich sojuszników, obejmującą wzgórza sali sejmowej, i wspomaganą rojem kąsających nawiedzonych dręczycieli z medialnych wyżyn TVP i Radia Maryja. Zdarzały się sukcesy opozycji, choćby w wyborze znikomej większości w Senacie i świetnym, ale nie wystarczającym wysiłkiem Rafała Trzaskowskiego w zeszłorocznych wyborach prezydenckich, który przegrał tylko o pół procent głosów. No, ale przegrał. Nic więc dziwnego, że przez wiele lat opozycja była tak zdemoralizowana. 

Powrót Donalda Tuska miał być tym momentem, który odmieni fortunę polityczną. 3 lipca przejął przywództwo swojej partii i, w pasjonującym apelu, nawoływał do odzyskania wiary w możliwość zwycięstwa. Słuchałem tego nagrania z uznaniem, widząc gdzie jego polityczne doświadczenie i zdolność do natchnienia swoich sympatyków ujawnia się w ochoczej reakcji słuchaczy. Zapewnił, że „Platforma jest potrzebna, żeby wygrać walkę o władzę z PiSem”, w co już wielu członków partii przestało wierzyć. Mówił rzeczy oczywiste: o arogancji władzy do której ludzie już przywykli, o wykorzystaniu pandemii aby robić interesy, o przejmowaniu kontroli nad spółkami społecznymi przez rodziny PiSowskie, o odebraniu młodym pokoleniom nadziei na wspólną walkę przeciw zmianom klimatycznym, o osamotnieniu Polski w światowej dyplomacji, o bezkarnym wyborze nieodpowiednich osób na stanowiska państwowe, o rosnącej nietolerancji społecznej, o kontynuowaniu strategii anty demokratycznej i anty europejskiej Putina, mimo że PiS robi to, nie z miłości do Rosji, ale z powodu swoich własnych złych emocji i politycznej głupoty. Przypomniał, że nie ma w obecnym rządzie gigantów intelektualnych czy ludzi wielkiego pokroju; oni są po prostu„silni naszą słabością”. Ważność i trafność jego argumentów leżała, nie w tym że były oryginalne, ale że były odgrzewane i podane odbiorcom w odpowiednio gorącym pokrzepiającym sosie. Były ważne, bo były uwypuklone i wyliczone jako pozycje w jego akcie oskarżenia, w momencie gdy kontratak jego partii wobec PiSu się rozpoczyna.

Członkowie Platformy taki obraz sytuacji krajowej przyjęli entuzjastycznie. Ale poparcie dla Platformy w społeczeństwie było wciąż ambarasująco niskie. W połowie maja Komitet Obywatelski, w którym Platforma gra pierwsze skrzypce, miał poparcie tylko 17% w sondażach. KO znajdowało się o 8 procent w tyle za ruchem Szymona Hołowni, czyli  Polska 2050. W takim momencie Tusk nie czuł potrzeby rozliczenia się z grzechów własnej partii, czego mogłaby oczekiwać ta część elektoratu, pamiętająca jego rządy jako okres umów śmieciowych i niemal nieograniczonego kultu wolnego rynku. Daremnie w tekście Tuska szukałem oferty dla osób nie sprzyjających Platformie. Czym miał do siebie przyciągnąć zwolenników Hołowni, czy lewicy? Jaki był jego stosunek do, pominiętego w przemówieniu, Rafała Trzaskowskiego, który był obecny na Sali w czasie przemówienia? Trzaskowski  miał dotychczas na oku dużo szerszy mandat społeczny niż tylko elektorat Platformy. Czy to nie obawa że Trzaskowski może osłabić zdyscyplinowane szyki Platformy w imieniu nowej szerszej koalicji postsolidarnościowej, która ściągneła Tuska do objęcia kontroli partii w Polsce?  

W następnych tygodniach w sondażach można było odczuć efekt przyjazdu Tuska. Poparcie dla Platformy wzrosło szybko do 26%, a poparcie dla Polska 2050 opadło z 24% do 19%. Platforma uplasowała się na drugim miejscu po PiSie. Cóż z tego, skoro procent popsrcia dla PiSu nadal oscyluje w granicach 33-38%. Tusk i Hołownia wydzierają sobie nawzajem 5% elektoratu, a stosunek sił wobec innych partii na prawo i na lewo pozostaje ten sam (Konfederacja 9%, Lewica 7%, Ludowcy 3%). Wspólnie poparcie dla KO i Polska 2050 przewyższa poparcie dla PiSu, ale nie poparcie dla całej prawicy z potencjalnymi koalicjantami PiSu, jak prawicowa Konfederacja. Tylko przy współpracy z innymi partiami, jak np. z Lewicą, mógłby Tusk myśleć o wspólnej, bardziej skutecznej walce w opinii publicznej ze Zjednoczoną Prawicą. Ale nawet wtedy nie mają żadnej gwarancji zwycięstwa. Wszystkie partie opozycji musiałyby współpracować, aby znaleźć szansę na zwycięstwo, czego przedsmakiem w ubiegłych wyborach był ich sukces w opanowaniu Senatu przy pomocy niezależnych prezydentów miast. Ale do tej pory klucz do tej szerszej koalicji i szerszego mandatu społecznego miał Trzaskowski, a nie Tusk. Tusk musi się z nim ułożyć.

Niestety KO już wykazało w ostatnich wyborach prezydenckich, że ich interes nie zawsze jest zgodny z interesem Polski. Mając szansę ochronić, albo własny aparat partyjny przed zajęciem trzeciego miejsca, albo Polskę przed ponownym zwycięstwem PiSu i Andrzeja Dudy, KO wybrało tę pierwszą opcję. Zamieniło słabego kandydata, Małgorzatę Kidawa Błońską, na bardziej skutecznego Rafała Trzaskowskiego, tylko po to, aby ochronić partię przed klęską wyborczą i potencjalnym zwycięstwem Szymona Hołowni. W ten sposób zapewniło zwycięstwo Dudzie, bo nawet taki rasowy rumak wyborczy jak Trzaskowski, obarczony wciąż garbem Platformy, musiał przegrać w drugiej rundzie. Platforma musi się przynać przed wyborcami do swoich błędów i zapewnić poprawę.

Natomiast Jarosław Kaczyński, przekonany o słabości swoich przeciwników zarówno w Polsce, jak i w Brukseli, przygotowuje natarcie agresywne i wielostronne, które według jego obliczeń, zapewni mu zwycięstwo wyborcze w kluczowym momencie, nawet jeżeli tymczasowo może się zachwiać jego obecna koalicja sejmowa. Z jednej strony, prezentuje atrakcyjne oferty gospodarcze Nowego Ładu z których wszyscy mniej zamożni będą mogli skorzystać, a z drugiej, rozbudza napięcia społeczne w bezlitosnym szeregu ataków na wartości liberalne i na europejskie prawodawstwo.

