Tuesday, 30 June 2020

Recesja Znieczulona



Można by powiedzieć że, jak wiele innych krajów, Wielka Brytania jest obecnie objuczona całą paczką kryzysów które podniecają jej mieszkańców ze zmiennym nasileniem. Raz dominuje sprawa braku szacunku dla praw i powagi osób o czarnej skórze. Przez dwa tygodnie trwały masowe i emocjonalne demonstracje pod hasłem „Black Lives Matter” po tragicznej śmierci czarnego aresztanta w Minneapolis. Zdejmowano z cokołów a nawet topiono posągi osiemnastowiecznych filantropów którzy obdarzali lokalne społeczeństwa owocem swoich majątków zbitych na handlu czarnymi niewolnikami, a inni demonstrowali w obronie pomników imperialnych celebrytów jak Baden Powell czy Winston Churchill. 
 To znowu część tzw. „progresywnej” ludności wskoczyła w medialną wojnę starszych nieco feministek z szermierzami o prawa transwestytów które podniecają z kolei o wiele młodszą „generację Z”. Inni żyją wciąż, i słusznie, obawą przed nadchodzącą katastrofą klimatyczną, gotowi znów wskoczyć na pierwsze skinienie w szranki manifestujących ekologów. A wszystko podlega powszechnemu roztrzęsieniu wynikającego z pandemii covid 19 które uśmierciło już 43 tys. Brytyjczyków, a pół miliona ludności na całym świecie, z tym że Światowa Organizacja Zdrowia zapowiada że najgorsze jeszcze przed nami. W wielu stanach amerykańskich jak Texas czy California zarażenie wraca i lockdown ponowny też. W Wielkiej Brytanii miasto Leicester jest zmuszone powstrzymać otwarcie szkół,sklepów i usług i będzie chyba pierwszą z wielu takich miast. 
 Dopiero gdzieś tam dalej na widnokręgu ujawnia się widmo jeszcze większej katastrofy. Jest to groźba powszechnej światowej recesji która odbije się masowym bezrobociem w państwach zachodnich, a głodem w trzecim świecie. Jest to zanik światowej produkcji który, według tygodnika „Economist”, ma wynosić w tym roku £9.6 trillion na świecie. To wynosi połowę zeszłorocznego długu publicznego Stanów Zjednoczonych. Ta groźba przeraża uświadomionych ale jak dotychczas jeszcze nie podnieca tak bardzo media społeczne. Jeszcze ludzie w Wielkiej Brytanii nie maszerują ulicami w sprawie bezrobocia tak jak w sprawie praw mniejszości. 
Wszelkie znaki nadchodzącej katastrofy ekonomicznej już są widoczne w Wielkiej Brytanii. Walka z wirusem spowodowała dotychczas bezrobocie u 2.8 milionów pracowników. Zapowiedzi nowych cięć w budżetach większych firm mogą powiększyć tą sumę w sierpniu do 3.8 milionów. To jest większa cyfra niż w latach pani Thatcher kiedy ulicami maszerowały wielotysięczne rzesze. 
Litania zwolnień już się zaczęła. British Airways która w kwietniu straciła 94% swoich lotów zapowiada zwolnienie 12,000 pracowników, Virgin Atlantic i Ryanair zwalniają każdy po 3000, a Easyjet 4500. Swissport organizujący usługi bagażowe na lotniskach brytyjskich zwalnia 4500. Heathrow Airport zapowiada że 25,000 może stracić pracę w tym roku. Nie pomogły idiotyczne zarządzenia rządowe o kwarantannie dla osób przylatujących tu z krajów z o wiele niższym stopniu zarażenia jak Francja, Hiszpania, Polska czy Grecja. Capita, która jest właścicielem British Gas i innych usług państwowych, zwalnia 5000. 
W kwietniu wyprodukowano tylko 197 samochodów w Wielkiej Brytanii, a w maju 5334. W maju produkcja samochodów w Wielkiej Brytanii spadła o 95% w porównaniu z majem 1919 roku. Nic więc dziwnego że Rolls Royce zwalnia 3000, Bentley 1000 a Jaguar Land Rover 1100. Intu Products, właściciel 17 największych arkad sklepowych jak wschodnio londyński Lakeside czyi Trafford Centre w Manchesterze, zbankrutował z długami wynoszącymi £4.6mld. Zagraża to stratą pracy dla 100,000 pracowników wśród ich klientów. Royal Mail zwalnia 2000 pracowników biurowych. Koleje prywatne wożą już tylko 10% swoich normalnych pasażerów. Mogą kontynuować tylko dlatego że specjalna umowa awaryjna gwarantuje im rządowe wsparcie do września, ale większość firm dało znać że wcale nie chce potem utrzymać swoje terytorialne koncesje i woli „zwrócić klucze”. 
 Wciąż jeszcze nie mogli rozpocząć pracy w hotelach, siłowniach, basenach, centrach konferencyjnych, teatrach, salonach manikurzystów czy w obsłudze przy meczach sportowych. Niejasna przyszłość teatrów trwająca aż do następnego roku jest szczególnie dotkliwa i tworzy nieobliczalne straty kulturalne. Nawet wielu samorządom grozi bankructwo. 
 Nie wszędzie informacje były tak złe. W pewnych sektorach gospodarki nastąpiło nawet ożywienie. Sprzedaż rowerów rekreacyjnych i rowerów elektrycznych podwoił się. Sprzedaż żywności w Tesco wzrosła o 8.7% od marcu do maja, a w Sainsbury o 12% od kwietnia do czerwca. Brali nowych ludzi do pracy. Ale nawet oni przypominają że nadchodzi okres recesji i że przy zmniejszonych budżetach rodzinnych nastąpi ostra konkurencja między sklepowa w cenach co zmniejszy ich dochody. 
I rzeczywiście nadchodząca recesja najbardziej uderzy biedniejsze rodziny. Według Institute of Fiscal Studies 80% tych w grupie 10% najniżej zarabiających albo już straciło pracę albo nie będzie mogło pracować w domu zdalnie. Nawet gdzie wielkie firmy usługowe w City, czy biura ubezpieczeniowe czy agencje nieruchomości widzą możliwość pracy będą coraz bardziej opierać się na pracownikach pracujących w domu. Na tym zaoszczędzi pracownik który nie musi codziennie dojeżdzać do pracy drogim transportem publicznym i zaoszczędzi firma która nie potrzebuje tak dużą przestrzeń w swoim biurze, nawetbiorąc pod uwagę rozmieszczenie pracowników w odstępach 2-metrowych. Według Lloyds Bank 70% tych co pracowało z domach w czasie kwarantanny woli dalej pracować u siebie, a 57% nie chce już pracować w mieście. Lloyds of London spodziewa się że tylko 25% z ich 850 pracowników wróci pracować do głównej siedziby na Lime Street i ta sama proporcja wróci z ich około 4000 niezależnych maklerów i agentów ubezpieczeniowych. Dlatego tworzą wirtualną salę dla tych firm która zacznie pracować od sierpnia. 
Zagrożona jest masowa spekulacyjna konstrukcja biurowców w centrum wielkich miast. Zakończą się budowy obecnych nowych wieżowców ale nie mają zapewnienia że uzyskają lokatorów. Natomiast nie ukażą się już chyba zaplanowane architekturalne arcydzieła w Londynie jak Trellis i Diamond. Właściciele nieruchomości komercyjnych, a nawet zwykli gospodarze domów mają zagrożony dochód wynikający z możliwości bankructwa czy zubożenia swoich lokatorów osobistych i komercyjnych. Dla przykładu, konglomerat kawiarniany Pret a Manger ostrzegł że może swoim licznym gospodarzom zapłacić tylko 30% czynszu należne za czerwiec. Przy zaniku pracowników w centrach wielkich miast zagrożone są równie usługi dla tych firm, łącznie z transportem, kawiarniami, sklepami czy fryzjerami. Według Office of National Statistics niemal połowa brytyjskich przedsiębiorstw albo przestaje inwestować albo ukróciła znacznie wydatki kapitałowe. 44% z nich przyznało się że mają mniej niż 6 miesięcy rezerw finansowych po czym grozi już zamknięcie firmy. 
To że nie odbywają się przy takiej groźbie masowe demonstracje i zaburzenia społeczne wynika z podwójnego znieczulenia. Z jednej strony giełdy światowe optymistycznie poddają się hossie licząc na to że centralne banki będą ratować każdą firmę zagrożoną. Oceniają ceny udziałów na wysokości 85% cen styczniowych.Międzynarodowy Fundusz Monetarny ostrzega jednak że istnieje „ostra rozbieżność między oceną ryzyka w rynkach finansowych a perspektywami gospodarczymi.” Gdy nagle powróci pandemia, czy nastąpi inny nagły kryzys polityczny czy gospodarczy, ten optymizm pryśnie i może zakończyć się krachem przypominającym krach Wall Street w roku 1929. 
Drugim powodem znieczulenia wynika z rządowej inicjatywy ofiarowania płatnych urlopów („furlough”) gdzie rząd płacił 80% zarobku dla pracowników których nie można było zatrudnić w czasie lockdownu. Ten system chronił 8 milionów pracowników kosztem £14mld miesięcznie. Również rząd ofiarował £26mld w pożyczkach dla biznesów aby pomóc w przepływie gotówki. Firmom odkładano również obowiązki płacenia podatków czy dodatków do narodowego ubezpieczenia zdrowia. Ale w sierpniu firmy będą już musiały stopniowo dopłacać do kosztu urlopów a w listopadzie wszelka dotychczasowa pomoc już się skończy. A potem przepaść. 
 Ta dotychczasowa pomoc była koniecznym znieczuleniem aby ułatwić przedsiębiorstwom i mieszkańcom Wielkiej Brytanii przetrwanie najostrzejszego ataku pandemii. Zagrożenie jest tymczasowo osłabione ale zapaść gospodarki sterczy przed nami. Minister finansów Rishi Sunak przygotowuje nowy pakiet inwestycji w infrastrukturę na lipiec pod hasłem „Projekt Pośpiechu”. W planach mają być inwestycje z wyraźnym podłożem ekologicznym, kierowane w nowe domy, szpitale, szkoły, drogi, modernizację kolei i samochody elektryczne. Premier Boris Johnson nazywa to szumnie „buduj. buduj, buduj”. 
Jest to ruch w odpowiednim kierunku ale opozycja chce aby rząd sięgnął dalej i przygotował budżet antyrecesyjny pod hasłem „praca,praca, praca” z kontynuacją przez szereg lat w sektorach jak turystyka czy przemysł samochody. Chce zabezpieczyć dochody pracowników i kierować produkcję w kierunku zgodną z polityką klimatyczną. Uważa sam rynek prywatny nie podoła w ratowaniu gospodarki. 
Jak długo nie ma inflacji a procenty bankowe pozostają niskie tak długo opłaca się zapewnioną pomocą rządową utrzymać gospodarkę i ratować obywateli przed upokarzającym ubóstwem i bezrobociem z powodowanym przez walkę z pandemią. 
 Wiktor Moszczyński