Nowy Ład, przemieniony teraz w Polski Ład, jest częściowo, ambitnym 7-letni programem inwestycji i reform, kosztującym  przeszło 650 mld zł., obejmującym całokształt gospodarki, a częściowo jest próbą powtórzenia „cudu” 500plus, dającego społeczeństwu nadzieję nowych prezentów, a rządowi polityczne skutki szeroko ofiarowanej „kiełbasy wyborczej”. Polski Ład ofiaruje wszystkim wszystko, a więc dla przedsiębiorców ma być ulga na nowe inwestycje na giełdzie (IPO) i składka zdrowotna proporcjonalna do dochodu; dla rodzin jest nowy instrument finansowy dający więcej żłobków, dotacji czy mieszkań bez wkładu własnego; natomiast dla pracowników usunięto umowy śmieciowe, zapowiedziano wprowadzenie nowych progów podatkowych i 500 tys. miejsc pracy. Na semi-publicznych zebraniach dla zaproszonych, ministrowie wyliczają rytualnie, że pensje i emerytury wynoszące do 2800 zł. zostaną zwolnione z podatku, że 18 mln Polaków zyska na zmianach podatkowych, że zostaną podniesione nakłady na zdrowie, że rodziny będą miały jeszcze dodatkowe dochody, że każdy samorząd dostanie średnio po 90 mln zł na budowę nowych dróg, tabory autobusowe itd.

Dla przeciętnego obywatela są to atrakcyjne, bezbolesne oferty, ale już dużo mniej ekscytujące niż oryginalny 500plus, który zresztą znów jest wszystkim przypominany. Plan jest jednak politycznie skuteczny. Zniesienie limitów na wizyty u specjalistów popiera blisko 82 proc. badanych przez United Surveys, a także podwyżki wydatków na zdrowie do 7 proc. PKB poparło 77 proc. pytanych. Na wstępnym spotkaniu premier Morawiecki typowo ocenił Polski Ład: „Dziś, po z górą 300 latach, kiedy to inni zdecydowali o naszym losie, my możemy sami zdecydować o .... drodze, którą wybierzemy i Polski Ład jest właśnie taką propozycją....”

W konfrontacji z opozycją, Polski Ład to tylko tarcza. Natomiast mieczem pozostaje zapowiedź kontynuacji wojen „kulturowych” w Polsce i z zagranicą, o sądownictwo, o wolność prasy, o LGBT, o aborcję, o rolę kobiet, o suwerenność. Przeszło sto lat temu Roman Dmowski wydał książkę Myśli Nowoczesnego Polaka. Dzisiaj jego duchowy następca rozpowszechnia program dla Polski oparty na haśle „Myśli zakompleksionego Polaka”. Chodzi o wprowadzenie stanu wiecznego psychicznego zagrożenia ze strony wyznaczonego wroga osaczonej Polski.

Do tych wrogich szeregów Kaczyński zalicza oczywiście partie w opozycji, czyli, w jego nomenklaturze, „lewicę”, ale też niezależnych sędziów i naukowców, niezależną prasę, Polaków „gorszego sortu”, sympatyków LGBT, niezależnie myślące kobiety, nawet zdobywców zagranicznych nagród literackich czy kulturalnych. Rząd dokręca śrubę, deklarując że nie uznaje już zwierzchności europejskich trybunałów, przypomina na czym powinny opierać się „cnoty niewieście”, wprowadza zakaz lekcji o kulturze seksualnej w szkole, uszeregowuje prawnie o czym można pisać w historii Polski, zatwierdza decyzje Sądu Konstytucyjnego o niedopuszczalnośći aborcji w przypadku prawdopodobieństwa ciężkiego upośledzenia płodu. Nawet nie chodzi o to, że te decyzje są niesprawiedliwe, społecznie szkodliwe i świadczą o opóźnionym rozwoju w procesie cywilizacyjnym. Bardziej jeszcze uwiera to, że są podejmowane bez należytej konsultacji ze społeczeństwem, w atmosferze konfrontacji i często nawet histerii, a decydenci zachłystują się reakcją gniewu i rozpaczy swoich przeciwników. Pchając teraz ustawę o odebraniu koncesji TVN, która jest własnością amerykańską, Kaczyński doprowadza nawet do konfrontacji z Białym Domem. Inne jego inicjatywy grożą możliwością sankcji ze strony Uniii Europejskiej. Jak pijak zamroczony własną agresją, obecny rząd prowokuje wszystkich do bójki, bo chce wykazać że Polska stoi sama, silna i niezwyciężona.

Mimo, że czeka go poważna operacja na kolano, Kaczyński nie chce zejść ze sceny, bo nie chce wypuścić cugli z rąk. Liczy na to, że jego tradycyjny elektorat pochwali tę patriotyczną demonstrację unikalnej polskiej odmienności i odwagi cywilnej. To ta sama, nie licząca się z niczym, odwaga, która go pchała do wysłania brata do Smoleńska, a którą ma pokonywać swoich wrogów na fali patriotyzmu, tradycyjnych poglądów staropolskich, całego arsenału szczodrych świadczeń społecznych, i w oparciu o dogmatyzm kościelny. Będzie też rozgrywał jedną frakcję opozycji przeciwko drugiej. Na tym buduje podstawę do ewentualnego trzeciego zwycięstwa w następnych wyborach. Uważa, że przy dalszych jeszcze anty liberalnych występach, układ sił i teren bitwy będą już zabezpieczone, a termin bitwy on sam wyznaczy w momencie mu dogodnym.  

Kaczyński ma dalej przewagę, ale nie wyczuwa, że ekscentryczne jego wartości, i jego bliskiego  otoczenia, są już anachronizmem dla coraz szerszych kręgów Polaków, a szczególnie Polek, nawet tych na wsi. Tusk na to liczy. Z ciężko wypracowanym Polskim Ładem nie wojuje, bo i tak prawdopodobnie go z grubsza zaadoptuje, tak jak Torysi Churchilla przyjęli istnienie państwa opiekuńczego założonego przez Laburzystów. Dylematem Tuska jest jak ułożyć się z Szymonem Hołownią, z Lewicą, z PSL-em, z umiarkowaną hierarchią kościelną, i z ofertą dla miast prowincjonalnych, a nie tylko dla metropolii. Tusk wykazał już odpowiednią determinację do podjęcia walki z PiSem, ale musi teraz również pokazać swoje zdolności dyplomatyczne w budowaniu solidniejszej koalicji, i musi to robić razem z Trzaskowskim. Pół Polski, i znaczna część Europy, liczą na to.

 

Wiktor Moszczyński                          6 sierpień 2021     Tydzień Polski

Monday, 12 July 2021

Szlachetny Prokurator

 



Liczne damskie wielbicielki „Dziennika Bridget Jones” dobrze wiedzą o kogo chodzi. W swoim zabałaganionym życiu Bridget czuje namiętny pociąg do Marka Darcy, błyskotliwego, acz nieco aroganckiego i arcyważnego, ale  oczywiście przystojnego adwokata, który reprezentuje pozytywne wcielenie zatuszowanej lecz prawej miłości, kontrastującej z chwiejną, nieszczerą i powierzchowną grą miłosną jej szefa biura, Daniela Cleaver. Długi czas spekulowano kto, w życiu autorki Helen Fielding, mógł być prototypem przystojnego, odważnego adwokata, który stawał pro bono w obronie słabszych i bezbronnych ofiar wypaczeń w stępionej maszynerii sądownictwa. Najczęściej, wśród frywolnych plotek na temat rzekomego pierwowzoru szlachetnego Marka, padało nazwisko odważnego MODEGO obrońcy, a potem przyszłego głównego prokuratora Anglii, niejakiego Keira Starmera.       
     Obecnie Keir Starmer, z pochodzenia syn skromnie zarabiającego rzemieślnika, lecz uszlachcony przez Królową za swoją błyskotliwą karierę w sądownictwie, odgrywa inna rolę. Jest szefem opozycji. Czuł powołanie aby przejść do polityki. Chciał w ten sposób  wprowadzić te reformy w sądownictwie i ożywić te ociężałe organy sprawiedliwości, których nie mógł zmienić, pełniąc tylko rolę generalnego prokuratora. Najpierw Sir Keir był skromnym lokatorem tylnych ławek izby poselskiej („backbencher”), ale wnet wybił się jako rzecznik Partii Pracy w sprawie Brexitu, gdzie wykorzystywał swój talent jako wnikliwy badacz skomplikowanych paragrafów i zapisów traktatowych, którymi nęcił systematycznie wszystkich kolejnych ministrów odpowiedzialnych za katastrofalny bałagan i amatorstwo w prowadzeniu negocjacji rozwodowych z Europą. Ówczesny lider Partii Pracy, Jeremy Corbyn, nie był wcale entuzjastycznym zwolennikiem pozostania w Unii, wobec czego Starmer przejął lejce głównego tępiciela Brexitu i stał się zapamiętałym propagatorem ponownego referendum, aby uzyskać potwierdzenie ostatecznej decyzji wyjścia czy pozostania w Unii.   
        Członkowie Partii entuzjastycznie poparli  jego kierunek działania. Z takim hasłem Labour wystąpiła w wyborach parlamentarnych w grudniu 2019, w którym poniosła dotkliwą klęskę. Choć większość członków Partii było za pozostaniem w Unii, okazało się że znaczna część tradycyjnego elektoratu Partii Pracy na północy i w Midlandach wolała jednak Europę opuścić. W czasie referendum w roku 2016 ich antyimigracyjne obawy były głównym motorem decyzji Brytyjczyków aby wyjść z Unii. Nie pomogło też, że lider partii, Corbyn, już wcześniej stracił zaufanie lwiej części elektoratu w wyniku swoich radykalnych reform gospodarczych i braku należytej dumy narodowej. Klęska, która dała konserwatystom taką ogromną przewagę w Izbie Gmin i doprowadziła do rezygnacji Corbyna z roli przywódcy Partii Pracy, była również przegraną dla całej dotychczasowej polityki Keir Starmera.
        Podtrzymany przez swoich zdeterminowanych zwolenników, Starmer zgodził sie stanąć w szranki kandydatów na przywódcę opozycji. W tym momencie Labour posiadała tylko 197 posłów w parlamencie, najniższą liczbę od wyborów roku 1935. W Szkocji, gdzie kiedyś dominowała, miała  tylko jednego posła, a straciła niemal 50 posłów w północnej i centralnej Anglii. Sir Keir Starmer rzeczywiście wygrał przywództwo z łatwością. Był strawny dla lewicy partyjnej jako lojalny Corbynowi dotychczasowy członek gabinetu cieni, a dla centrum i prawicy partii jako utalentowany dyskutant, wybitnie inteligentny zwolennik bliższych stosunków z Unią Europejską. Był rzeczywiście przeciwieństwem swojego poprzednika i to szybko ujawnił, gdy wykazał błyskotliwą przewagę nad nowym premierem w argumentacji i w opanowaniu materiałów źródłowych i statystyk, którymi nowy rząd musiał kierować państwem z dnia na dzień. Ale jego elokwencja kamuflowała jego piętę Achillesa, bo, aby odzyskać poparcie tych tradycyjnie labourzystowskich północnych okręgów wyborczych, które jego partia straciła w znacznym stopniu w wyniku właśnie jego proeuropejskiej polityki, Starmer nie mógł powołać się na swój poprzedni entuzjazm za pozostaniem w Europie.
        Mógł się posługiwać ujawnianiem braku kompetencji rządu, mógł krytykować oportunistyczne wybryki premiera Johnsona, mógł pozbywać się antysemickich elementów w kierownictwie własnej partii, ale nie mógł uderzyć w rząd za jego katastrofalną umowę wyjściową z Unii. Niestety decyzja ta była już nieodwołalna, a znaczna część byłego robotniczego elektoratu Partii Pracy ten kierunek rządu akurat popierała. To, co jego i jego osobistych zwolenników najbardziej poniosło, czyli Brexit, było teraz dla niego tematem tabu. Mógł mówić o czymkolwiek, tylko nie o stosunkach z Europą.  Mógł strzelać z boku w różne ujemne szczegóły wynikające z tej umowy, ale nie mógł prowadzić otwartego natarcia. Nie mógł również polegać na tradycyjnej wojnie ideologicznej między wolnorynkowym nurtem konserwatystów, szukających drogi do ograniczenia wydatków społecznych na każdym kroku, a pro społeczną filozofią laburzystów, z hasłami wzmocnienia służby zdrowia i państwa opiekuńczego. Dlaczego? Bo premier Johnson łączył hasła nacjonalistyczne z hasłami „równania w górę” poziomu życia klas robotniczych w Midlandach i północnej Anglii, używając do tego haseł zwiększonych inwestycji infrastrukturalnych, jak koleje, i interwencji państwowej w gospodarce. Partia konserwatywna za Johnsona stała się hybrydą lewicowych inicjatyw na prawicowym tle. Normalnie takie inicjatywy były częścią ofensywy politycznej Partii Pracy. W tej sytuacji Starmer mógł tylko zdefiniować co jego partia nie reprezentowała, ale nie co reprezentowała. Miał tu bardzo słabe karty do rozegrania.