Tuesday, 23 June 2020

O przedłużenia terminu składania głosów na wybory prezydenckie do 30 czerwca

Dla wp Magdaleny Pietrzak,
fa Krajowego Biura Wyborczego

Szanowna Pani!

Jako powiernik Zjednoczenia Polskiego w Wielkiej Brytanii chce wyrazić niezadowolenie z odłożeniem decyzji o dostarczeniu koperty z głosem z piątku 26go czerwca tylko do niedzieli 28go czerwca bo obawiam że to nie wystarczy.

Nasze wcześniejsze obawy co wydajności poczty brytyjskiej zostały potwierdzone komentarzem polskiego pracownika Royal Mail w sortowni pocztowej w londyńskim przedmieściu Greenford, gdzie mieszka znaczna ilość Polaków. Poinformował nas że ze względu na ciągły problem z koronawirusem a również z obecnym upałem na terenie Zjednoczonego Królestwa, dano listonoszom instrukcje aby tylko dawali priorytet poczcie opłaconej z góry jako „Special Delivery”. W takim układzie uważał że mielibyśmy wyjątkowe szczęście gdyby poczta bez takiej nalepki dotarłaby do samego wyborcy do poprzedniego terminu piątku 26 go czerwca, przekreślając tym samym szansę dostarczenia koperty na czas do konsulatu. Nawet teraz po zmianie terminu pakiet otrzymany przez wyborcę 26go czerwca dotarł by tylko do konsulatu na niedzielę 28go czerwca przy użyciu kuriera.

Zwróciliśmy się w tej sprawie do dyrekcji Royal Mail pytając czy można przyspieszyć dostawę i uzyskaliśmy odpowiedź od biura dyrektora oddziału konsumentów że “jedynym sposobem aby zapewnić że dostarczenie poczty będzie traktowane jako priorytet następuje kiedy organizacja wysyłająca pakiety wyborcze używa opcję priorytetową. Jeżeli są wysyłane w Zjednoczonym Królestwie oznacza to że winny być wysłane jako ‘Special Delivery”..... Nawet gdybyśmy chcieli promować tą przesyłkę szybciej niż koszt poczty uzasadniał, to ze względu na to że sortowanie wykonywane jest przez maszynę, nie widzę możliwości abyśmy mogli (w tak krótkim czasie) zaprogramować je do wyszukiwania symbolu Ambasady na okładce koperty.”

W tej sytuacji wygląda na to że wielu wyborców może stracić możność udziału w wyborach z nie własnej winy. Nawet termin do niedzieli 28go czerwca jest zbyt raptowny tymbardziej że w niedzielę działają tylko kurierzy a nie każdy wyborca, szczególnie emerytowany czy niepełnosprawny, ma wystarczające zasoby czy możliwość aby narazić na taki kosztowny rodzaj przesyłki swojego głosu, szczególnie gdy w Polsce nie musiałby zapłacić nic za przesyłkę.

Przypominamy że wyborcy za granicą, w krajach objętych wciąż pandemią, już są z góry dyskryminowani bo zmuszeni są do jednego tylko sposobu głosowania i również zmuszeni są do zakupienia znaczka aby odesłać kopertę ze swoim głosem do najbliższego Konsulatu. Brak równouprawnienia wyborców z zagranicą z wyborcami w Polsce jest nie zgodne z Art. 127 Konstytucji i art. 287 Kodeksu Wyborczego. Uważam że w tej sytuacji wyborcy zagraniczni w krajach objętych pandemią powinni podlegać specjalnej trosce aby mogli zdążyć dostarczyć swój głos w terminie późniejszym, przynajmniej do wtorku 30 czerwca. W takim wypadku liczenie głosów przez zagraniczne komisje wyborcze powinny nastąpić dopiero tego dnia.

Oczywiście oznacza to że te głosy z zagranicy będą dodane do ogólnej cyfry głosujących w późniejszym nieco terminie co może mieć swój efekt na kolejność ilości głosów dla poszczególnych kandydatów na końcu pierwszej tury wyborów. Może to stworzyć przez parę dni nieco kłopotu administracyjnego ale przynajmniej zapewniłoby wszystkim obywatelom polskim zagranicą równe prawo udziału w wyborach zgodnie z Konstytucją i zapewniłoby że wynik ostateczny wyborów nie byłby zakwestionowany przez elektorat czy przez sądy.

Wiktor Moszczyński

Flat 88 Isambard Court, Paddlers Avenue, Brentford TW8 8FP

tel 07786471833


Monday, 15 June 2020

Duda versus Trzaskowski


I wreszcie wybory. Przez niemal 3 miesiące na tle pandemii trwała nieco jednostronna debata na temat terminu i charakteru wyborów. Jarosław Kaczyński niemal do ostatniej chwili wymagał aby Sejm nie ogłosi stanu klęski żywiołowej z powodu pandemii a wybory miały odbyć się 10 maja i ani jeden dzień póżniej. To spowodowało niesamowity paraliż w dialogu politycznym w którym większość społeczeństwa rozważała możliwość przeniesienia wyborów na jesień, czy nawet na nowy rok. A zwolennicy PiSu nie brali udziału w tej debacie, czekając aż upór ich wodza na Nowogrodzkiej zderzy się z rzeczywistością. Szeroko szanowany jeszcze wówczas minister zdrowia Łukasz Szumowski zaproponował alternatywę, konstytucyjnie absurdalną, przełożenia wyborów na okres dwuletni. Kaczyński chcąc postawić na swoim, wyskoczył wówczas z inicjatywą przeprowadzenia wyborów 10 maja wyłącznie drogą korespondencyjną w której polonia nie mogłaby praktycznie uczestniczyć. Poczta Polska wydała majątek na przygotowanie tych wyborów a konsulaty za granicą zmuszone były do rejestrowania obywateli na wybory które nie mogły mieć miejsce. W końcu i to trzeba było zarzucić gdyż zakwestionowanie takiego rozwiązania przez Senat uniemożliwiło i to rozwiązanie. Wybory majowe musiały być w końcu odwołane ale faktycznie zostały unieważnione aby ten wyborczy teatr absurdu mógł uzyskać moc prawną.

Pandemia wciąż jeszcze trwa. Choć w porównaniu z sąsiadującymi państwami europejskimi, szczególnie tych na zachodzie, ilość ofiar nie wypada tak dramatycznie ale nie ma powodu do zadowolenia. Dotychczas do 13 czerwca zachorowało oficjalnie 29017 osób i codzienna liczba nowych przypadków nie maleje od 1 kwietnia. Liczba zgonów na wirusa wynosi oficjalnie 1237 i ten przyrost śmiertelny też nie opada bo wynosi wzrost o 3% dziennie od 24 maja. Wirus nie jest jeszcze pokonany. W marcu rząd zareagował względnie szybko wprowadzając powszechny zakaz opuszczenia własnego mieszkania, zamknięcia przedsiębiorstw nie sprzedających towarów pierwszej potrzeby i wprowadzenia ostrych przepisów zakazujących dostęp do parków i lasów pod groźbą ciężkich kar pieniężnych. Premier Morawiecki i minister Szumowski imponowali z początku swoim spokojem w wprowadzeniu całej gamy zakazów i złagodzeń w momencie gdy społeczeństwo ciężko przeżywało lęk zarówno z powodu wirusa jak i z powodu masowego bezrobocia. Chętnie przyjęło pierwsze oznaki pomocy w wprowadzeniu szerszego pakietu tarczy antykryzysowej przekazującej 312mld złotych dla rozruszenia gospodarki i udzielania kredytów. Ale przedsiębiorstwa i związki zawodowe, patrząc na pakiety w innych krajach, oczekują większego wsparcia. System testowania też jest słabszy niż w sąsiednich krajach, co, według lekarzy, spowodowane jest brakiem tzw. „wymazówek” do pobierania próbek. A zaufanie społeczne dla ministra Szumowskiego niestety nieco zmalało gdy media prywatne wskazywały na rzekomy współudział jego żony i brata w zakupie chińskich maseczek przez prywatną firmę na podstawie kontraktu rządowego bez należytego przetargu. Bezrobocie ma wzrosnąć do 7.5% a gospodarka skurczy się o 4.,3%. Nadchodzi okres niepewności i nagłych bankructw na przyszłość, kończący niemal trzydziestoletni okres stałego wzrostu gospodarczego. Jest źle ale trzeba przyznać że prognozy dla innych państw UE są o wiele gorsze. Tak czy tak, zaufanie do ekipy rządzącej w administrowaniu walki z pandemią spadła poniżej 45%.

To nie wróży dobrze dla kandydatury prezydenta Andrzeja Dudy, choć sondaże wciąż wskazują na jego prawdopodobne zwycięstwo w drugiej turze wyborów 12 lipca. Trzeba przyznać że jego osobista popularność wciąż przekraczała popularność rządzącej partii która ponownie wystawia jego kandydaturę. To jakby popularnośc konstytucyjnego monarchy, jak królowa brytyjska, robiącego dobre wrażenie ale bez własnego zdania i oddalonego od intryg i brutalnych rozgrywek polityków. Wydawał się być osobą niekonfliktową, ale tylko wobec własnego rządu, który nadużywa swój mandat społeczny do scentralizowania władzy bez sprzeciwu prezydenta. Duda zawetował ustawy rządowe bardzo rzadko i każdym razem jego interwencja skończyła się kompromisowym wyjściem wprowadzającym drobne tylko zmiany w zaplanowanym ustawodawstwie. Poza tym wydaje się być wszędzie dostępny dla społeczenstwa, normalnie pogodny i uśmiechnięty. Pochwalił się że w ciągu swojej dotychczasowej 5-letniej kadencji zwiedził każdy powiat w Polsce. Urzeczywistnił wreszcie możliwość ruchu bezwizowego z USA. Popiera bezkrytycznie rządzącą tzw. „dobrą zmianą” i całą rewolucję społeczną, gospodarczą i konstytucyjną która się za tym kryje. A jego z kolei popierają na każdym kroku media państwowe i katolickie.

Oponenci rządu widzą w nim jednak coś w rodzaju marionetki podpisującej każdą ustawę skierowaną do niego przez Sejm i jako tubę ich polityki. Jego wcześniejsza inicjatywa zreformowania konstytucji przez referendum spełzła na niczym.W popularnym programie satyrycznym „Ucho Prezesa” przedstawiony jest jako niemrawy Adrian trzymający się klamki pana Prezesa z wieczną nadzieją że Prezes udzieli mu w końcu audiencji. Gdy w roku 2017 zawetował dwie ustawy dotyczące upolitycznienia wyboru członków Krajowej Rady Sądownictwa i wprowadzenia Izby Dyscyplinarnej dla członków Sądu Najwyższego, co było następnym krokiem w uzależnieniu władzy sądowniczej od władzy ustawodawczej, tłumy opozycyjne otoczyły jego pałac skandując daremnie „Nie daj sie, Adrianie!” Jak wiemy, „Adrian” się jednak poddał. Tak samo w kwietniu br. poparł nową narzuconą zmianę wprowadzoną w niekonstytucyjnym terminie do Kodeksu Wyborczego. A był to jeszcze jeden przykład gdzie Pan Prezydent zawiódł jako strażnik konstytucji, a jest to w końcu jego najważniejsza konstytucyjna rola. Nawet jego mentor, prezydent Lech Kaczyński, nigdy nie pozwolił swojemu bratu premierowi Jarosławowi podważyć konstytucyjny trójpodział władzy sądowniczej, ustawodawczej i wykonawczej. Gdy komisarz unijny skrytykował niekonstytucyjność jego poczynań, oświadczył „Nie będą nam tutaj w obcych językach narzucali, jaki ustrój mamy mieć w Polsce.” Był to taki defensywny hurrapatriotyzm, nieodpowiedni dla osoby wykształconej. Łamanie konstytucji jest zasadniczym powodem dlaczego Andrzej Duda nie powinien dalej pełnić funkcję prezydenta.

Są i inne powody. Prezydent parokrotnie wykazał że nie uważa siebie za prezydenta wszystkich Polaków, mimo czczych deklaracji. Uważa członków opozyci za zdrajców i niegodnych Polaków. Przenosi to nawet na rzekomych „dzieci zdrajców” którzy rzekomo fałszują historię i posiadają funkcje w „bardzo wpływowych miejscach”. Określił to jako „Starcie ideologiczne, starcie historyczne...o rząd dusz, czy nadal ma być on w rękach postkomunistów”. Widocznie wierzy w teorię dziedzicznej skłonności do zdrady narodowej. Ostatnio coraz ostrzej atakuje wprowadzenie lekcji szkolnych dotyczących tolerancji wobec praw kobiecych czy orientacji homoseksualnej. Porównywał tolerancyjne cele LGBT z bolszewizmem. W swoim desperackim podejściu do spraw równości przypomina najbardziej wsteczne poglądy społeczne które krążyły jeszcze w Europie Zachodniej trzydzieści lat temu a które wykazują jak anachroniczny i nie godny nowoczesnej Polski jest jego światopogląd. Nawet Związek Powstańców Warszawskich potępił wypowiedź Dudy przypominając że „homoseksualiści byli zabijani przez faszystów za swoją odmienność.”

I nie tylko to u Prezydent Duda nawala. W ostatnim „Tygodniu Polskim” Przemysław Żurawski chwalił politykę zagraniczną Prezydenta opartą, jak się okazuje, na kontynuacji poprzedniej polityki PO aby angażować Stany Zjednoczone i NATO do umieszczenia baz wojskowych na terenie Polski i aby kontynuować dobre stosunki z peryferyjnymi państwami wschodniej Europy w ramach Trójmorza. A gdzie konieczna współpraca przeciw groźbie rosyjskiej z naturalnymi sojusznikami bałtyckimi jak Szwecja i Finlandia? Niestety pan Żurawski zapomniał też o tym że Prezydent Duda zaniedbał dobre stosunki z kluczowymi państwami Unii Europejskiej, czyli z Niemcami i Francją, i kontynuuje putinowski program dalszego podziału ideologicznego w Unii Europejskiej. To prawda że Prezydent robi wszystko aby przypodobać się prezydentowi Trumpowi, nawet przy żenującej scenie kiedy podpisywał na stojąco umowę współpracy z nim, ale nie wiadomo jak długo przetrwają jego wpływy osobiste w Ameryce w wypadku klęski wyborczej Trumpa w listopadzie.

Scenę polityczną ożywił jako kandydat Platformy Obywatelskiej obecny prezydent miasta Warszawy Rafał Trzaskowski. Zastąpił Małgorzatę Kidawę-Błońską która wycofała się z kandydatury w maju gdy wydawało się że poparcie dla niej opada niżej niż dla innych opozycyjnych kandydatów. Dynamiczny, młody, reprezentuje coś więcej niż tylko elektorat Platformy. Cieszy się obecnie 28% głosów poparcia w pierwszej turze. Chce odpolitycznić armię, sądownictwo i media publiczne. Dlatego chce powołać rzecznika kontroli państwowej w Biurze Bezpieczeństwa Narodowego, rozdzielić funkcję prokuratora generalnego od obecnego ministra sprawiedliwości i zlikwidać blok publicystyczny TVP, a szczególnie TVP Info, który jest obecnie bardzo prymitywnym narzędziem propagandowym PiSu. Chce wprowadzić karty praw dla ludzi innej orientacji seksualnej, umożliwić związki partnerskie i rozpowszechnić w szkołach edukację seksualną i klimatyczną, jak w każdym innym normalnym państwie europejskim. Nawiązał współpracę z partią Zieloni aby lansować program rozszerzenia inwestycji w koleje państwowe, powiększenia ilości parków narodowych, utworzenia Programu Walki z Suszą, przeznaczenia 6% PKB na służbę zdrowia i odroczenia kontrowersyjnych i kosztownych wydatków państwowych jak przekopu ekologicznie szkodliwego kanału dla żeglugi przez Mierzeję Wiślaną czy budowy Centralnego Portu Komunikacyjnego, 37 kilometrów od Warszawy, które ma stać się nowym hubem lotniczym na miejsce Okęcia.

Trzaskowski chce posuwać się ostrożnie bez nadmiernego wywołania niepotrzebnych kontrowersji. Daremnie. Już atmosfera wokół jego kandydatury podnosi znacznie temperaturę nastrojów społecznych. Subskrybenci newslettera Marszu Niepodległości mogli przeczytać tytuł „Antifa w USA morduje ludzi – Trzaskowski wspiera jej bojówki w Polsce”. Co do tych „bojówek” chodzi na pewno o grupki młodzieży odwiedzające z transparentami wiece Dudy, jak ta w Opolu, i noszące koszulki z napisem „Konstytucja”, które kontrmanifestanci otoczyli wołając „Komuchy! Pedały! Zboczeńcy!”. Na okładce prawicowego tygodnika „Sieci” widnieje podobizna Trzaskowskiego w czarnej bluzie z logo antyrasistowskiej Antify i tęczową opaską na ręku na tle płomieni i policjantów w szturmowym umundurowaniu. Media państwowe są wybiórcze w swojej prezentacji informacji o kampanii wyborczej. Każdy drobny występ Andrzej Dudy pokazany jest w mediach, a o Trzaskowskim mówią tylko wtedy jak mogą go skrytykować czy wykpić.