        Z początku pomogła mu pandemia. Rząd Johnsona popełniał błąd za błędem. Gdy inne kraje już w lutym kontrolowały granice i zamykały stadiony i teatry, Johnson zwlekał. Nie przybywał na spotkania Cobry, czyli komitetu do spraw kryzysów wyjątkowych, zajmującego się pierwszą reakcją na pandemię. Gdy w końcu wprowadził niezmiernie drogi system testowania i śledzenia wyników zachorowań, tzw. Test and Trace, to system ten szwankował pod każdym względem. Kontrakty z firmami prywatnymi w związku z walką z epidemią przekazywano wyłącznie znajomym. Johnson nie mógł dopilnować zachowania najbliższych doradców i ministrȯw, gdy systematycznie łamali przepisy. Pod koniec roku 2020, Wielka Brytania miała większą ilość śmiertelnych ofiar covidu niż jakikolwiek inny kraj europejski. Poza ofiarami covidu w domach starców, najbardziej poszkodowane były dzieci przy stałym zamykaniu i otwieraniu szkół. Starmer precyzyjnie ujawniał błędy i kumoterstwo partii rządzącej, celnie wyliczał każde ich złe posunięcie, operował statystykami jak karabin maszynowy, celując pociski w kierunku zdezorientowanego premiera. Problem leżał w tym, że przepisy pandemii nie dawały mu odpowiedniej platformy; bo, i parlament i wszelkie instytucje, i coroczne konferencje partyjne, prowadzono zdalnie. Musiał przemawiać do pustej sali. Brakowało tej gorączkowej atmosfery do której społeczeństwo przywykło, oglądając, na przykład, sceny ożywionych debat w parlamencie. Mimo tego interwencje nowego szefa opozycji dawały się we znaki rządowi i przyjęte były z umiarkowanym uznaniem w sondażach publicznych. 
        Aż tu nagle coś się w końcu rządowi udało. Najpierw skuteczne ratowanie gospodarki przez zabezpieczenie etatów pracowników nieczynnych sklepów, hoteli i fabryk, i zawieszenie spłacenia długów bankowych i kredytów hipotecznych. Partia Pracy mogła tylko tym inicjatywom przyklasnąć. Ponadto od grudnia ubiegłego roku poszła w ruch wielka akcja masowego szczepienia obejmująca coraz większe szeregi brytyjskiego społeczeństwa. Johnson tym razem podjął ryzyko, które okazało się skuteczne. Zaowocowało opadem w ilości zakażeń i hospitalizacji, i to o dużo wcześniej niż w innych krajach europejskich. Poza tym  służba zdrowia kierowała tą akcją z wyjątkową sprawnością. Johnson zaczął już zapowiadać w jakiej kolejności będzie łagodził restrykcje antycovidowe. Ta świetna okoliczność dla całego Zjednoczonego Królestwa, okazała się fatalna dla popularności Starmera. Nikt już nie chciał słuchać jego systematycznych wywodów i skomplikowanych statystyk,  bo większość podzielała optymizm premiera Johnsona co do pokonania pandemii. Starmer był zdany na konfrontację opartą o raz bardziej o mało skuteczną wojnę „kulturową”, wywołaną przez Johnsona i prawicowe brukowce, a dotyczącą domniemanych ekscesów w propagowaniu politycznej poprawności przez liberalne środowiska.
        Jako prototyp szlachetnego, lecz mało skutecznego, amanta z powieści, Starmer stał się w rzeczywistości prototypem szlachetnego, ale mało skutecznego polityka. Bardziej niż zakamuflowany wizerunek Keira, elektoratowi pasował wyrazisty oportunistyczny Boris, który jest znowu prototypem politycznym Daniela z powieści. Czarujący hazardzista, pełen obietnic lepszego jutra i poprawy, dla którego niedotrzymanie słowa jest chlebem powszednim. Ojciec nie wiadomo ilu dzieci, który, gdy jest przyparty do muru, oszukuje, kłamie, drwi i bulgocze jak indyk, otaczając się patriotyczną flagą, aby pokryć swoje błędy i obłudę. „Kłamie tak rażąco, tak naturalnie, tak regularnie”, twierdzi jego były doradca Dominic Cummings. A jednak znaczna część społeczeństwa brytyjskiego miała do niego większe zaufanie, niż do dokładnego, liczącego się z każdym słowem, Starmera. W uzupełniających wyborach parlamentarnych na wiosnę, w okręgach w Hartlepool i w Amersham, Partia Pracy doznała dotkliwej klęski. Starmerowi groziły wówczas konspiracje lewicowych działaczy podważających jego autorytet przywódczy. W końcu, on i jego partia ledwo utrzymali się w uzupełniających wyborach 1 go lipca w tradycyjnie laburzystowskim Batley and Spen.   
        Ale, jak wiemy, polityka kołem się toczy. Johnson poszedł na następny ryzykowny krok, proponując na 19 lipca zniesienie wszelkich restrykcji regulujących walkę z pandemią, łącznie z usunięciem nakazu masek i zdystansowania się w zamkniętych miejscach publicznych, mimo że w tym czasie dramatycznie rozszerza się stan zagrożenia wirusem i przewiduje się aż 2 miliony zakażeń covidem na sierpień. Starmer potępił tę decyzję jednoznacznie, domagając się utrzymania masek i kompensacji dla osób zmuszonych do izolacji prewencyjnej. Keir Starmer przechodzi wreszcie na ofensywę. Liczy na to, że przy powrocie do publicznych spotkań i konferencji stacjonarnych, a nie zdalnych, będzie mógł łatwiej trafić do świadomości elektoratu w momencie dla rządu bardziej chwiejnym, kiedy muszą ukierunkować wyprowadzenie państwa z kleszczy pandemii. Keir Starmer ma szansę wykorzystać okres następnych miesięcy aby ponownie przedstawić się społeczeństwu. Domaga się przestawienia priorytetów w polityce gospodarczej w kierunku faworyzowania produktów i usług pochodzących z Wielkiej Brytanii. Wiemy, że planuje atak na tzw. zerowe kontrakty pracy i na stały spadek efektywności w walce z przestępczością. Musi tym razem ukazać się jako innowator, jako autor śmiałych nowych projektów, np. dla rozruszania przemysłu, transportu i hotelarstwa okaleczonego przez pandemię, dla nasycenia potrzeb na dostępnie tanie mieszkania, dla nadrobienia strat w edukacji dla dzieci w szkole, dla osłabienia secesyjnych nastrojów Szkocji, i dla wynegocjowania sensownej umowy handlowej z Unią Europejską, tym samym rozwiązując obecne groźne zaburzenia w Północnej Irlandii. W ten sposób ma szansę przejąć wreszcie inicjatywę w narracji politycznej tego kraju.
        Co raz więcej wyborcȯw uważa że może nadchodzi czas, aby osoba, bardziej poważna i uczciwa, mogła przejąć pałeczkę władzy i stanąć za pulpitem w domu pod numerem 10. 

 

Wiktor Moszczyński                     Tydzień Polski    16 lipiec 2021

Wednesday, 16 June 2021

Upiory Przeszłości

 




W czasie mojej pierwszy wizyty w Polsce, jeszcze jako student w 1966 roku, usłyszałem  przypadkowo następujące słowa na przystanku autobusowym „Hitler to był straszny człowiek, ale przynajmniej załatwił dla nas sprawę żydowską,” Te słowa mroziły krew w moich żyłach. Było to moje pierwsze zderzenie z antyżydowską patologią która wybuchła 2 lata później w osławionej kampanii antysyjonistycznej kierowanej przez komunistyczne władze.

Moje wychowanie patriotyczne na łonie harcerstwa i domu rodzinnego w Londynie zupełnie nie przygotowało mnie na takie stwierdzenie. Tu w Anglii, w szeregach powojennej emigracji niepodległościowej, nie odczuwałem tych negatywnych nastrojów. Myślę że wynikało to, częściowo z solidarności powojskowej gdzie każdy żołnierz we wspólnej walce o Polskę mógł polegać na swoich kolegach, niezależnie od ich pochodzenia czy poglądów, a częściowo, z otoczenia brytyjskiego środowiska gdzie stosunki z Żydami miały już zupełnie inny charakter niż w Polsce. Poza świadomością o zagładzie Żydów w obozach śmierci w Polsce, na temat żydowski nie mówiło się wiele. Dlatego nasze pokolenie przyjmowało na dobrą monetę zasadę że w Polsce „nie było anty-semityzmu”. To się okazało jednak naiwnością.

Teraz już wiemy że było dużo więcej różnorodności w nastrojach wobec Żydów w przedwojennej i powojennej Polsce, i dowiedzieliśmy się o głębokim zakorzenionym antysemityzmie w pewnych warstwach społeczeństwa, a szczególnie wśród wiejskich parafii, i również w kręgach akademickich. Wiemy o bojkocie żydowskich sklepów, o zabronionych ławkach dla studentów żydowskich i o kontrowersyjnej uchwale Sejmu z roku 1938 o woluntarystycznej repatriacji wszystkich Żydów z Polski. Nastroje antyżydowskie były szerokie, ale nie były powszechne, i wielu wybitnych Polaków przeciwstawiało się temu antysemityzmowi w swoim środowisku.

Wiemy że w czasie wojny wiele polskich rodzin z wielkim ryzykiem osobistym przechowywało Żydów, że AK posiadało swój unikalną organizację Żegota która organizowała ochronę i ucieczki dla tysiące Żydów, że polskie sądy podziemne skazywały szmalcowników zdradzających Żydów na karę śmierci, i że polski rząd londyński niemal jedyny trąbił na cały świat prawdę o zagładzie Żydów. Ale wiadomo teraz że nie wszyscy Polacy w czasie wojny byli aniołami czy bohaterami. Zresztą każdy kraj ma nie tylko aniołów czy bohaterów; ma również swoich obojętnych i swoich tchórzy i zbrodniarzy. Polska nie była inna. Teraz rozumiemy psychologiczne skutki tego że po klęsce wrześniowej zaczął się okres upokorzeń i terroru dla Polaków, kiedy legalny rząd nie urzędował już na terytorium Polski.  Autorytet władz podziemnych był o dużo słabszy na wsi, a nauka kościoła o miłości bliźniego nie zawsze obowiązywała. W obliczu terroru narzuconego przez siejącego nienawiść okupanta, panowała na polskiej wsi względna samowola, raz gorsza, raz lepsza, gdzie indywidualni chłopi lub całe wioski, często już zdeprawowane tym nieustającym wielkim strachem i walką o byt, radziły jak mogły walcząc o utrzymanie swojego świata nacechowanego nędzą i głodem. 

A kontakt z uciekinierami żydowskimi to właśnie nie był ich świat. To byli obcy. Dla wielu pobożnych chłopów to byli ci co zabili Chrystusa. Dla biedoty wiejskiej to byli ci którzy zmonopolizowali wiejskie sklepy czy administrowali majątki ziemskie, a teraz zjawiali się głodni uciekając z miejskich gett,  gdzieniegdzie rabując aby żyć. Posiadając taki balast uprzedzeń, trudno się nie dziwić że w tych głuchych lasach kontakt polskich chłopów z żydowskimi uchodźcami czasem kończył się brakiem tej chrześcijańskiej miłości bliźniego. Ale uprzedzenie nie oznacza od razu popełnienie zbrodni.

W ostatnich 20 lat wydano szereg książek które starały się ocenić ten mroczny okres naszej historii. Były książki oskarżycielskie które równały zachowanie Polaków z współudziałem w Holocauscie; inne starały się nas wybielić, wykazując że niemal każda zbrodnia przeciwko Żydom wynikała wyłącznie z nakazu  hitlerowskiego okupanta. Te ostatnie uzyskiwały imprimatur Instytutu Pamięci Narodowej który, zupełnie niepotrzebnie, wprowadził element nacisku prawnego aby zachować rzekomą patriotyczną poprawność narracji historycznej. Rzetelni naukowcy starali się sterować swoje poszukiwania pomiędzy tymi dwoma obozami szukając prawdy w świadomości że ich wysiłki nie zawsze będą doceniane przez wszystkich Polaków. Nie powinno się pisać historii kierując się tylko agendą tworzenia albo mitu zbiorowej przestępczości narodu albo mitu zupełnej jego niewinności.