Z tym że TVP nie traktuje o wiele lepiej pozostałych 8 kandydatów, a szczególnie tych z rozsądnej opozycji. Są wśród nich Szymon Hołownia, niezależny publicysta, Robert Biedroń kandydat lewicy i Władysław Kosiniak-Kamysz, kandydat PSL. Każdy z nich jest elokwentny, nie obarczony skandalem czy oskarżeniami o korupcję, domagający się większej niezależności dla prezydentury i dla wymiaru sprawiedliwości. Każdy szukałby lepsze stosunki z sąsiadami europejskimi, nie wprowadzałby zaburzeń w społeczeństwie, wstrzymałby zcentralizowany monopol władzy obecnej ekipy rządzącej, zwiększyłby wydatki na służbę zdrowia i na infrastrukturę i dbałby o lepszy wizerunek zewnętrzny dla Polski. Każdy z nich, jak Trzaskowski, ma szansę zagrozić Dudzie w drugiej turze. Szczególnie imponująca jest kampania wyborcza Szymona Hołowni, która powstała z nieczego, o rok wcześniej, a obecnie uzyskała poparcie 15% w sondażach. Objeżdża Polskę w swoim żółtym battlebusie zwanym „Belwederem na kółkach” i kokietuje wyborców myślą że gdyby został prezydentem mógł by powołać Trzaskowskiego na premiera. Każdy z nich byłby lepszym prezydentem niż Andrzej Duda.

Pozostaje zaledwie tydzień do wyborów i wygląda na to że ostateczny wynik padnie w drugiej turze między Dudą a Trzaskowskim. Choć Duda prowadzi, mimo swojej wstydliwej kampanii hejtu, ostateczny wynik w drugiej turze będzie zależał od umiejętności Trzaskowskiego w zdobywaniu głosów elektoratu pozostałych rywali. Powinien zapraszać z góry ich zwolenników do uczestniczenia w jego przyszłej kancelarii a elektorat przyzwyczajać do koncepcji owocnej kohabitacji z PiSowskim sejmem i rządem. Inna sprawa że PiS może odmówić tej współpracy, ale to o nich by źle świadczyło, ale nie o nim. Tak czy inaczej, po pięciu latach intensywnej PiSowskiej transformacji czas już skonsolidować to co było dobre a skończyć z monopolem władzy i samowolą obecnej ekipy. Dlatego popieram Rafała Trzaskowskiego na prezydenta.
Wiktor Moszczyński 19.06.2020

Tuesday, 9 June 2020

Ameryka w Opałach


Stany Zjednoczone stoją obecnie pod czterostronnym natarciem który pustoszeje amerykańską gospodarkę i paraliżuje zarządzanie państwem. Groźba narastającej długotrwałej katastrofy wynikającej z tego natarcia spotęgowane jest przez samobójcze zachowanie ich obecnego prezydenta.
Pierwszym ciosem dla Ameryki była pandemia coronowirusa covid 19 która w ciągu 6 miesięcy doprowadziła do 2 milionów zachorowań i 112,000 zgonów. Ta ostatnia smutna statystyka przewyższa ilość zgonów od wirusa jakiegokolwiek innego kraju i przerasta ilość zabitych żołnierzy amerykańskich we wszystkich konfliktach powojennych, łącznie z wojną koreańską. Coraz więcej obywateli
amerykańskich uważa że prezydent Donald Trump fatalnie prowadzi w walkę z wirusem i że na skutek tego kraj cierpi wyjątkowo i niepotrzebnie. On sam zwala winę za tą epidemię, z częściową racją, na rząd chiński, ale lwia część społeczeństwa wini przede wszystkiem jego. Pamiętajmy że jeszcze w lutym, mimo ostrzeżeń Światowej Organizacji Zdrowia (ŚOŻ), i alarmów bijących w mediach amerykańskich, Trump oświadczył że Covid 19 jest medialnym oszustwem, wymyślonym przez Demokratów. Potem reagował jak opętany wprowadzając najpierw zamknięcie granic z Chinami, zalecając lockdown, a potem krytykując ostatnią decyzję gdy inicjatywę przejęli gubernatorzy poszczególnych stanów. Zniechęcał do użycia masek. Lansował leczenie się zastrzykiem wybielacza i spożyciem kontrowersyjnego lekarstwa hydroxychloroquine nie aprobowanego przez lekarzy jako środek przeciw wirusowi. Do tego jeszcze postawił na liście oskarżonych ŚOŻ, ucinając subsydia amerykańskie dla ich budżetu.
Od początku, w walce z pandemią, prezydent kierował się własnym interesem, a nie interesem państwa czy jego ludności. Dla niego najważniejszą kwestią była potrzeba ponownego wygrania wyborów prezydenckich 3 listopada. Mierzył swój wkład kolejno lekceważeniem, następnie energicznym objęciem kontroli, a potem zwaleniem odpowiedzialności na innych, tak jak uważał za wskazane z wyników sondaży. Dlatego też zwlekał z wprowadzeniem dystansowania bo uważał że to może podważyć jego najważniejszy atut przedwyborczy, czyli stan gospodarki państwa.
I miał rację. Po pierwszym ciosie nastąpił drugi. Przez opóźnienie izolacji pozwolił chorobie rozszerzyć się a gospodarka i tak przeżyła wielkie wstrząsy zapowiadające recesję na drugą połowę roku. W lutym stan bezrobocia był 3.5%, ale już w kwietniu podskoczył do 14.7%, a eksperci zapowiadali że dojdzie do 20%. W ciągu marca i kwietnia znikło 19,6 milionów etatów. Wobec nadchodzącej katastrofy obie izby Kongresu, w porozumieniu z jego sekretarzem skarbu, uruchomiły wspólnie $2.8trn do rozruszenia gospodarki, między innymi przez jednorazowe dotacje mieszkańcom $1200 i tymczasowy dodatek $600 do każdej wypłaty dla bezrobotnych. Z ostatniej chwili wiemy że w maju przeszło 2 miliony osób wróciło już do pracy co bardzo ucieszyło prezydenta i dało się odczuć hossą na giełdzie, ale nie koniecznie w opinii publicznej pogrążonej innymi problemami.
Trzecim wyzwaniem dla prezydenta to agresywna polityka Chin i Rosji. Konflikt handlowy z Chinami nie jest wyłącznie winą Prezydenta Trumpa. Miał on odwagę od początku zareagować na chiński masowy dumping subsydiowanego towaru na światowy rynek, który dotychczas prezydenci amerykańscy tolerowali. W tym wypadku Trump’a kontrowersyjne hasło America First zdało egzamin. Lecz rozpętana wojna handlowa między tymi państwami przekształciła się na globalny konflikt handlowy pogłębiony przez rosnące fale narodowego i regionalnego protekcjonizmu. Ten konflikt jest bardzo kosztowny dla amerykańskiego konsumenta a politycznie Xi Jinping jest dożywotnim prezydentem i może przeczekać konflikt z Trumpem który ma przed sobą wybory w tym roku.
A Chiny przechodzą okres tzw „wilczo-wojowniczej” dyplomacji, i to nie tylko w zakresie wojny handlowej. Prezydent Xi odwraca uwagę od wewnętrznych problemów gospodarki i drastycznych efektów zatajonej epidemii w Chinach, prowadząc agresywną politykę zagraniczną. Odgrywa coraz bardziej dominującą rolę w udzielaniu kredytów w krajach afrykańskich i azjatyckich. Wtargnął z bazami wojskowymi na bezludne wyspy morza południowochińskiego, ogranicza polityczną autonomię Hong Kongu i grozi inwazją niezależnemu Tajwanowi. Wobec tej agresji Trump reaguje nerwowo i prowokacyjnie. Wciąż określa obecną pandemię jako „chiński wirus” i publicznie rozpowszechnia
fałszywą teorię że covid 19 powstał w chińskim laboratorium, co tylko jeszcze bardziej podnieca atmosferę nadchodzącego konfliktu. Niestety teza o chińskim autorstwie zarazy, nie wspierana przez amerykańską służbę bezpieczeństwa, jeszcze bardziej podważa jego wiarygodność w świecie międzynarodowej dyplomacji i w oczach własnego społeczeństwa. 57% Amerykanów jednak nie wierzy w teorię Trumpa że coronavirus jest sztucznym tworem.
Dla kontrastu prezydent Trump wciąż bagatelizuje zagrożenie z Rosji bo ma ambiwalentny stosunek do prezydenta Putina, który go fascynuje. Usunął się z zobowiązań strategicznych w Syrii co wzmocniło tam wpływy Rosji. Wystąpił z traktatów z Rosją o otwartych przestworzach i o likwidacji pocisków rakietowych średniego i pośredniego zasięgu (INF) a dalsze poparcie dla NATO uzależnia od zwiększenia finansowych kontrybucji od aliantów. Ostatnio, jako policzek dla kanclerza Merkel która nie poparła jego projektowanego szczytu G7 na Florydzie do którego chce znowu dopuścić Rosję jako członka, Trump zagroził usunięciem 9500 wojskowych z Niemiec gdzie leży główna amerykańska baza w Europie. Pentagon ufa że Trump tą decyzję jeszcze przemyśli ale alianci europejscy liczą na to że prezydentura Trumpa zakończy się nim te wojska będą wycofane.
Lecz w tej chwili Stany Zjednoczone i ich zabłąkany prezydent pogrążeni są w konfrontacji z nowym niespodziewanym, powiedzmy czwartym, dylematem. 25 maja, czarny Amerykanin George Floyd, aresztowany w mieście Minneapolis, zginął gdy policjant przydusił jego kark kolanem przez 9 bitych minut. Policjant i jego wspólnicy ignorowali krzyki protestu ze strony zarówno aresztowanego i przechodniów że nie mógł oddychać. Scenę przedłużonego zabójstwa sfilmowano i rozpowszechniono w społecznych mediach. Szybko władze miasta potwierdziły że czwórkę policjantów zwolniono z policji ale z początku nie było wzmianki że ich aresztowano i czy mają odpowiadać przed sądem. Na ulicach Minneapolis powstały akcje protestu które zamieniły się z czasem w rozruchy, podpalanie budynków i kradzieże.
Te demonstracje rozpowszechniły się jak pożar w fale upałów w przeszło 350 innych miastach amerykańskich. Czasem demonstracje były prowadzone spokojnie, a czasem poszczególni uczestnicy posunęli się do atakowania policji i budynków, ale i w jednym wypadku i drugim demonstrantów czarnych ponosiła straszna frustracja i niepohamowany gniew. Bo mimo wielkich sukcesów w świecie czarnych elitarnych jednostek w Hollywoodzie, w biznesach, w literaturze, w telewizji, w Kongresie, w Sądzie Najwyższym, a nawet w Białym Domu, lwia część społeczeństwa afroamerykańskiego żyje w biedzie i zaniedbaniu, w najgorszych wielkomiejskich slumsach, przy najgorszych szkołach. Częstotliwość śmierci wśród niemowląt czarnych jest obecnie 2,2 razy większa niż wśród niemowląt białych. Narkotyki, alkohol, zła dieta, niestabilność rodzinna, niski poziom szkolnictwa robią swoje. W obecnej pandemii czarni którzy chorują na covid 19 umierają dwa razy częściej niż biali. W samym Waszyngtonie czarni tworzą 47% mieszkańców, ale 80% zgonów w tym mieście przypada czarnym. Większą proporcję nowych bezrobotnych tworzą czarni, większa ilość aresztowanych przez policję i największą ilość zabitych przez policję też tworzą czarni. I tak naprawdę nikogo we władzach to nie obchodziło i nikogo to nie wzruszało.
A było to symptomem szerszych nierówności społecznych obejmujących nie tylko czarnych.
Tym razem jednak odnowiono slogan sprzed siedmiu lat po poprzednim podobnym zabójstwie. „Czarne życie się liczy”. Efekt coronawirusa i bezrobocia było tą kroplą, która przepełniła czarę. A w wielu miastach reakcja policji też przebrała miarę. Kule gumowe, gaz łzawiący, bicie demonstrantów pojawiało się we wielu miastach, często mimo apeli ze strony gubernatorów i merów aby reagować z większym zrozumieniem. Aresztowano przeszło 10,000 demonstrantów. Prezydent Trump zaczął dolewać oliwy do ognia Groził strzelaniem do demonstrantów. Zachęcał własnych popleczników aby zorganizowali kontr-demonstrację. Gdy w parku Lafayette’a w Waszyngtonie zorganizowano już spokojną demonstrację kazał policji przepędzić demonstrantów siłą z parku. Po tym prezydent zrobił sobie zdjęcie opodal parku pomahując biblią przed kościołem.
W końcu domagał się aby wojsko wystąpiło do tłumienia demonstracji. Wyraźnie chciał wykorzystać rozruchy i demonstracje do zainicjowania poczucia zagrożenia państwa aby ponownie uzyskać mandat wyborczy na zasadzie wprowadzenia ładu i spokoju. Po namyśle jego sekretarz obrony narodowej odmówił. W pewnych miastach szefowie policji dołączyli się do demonstrantów. Główny policjant w
Houston wręcz apelował publicznie do prezydenta aby „zatkał się”. Twitter zaczął redagować nieodpowiedzialne komentarze prezydenta. Wybitni generałowie apelowali aby prezydent starał się zjednoczyć państwo a nie dzielił. Powoli fala gorączki zaczyna opadać ale programy koniecznych reform zapobiegawczych wobec problemu nierówności społecznych są jak najbardziej na agendzie. Tylko że
nie na agendzie prezydenta.
W ostatnich sondażach CNN z 8 czerwca 40% elektoratu wciąż popiera prezydenta, ale 57% wyraża niezadowolenie, a szczególnie krytykują go byli poplecznicy w starszym wieku, zszokowani jego zachowaniem w czasie pandemii. Jego demokratyczny rywal Joe Biden prowadzi w sondażach.
Trump był w desperacji, ale teraz liczy na to że gospodarka ożywi się, że pandemia, rzekomo kreowana przez Chińczyków, jest już opanowana i że w jesieni uruchomi swój lojalny elektorat w masowych wiecach. Jest przekonany że wybory wygra, a przyjaciele Ameryki modlą się aby to się nie stało.
Wiktor Moszczyński 12 czerwiec 2020