Z tym nastawieniem przeczytałem ostatnio książkę wydaną w tym roku po angielsku „The August Trials – The Holocaust and Postwar Justice in Poland”, autorstwa Andrew Kornbluth. Czułem się zmuszony do tego gdy przeczytałem pochwalną recenzję w londyńskim „Jewish Chronicle”, w której oceniano polskie społeczeństwo jako niezależnych współautorów Holocaustu którzy przeprowadzali zorganizowaną czystkę etniczną Żydów, niezależnie od Niemców, i że to rzekomo rozpoczęli już w 1935 roku! Czy naprawdę nie widzieli inwazję Polski przez Rzeszę Niemiecką w roku 1939 jako ważną cezurę w tej błędnej narracji? Napisałem spokojny ale stanowczy list do redakcji pisma wyjaśniając te bzdury, ale niestety nie został wydrukowany.

Chciałem sprawdzić czy recenzja słusznie oddała duch książki. Wiedziałem że autor zagłębił się w protokołach najpierw Sądów Specjalnych które powstały w sierpniu 1944 roku w Lublinie, a potem w zapisach Sądów Apelacyjnych i Sądów Okręgowych które trwały do 1956 roku. Sądy te działały na podstawie dekretu o wymiarze kary stworzonej dla „hitlerowsko-faszystowskich zbrodniarzy”, nieco później złagodzonego, w którym na początku niemal każdy przykład współpracy miał być karany w sposób drakoński, czyli dosłownie karą śmierci. Autor ocenia że ten dekret powstał z chęci uzyskania społecznej aprobaty dla narzuconych władz sowieckich i dlatego te specjalne sądy powołały dla wierzytelności autentycznych przedwojennych sędziów i prokuratorów. Okazuje się że wielu z tych sędziów było nawet antykomunistami, którzy jednak czuli obowiązek udziału w procesach autentycznych zbrodni używając legalne procedury przedwojenne. Odróżnia to zjawisko od sądów kapturowych które wprowadziła bezpieka do torturowania i likwidacji zbrojnego podziemia i powojennej opozycji. Te sądy specjalne miały z początku wielki poparcie w społeczeństwie, szczególnie przy skazaniu głównych zbrodniarzy niemieckich i jawnych zdrajców odpowiedzialnych za masowe zbrodnie popełnione przeciw Polakom. W pierwszych trzech latach sądów specjalnych złożono 55 tysięcy skarg ale wydano tylko 3,954 wyroków, z których 721 było wyrokami śmierci, a w następnych dwóch latach do 1949 w sądach okręgowych było 4052 wyroków, a w tym 559 wyroków śmierc.

Autora najbardziej interesują szczegóły rozpraw  dotyczących zbrodni popełnionych przez Polaków wobec Żydów. Ale wśród zbrodni wyłącznie przeciw Żydom wypadło w tym okresie tylko 213 rozpraw i 110 wyroków. Wyroków śmierci było 20. Szczegóły podane w tych sądach brzmią autentycznie. W większości oskarżeni nie zaprzeczają że takie zbrodnie miały miejsce. Czasem odwoływali poprzednie zeznania rzekomo wymuszone przez pobicia przez milicję czy bezpiekę. Bronią się dla przykładu tym że to nie oni, ale że ktoś inny w wiosce wykonywał zbrodnię; że nie wiedzieli że, wydając Żydów Policji Granatowej czy Niemcom, skazują ich na śmierć; żę złapano Żydów, najczęściej dzieci, na rabunku (np. marchewek), a więc jakby zwalczali przestępstwa; a najczęściej że sami sprawcy mają duże zasługi jako byli uczestnicy Powstania Śląskiego, czy obrony Warszawy, czy nawet jako członkowie powojennej Milicji Obywatelskiej. Ten ostatni argument szczególnie trafiał do sędziów jako uzasadnienie złagodzenia kary np. od dziesięciu lat więzienia do trzech, lub w ogóle do uniewinnienia. Sądy na ogół wykazywały banalność powodów tych zbrodni, które jednak zawsze kończyły się zabójstwem Żyda, ale poszczególne sprawy świadczyły też o wyjątkowym sadyzmie poszczególnych sprawców. Kornbluth przypomina że żydowskich świadków wydania czy zabicia Żydów było mało i że sami wieśniacy kryli się nawzajem, rozpraszając winę za poszczególne zbrodnie na całą wioskę.

Szczegóły poszczególnych spraw brzmią przekonywująco, ale były to informacje wybiórcze. Nie można oceniać społeczeństwo wyłącznie na obserwacjach poczynań w salach sądowych. Lecz  na podstawie tych poszczególnych świadectw, Kornbluth wysunął tezę że polscy chłopi wykonywali masową zagładę („crowdsourcing genocide”) tych Żydów którzy uniknęli zagłady z rąk niemieckich. Tłumaczy to nie jako kolaborację z okupantem, ale jako ich polski patriotyzm! Nawiązuje do przedwojennego antysemityzmu w Polsce jako okresu wstępnego do wykonania tej zagłady. Nic takiego nie udowodnił i okazał się jednym z tych historyków żydowskich którzy przekręcają fakty aby oczerniać cały naród polski. Zaprzecza sam siebie bo przyznaje że te morderstwa które nastąpiły były nakazane czy zachęcane przez okupantów niemieckich i umożliwione przez mechanizm administracyjny aparatu terroru wprowadzonego przez Niemców. Indywidualni chłopi, czy osiedla wiejskie, mogły wykazywać większą czy mniejszą inicjatywę w tropieniu Żydów, ale trudny mieli wybór moralny bo, nie wykonując takich zadań, narażali swoją wioskę czy rodzinę na pacyfikację odwetową. Niezabijanie Żydów na których się trafiło w lesie, a przechowywanie ich, było aktem ogromnej odwagi osobistej na wskutek którego wielu rodzin polskich po prostu ginęło. Mimo podejrzliwości i uprzedzeń chłopstwa polskiego wobec Żydów, zarówno z powodów religijnych, jak i klasowych, i mimo wyraźnych dość szerokich zapisanych przykładów poszczególnych zbrodni na różnych terenach okupowanej Polski, tu nie było żadnego polskiego zorganizowanego planu zagłady i żadnego mechanizmu na skali krajowej czy wojewódzkiej aby takie masowe czystki przeprowadzić. Nie można tego porównywać na przykład do zorganizowanych czystek Polaków przez UPA na Wołyniu.

Autor w swoich analizach antysemityzmu w Polsce nie podaje całokształtu wojennych losów Żydów w Polsce i nie bierze pod uwagę ogromnego wysiłku znacznej części społeczeństwa w zorganizowanym ratowaniu Żydów, wymagającym nadzwyczajnej odwagi i poświęcenia. W końcu bez inwazji niemieckiej nie byłoby w ogóle holocaustu. Profesor Grzegorz Berendt ocenia że przeszło 50 tysięcy Żydów ocalało wojnę „po aryjskiej stronie” na terenie Polski, z czego znaczna część wynikała z pomocy polskich rodzin, zarówno w miastach, jak i na wsi.