Tuesday, 26 May 2020

Kto ratuje Unię Europejską?


Gdy ponury cień coronavirusa zawisł nad Europą nikt nie był gotowy. Ani Komisja Europejska, ani parlament, ani indywidualne rządy. Przyjmowano przyjezdnych z Chin i innych państw azjatyckich bez żadnych kontroli a europejski establishment zajmował się innymi sprawami, choćby ostatecznym głosowaniem w Londynie nad Brexitem czy groźbą rozbicia nowej koalicji we Włoszech. Europejski moloch przetrwał w ostatnich latach całą serię niby nierozwiązalnych problemów. Przeminął kryzys finansowy, opadły fale uchodźców, konflikt z Polską był zawieszony a Wielka Brytania wybrała ostatecznie pełną suwerenność i wypuściła się sama na szerokie wody.
Przez cały luty rządy europejskie traciły czas ignorując nowe wskazówki ze strony Światowej Organizacji Zdrowia ale Komisja Europejska prowizorycznie założyła ambitny plan zakupienia masek, kitel i rękawiczek dla unijnych służb zdrowia, kosztujący 1.5 mld euro. Tylko Wielka Brytania nie skorzystała z udziału w tym zakupie. Już w pierwszym tygodniu marca Włochy, zaszokowane nagłym rozpowszechnieniem śmiertelnej zarazy, wprowadziły kwarantannę lokalną w miastach Lombardii. W następnych tygodniach poszczególne rządy przejęły inicjatywę ratując własnych mieszkańców własnymi zarządzeniami nie zawsze zgodnymi z decyzjami swoich sąsiadów. Każdy kraj zaczął również wprowadzać swój budżet antykryzysowy inwestując bajońskie sumy aby ustabilizować własną gospodarkę, gwarantować zawieszone etaty i zamrażać długi i niespłacone pożyczki komercyjne i indywidualne.
W czasie tych panicznych zarządzeń państw unijnych, kierownictwo Unii Europejskiej mogło z początku tylko obserwować bezradnie narzucony zastój gospodarczy obejmujący każdy z kolei kraj. A każdy kraj, za wyjątkiem Szwecji, wstrzymując działalność gospodarczą, stanął przed groźbą rychłego bankructwa wielu swoich przedsiębiorstw, a na długą metę oczekiwał cofnięcia się na stałe całych sektorów starej ekonomii jak np. przemysłu samochodowego czy turystyki. Choć każdy kraj przechodził swoje piekło to właściwie niemal wszędzie to piekło było identyczne. Każdy kraj oblicza swoje indywidualne straty ale według ekspertów gospodarczych gospodarce europejskiej jako całość grozi skurczenie w tym roku o 7,5%.
Ale dla Unii pandemia przestawała już być tylko kryzysem gospodarczym; przekształca się w kryzys polityczny i konstytucyjny. A więc groził kryzys egzystencjonalny. Przy rozpaczliwej walce sam na sam każdego kraju członkowskiego o przetrwanie kryzysu, komentatorzy w każdym kraju pytali po co w ogóle jest nam potrzebna Unia Europejska? To retoryczne pytanie słychać było w każdym eurosceptycznym komentarzu medialnym w każdym kraju a rządowe środki komunikacyjne tak były zajęte walką z wirusem na swoim podwórku że nie reagowały na takie zarzuty, tylko je pogłębiając.
Sytuację pogarsza to że wiele krajów wprowadzało środki walki z wirusem i z kryzysem gospodarczym które nie były zgodne z unijnymi wymogami. Unia zagrożona była na trzech poziomach.
Po pierwsze, kluczową zasadą unijnego jednolitego rynku są ograniczenia w wsparciu finansowym ze strony rządu dla własnego rynku. Tymczasem każdy rząd wprowadził masowy przekaz funduszy, jak np. polską tarczę antykryzysową, aby ratować swój rynek przed zarówno natychmiastowym, jak i przyszłym, masowym bezrobociem. Oblicza się że rządy unijne wydały w sumie około €2trl aby ratować swoje przedsiębiorstwa przed upadkiem, a połowę tej sumy wydano w tradycyjnie pro-unijnych Niemczech.
Innym ciosem, tym razem dla strefy euro, był nieograniczony wzrost zadłużenia w tej walucie u poszczególnych państw członkowskich Tu najgorszym, ale nie jedynym, przestępcą były Włochy, których dług publiczny przekraczał 135% własnego pkb.
Jeszcze innym zagrożeniem, tym razem dla nadrzędności prawa unijnego, była decyzja niemieckiego sądu konstytucyjnego w Karlsruhe kwestionująca kompetencję Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości w upoważnianiu emitowania waluty euro przez Europejski Bank Centralny do pokrycia długów poszczególnych państw unijnych. Ten precedens niemiecki komplikował dla Unii niezałatwiony jeszcze spór z rządem polskim o legitymizację podległych sądów polskich.
Gwarancja za spłatę powyższych długów leżała ostatecznie w zasobach Europejskiego Banku Centralnego i to było wspólnym mianownikiem dla każdego kraju ze strefy euro. Ale wiadomo było że wierzytelność Banku oparta była na długotrwałym zaufaniu do przyszłego rozwoju głównie państw północnych, które w ten sposób biorą na siebie odpowiedzialność zarówno za długi własne i zadłużenia państw śródziemnomorskich. Problem istniał już wcześniej ale dopiero teraz nabrał tak dramatycznego rozmiaru. Opinia publiczna w Niemczesch, Holandii, Danii czy Szwecji obracała się już co raz bardziej przeciw utrzymanu długów południa. Od szeregu lat Europejski Bank Centralny był pośmiewiskiem codziennym w prasie niemieckiej, nawet tej liberalnej, a politykę i gospodarkę włoską czy grecką oceniano jako będącej w stanie zupełnej anarchii. Wyraźnie Europa dryfowała w kierunku politycznego rozkładu, osłabiona szczególnie secesją brytyjską która tworzyła jakby kierunkowskaz dla najbardziej zagorzałych anty-unijnych ruchów nacjonalistycznych jak włoska Liga czy niemiecka AfD. Potrzebna była inicjatywa europejska aby opanować ten bezwład i wpowadzić dyscyplinę w emitowaniu dalszych koniecznych funduszów w walucie euro.
Zaproponowano wówczas na szczycie Rady Europejskiej 26 marca aby uruchomić tzw. europejskie coronabondy które pokrywałyby długi publiczne 19 państw w strefie euro spowodowane przez środki walki z gospodarczym efektem wirusa. Dziewięć państw wsparło ten projekt, w tym Włochy, Francja i Hiszpania. Propozycja zapewniała by dalsze pożyczki ale przy niższym wspólnym procencie. Jednak Niemcy i ich pólnocni sąsiedzi odrzucili ten projekt dość brutalnie, świadomi że ich podatnicy nie będą chcieli w tak oczywisty sposób wspierać długi bardziej rozrzutnych sąsiadów. Holenderski minister finansów Wopke Hoekstra dość wyraźnie orzekł że państwa południowe same są winne że są tak zadłużone i sprzeciwił się powstawaniu nowych ponadnarodowych funduszy unijnych do spłacenia długów narodowych. Premier portugalski Antonio Costa, ocenił te uwagi jako „wstrętne”, co było wyjątkowo niedyplomatycznym określeniem w salonach unijnych. W tej atmosferze groził Unii prawdziwy polityczny rozłam.
Swiadomi potrzeby wspólnej walki z nadchodzącą europejską recesją, kanclerz Angela Merkel i prezydent Emmanuel Macron zgłosili 18 maja dramatyczną wręcz propozycję założenia tymczasowego funduszu sięgającego €500mld, zaciągniętego wspólnie ze światowych rynków finansowych, aby dotować rekonstrukcję najsłabszej części gospodarki europejskiej wymagającej największych inwestycji. Częścią pakietu miała również być „wspólna strategia zdrowotna” oparta o wspólny bank leków i współpracę w odkryciu szczepionki. Ofiarowano też reformy w cyfryzacji i polityce klimatycznej. Projekt ten powstał w świadomości że była to ostatnia deska ratunku aby zachować działalność jednolitego rynku i ratować Unię. Oparty był na preświadczeniu że państwa europejskie powinny wspólnie przetrwać nadchodzącą recesję wobec zapowiedzianych konfliktów handlowych i konkurencji w kurczącym się rynku światowym. Indywidualne państwa nie wytrzymałyby same wobec dalszego protekcjonizmu amerykańskiego i drapieżnej konkurencji Chin. Aby to przeprowadzić trzeba mieć wizję która sięga dalej niż widnokrąg narodowy i przetrwa doczesne ambicje polityczne i gospodarcze w poszczególnych krajach. Lecz czy elektoraty państw zamożniejszych będą gotowe na takie poświęcenie dla państw do których nie mieli już ani zaufania, ani nawet szacunku?
Ten solidarnościowy projekt może zadowolić państwa południowe ale Parlament Europejski już pierwszy go skrytykował proponując aby fundusz ten pomnożyć czterokrotnie do €2trl. Poza tym Parlament proponował aby kosztami tego funduszu obarczyć gigantów informatyki i innych firm które unikają płacenia podatków czy zanieczyszczają środowisko. Tymczasem kanclerz austriacki Sebatian Kurz ogłosił gotowość wsparcie takiego funduszu ale ofiarującego tylko pożyczki, ale nie dotacje. Inny pytają jak i przez kogo będą spłacone obligacje.
Problem z operowaniem takiego funduszu leży nie tylko w przekonywaniu opinii publicznej sceptycznych już elektoratów, ale i w potrzebie adekwatnej ponadnarodowej niezależnej kontroli administracyjnej.
Czy ten śmiały projekt uzyska zatwierdzenie wszystkich 27 państw? Przeszkód jest mnóstwo. Wrogowie zewnętrzni i sceptycy wewnętrzni liczą na to że Unia Europejska nie zdobędzie się na tak odważny krok. Obawiam się że projekt nie będzie przyjęty od razu w całości na następnym szczycie, ale po refleksji zręby tego śmiałego planu przetrwają i szansa uratowania Unii pozostanie.
Wiktor Moszczyński 29 maj 2020

Wednesday, 20 May 2020

Covid wygrywa, Johnson przegrywa

Jest to ciekawa zagadka. W końcu Wielka Brytania przeżywa pandemię koronawirusa Covid-19 z większym przypadkiem śmiertelności niż jakikolwiek inny kraj europejski. Jak dotychczas naliczono już przeszło 34 tysięcy śmiertelnych ofiar wirusa. Wciąż są braki w dostarczeniu adekwatnego ubioru ochronnego dla pracowników w służbie zdrowia i w domach starców. Ilość osób testowanych dziennie wciąż nie przekracza 70,000 dziennie, mimo że minister zdrowia zapowiadał 100,000 na koniec kwietnia i 200,000 na koniec maja. Co gorsze te testowania nie są jeszcze wystarczająco wykorzystywane do sprawdzenia źródeł zakarzeń wynikających z testów. Najostrzej krytykuje się teraz zaniedbanie zdrowia pracowników i mieszkańców domów starców. Przeszło 7 tysięcy ofiar choroby zginęło w tych domach mimo zapewnień rządu jeszcze w marcu że życie tych mieszkańców nie będzie zagrożone wirusem. Przez niemal cały kwiecień, gdy ogłaszano codziennie ilośći zmarłych, zupełnie nie brano pod uwagę statystyki ofiar śmiertelnych w domach opieki. Liczono tylko zgony w szpitalach.
Rząd stara się nadrobić poprzednie błędy. Powodem były opóźnienia wynikające z wcześniejszego zaniedbania masowego testowania gdy rząd poddał się, na szczęście tylko tymczasowo, iluzji uzyskania stadnego imunitetu przeciwko zarazie zamiast podjęcia próby ograniczenia jej zasięgu. Premier Johnson przez cały luty zaniedbyeał ostrzeżenia ze strony Międzynarodowej Służby Zdrowia o nadchodzącej epidemii z Chin i nie przybył na żadne zebranie specjalnego komitetu od bezpieczeństwa, zwanego Cobra, zwołanego parokrotnie do monitorowania możliwości zagrożenia. Z tego powodu w marcu nastąpiło dwutygodniowe opóźnienie w wprowadzeniu regulaminów izolacyjnych gdy już zachorowania we Wloszech wskazywały co grozi Brytyjczykom. Konsekwencje tej zwłoki dla mieszkańców tych wysp były fatalne.
Obiektywny obserwator mógł stwierdzić już wówczas, na podstawie powyższych błędów i ngatywnych statystyk że Wielka Brytania przeżywa kłęskę żywiołową. Mógł też przypuszczać że panikujące społeczeństwo brytyjskie straciło zaufanie do tak niedołężnego rządu.
Tymczasem nic podobnego. W czasie najcięższej kwarantanny Brytyjczycy darzyli Johnsonowi pełnym zaufaniem. W sondażach, rząd cieszył się ogromnym poparciem, “konstruktywnie krytyczna” opozycja traciła na popularności, a społeczeństwo tak się przyzwyczaiło do reżymu pozostania w domu że wcale nie spieszyło się by ten stan rzeczy zmienić. Mimo lęku panowała nawet atmosfera optymizmu. Dzieci zatrzymane w domach rysowały tęcze, pielęgnarki śpiewały po salach a cały naród klaskał. Nudę samoizolacji we własnych murach mieszkańcy zwalczali wyczynami sportowymi, psychiczne stresy łagodzili jogą i puzlami, indywidualną bezsilność zastępowali zbiorowymi dotacjami a strach przed wirusem opanowywali nostalgią za okresem jeszcze większego strachu, czyli Drugiej Wojny Światowej. Poranny dziennik BBC ograniczał podawanie wiadomości ze świata i preferował prezentację istngo karnawału dobrych uczynków, zebranych inicjatyw na cele charytatywne i aktów hołdu dla ofiar wirusa, szczególnie w służbie zdrowia. Mimo ciężkich strat i cierpienia i mimo nieobliczalnych strat materialnych, Brytyjczycy zachowywalli się jakby mieli wychodzić z obecnego kryzysu pogodniejsi, mocniejszi, niemal zwycięzcy. Właściwie to oni nakłaniali rząd do wprowadzenia kwarantanny w kwietniu a nie na odwrót. To mieszkańcy dobrowolnie poddawali się rygorom zamknięcia bez potrzeby nagany czy patroli policyjnych na ulicy. .
A mimo swoich wyraźnych niedociągnięć premier, zarówno przed jak i po swojej chorobie, tryskał optymizmem. Z kipiącą energią budowano improwizowane szpitale i nakłaniano społeczeństwo najprostszymi hasłami do samoizolacji aby w ten sposób ochronic służbę zdrowia przed lawiną zakarzonych pacjentów. Trzeba przyznać że wówczas instrukcja rządowa była wyjątkowo wyrazista.. „Jeżeli siedzisz w domu, ratujesz życie swoje i cudze, i chronisz służbę zdrowia”. Rząd brytyjski rzeczywiście miał dar w przekazywaniu prostych klarownych haseł. Przedtem było „Kończmy z Brexitem”. A teraz „Zostań w domu. Chronisz NHS”. Aż szkoda że na tym haśle głównie kończy się ich zasługa w obecnym kryzysie.
Pomogła rządowi w tym 94 letnia Królowa Elżbieta w swoim nagranym orędziu 5 kwietnia. Przy rytualnym podziękowaniu pracownikom służby zdrowia i służbom opiekuńczym Królowa mówiła o narodowej dumie wynikającej z przetrwania i o tym jak następne pokolenia Brytyjczyków będą wspominać obecne czasy jako bohaterskie, tak jak obecnie wspomina się pokolenia wojenne jako bohaterskie. Kończąc powiedziała „Pocieszajmy się myślą że choć będziemy musieli jeszcze wiele wytrwać, lepsze dni powrócą; będziemy znów z naszymi przyjaciółmi; będziemy znów z naszymi rodzinami:; spotkamy się jeszcze.” Te ostatnie słowa nadziei ze szlagiera z czasu wojny popularnej pieśnarki Vera Lynn były jakby tym zaklęciem który uruchomił tą rezerwę wytrwałości Brytyjczyków do zwalczania i przetrwania konfrontacji z wirusem. Wszystko co odtwarzało tamte czasy stało się modne, łącznie ze szlagierami, plakatami, filmami dokumetacyjnymi i występem nowych bohaterów 99-letnch jak weteran wojenny kapitan Tom Moore, który zebrał przeszło 33 miliony funtów na charytatywne cele wspierające służbę zdrowia.
Jadąc na tym korowodzie nostalgii Johnson wstrzymał swoje oświadczenia o złagodzeniu obecnych przepisów antywirusowych aż po uczczeniu 75-ej rocznicy zakończenia wojny dnia 8 maja. Przy tak skutecznym zakamuflowaniu swoich dotychczasowych niepowodzeń w walce z wirusem Johnson czuł się na siłach aby ogłosić że, w wyniku obniżenia ilośći nowych zakarzeń i zgonów, a zwiększenia w ilośći osób testowanych, gotów był dopuścić do złagodzenia przepisów. Odrzucono w końcu klarowne hasła „Zostań w Domu. Chroń NHS”. Zastąpiono je bardziej ambiwalentnym hasłem „Bądz czujny. Kontroluj Wirusa.”
I wtedy dopiero zaczęły się jego klopoty. Złagodzenie przepisów dotyczących kontaktów rodzinnych stworzyło cały węzeł nieporozumień. Na przykład dlaczego można było spotkać rodzica w parku, ale nie we własnym ogrodzie? Dlaczego dziadek nie mógł przebywać z wnuczką ale mogła to zrobić płatna opiekunka? Nie konsultował zmiany ze związkami czy samorządami. Premier zachęcał nauczycieli i rodziców do ponownego otwarcia szkół na 1go czerwca a pracowników nie mogących pracować do natychmiastowego powrotu do miejsca pracy. Lecz powrót do pracy czy do szkół wymagał większej ilości podróży które nie można było zadowolić publicznym transportem ze względu na potrzebę społecznego dystansowania. Zachęcano użycia rowerów i prywatnych samochodów. Potrzebne byłe nowe przepisy mogące zapewnić pracownikom poczucie bezpieczeństwa w miejscach pracy. Przy tym przygotowano cały szereg nowych przepisów które często były sprzeczne ze sobą. Johnson nazwał je „mapą drogową”, ale media przezwały je „spaghetti junction”, czyli „makaranowym węzłem”.
Opozycja rozwinęła już bardziej wymierzoną krytykę rządowych błędów i niedociągnięć, związki nauczycielskie i szkoły zaczęły się buntować, zarządzenia rządowe stały się powodem drwin i nieporozumień, a Szkocja, Walia i Północna Irlandia ogłosiły swoją niezależność kontynuując wciąż poprzednie restrykcje rządowe. Publiczne media, dotychczas przychylne, zaczęły częściej pytać, czy na prawdę musiało być aż tyle ofiar. Rząd ma kłopoty polityczne nie tylko z Partią Pracy i nie tylko z administracją Szkocji i Walii, ale również z własnymi posłami, którzy dotychczas nie byli konsultowani.
Wiele z tych kotrowersyjnych nieścisłości wynikało z próby powiązania dwóch kontrastujących celów. Z jednej strony chronić zdrowie mieszkańców, a z drugiej, próbować ożywić gospodarkę. Gospodarka brytyjska skurczyła się o 2% w pierwszym kwartale, a istnieje obawa że z powodu wprowadzenia kwietniowych środków samoizolacji skurczy się o dalsze 25% w drugim kwartale. Rząd zmuszony jest też wprowadzić zabezpieczenie obecnych etatów i pożyczek bankowych i przejąć odpowiedzialność za węzłowe kanały gosodarki jak koleje. Dług w budżecie państwowym ma wynosić £516 mld w tym roku. Wobec tego gospodarce grozi recesja którą specjaliści uważają jako najgorszą w historii tego kraju od 300 lat. Dlatego te pierwsze kontrowersyjne kroki, „baby steps” jak je określa Johnson, są konieczne.
Największe trudności wynikają obecnie w zapowiedzianym otwarciu szkół. Rząd chce aby dzieci mogły znowu obcować z innymi dziećmi i mieć bezpośredni kontakt ze swoimi nauczycielami, a w ten sposób umożliwić ich rodzicom powrotu do miejsca pracy. Ale nauczyciele i odzuce boją się. Spóźnione konsultacje z nauczycielami i samorządami nie tak łatwo osiągnął cel.
W sondażach z 11 maja rząd wciąż posiadał poparcie 51% społeczeństwa, ale ten kapitał zaufania może teraz być roztrwoniony przez obecne błędy w prezentacji i brakiem wczesnej konsultacji. Tylko 36% godzi się na złagodzenie lockdown’u. Zapomniane grzechy przeszłości mogą powrócić na porządek dzienny. A jeżeli premier i rząd straciliby teraz autorytet to tym trudniej będzie przeprowadzić nowe zarządzenia rozluźniające przepisy antywirusowe i tym trudniej zjednoczyć podzielone obecnie społeczeństwo.