Powinnyśmy patrzeć prawdzie w oczy. Naród polski mógł w czasie tego samego konfliktu zaliczyć w swoich szeregach zarówno osoby wykazujące prawość i waleczność, jak i zbrodniarzy i nikczemników. Wielki naród powinien jednak stanąć na straży prawdy, przyjąć istnienie zarówno blasków i cieni w swojej historii, i protestować przeciwko tym którzy zniekształcają naszą historię dla swojej własnej politycznej agendy.    

 

Wiktor Moszczyński   

18 czerwiec 2021  Tydzien Polski



Wednesday, 26 May 2021

Rozbitkowie Brexitu

 



Giuseppe Pichierri, włoski konsultant NHS od 15 lat, stał ze swoją czteroletnią córeczką, uzbrojoną w baloniki i kartkę powitalną, na londyńskim lotnisku Heathrow, oczekując radosnego przyjazdu jego ulubionej 24-letniej siostrzenicy Marty. Długo czekali i córka już niecierpliwiła się. Czekali do wieczora, ale Marta nie zjawiła się i nie zostawiła żadnego zawiadomienia. Biuro informacyjne nie mogło nic wyjaśnić. Wrócił z zapłakaną córeczką, ale już bez baloników, do domu. W połowie nocy telefon. Zawiadomiono go że Marta została zatrzymana przy kontroli paszportowej i przeniesiona w kajdankach do obozu dla uchodźców w Colnbrook. Ma być wydalona z kraju. Następnego dnia udało mu się ją odwiedzić. Zapłakana z kolei siostrzenica była przerażona bo myślała że przebywa w więzieniu, co może i nie tak dalekie było od prawdy.

Zaraz tego samego dnia odesłano ją z powrotem do Włoch ze stemplem w paszporcie że była wydalona z kraju. Okazało się że w swoim liście zapraszającym pan Pichierri napisał że w czasie swojego pobytu w Londynie będzie mogła poprawić swoją angielszczyznę i pomóc jego żonie w opiece nad jego trzema młodziutkimi dziećmi. Brzmiało to jak oferta pracy au pair. To wystarczyło jako powód zatrzymania jej. Marta powiedziała że postara się wrócić do Wielkiej Brytanii za parę tygodni, ale szanse jej powrotu do Londynu, po takim ostemplowaniu jej paszportu, są nikłe.

Pewna młoda Hiszpanka z Walencji, zatrzymana została w Gatwick gdy przyjechała w zeszły czwartek aby sprawdzić rynek pracy. Kiedy odmówiono jej przyjazd zaoferowała zapłacić za natychmiastowy bilet powrotny. Ale urzędnicy Border Force odmówili i odesłali ją do obozu internowania w Yarlswood. Obecnie panuje tam pandemia, więc wszystkich internowanych pozostawiono w izolacji w swoich celach. Była tam 3 dni. Po interwencji prasy pozwolono jej odbyć kwarantannę u swojej siostry pod Londynem, ale paszport jej zatrzymali.

Inna Hiszpanka, tym razem z Bilbao, planowała znaleźć pracę, potem wrócić do Hiszpanii i zgodnie z nowym prawem, tam złożyć aplikację o pracę. Planowała ostatecznie wrócić ponownie po otrzymaniu stanowiska. Odmówiono jej wjazd do Anglii. Wysłano, jak poprzednim wypadku w kajdankach, do  obozu na parę dni a potem spowrotem odesłano ją do Hiszpanii, mimo że miała tu adres pobytu u krewnej. W tym samym dniu, Czeszkę która przyjechała przez Londyn w drodze powrotnej do Pragi z Meksyku, ale która chciała tu pozostać na parę dni aby zahaczyć o przyszłą pracę, nie tylko nie wpuścili, ale nie pozwolili jej jechać dalej do Czech. Wsadzili ją na następny samolot do Meksyku, zadowoleni że się jej prawnie pozbyli.

W każdym takim wypadku mamy przykład młodych Europejczyków, nie zorientowanych jeszcze w pełni do jakiego stopnia Wielka Brytania zmienił się od 1go stycznia br. Obywatele unijni przyjeżdżzający w poszukiwaniu pracy ląduje w obozach odosobnienia dla imigrantów, nawet jeśli mają zaproszenie na spotkanie z firmą brytyjską. Według nowych przepisów, osoby które chcą tu pracować muszą złożyć podanie o wizę zza granicy. Regulaminy Home Office nie zezwalają na przyjazdy na rozmowy kwalifikacyjne  Obywatele unijni nie mogą już też ubiegać się o bezpłatne staże w instytucjach brytyjskich.

Dotychczas epidemia kamuflowała zmiany w przepisach o potrzebie wizy wjazdowej aby podejmować tu pracę. Z powodu restrykcji przeciw zakażeniom była mało lotów. Teraz mgła covida powoli ulatnia się, i nagle ukazuje się nowy surowy krajobraz post-brexitowy. Problem leżał nie tylko w surowości nowych przepisów, ale był uzupełniony oprawą złośliwości z którą brytyjskie służby graniczne wykonywały polecenia ministrów. Ambasadorowie unijni i europosłowie z różnych narodowości składali skargi do Komisji Europejskiej lub bezpośrednio do brytyjskich ministerstw, ale daremnie apelowano o humanitarne traktowanie nieświadomych „przestępców”.

W zeszłym tygodniu komisarz unijny Maros Sefcovic, który jest współprzewodniczącym (wraz z ministrem Michael Gove), post-brexitowej brytyjsko-unijnej rady partnerskiej, oświadczył europarlamentarzystom że może zaskarżyć sądownie te i podobne traktowanie obywateli unijnych na granicy brytyjskiej.  Brytyjczycy odpowiadali że nowe przepisy są klarowne i dostępne na internecie a uzasadniali kajdanki i internowanie w obozach obecnym brakiem lotów powrotnych i przepisami anty-covidowymi.

Te osoby nie są jedynymi ofiarami nowych przepisów. Polskie organizacje zajmujące się opieką na Polakami w potrzebie obawiają się że dość znaczna ilość Polaków wyjechała w zeszłym roku do Polski u szczytu pandemii, licząc na to że przetrwa kryzys covidowy w połączeniu ze swoją rodziną w rodzinnym mieście. Wielu z nich nie miało jeszcze załatwionych podań o stan osiedlenia ale liczyli na to że wrócą tu przed terminem 30 czerwca aby załatwić podanie. Czeka ich ciężki zawód. Podanie trzeba było złożyć przed wyjazdem. Teraz mogą nawet nie być wpuszczeni na teren Wielkiej Brytanii aby złożyć podanie i odzyskać poprzednią pracę.