Wiktor Moszczyński 22 maj 2020

Tuesday, 12 May 2020

Zbrodnia Chatyńska

Nie, nie to jest błąd drukarski. Nie Katyń, tylko Chatyń. Była taka nazwa. Była taka wieś. Była taka zbrodnia. I było jak najbardziej perfidne kłamstwo chatyńskie. Historyk Timothy Snyder opisał teren centralno-wschodniej Europy w drugim kwartale pierwszej połowie XX wieku jako „Ziemie Krwi”, po angielsku „Bloodlands”. Teren ten obejmował Polskę, Ukrainę, Białoruś, Zachodnią Rosję i kraje bałtyckie. Jedną z najbardziej spokrzywdzonych terenów już w latach 30-ch była sowiecka Białoruś. Przeszło 17,000 Polaków np. aresztowano w różnych wioskach i miasteczkach centralnej Białorusi i rozstrzelano w lasach znanych jako Kuropaty, zaledwie 12 kilometrów na północ od Mińska.
Białoruś stało się znowu terenem masowych mordów pod okupacją niemiecką. W trakcie likwidacji ludności żydowskiej teren przesiąknięty był działalnością partyzantki radzieckiej. Za tą działalność Niemcy brali okrutny odwet paląc, niszcząc, gwałcąc i mordując w setkach małych wiosek które znajdowały się blisko terenów akcji sowieckiej partyzantki. Niemcy opierali się co raz bardziej na Rosjanach i Ukraińcach w wykonaniu wypraw pacyfikacyjnych. Organizacje jak Rosyjska Ludowa Armia Wyzwolenia (RONA) czy Komandosi SS Oskara Dirlewangera z zadowoleniem rekrutowały sadystów i zboczeńców wśród których znajdowali się również byli działacze partii komunistycznej. Po stronie partyzantów sowieckich natomiast było wielu byłych funkcjonariuszy okupacji hitlerowskiej którzy uciekli od służby niemieckiej po klęsce pod Stalingradem. Komunista, hitlerowiec, potem znów komunista? Co za rożnica dopóki istniała okazja do zemsty i łupu. W kontraście do podziemia polskiego, sowieccy partyzanci prowokowali nie licząc się z efektem ich działalności na lokalną ludność nad którą znęcały się władze niemieckie. Mieszkańcy lokalnych wsi byli wystawieni jako kozły ofiarne bezwględnej walki obu stron. Wiele wiosek w tym rejonie było etnicznie polskie.
22 marca 1943 roku niemiecki Schutzmannschaft Batalion 118 wkroczył do wioski Chatyn. Batalion składał się nie tylko z Niemców, ale również z ukraińskich kolaborantów i dezerterów z Armii Czerwonej. Wspierał go oddział z grupy Dirlewangera. Celem wyprawy na Chatyn była zemsta za zabójstwo przywódcy batalionu, niemieckiego olimpijczyka, kapitana Hans Woellke. Ślady zamachowców Woellkego prowadziły do wioski Chatyn, ale zawiadomieni o nadchodzącym odwecie, partyzanci schowali się w lesie. Zostali na miejscu bezbronni mieszkańcy wsi.
Mieszkańców powyciągano z mieszkań i zapędzono do stodoły zakrytej słomianym dachem. Stałą metodą Dirlewangera podpalono stodołę a gdy zdesperowani mieszkańcy starali sie wybiec ostrzeliwano ich karabinem maszynowym. Nazajutrz doliczono 149 ofiar, z czego połowę stanowiły dzieci. Było to jedne z wielu setek wsi białoruskich które zaznały podobne masakry.
Mimo braku prawnej dokumentacji znamy jeszcze parę szczegółów. Masakrę przeżyło tylko 6 osób, głównie dzieci którym udało się pochować w czasie obławy. Przeżył też jeden mężczyzna, Jusif (Józef?) Kaminski, który znalazł się w stodole ale po rozpoczęciu strzelaniny udawał zmarłego. Stracił troje dzieci i żonę. Kiedy żołnierze opusćili wioskę usłyszał wołanie Adama, jednego z synów. Doczołgał się do 15 letniego syna który miał ciężkie poparzenia i był przeszyty kulami. Niestety umarł ojcu na rękach.
Wiemy że przeżył 12-letni Antoni Baranowski, też posztrzelony w obu nogach. 12 letni Aleksandr Zhelobowicz uciekł na koniu w momencie wejścia wojsk po ostrzeżeniu ze strony matki która zginęła. 13 letni Władimir Jaskiewicz schował sie w polu od ziemniaków, a jego 9 letnia siostra Sofia została niezauważona w piwnicy. A 7-letni Wiktor Zhelobowicz schował się pod martwym ciałem swojej matki. Można się domyślić z tych nazwisk że większość ofiar masakry było jednak polskiego pochodzenia.
Lecz ta polsko-białoruska tragedia była tylko kroplą w morzu krwi która przelało się w tym okresie przez Białoruś. W trzyletnim okresie okupacji 5295 białoruskich osiedli spalono i zniszczono, w 627 wypadkach przy całostkowym wytępieniu mieszkańców. Oblicza się że te akcje pochłonęly 1500 ofiar. Wiele wiosek w terenach Mińska i Witebska spalono dwu czy trzykrotnie. W sumie w tym okresie 2,7 miliony mieszkańców zginęło, czyli niemal jedną czwartą ludności Białorusi. W czasie tych akcji Niemcy i ich kolaboranci konfiskowali tysiące sztuk bydła, świń, koni i owiec, ludność nadającą się do pracy wywozili do Niemiec, a starszych i najmłodszych mordowali. Niemcy dokumentowali swoje zbrodnie. Celem nie zawsze nawet był odwet. Chodziło o tworzenie „terenów martwych” w których ani partyzanci, ani nadchodząca Armia Czerwona nie mogliby się wyżywić.
Nastąpił powrót władz sowieckich. Wielu z kolaborantów hitlerowskich wtopiło się w nową rzeczywistość. Sowieckie prokuratury wojskowe powoli tropiły zbrodniarzy odpowiedzialnych za te masowe mordy. Odkryto w końcu porucznika Gregorego Wasiury, który był szefem sztabu Batalionu 118, a po wojnie kamuflował się jako bohater pracy socjalistycznej i jako wzorowy sowiecki patriota. Również przyłapano plutonowego batalionu, porucznika Wasyla Meleszko. W końcu skazano jednego i drugiego na śmierć, lecz Chatyn nawet nie widniał w ich akcie oskarżenia. Chatyn był za małą mieściną której likwidacja nie zasługiwała nawet na wspomnienie. Po wojnie na zgliszczach miał stanąć niewielki pomnik, ale to zaniedbano, bo było za dużo innych bardziej liczebnych tragedii. Pozostałych paru młodych mieszkańców którzy cudem uratowali się przeniesiono do innych ocalałych wsi. Nazwa Chatyn znikła nawet z lokalnych map.
W połowie lat 60-ych Chatyn pojawił się znowu, najpierw w sowieckich podręcznikach, a potem jako miejsce dramatycznego nowego pomnika wspominającego zbrodnie u wszystkich wiosek Białorusi. Nazwano go narodowym pomnikiem wojennym. Zdominowany jest potężnym 6 metrowym posągiem „nieugiętego mężczyzny” noszącego zwłoki martwego chłopca. W ten sposob uwieczniono tragedię Jusufa Kaminskiego i jego syna. Opodal jest ściana z wnękami reprezentującymi obozy koncentracyjne i kamienna budowa w kształcie stodoły. Rosną trzy brzozy przy wiecznym płomeniu zastępującym czwarte drzewo symbolizujące co czwartego Białorusina który padł ofiarą zbrodni. Ćo 30 sekund odzywają się dzwony by upamiętnić częstotliwość śmierci ofiar w czasie okupacji. Na tyłach są „cmentarzem wiosek” w formie 186 grobów, każdy reprezentujący imiennie którąś z niszczonych sąsiednich wsi. Całość tworzy dramatyczny niezapomniany obraz ludzkiego okrucieństwa wobec niewinnej ludności białoruskiej i (nieoficjalnie) polskiej. Kompleks pomnikowy odrestaurował ponownie w roku 2004 prezydent Lukaszenka i pozostaje do dziś jedną z dziesięciu rozreklamowanych atrakcji turystycznych w Białorusi.
Dlaczego tak nagle uwypuklono tą zbrodnią w zapomnianej dotychczas małej wiosce Chatyn? Właśnie w latach 60-ych rosło na Zachodzie, a przede wszystkim w Wielkiej Brytanii, zainteresowanie prawdą o zbrodni katyńskiej. Od czasu gdy groby odkryli Niemcy w kwietniu 1943, a więc o jeden miesiąc po masakrze w Chatyniu, sprawę okryto wstydliwym milczeniem narzuconym przez władze sowieckie nie tylko na Wschodzie, ale i na Zachodzie. Co prawda Komisja Senacka w Stanach Zjednoczonych orzekła jeszcze w roku 1953 że autorzy zbrodni w Katyniu byli Sowieci, ale o tym już dyplomatycznie zapomniano. Lecz w roku 1965 Polska Fundacja Kulturalna wydała w języku angielskim świetnie odokumentowaną książkę „The Crime of Katyn”, z przedmową generała Andersa. Powoli nikła zmowa milczenia. Już politycy brytyjscy omawiali z polską emigracją możność postawienia pomnika w Londynie.
Propagandystom kremlowskim zaświeciła wówczas cyniczna myśl zapobiegania rosnącemu poparciu dla koncepcji pomnika w Londynie. Perfidia pomysłu była nawet na krótką metę skuteczna. W roku 1969, postawiono ten pomnik w Chatynie (po angielsku Khatyn). W roku 1974 Prezydent Nixon na zaproszenie Breżniewa z wielką pompą złożył kwiaty przed pomnikiem ofiar zbrodni niemieckiej właśnie w Chatynie. Nie był on sam. Składały w Chatyniu wieńce inne sprzyjające notable jak Fidel Castro czy Jaser Arafat. Złośliwi krytycy projektu pomnika katyńskiego w Londynie pytali po co budować w Londynie jakiś pomnik o Katyniu, kiedy pomnik już istnieje we właściwym miejscu zbrodni, czyli w Chatynie (Khatyn).
Lecz pomnik w Londynie powstał. Odsłonięto go na cmentarzu w Gunnersbury w roku 1976 wciąż z w bardzo kotrowersyjnych okolicznościach gdzie jedynie rok „1940” świadczył o prawdziwym autorstwie zbrodni. Ale stoi i służy. A pomnik w Chatynie też stoi, w wyniku aktu bezgranicznego cynizmu wobec ofiar zarówno Katynia i Chatynia. Na szczęście już nie odgrywa teraz skutecznej roli „anty-Katynia”. Pozostaje godnym pomnikiem autentycznych zbrodni popełnionych w kraju naszego najbliższego sąsiada, w którym również i Polacy też byli ofiarami.
Wiktor Moszczyński 15 maj 2020