Równie ciężka będzie sytuacja wszystkich w Wielkiej Brytanii którzy dopiero teraz starają się złożyć to podanie. Trzeba pamiętać że mieli na to juź przeszło dwa lata. Od 28go sierpnia 2018 do 31 grudnia 2020 zarejestrowało  się 4,916 milionów obywateli unijnych, a w tym 911,240 obywateli polskich. 52% obywateli unijnych składających wniosek uzyskało status osiedlony (settled status), a 44% status tymczasowo rozstrzygnięty (presettled status). Pozostałe podania były odrzucone, lub unieważnione. Jescze 320 tysięcy czeka na wynik podania, i są poważne obawy że Home Office po prostu nie zdąży je załatwić na czas. Te osoby mogą znaleźć się po 30 czerwca bez prawa pracy, prawa posiadania tu konta bankowe, dostępu do zapomogi i usług społecznych i do darmowego korzystania ze służby zdrowia, i prawa do nauki w wyższej uczelni, dopóki nie uzyskają statusu osiedlenia. Mogą nawet stracić obecną pracę lub mieszkanie. bo nie będą mogli udowodnić że mają prawo tu przebywać.

W jeszcze gorszej sytuacji mogą znaleźć się ci którzy dopiero teraz składają podania. Spóźniali się w podaniu na settled status bo nie mają odpowiedniej dokumentacji, nie mieszkają w Londynie, nie czytają gazet, ani polskich ani brytyjskich. Agencje jak East European Research Centre mówią że „linia telefoniczna jest wiecznie gorąca” i że nie zmniejsza się ilość składających. „Tak będzie do końca czerwca,” zapowiadają. Wiele z tych spraw są wyjątkowo trudnych bo podający nie mają kompletu dokumentów ani pisemnego świadectwa swojego pobytu w UK, choćby dlatego że byli bezdomni i bezrobotni. Ich sprawy mogą potrzebować porady prawników. Zresztą jest to też wyścig nie tylko z czasem, ale i z pościgem. Liczba deportowanych Polaków rosła od roku 2001 kiedy było 302 przypadków, do 951 w roku 2015, a w 2020 jeszcze 600. Główne przewinienia – przemoc domowa, rozboje po pijanemu, użycie noża, posiadanie czy handel narkotykami, przestępstwa na tle seksualnym, ale też brak stałego mieszkania. Aby omijać łapanek deportacyjnych z Home Office starają się teraz zalegalizować swój pobyt statusem osiedlonego. Nawet gdyby uzyskali cudem nowy status gwarantujący im prawo pobytu to wciąż zabraknie świadectwa pisemnego który to potwierdza, bo wielu z tych osób nie posiada nawet własnych komórek, gdzie jedynie można ten status zarejestrować.

Do tego dochodzi los dzieci w sierocińcach, czy pod opieką władz lokalnych. Pisała o nich wcześniej na łamach Tygodnia Polskiego, Julita Kin. Przeszło 3690 dzieci obywateli unijnych których wzięto pod opiekę społeczną mogą wyrosnąć na „nieudokumentowanych” dorosłych bez prawa pracy czy prawa zamieszkania. Według Children’s Society, tylko 39% tych dzieci miało dokumenty potwierdzające prawo pobytu, złożone przez swoje lokalne samorządy, a 61% pozostaje w stanie niejasnym. Mogą nawet być deportowani po 30 czerwca. Organizacja domaga się aby Home Office zareagował pozytywnie na ich podania, a rady miejskie przyspieszyły składania tych podań. Wielu z tych dzieci przeżyło stresujące momenty w ich życiu, szczególnie w momencie odebrania ich rodzicom. Bez odpowiedniej dokumentacji, ich los może być jeszcze cięższy. Te problemy można zrozumieć ale okazuje że wiele dzieci z tradycyjnych rodzin, w tym również polskich, nie mają załatwionych paszportów ani polskich, ani brytyjskich, mimo że najczęściej mają prawo do obydwu. Ich los po 30 czerwca też może być niepewny, szczególnie kiedy dochodzą już do wieku bardziej dojrzałego.

Wszystkie te osoby są nieprzewidzianymi ofiarami tego zamętu stworzonego przez Brexit. Są cząstką tego chaosu społecznego który obecnie ogarnia społeczeństwa unijne, a szczególnie polskie, w tym kraju. Chaos ten tworzą częściowo nie wyjaśnione jeszcze przepisy, częściowo dość agresywne nastawienie urzędników Home Office w wykonaniu tych czynności, częściowo karygodne zaniedbanie swoich własnych praw przez wielu Polaków.

Ta atmosfera grozy powoduje że jedna dziesiąta obywateli unijnych chce wyjechać  po 30 czerwca.  Przeszło 1 milion imigrantów opuściło UK w pierwszych 9 miesiącach 2020, w tym niemal 500,000 z państw unijnych, według Migratory Observatory przy uniwersytecie oksfordzkim. Powodów jest wiele, ale głównie chodzi o brak zaufania do rządu, mniej przyjazny stosunek sąsiadów do nich po Brexicie, i obawa że urzędy państwowe nie będą szanować ich praw. 10% obawiało się wrogiej atmosfery urzędowej w Home Office, a 7% obawiało się stracenia swoich praw tak jak Jamajczycy którzy przybyli tu z ofertą pracy w latach 50 ych. W obecnym chaosie, nawet Polacy i inni obywatele unijni, posiadający obywatelstwo brytyjskie już od 20 lat, dostają listy rządowe grożące konsekwencjami bo nie zarejestrowali się na settled status.

Hasło wyborcze brzmiało „Brexit jest załatwiony”. I mimo przyrzeczeń ministra, a potem premiera, Johnsona, że losy obywateli unijnych nie zmienią się w wyniku tego trzęsienia ziemi jakim było zerwanie z Europą, rząd nie przejmuje się losem obywateli unijnych i ich rodzin których fala emocji narodowych zmiotła z ich zrównoważonego ustalonego trybu życia i wyrzuciła na skalisty brzeg nowych barier, nowych przepisów i nowych upokorzeń.  Obowiązek spada na nasze polskie organizacje aby ich obronić.

 

Wiktor Moszczyński       Tydzień Polski   21 maj 2021.